O sensie i rozterkach audiofilizmu

Sens_Audiofilizmu_18   Pisać, wydawać by się mogło, nie za bardzo jest o czym. Audiofilizm, podobnie jak nieco sztucznie oddzielana od niego melomania, to sposoby poszukiwania i odnajdywania życiowych przyjemności, takie same jak kinomania, czytelnictwo, wędkarstwo czy turystyka. Na pewne charakterystyczne aspekty oczywiście i w tym przypadku można zwracać uwagę, na przykład na fakt, że słuchanie muzyki to bardzo pasywna forma spędzania czasu. Nie wyrabia mięśni jak gra w piłkę czy wioślarstwo, nie zwiększa pojemności życiowej płuc jak alpinizm, nie uczy majstrowania przy samochodach jak hobby motoryzacyjne, a także nie poszerza wiedzy w sensie praktycznym, światopoglądowym, czy filozoficznym, a w każdym razie nie musi tak się dziać, bo słuchać muzyki można bez wnikania w jej naturę, historię i inspiracje artystyczne.  Na tej kanwie na obronę audiofilizmu względem często stawianej od niego wyżej melomanii można powiedzieć przynajmniej tyle, że jego adepci zdobywają zazwyczaj w miarę rozwijania swojego hobby pewną wiedzę o konstruowaniu aparatury audio, co korzystnie wyróżnia ich z praktycznego punktu widzenia od czystych melomanów, reprezentujących nagi hedonizm, poparty co najwyżej pewną wiedzą muzyczną i rozeznaniem co do jakości poszczególnych interpretacji oraz nagrań.

Wszystko to ma rzecz jasna wymiar głęboko względny, bo melomani często sami są muzykami albo muzykologami, a audiofile inżynierami bądź akustykami, tak więc reprezentują odłamy teoretycznej i praktycznej wiedzy związanej z muzyką zarówno od strony wykonawczej jak i technicznej oraz związane z nimi umiejętności w stopniu nieraz bardzo rozwiniętym, dalece przekraczając zakres w jakim zwykliśmy widzieć zainteresowania hobbystyczne. A niezależnie od tego audiofilizm i melomania w praktyce się przenikają, a ich adepci to bardzo często te same osoby.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

22 komentarzy w “O sensie i rozterkach audiofilizmu

  1. Marcin napisał(a):

    Bardzo ciekawy tekst. Tym bardziej interesujący, że pochodzi od kogoś kto miał na uszach Omegę, R10 i Orfeusza, a nie czytał jedynie o kimś, kto znał kogoś, kto ponoć słuchał ich kiedyś. Niemniej, według mnie nierzadkim przypadkiem jest zjawisko, które zamiast audiofilizmem powinno okreslać się mianem audioholizmu. Polegając na moim doświadczeniu, mogę stwierdzić, że według mnie nie ma przepaści brzmieniowej pomiędzy takimi słuchawkami jak Grdao gs1000i czy Hifiman he-500 a tymi z najwyższej półki; moim zdaniem np. takie grado 325is czy Shure 1840, hd 600 kosztujące do 2000 zł są naprawdę w stanie świetnie zagrać. Oczywiście, Orfeusz jest marzeniem, a te są bezcenne, ale jeśli spojrzymy na to z innej strony – obecnie jedna osoba w Polsce sprzedaje Orfeusza na hifi.pl za 100 000 zł, jak racjonalnie wytłumaczyć zakup tak drogiego systemu (który potrzebuje do tego odpowiedniego okablowania i odtwarzacza)? Dlaczego Denon 7100 kosztował ok. 5550 zł, a teraz 3999zł? Dlaczego nowy ak120, który jest przenośnym odtwarzaczem prosi swojego przyszłego właściciela o 4500zł? Dlaczego wykonane w kosmicznej technologii Sennhieser hd800 kosztują ponad 4000 zł, gdy koszt ich produkcji zapewne poniżej 1000zł? Dlaczego Shure se846, które są słuchawkami dokanałowymi i nigdy nie zagrają tak jak słuchawki nauszne (a przynajniej jesli chodzi o przestrzeń) kosztują na rms 4700zł? Dlaczego ktoś na allegro oferuje kawałek miedzi do słuchawek za 3700zł, a Pan Pacuła piszę poniżej, że kabel musi się wygrzać? Uważam, że audiofilizm podlega obecnie podobnym tendecjom rynkowym jak moda.
    Życie jest za krótkie, aby słuchać muzyki złej jakości, ale osobiście nie zapominam, że aparatura odsłuchowa jest jedynie środkiem do celu, którym jest czerpanie przyjemności z słuchania muzyki.
    Panie Piotrze, zgadzam się z Pana wnioskami i poperam Pana główne tezy. Czuję ochydę do ludzi, którzy potrafią jedynie zapytać: „A zmienisz to? Nie zmienisz, więc sieć cicho i rób to co inni”.
    Uważam jednak, że co się tyczy sprzętu hifi, to producenci nas oszukują, a pomiędzy sprzętem za ok. 10 000zł, a tym z naprawdę wysokiej półki nie ma przepaści i trzeba to jasno powiedzieć. Piszę to wszysstko z własnego doświadczenia, sam byłem opiunistą, który sobie wmawiał, że warto było wydać te kilka tysiecy na jakiś element, bo trochę gra lepiej. Tak, trzeba dążyć do perfekcji, to piękne i chwalebne, ale obecnie uważam, że to trochę lepiej nie było warte ani tych pieniędzy, ani przede wszystkim tego czasu, który mogłem spędzić słuchając muzyki.
    Pozdrawiam serdecznie.

  2. Piotr Ryka napisał(a):

    Bardzo dziękuję za obszerny komentarz. Cała sprawa z audiofilizmem jest tak skomplikowana, że książki można by o tym pisać. Odniosę się zatem jedynie do kwestii cen i jakości, bo już ona tylko stanowi ogromny problem. Zawęźmy rzecz do słuchawek, by było jeszcze prościej.
    – Jakie są najlepsze obecnie produkowane?
    – W sensie klasy technicznej brzmienia, Stax SR-009.
    – Są drogie?
    – Są.
    – Da się je tanio napędzić?
    – W pewnym sensie tak, bo można kupić wysokiej klasy przystawkę LRT jako uzupełnienie normalnego wzmacniacza i wtedy jeśli ma się odpowiedniej klasy tor dla głośników, wyjdzie tanio, ale jak się nie ma, to nie, bo dobry tor dla głośników jest drogi.
    – A da się kupić o wiele tańsze słuchawki i niedrogi do nich wzmacniacz, żeby było prawie tak samo przyjemnie?
    – Da się. Chwilowo są dostępne (promocja w Anglii) Denony AH-D7100 za około trzy tysiące złotych i ze wzmacniaczem Shiit Lyr za dwa tysiące będą one grały fantastycznie.
    – Robi nas zatem Stax w butelkę?
    – Nie robi.
    – No jak to?
    – A tak to, że technologia słuchawek elektrostatycznych jest dużo bardziej wyrafinowana, robocizna w Japonii dużo droższa niż w Chinach, a Stax jest niewielką firmą, której koszty jednostkowe są dużo wyższe niż wielkiego koncernu Denon. I przy tym wszystkim brzmienie Staksów jest niepowtarzalne. Brzmienie Denonów wprawdzie również, ale są to dwa bardzo różne brzmienia i jednym drugiego zastąpić się nie da. Można woleć to albo to, albo można woleć oba naraz. Sam wolę oba. Jednocześnie jest jednak rzeczą cenną, iż istnieje dużo droższy Stax, a nie tylko tańszy Denon. Bo Stax to Stax, a Denon to Denon.
    – Ale czy nie jest tak, że i Stax, i Denon, i wszyscy inni, robią nas w butelkę, bo ich faktyczne koszty są dużo niższe i oni z nas wszyscy zdzierają, a mogliby być przyzwoitsi?
    – To znów jest bardzo skomplikowana sprawa. Gdyby faktycznie tak było, żadna firma by nigdy nie zbankrutowała, a sam Stax już bankrutował dwa razy. Prawa rynku są bardzo zawiłe i bardzo często leżą poza zasięgiem wpływu uczestników gry rynkowej. Czasami ktoś może sobie długie lata siedzieć w niszy rynkowej i zbijać fortunę, a czasami wybucha wojna cenowa i słabsi bankrutują, tracąc przy tym niejednokrotnie cały majątek. Klasycznym przykładem są tu dostawcy do hipermarketów, zmuszani często do sprzedawania towaru poniżej kosztów produkcji, co przed czasami hipermarketów nigdy się nie zdarzało. Ale nie tylko to jest przykładem. W Polsce upadli na przykład producenci tytoniu, chmielu i wieprzowiny. A w gazetach na ten temat nie ma ani słowa. Całkowicie przemilcza się te wstydliwe tematy.
    To wszystko jednak są kwestie szczegółowe, odnoszące się do tego, że w Polsce nie mamy państwa i w związku z tym nikt nie broni rodzimych producentów. Producenci świń czy chmielu w Niemczech mają się znakomicie, mimo iż koszty produkcji mają znacznie wyższe. Jak to możliwe? Możliwe, bo rynek chmielu przejęły w Polsce niemieckie firmy skupowe, a niemieckich świniarzy ich państwo chroni przed importem chińskiej wieprzowiny o skandalicznej jakości.
    Lecz, jak mówiłem, są to tylko kwestie lokalne. Kwestia globalna jest zaś taka, że naprawdę dobrze może być tylko wtedy, kiedy cały świat szybko rozwija się wraz z szybkim postępem technologicznym. Taki postęp oczywiście oznacza mnogie bankructwa tych, którzy padają jego ofiarą. Fabryki butów zmiotły warsztaty szewskie, a kombajny wyrugowały żniwiarzy. Ale dzięki temu buty są tańsze, a chleba starcza dla wszystkich i nie ma klęsk głodu. Jeszcze w XIX wieku były one nagminne, a niektórzy koledzy mojego ojca chodzili do szkoły boso. I to nawet w zimie. Problem kluczowy tkwi w tym, że świat jako całość przestał się teraz rozwijać. Za mojego życia, a żyję już ponad pół wieku, nie dokonało się żadne przełomowe odkrycie o kardynalnym charakterze praktycznym. Wszystko co nas teraz otacza: telewizja, komputery, lotnictwo, telekomunikacja, kosmonautyka, technologia jądrowa, plastik, elektryczność, samochody, lodówki, nawozy sztuczne, antybiotyki, sztuczne nerki, a nawet kuchenki mikrofalowe istniało przed moimi narodzinami. Można oczywiście wskazywać pojedyncze przykłady dokonań o znaczeniu praktycznym, które za mojego życia zaistniały, jak przeszczepy, Internet, klonowanie, albo nanotechnika. Nic z tego jednak nie wpłynęło na życie w sposób kluczowy w sensie poprawy jakości życia. Rzeczy te okazują się drogie albo mało znaczące. Co nam po pojedynczych przeszczepach, kiedy rak płuc i zawały serca zabijają jak zabijały. Co z tego, że mamy Internet, skoro ludzie przestali się spotykać na zebraniach towarzyskich i mniej mają czasu dla siebie. Co z tego, że łatwiej jest podróżować, skoro wszyscy siedzą po dziesięć, dwanaście godzin w robocie, a potem stoją w korkach. Co nam po pampersach, kiedy ojciec nie może w pojedynkę utrzymać rodziny. To dlatego ludziom żyje się kiepsko, a to czego pożądają jest im niedostępne. By nie sięgać daleko. Nie ma na przykład taniego budownictwa mieszkaniowego. Dlaczego mieszkania są takie drogie? Przecież to nonsens i absurd. Już w średniowieczu każdy chłop miał własną chałupę. A teraz przyzwoite mieszkanie kosztuje pół miliona. To dopiero jest granda, a nie jakieś słuchawki.
    Powstaje w tym kontekście zasadnicze pytanie: Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego postęp naraz tak skarlał? Odpowiedź na to pytanie jest taka, że tego rodzaju szybki postęp musiałby wymusić upadek nie szewców czy żniwiarzy, tylko wielkich, globalnych firm. Przede wszystkim koncernów naftowych, a wraz z nimi producentów silników spalinowych, a także wszystkich beneficjenów technologii krzemowej, czy dotychczasowych dostawców oprogramowania. Oznaczałby on katastrofę (oczywiście w sensie wpływów a nie całościowej jakości życia) dla Rosji i krajów arabskich, a także bankructwo czy przynajmniej rewolucyjne perturbacje dla Shella, BP czy Microsoftu, oraz całościowe wywracanie porządku świata. A siły, które tego nie chcą, są wystarczająco potężne by tak się nie stało. Podobnie jak deweloperzy, dbający na całym świecie o to, by tanie mieszkania nie zaistniały.

    1. Marcin napisał(a):

      Rozumiem Pana i dziękuję za obszerną odpowiedź. No, niestyty tak to wszystko wygląda. Sam obecnie sprzedaję jedne z moich słuchawek, bo niestety czas pracy (bynajmniej nie ośniogodzinny) sprawia, że nawet nie mam czasu, żeby ich słuchać; a co najgorsze, myśl, że jutro zaś trzeba wstać i być wyspanym itd. sprawia, że nie towarzyszy mi to odprężenie, które jest mi niezbędne, abym mógł się skupić na muzyce i czerpać z niej przyjemność.

  3. Tomek napisał(a):

    Bardzo ciekawy artykuł. W zasadzie wywód naukowy. „Audiofilia jako pretekst rozprawy o kondycji współczesnego świata w kontekście historyczno-polityczno-ekonomiczno-socjologiczno-psychologicznym.”
    Lektura pouczająca i pożyteczna, bo intrygująca. Z większością, jak nie ze wszystkimi tezami wypada mi się zgodzić.
    Jako osobisty komentarz przychodzą mi na myśl tylko słowa piosenki „a po nocy przychodzi dzień” i moje osobiste przekonanie, że każdy początek jest końcem a każdy koniec początkiem.
    I tak To się kula, a może i nie?

  4. XYZPawel napisał(a):

    Jak zwykle u Ryki: dużo bezinteresownego hejtu na racjonalistów ale jakby do śmiechu już trochę mniej 😉 Przegadane i chwilami nudne 🙂

    Napisałbym bym coś z sensem, ale po co? jak już to pisałem? Więc polecam 🙂
    http://xyzpawel.blogspot.com/2011/01/mi-tam-wcale-nie-szkoda-audiofilow.html

    1. batman napisał(a):

      Przeczytałem ten twòj tekst xyzpaweł.Kròtko i węzłowato bo jest upał i mi się nie chce – oby jak najmniej było takich zakochanych w swoim racjonaliźmie psełdoracjonalistów!

      1. XYZPawel napisał(a):

        Przeczytałeś i nie zrozumiałeś 🙂 co mnie wcale nie dziwi, bo to normalne u audiofili… a upał tylko pogarsza sprawę 🙂

  5. Leszek napisał(a):

    W felietonie autor zżymając się na brak postępu technicznego na rynku audio pisał m.in. tak: „… a nawrót do winylu jest sam w sobie zjawiskiem kompromitującym.”
    Nie wierzyłem własnym oczom! Jak audiofil mógł coś takiego napisać! Słuchanie winyli to wstyd?! Ale po chwili doszedłem do wniosku, że słowa te padły w samym mateczniku polskiego audiofilizmu. Audiofil jak nazwa wskazuje, najbardziej ukochał dążenie do dźwiękowego ideału. Dla niego brzmienie muzyki to nie ciepła podusia, do której się przytuli, to stalowy monolit, wielki, błyszczący, wypolerowany co do atomu, przed którym padnie na kolana. Na ołtarzu audiofilizmu nie ma miejsca dla lamp i gramofonów, tam królują napakowane elektroniką monstra, wiją się grube jak ramiona kable, a wokół poukładane jak wota różne audio-cudawianki.
    Dzisiejsi audiofile są za młodzi aby pamiętać początek lat 80 XX wieku, kiedy to pojawiła się płyta kompaktowa.
    Wtedy nic nie pomogły rozpaczliwe krzyki o dehumanizacji muzyki. Rynek miał swoje prawa – winyle lądują w piwnicach i na strychach a odtwarzacze płyt CD za tysiące dolarów nobilitują ten nośnik i wprowadzają na audiofilskie salony. Mija kolejne 20 lat muzyka zaczyna płynąć z komputera a nowe pokolenia audiofilów teraz ten nośnik odsądza od czci i wiary głosząc wszem i wobec, że płyta CD brzmi lepiej. I znowu historia się powtarza. Wystarczyło do komputera podłączyć DAC za (co najmniej) kilka tysięcy dolarów czy euro, zainstalować wymyślny (i oczywiście drogi) program aby pliki cyfrowe stały się „audiofilskie”.
    Pojawiają się co raz bardziej „gęste” formaty, wzmacniacze i kolumny mogą grać dla nietoperzy, audiofile wygrzewają bezpieczniki (a nuż podstawkowe pierdziawki zagrzmią jak cała orkiestra symfoniczna) a tu niespodzianka. Wracają winyle! Dlaczego ktoś odrzuca 40 lat mozolnego dążenia do doskonałości?
    A no dlatego, że ludzie mają po dziurki w nosie wyścigu „audio-zbrojeń” , że nikt przy zdrowych zmysłach nie wyda na kable 50 tysięcy tylko dlatego, że pięciu facetów w Polsce „słyszy”, że grają lepiej od tych za 20 tysięcy, że pojawiło się pokolenie któremu przejadła się bezduszna muzyka z dysków, chmur, streamingów, które chce muzykę dotknąć, zobaczyć. Że nie ma to jak odprawić ceremonię z wyciąganiem płyty, jej odkurzaniem, pieczołowitym układaniem na talerzu gramofonu, delikatnym opuszczaniem igły. Aby w końcu, w półmroku, w blasku świecących się lamp wzmacniacza, usiąść sobie ze szklaneczką whisky i zacząć słuchać bez zadawania sobie bez przerwy pytania : „co by tu jeszcze…, co by tu jeszcze…” (spieprzyć).
    No dobra. Koniec wychwalania winyli. Czas na łyżeczkę dziegciu do tej beczki miodu.
    Jak wielu neofitów winylu zdaje sobie sprawy z tego, że tak naprawdę słucha CD. Firmy fonograficzne szybko zwietrzyły, że szykuje się nowe eldorado. Ale poco płacić za użycie starej taśmy-matki, poco płacić za mastering. Wystarczy zrobić rip z „cedeka” i tłoczyć „reedycje”. Jak to mówią: ciemny lud i tak kupi bo posiadanie winyli stało się modne.
    Trzeba mieć jednak nieco audiofilskiego sznytu, aby słuchanie winyli nie przypominało szukania duszy w elektrycznym żelazku.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Kilka spraw. Przede wszystkim napisałem o kompromitującym nawrocie do winyli nie w sensie ich krytyki, a jedynie tego, że lepszy sposób reprodukcji dźwięku (plus taśma analogowa) nie został dotąd wymyślony. Gramofony mają istotne ograniczenia: rozmiar i nieporęczność nośnika, jego wrażliwość na uszkodzenia, wrażliwość i rozmiar samego gramofonu, skomplikowany proces jego kalibracji, mała ilość zapisanej muzyki (zwłaszcza przy wyższym jakościowo zapisie 45 obrotów albo tłoczeniu jednostronnym), nieznośna walka z kurzem i brudem, mała żywotność igieł, ograniczona żywotność płyt, ogólnie wysokie koszty, konieczność nabycia gramofonowego przedwzmacniacza i do niego okablowania, prymitywna ręczna obsługa (brak pauzowania, powtórek, wybierania jednego utworu, własnych list – itd.) To wszystko aż krzyczy o poprawę, a największą niewątpliwie kompromitacją pozostaje fakt, że format oferujący obecnie najwyższą jakość dźwięku wymyślono w 1877 roku, w czasach gdy największą siłą uderzeniową pozostawała kawaleria, a jedynymi maszynami latającymi były balony.

      Faktycznie, o czym już wielokrotnie pisałem, rynek zalały płyty pseudo winylowe (pseudo analogowe), będące winylowymi kreacjami cyfrowych nagrań. Z nieuniknioną karykaturalnością – wyraźną redukcją jakości, nieraz bardzo drastyczną. I nie zanosi się na poprawę, ponieważ nowe nagrania od A do Z analogowe pozostają rzadkością, gdyż wyraźnie podnoszą koszty, a w dodatku studiom nagraniowym brak odpowiedniego zaplecza.

      Nie jest prawdą, że wyższość kabli kosztujących 50 tys. nad tymi za 20 jest trudna do usłyszenia. W przypadku Siltech Triple Crown jest bardzo łatwa. Powiem więcej – jest wręcz niemożliwa do nie usłyszenia.

      Nie sądzę, by ludzie faktycznie mieli dość audio zbrojeń. Bardzo chętnie się dozbrajają i cały rynek na tym bazuje, byleby tylko te zbrojenia nie szły w koszty rakiet Patriot i atomowych łodzi podwodnych.

      Plikowe banki nagrań o tyle są wygodniejsze (podobnie jak wcześniej płyty CD), że odrzucenie ich pod hasłem niższej jakości nie wchodzi w rachubę. A już szczególnie z uwagi na mobilność.

      Trzeba także dorzucić fakt, że większość młodych ludzi nie dysponuje odpowiednim lokum. Mieszkania są małe, przeważnie wynajmowane, a na dodatek trzeba się liczyć z częstymi przeprowadzkami, które wymusza rynek pracy. To nie są warunki na duże audio, wszystko jedno analogowe czy cyfrowe.

      A jak chodzi o mój audiofilski matecznik, to jest w nim miejsce dla szesnastu w tej chwili lamp, a także dla gramofonu. Również dla sporej kolekcji winyli. Bynajmniej przy tym nie marzę o przytulaniu jakiegokolwiek „stalowego monolitu”, natomiast jakiś lepszy analogowy format zapisu/odczytu bardzo bym chętnie powitał.

  6. Patryk napisał(a):

    Prawda jest taka, ze sprzet,a przede wszytskim jego dzwiek jest ZAWSZE zalezny od akustyki pomieszczenia, ustawienia glosnikow oraz miejsca w ktorym siedzimy i sluchamy muzyki. (prad, kable maja oczywiscie takze wplyw) Te pierwsze wymionione przeze mnie rzeczy – To podstawa i 70% sukcesu! Widac duze roznice w sprzecie w przedziale 10.000 PLN – 100.000 PLN. Roznice staja sie potem co raz mniejsze i mniejsze. Nie trzeba wydawac majatku , zeby sluchac muzyki na dobrym poziomie. Wystarczy trzymac sie podstaw i znac sie na tych podstawach.
    Sprzet warty 25.000 dobrze postawiony w pomieszczenie przygotowanym akustycznie bije sprzet za 200.000 PLN , ktory bedzie po prostu podlaczony i postawiony tak sobie po prostu. To proste, ale wiele osob tego nie rozumie wydajac kupe forsy na glupoty.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      To prawda i zarazem nieprawda. Faktem jest, że za 25 tys. da się postawić dobrze brzmiący system, ale prawdą też jest, że za 200 tys. da się lepszy.

      1. Patryk napisał(a):

        Fakt tez, ze ten za 200 tys. bedzie lepszy w tych samych, optymalnych warunkach. Wiele osob, ktore poznalem wierzy w drogie kable, bardzo drogie glosniki, a sami zapominaja o wymionionych podstawach. Glosniki stoja blisko scian, poniewaz”zona” nie pozwala 🙂
        Rece mi opadaja jak slysze cos takiego. Lepiej zlozyc sobie wtedy kacik z dobrymi sluchawkami!
        Sprzet bardzo drogi, zafascynowanie nowym kablem, a caly sprzet na ladnym stoliczku „ze szkla“ 🙂 –rece mi opadaja!
        Kable do pradu z bardzo wysokiej pulki, a miejsce na odsluchy przy samym, wielkim oknie za plecami 🙂 – rece mi opadaja!

        Chodzi mi o to, ze wiele osob wydaje duze pieniadze, spedza wiele godzin na odsluchach w sklepach, a u siebie w domu nie zadba o najwazniejsze, podstawowe rzeczy, ktore zmianiaja dzwiek na 10x lepszy i to bardzo czesto „za darmo“. To wlasnie mnie tak boli. Bedac ostatnio u kolegi (dlugo czekalismy na spotkanie, a sprzet wartosci zapewne jakies dobre 100 Tys PLN) bylem w szoku jakie bledy zostaly popelnione. Popelnij wszystkie podstawowe bledy. Po samym ustawieniu glosnikow (tydzien pozniej) wedlug mojej rady nie poznal swojego sprzetu! Nie wierzyl po prostu co sie stalo.

        Co do wydatkow: sa granice dla kazdego z nas. To normalne i pracujemy za ciezko, zeby wydawac tak sobie dla przyjemnosci. Jeden slucha Marantz, drugi Naim, trzeci Denona, a czwarty Accuphase. Sprzet drozszy gra lepiej, ale granice sa takie, ze od pewnego momentu nie ma juz duzego sensu wydawania grubych pieniedzy.
        Zamiast kupowac CDP za 25000 tys, lepiej kupic ten za 10000-15000 tys, a reszte wlozyc w poprawe produ. (n.p Isotek Aquarius za 1500€). Ten drugi zestaw zagra „lepiej“.

  7. Leszek napisał(a):

    Szanowny Panie Piotrze.
    Widziałem gdzieś fajne hasło: „Life is analogue”. Na pierwszy rzut oka to i owszem, ale im bardziej stajemy się dokładni tym mniej z tego analogu zostaje. Na samym dole są kwanty. Im bardziej będziemy chcieć być analogowo dokładni tym bardziej będziemy zbliżali się do kwantyzacji zapisu. Musimy założyć, że pewien poziom dokładności zapisu analogowego musi wystarczyć. Co najwyżej zostaje kwestia nośnika. Chyba, że będzimy tworzyli hybrydy takie jak gramofon z laserem zamiast igły, który zresztą do tej pory jest tylko technologiczną ciekawostką.
    Druga sprawa, że są osoby, które z ceregieli wokół gramofonu mają taką samą frajdę jak inni ze słuchania kabli za 50 tysięcy.
    Zbrojenia mają to do siebie, że zwykle nie mają końca. Siltechy na pewno grają dobrze (tylko czy kolumny za marne 36 tysięcy były dla nich odpowiednim partnerem) ale założę się, że to nie koniec „eskalacji zbrojeń”.
    Osobiście bardzo mnie cieszy, że docenia Pan wzmacniacze lampowe, choć jest w tym pewien paradoks. Lampa gra inaczej (dla wielu lepiej) bo gra… gorzej. Węższe pasmo przenoszenia, większe zniekształcenia liniowe, mały dumpig faktor (dlatego tak lubię basy z lampy). Dążenie do doskonałości w przypadku wzmacniaczy lampowych skończy się upodobnieniem ich brzmienia do tranzystorów i po zabawie (a byłoby szkoda).
    No trudno. Teraz się pewnie narażę. Podobnie jak Pan Patryk uważam, że są 3 podstawy dobrego dźwięku: Po pierwsze – głośniki (tu poddaję pod opinię czy lepiej mieć głośniki za 100.000 a kable za dziesięć czy odwrotnie). Po drugie akustyka pomieszczenia (należę do szczęśliwców, którzy mają 30 metrów tylko dla muzyki i wiem też co to znaczy ustawiać kolumny w małym pokoju). I po trzecie – realizator dźwięku.
    Odwiedzając HiFi Philosophy zwróciłem uwagę na praktyczny brak opinii na temat ustrojów akustycznych. Zaciekawiony takim stanem rzeczy zacząłem baczniej przyglądać się zamieszczonym tekstom różnych recenzji (żeby nie było u innych także) analizując zamieszczane tam zdjęcia, na których mniej lub bardziej dokładnie było widać pomieszczenia odsłuchowe. Zgroza, powiadam Panu zgroza. Nie wiem jak można testować urządzenia warte niekiedy setki tysięcy w warunkach urągających podstawowym zasadom akustyki.
    Proponuję następujący eksperyment. Proszę przejść się w wolnej chwili po kolegach audiofilach z zapytać się co to takiego ustawienie kolumn „niemieckie” a co „angielskie”. Jak je ustawić metodą Cardasa a jak Audio Physic. Co to jest obszar Bolta, a co to jest…
    Dobra, kończę już.
    Pozdrawiam wszystkich audiofili.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      To nieprawda, że lampa gra gorzej. To obiegowa, nieprawdziwa opinia powielana przez zwolenników wzmacniaczy tranzystorowych. Jest z tym podobnie jak z jitterem, w którego początkowo nie wierzono, głosząc, że przekaz CD wolny jest całkowicie od zniekształceń innych niż pewna – całkowicie niesłyszalna! – redukcja informacji. A potem jitter wyskoczył w pomiarach i zwolennikom cyfrowego transferu zrzedły miny. Ze wzmacniaczami lampowymi i ich rzekomo większymi zniekształceniami jest podobnie, a sprawę wyłuszcza Nelson Pass, sławny konstruktor wzmacniaczy, według którego zniekształcenia są w rzeczywistości wszechobecne i niemożliwe do usunięcia. Tak więc nie dajcie się zwieść zapewnieniom, że jakiś tranzystorowy wzmacniacz pozbył się ich do poziomu poniżej jednej tysięcznej; bo cóż z tego, że faktycznie w odniesieniu do zniekształceń liniowych (czyli harmonicznych), kiedy do ich pomniejszenia użyto obwodów przeciwharmonicznych, produkujących (w co kiedyś nie wierzono, ale rzeczywiście tak jest) własne grupy zniekształceń. W dodatku nieliniowych, czyli nie muzycznych a chaotycznych (nieharmonicznych). Efekt? Muzyka z tranzystora okazuje się mniej śpiewna, bo w całym paśmie u podłoża ma cichy szum chaotyczny, który na dodatek potrafi się lokalnie przeradzać w duże piki wyjątkowo nieprzyjemne audialnie. Z tego właśnie powodu wzmacniacze lampowe brzmią lepiej, pomimo większych w pomiarach zniekształceń harmonicznych.

    2. Piotr Ryka napisał(a):

      Co do ustroi akustycznych, to zgoda – tę stronę rzeczywiście się zaniedbuje. Pomimo dobrego co do proporcji i materiałów konstrukcyjnych własnego pokoju odsłuchowego stawianie w rogach ścianek z ustroi Audioforma potrafi wyraźnie poprawić brzmienie. Trzeba mieć jednak na względzie, że ustroje akustyczne poprawiają co prawda harmonię brzmieniową, ale niestety bywa, że psują małżeńską…

    3. Piotr Ryka napisał(a):

      A wyścig zbrojeń? Cóż, tak jak w większości życiowych spraw należy zachować przy nim umiar i słuchając muzyki nie zaprzątać sobie nim głowy. To nie jest bardzo trudne, bo już za umiarkowane pieniądze da się zmontować system brzmiący na tyle dobrze, że poprawki same z siebie nie przychodzą do głowy.

  8. Patryk napisał(a):

    Ustawienie glosnikow wedlug CARDAS to strzal w 10!! To ZAWSZE dziala w normalnych pokojach! Nic lepszego nie poznalem do dnia dzisiejszego.

  9. Patryk napisał(a):

    ….ale mozna pchac, przestawiac, sluchac i znowu przestawiac….NIE MA SZANS! Cardas formulka dziala 100%!

  10. deper b napisał(a):

    ZBanowac Leszka!!!!!

  11. Wiecki napisał(a):

    High End……to High bez End….. sam jestem po 40 latach Audiofilizmu…

    Pozdrawiam

    Zygmunt

  12. Patryk napisał(a):

    A ja mysle troche inaczej. „Mozna wejsc bardzo wysoko” dozac do momentu, w ktorym poczujemy 100% zadowolenie. Wtedy mamy do czynienia z High & End. Rzadko komu udaje sie to udaje, to prawda. Jest jednak mozliwe i do zrealizowania. W wieku 37lat (2 lata temu) udalo mi sie i nie mam juz od 2 lat najmniejszego zapotrzebowania na ulepszenie systemu.
    Moja rada dla wszystkich: zrobcie wszystko, aby moc miec swoj pokoj muzyczny, w ktorym nie bedzie ograniczen powiazanych z rozstawieniem glosnikow oraz materialow akustycznych. (sciany i reszta pomieszczenia musza byc do waszej dyspozycji)

    Szkoda, ze wiekszosc ludzi wklada (wyrzuca wlasciwie) pieniadze w drogie kable zapominajac o podstawach, ktore sa duzo tansze i 5x skuteczniejsze.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Oddzielny pokój odsłuchowy dla większości pozostaje niestety nieosiągalnym ziemskim rajem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy