Recenzja: Aurender N20

    TVlogic to powstała w 2002 roku firma koreańska z siedzibą w Seulu, początkowo specjalizująca się wyłącznie w produkcji ekranów, w branży audio obecna od 2011. Na koncie ma zarówno wielkie LED-y formatu 4K, jak i średnie OLED-y studyjne, a także całkiem malutkie do montowania w kamerach i kieszonkowych telewizorkach. Same ekrany okazały się jednak w pewnym momencie nie wystarczać, być może pod wpływem chęci instalowania ich wszędzie tam, gdzie zainstalowane być mogą. I tak ruszył TVlogic w sektor serwerów muzycznych.

    Powyższe słowa pisałem osiem lat temu, rozpoczynając recenzję archiwizatora plikowego Aurender X100S, obecnie rozpoczynają recenzję młodszego o te lata i aż dwa razy większego Aurendera N20. Firma zatem ciągle ta sama i urządzenie tego samego typu, ale większe i pojemniejsze, też przy okazji dużo droższe. W sumie jednak to wciąż ten sam Aurender, tyle że w nieco innych czasach, chociaż akurat rynek audio nie za bardzo się zmienił. Wzrosła jedynie siła oddziaływania gramofonów i rozmnożyły się jeszcze bardziej słuchawki, ale odwrót od płyt CD trwa w najlepsze, i ten właśnie Aurender jest tego dobitnym wyrazem. Więcej mamy, co prawda, grania wprost z Internetu, czyli bardziej rozpleniły się przetworniki i słuchawkowe wzmacniacze (we wspólnych lub osobnych obudowach), lecz kto chce mieć najwyższą jakość plikową, powinien kupować pliki niczym płyty, albo korzystać z płatnych serwisów streamingowych, miast zadowalać się serwowanymi darmo przez YouTube.  (Chociaż i te potrafią cieszyć, o ile masz odpowiedni sprzęt.)

    Przetwornik i słuchawkowy wzmacniacz to osobna, zewnętrzna sprawa – we wnętrzu Aurendera ich nie znajdziesz. A co tam w środku jest i co z tego na zewnątrz wynika, tym się już zajmujemy.

Budowa i funkcjonalność

Duże plikowe zwierzę.

    Urządzenie jest duże i ciężkie. Szerokie na tradycyjne dla dużych kloców audio czterdzieści trzy centymetry, głębokie na trzydzieści pięć i wysokie na jedenaście. Waży dwanaście kilo, na co składają się min. trzy transformatory ulokowane tuż za ekranem, co w sumie jest logiczne, bo od nich i wydawanych na froncie komend się zaczyna, a kończy na obszarze samego Aurendera na wyjściach cyfrowych z tyłu. Mimo to jakoś nie podejrzewasz, że za ekranem właśnie one.  

    Zacznijmy od obudowy i tegoż właśnie ekranu. Obudowa cała jest z grubych, ładnie ukształtowanych i elegancko wykończonych aluminiowych profili, jak przystało na audiofilski high-end. Możemy otrzymać ją w wersji czarnej albo srebrnej, a stylistyka pozostała niezmieniona – opisywany Aurender niczym nie różni się stylistycznie od kuzyna sprzed ośmiu lat, poza tym że jest nowocześniejszy i większy. Większy rozmiar pozwala mu posługiwać się dużo większym ekranem, który jest kolorowy, lecz nie jest dotykowy. Funkcjonalność z poziomu obudowy to zatem pięć przycisków: na lewo od ekranu podświetlany włącznik, na prawo cztery tradycyjne aurenderowskie funktory – i same kwadratowe, i też uformowane po dwa rzędami w kwadrat. Funktory przywołania menu, play/pause, wstecz i naprzód, a pozostała funkcyjność odbywa się już za pośrednictwem pilota, którym też tradycyjnie u Aurendera będzie wasz własny smartfon. Ściągnąwszy z App Store darmową aplikację dla iPhone lub Androida, będziemy mogli układać listy bieżącego grania z wielkich zasobów nagraniowych, którymi każdy audiofil dysponuje. Wielkich i łatwo osiągalnych, bo już w podstawowej wersji ma N20 dysk SSD o pojemności 500 GB, które to gigabajty mogą zostać rozbudowane do aż 16 TB przy dodatkowych dyskach SSD albo do 8 TB przy dodatkowych talerzowych. (Jedne i drugie zmieszczą się w obudowie i można oczywiście zamawiać urządzenie od razu z większą, acz niekoniecznie maksymalną pamięcią dyskową.)   

    Kolorowy ekran o przekątnej 8,8 cala wyświetla kolorową okładkę przywołanej płyty, którą możemy odtwarzać w całości lub wybierając z niej dowolne utwory, a pozostałe dane w formie napisów ekran wyświetla stonowaną białą czcionką na czarnym tle. Po pewnym czasie wyświetlacz samoczynnie gaśnie, chyba że postanowimy inaczej, a trzy umieszczone za nim w pancernych obudowach toroidy rządzą nieustająco energią. Przede wszystkim kierują ją do czterech wielkopojemnościowych kondensatorów separowanych galwanicznie, które stanowią źródło energii używanej przy odtwarzaniu. Urządzenie zaprojektowano bowiem w ten sposób, by w dużej mierze naśladowało napęd bateryjny, tyle że rolę baterii litowych pełnią tu ładowane na bieżąco kondensatory, które w razie zaniku zasilania (awarią sieci lub nieumyślnym wyłączeniem) są w stanie podtrzymywać zasilanie wystarczająco długo, by urządzenie prawidłowo się wyłączyło, zwijając wcześniej wszystkie programy. Co ważne, bo to przecież tak naprawdę komputer: zasilanie zasila płytę główną z czterordzeniowym procesorem Intela (nie podają specyfikacji), wspieranym pamięcią operacyjną  8 GB DRAM, pracującym pod kontrolą systemu operacyjnego Linux.

Niestety tak to zwykle jest, że podstawki od producenta nie dorównują dokupowanym.

    Prócz zasilaczy, procesora, pamięci operacyjnej i dysków magazynowych kluczowy jest też zegar – Aurender N20 ma wbudowany własny taktujący Word Clock, niezależnie od tego, że ma też na tylnej ściance przyłącze dla zewnętrznego. Wewnętrzny jest typu  OCXO (Oven Controlled Crystal Oscillators) i pracuje z częstotliwością 49 152 MHz, nie tylko precyzyjnie pakietując muzyczne dane, ale równocześnie dbając o siebie, jako że jest chroniony przed przegrzaniem – utrzymuje stałą temperaturę, dzięki czemu nie tylko może być precyzyjny, ale też się nie starzeje. Co bardzo ważne, ponieważ niezabezpieczone w ten sposób zegary tracą z czasem precyzję i robi się muzyczny bigos. Tutaj tak się nie stanie, a komu taka precyzja nie starcza, może za kilkanaście albo więcej tysięcy kupić zewnętrzny, femtosekundowy zegar.

    Opisywanie całego wewnętrznego obwodu mijałoby się z celem, dla normalnego użytkownika ważne jest jeszcze jedno: Producent chwali się, i słusznie, że jego urządzenie ma zdolność konwersji plików DSD do formy plikowej PCM o wybranej częstotliwości (88,2 kHz lub 176,4 kHz), dzięki czemu także ten format może być wynoszony na zewnątrz nie tylko przez gniazda USB, ale też koaksjalne, TosLink, AES/EBU i BNC. Co jest istotne, ponieważ tylko one są pod kontrolą zegara OCXO, tym samym sygnał wychodzący przez nie będzie wyższej jakości (zwłaszcza przez gniazdo XLR AES/EBU reprezentujące format profesjonalny). Ale i wyjście USB ma czym się poszczycić – jest doskonale zabezpieczone prądowo oraz starannie  odszumione. Że streamer Aurendera jest kompatybilny z MQA, tego nie trzeba nawet mówić – bezproblemowo będzie współpracował z każdą płatną plikownią.

    Z tyłu, poza wymienionymi wyjściami (1 x Coaxial, 1 x TosLink (optyczne), 1 x AES/EBU, 1 x BNC i 1 x USB Audio Class 2.0), jest trójbolcowe wejście zasilania z zapadkowym włącznikiem głównym i wejścia 1 x Word Clock, 1 x Gigabit LAN i 2 x USB 2.0.

    Celem redukcji wibracji urządzenie stoi na czterech metalowych walcach z korkowym podścieleniem, a celem separacji od pól magnetycznych ma nie tylko grube profile zewnętrzne, ale też wewnątrz grube przegrody oddzielające poszczególne sekcje.

    Porządek montażu wzorowy, same markowe podzespoły, wykonanie w Korei Południowej mówi samo za siebie, podobnie jak biura projektowe mieszczące się w kalifornijskiej Dolinie Krzemowej, mózgu współczesnej technologii.

Kolorowy wyświetlacz.

    Za wszystkie powyższe przymioty przyjdzie zapłacić nabywcy przeszło sześćdziesiąt tysięcy, a zatem nie okazja cenowa, tylko rynek high-endu; ten dla poszukiwaczy jakości, a nie cenowych okazji.

Brzmienie

Podświetlany włącznik.

    Mieszczący w sobie imponującą bibliotekę nagrań, zdolny także do streamowania serwer muzyczny Aurendera może być równie dobrze źródłem w systemie głośnikowym, co nabiurkowym albo ulokowanym w dowolnym innym zacisznym kątku mateczniku słuchawkowych przeżyć. Na początek założyłem to drugie, doposażając go via kabel XLR AES/EBU w przetwornik iFi iDSD PRO Signature i wzmacniacz słuchawkowy iCAN PRO, spięte pomiędzy sobą okablowaniem symetrycznym, dające zatem symetryczny sygnał słuchawkom dopasowanym jakościowo do nietaniego zestawu.

    Opis brzmieniowej strony Aurendera zacznę niestandardowo, startując od opisu jego ewolucji wraz z rozgrzewaniem urządzenia. Urządzenia w terminologii audiofilskiej gwary od dawna już ostatecznie „wygrzanego”, ale ruszającego do pracy natychmiast po włączeniu, zaczynającego więc przekazywać muzykę podzespołami o temperaturze otoczenia. To bardzo ważne, by mieć zawczasu świadomość, jak bardzo potrafi wraz ze wzrostem temperatury na przestrzeni następnych godzin to pierwsze brzmienie się zmieniać, ponieważ chwile wstępne mogą być wręcz odstręczające. Lecz gdyby na nich poprzestać, rezygnując z kolejnych, można sobie wyrządzić krzywdę, i to taką z tych większych. Tym to jeszcze ważniejsze, gdy widzieć sprawę w kontekście rosnącej rangi plikowego grania; owej towarzyszącej nam już od wielu lat nieubłaganej siły zamieniającej płyty w pliki. I trzeba też mieć na uwadze, że przetworniki potrafiące zdziałać cuda dla darmowych plików z YouTube kosztują dużo więcej – a takie lampowe Jadis, czy aż 128 razy nadpróbkujące MBL, nie dość że są piekielnie drogie, to jeszcze latem nie do użycia w pomieszczeniach pozbawionych klimatyzacji, chyba że lubisz słuchać w smażalnianych warunkach. Tymczasem opisywany Aurender rozgrzewa się umiarkowanie, mimo iż to rozgrzanie ma tak kluczowe dlań znaczenie. Poza tym nie kosztuje aż tyle, a daje podobne przeżycia.

    Wybiegłem naprzód, natychmiast wracam. Zimny Aurender – minuty po uruchomieniu – gra jawnie w stylu udziwnienia. W muzyce dominują chłód i echa, przy czym ten pierwszy jest śladowy, ale te drugie duże. Powiewa odrealniającym chłodem, mimo iż sam chłód minimalny, jednak echowa aranżacja bardzo go potęguje. – Jest dziwnie, niczym  na sztychowych ilustracjach pierwszych wydań Juliusza Verne’a, do którego powieści, kładących podwaliny pod literaturę SF, atmosfera chłodnej, pozbawionej koloru obcości pasowała jak ulał. Nie była wierna portretowo, za to budowała magiczny klimat – lecz w tej manierze utrzymany aranż rzadko do której muzyki pasuje, chociaż niektórzy w nim gustują.

Powierzchnia ekranu duża, przyciski obsługowe cztery.

   Ze znaczonego w początkowych chwilach intensywnym pogłosem obszaru chłodnej dziwności zaczęły się stopniowo wyłaniać coraz wyraźniejsze kontury, by po kilku godzinach stać się konturami wyjątkowo ostrymi – ale nie w sensie negatywnej ostrości, tylko urzekającej wyraźności obrazu z nadania popisowej separacji i wyrazistych konturów.

    Dorzućmy ważną wzmiankę. Aurender współpracujący z przetwornikiem iFi PRO Signature potrafił w odwrotnym procesie przywracać plikom DSD ich sprzed transferu do PCM pierwotnie gęstszą postać; czego jednakże nie zalecam, to jeszcze wzmaga dziwność. Pliki formatu DSD są użyteczne jako takie, także udrapowanie innych na nie czasami dobrze się sprawdza, ale jechanie z nimi postaciowe w-te i wew-te nie jest dobrym pomysłem. Od tego staje się jeszcze dziwniej, jeszcze narasta poczucie obcości. Taka muzyka nie jest sobą – w realistycznych kryteriach nie jest nawet bardzo dobitnie (o ile pominiemy tą sporządzoną przez syntezatory) – osobiście takiej za wyjątkiem syntezatorowej nie znoszę, wybiegam trzaskając drzwiami. Ale kiedy zostawić pliki jakimi są, kiedy z upływem czasu Aurender nabierze temperatury (co realizuje niestety powoli) wówczas, po jakichś sześciu, siedmiu godzinach zaczyna się granie na pełny etat. A wtedy to jest coś! – zwłaszcza kiedy ma z czego.

    Najmniej do zestawienia Aurender N20 + iFi iDSD PRO Signature + iFi iCAN PRO z  trzech próbowanych słuchawek pasowały Dan Clark Audio STEALTH, jako także niosące minimalny ślad chłodnawego pogłosu. Nie żeby nie pasowały wcale – po całkowitym rozgrzaniu toru pasowały wręcz znakomicie – lecz HiFiMAN Susvara i Ultrasone Tribute 7 jeszcze lepiej. Pierwsze na zasadzie zupełnej otwartości i muzykalności wzorcowej, drugie dawały, swoim zwyczajem, najpotężniejsze ciśnienia, a przy tym też okazały się muzykalne i również śladowo ciepłe.

    Myślę, że nie ma co rozbijać opisu na trzy oddzielne pary słuchawek, przedstawię go w ujęciu najlepiej pasujących, niestety bardzo kosztownych HiFiMAN Susvara. (Z kablem Tonalium.)

 

 

 

   

    Pytanie jest właściwie jedno: – Co zyskujemy wstawiając w tor Aurendera, zamiast używać tych dwóch iFi poprzez dobry konwerter, korzystając z YouTube czy TIDAL-a? Bo na pewno tracimy z portfela przeszło sześćdziesiąt tysięcy i jeszcze będziemy musieli dobrać się jakoś do materiału plikowego jak najwyższej jakości, który także darmowy nie jest.

   Odpowiedź była łatwa, ponieważ kręcąc pokrętłem wyboru wejść w iDSD PRO otrzymywałem ją natychmiast. Zacznę od części mniej oczywistej, od kwestii muzykalności. Kiedy jakieś utwory słuchane były najpierw z Aurendera, słuchając odnosiłem wrażenie, że ich analogowość (cyfrowa przecież) jest realizowana poprawnie, ale nie jakaś znowuż nadzwyczajna. Ot, taki jeszcze jeden udany naśladowca analogowości w sztucznej domenie cyfrowej, ale nic godnego zrywania się z miejsca i okrzyków radości. Dopiero kiedy to samo szło następnie bezpośrednio z Internetu, a nawet kiedy Foobarem czytane było z komputerowego dysku, dawało się wyraźnie odczuć, jak bruzdy cyfrowe się wygładzają, o ile z Aurendera jest prawdziwiej. Ujmę to tak: – To nie było spektakularne, lecz było wartościowe. Bo bez narzędzia porównania, zwłaszcza gdy się nie skupiać, łatwe do przeoczenia, natomiast w porównaniach wyraźne, nawet dobitnie lepsze. Ale przykrywane czymś innym.

    Ta druga cecha odróżniająca materiał z dysku Aurendera od branego wprost z Internetu, też tego z komputerowego zasobu plików o wysokiej gęstości, sprowadzała się do trzech słów: wyraźność, drajw i dynamika.  

    Już napisałem, że wraz z nabieraniem temperatury Aurender gra coraz  wyraźniej; dźwiękiem coraz lepiej separowanym, coraz cieplejszym i coraz mniej obcym. Na koniec obcość całkiem znika, wyraźność staje się wzorcowa, a ciepło minimalne, bardziej zależne od reszty toru. W jednych słuchawkach będzie większe, w innych da znać o sobie mniej; to samo ze wzmacniaczami, przetwornikami, kablami itd. Generalnie temperatura neutralna lub trochę wyższa od neutralnej, w żadnym wypadku chłód. Ta temperatura, podobnie jak analogowość, to jednak cechy nie prymarne – nie te, które podczas słuchania zwracają największą uwagę. Takimi są wyraźność (jak mówiłem wzorcowa), a także świetne tempo muzycznej akcji i jej rozpiętość dynamiczna.

Można trochę poczytać.

    To prawda, że i analogowość mocno się zaznacza podczas bezpośrednich porównań, ale wyraźność i drajw bardziej. Drajw połączony z dynamiką i właśnie wyraźnością, jako dobitna, krystalicznie czysta wyraźność muzycznego obrazu połączona z muzyczną werwą. Przykładowo: Fantasia Suite  – najsławniejszy utwór z pamiętnego koncertu  „Friday Night In San Francisco – Al Di Meola, John McLaughlin, Paco de Lucía” – grana z Aurendera zdecydowanie bardziej tętniła życiem i była dużo wyraźniejsza. O wiele też mocniejszy dawała ambience – krzyki, gwizdy i brawa widowni też brzmiały zdecydowanie prawdziwiej. Rzecz nie cechowała się przy tym żadną wyrywkowością – nie zależała od płyty, gatunku czy utworu. Raz za razem w kilkudziesięciu różnych nastrojowo i gatunkowo utworach z wybranej do odtwarzania listy powtarzał się identyczny motyw: wyraźność, drajw i dynamika połączone z mniej narzucającą się, ale w porównaniach bardzo widoczną analogowością. Byle tylko nie zapominać, że Aurendera nie wyłączamy, o ile nie wybieramy się na urlop lub długą delegację.

W systemie kolumnowym

    Zostawmy teraz słuchawki i uznajmy za wyuczone wszystkie te polecenia odnośnie warunków użycia. Oto stoi rozgrzany i podpięty do przetwornika iFi iDSD PRO Signature, a poprzez niego do dzielonego wzmacniacza i kolumn. Jak grało?

   Cóż, chyba wybiła ostatnia godzina odtwarzaczy CD, gdy chodzi o nabywców nowych. Jedynie nie mogący się rozstać z uzbieraną przez lata kolekcją płyt, z towarzyszącymi jej wiązankami wspomnień i skojarzeń, będą się swych płytowych wirówek trzymać. Ewentualnie ktoś zdecydowany nabyć odtwarzacz z najwyższej półki, jak przykładowo najnowszego dzielonego Accuphase, może oczekiwać czegoś lepszego. Tak, wcale nie zapomniałem – jeszcze lepszego coś mieszka w gramofonach. Ale z nimi wiadome mecyje, nie każdy też gotów łykać trzaski, nawet kiedy są sporadyczne. (Ja sam, jak najbardziej.) Lecz poza tymi domenami nie ma sensu, no sensu nie ma. Aurender zagrał jak odtwarzacz za trzydzieści parę tysięcy złotych, choć nie trzydzieści tysięcy euro. Miał wszystko to, na co przy takim zakupie zwracamy uwagę – melodyjność, jakość muzycznego dotyku, zdolność przywoływania atmosfery, poryw i dynamikę. Zupełnie nie robiło mu różnicy, jaki materiał obsługuje odnośnie jakości pliku i zapisanego na nim repertuaru. Zarówno zwykłe PCM 44,1 kHz, jak DSD 2,8224 MHz, dawały pełnię przyjemności pod każdym z wymienionych względów, a podobnie poezja śpiewana, najbardziej wypiętrzone chóry czy na drugim biegunie najcięższy rock – to było bez różnicy.

A nie tylko posłuchać.

    Jedna uwaga odnośnie – wystrzegamy się konwertera. Nawet wysokiej klasy konwerter M2Tech z osobnym zasilaczem psuł jakość względem plików czytanych bezpośrednio przez przetwornik. Szczególnie redukowała się jakość dotyku i wrażenie uczestnictwa w spektaklu – muzyka traciła tę cząstkę duszy, która sprawia, że odbieramy ją w całej bezpośredniości, a nie nad nią gdybamy. Bo kiedy w pierwszym kontakcie zaczynasz gdybać, że to nie tak, że może trzeba… – to wejście w kontakt z muzyką staje się czymś wtórnym, najpierw trzeba przywyknąć do wad. Aurender prosto na przetwornik i dalej na kolumny tej przykrej ułomności nie miał, przyjemność dawał już w pierwszym rzucie. Właśnie dlatego napisałem, że odtwarzacze z tych zwyklejszych tracą już rację bytu, bo niczego nie dodają brzmieniowej jakości, a mnóstwo ujmują wygody. Na terabajtach dyskowej pamięci Aurendera można pomieścić szafę płyt, a nawet parę szaf, i jeszcze się wyświetlą na ekranie kolorowe okładki z towarzyszeniem okładkowych danych. Obsługa tej kolekcji bez wstawania z fotela, sama kolekcja w urządzeniu bez zagracania mnogich półek. Pewnie, można chcieć mieć kolekcję płyt CD, to stopień niżej niż u gramofonów. One wróciły min. dlatego, że płyty CD/SACD miały za mały format; dopiero winyl to jest coś, co można naprawdę poczuć w ręce; okładka czego przypomina obraz, a nie jakąś miniaturkę. Sam tej argumentacji nie kupuję, nigdy tak tego nie odbierałem, ale przyjmuję do wiadomości stanowisko tych, którzy chcą mieć płyty dużego formatu i ich duże okładki.

    Analogicznie można chcieć mieć płyty CD, a nie ich wirtualne awatary namacalne jedynie uchem, widoczne tylko na ekranie. Ale jak chodzi o jakość brzmienia, to tak jak powiedziałem: niczego więcej nie osiągniesz, chyba że sięgniesz po odtwarzacz za bardzo konkretną kwotę. I nawet w ich przypadku też to nie będzie nowa jakość w znaczeniu rzeczy nieobecnych wcześniej, a jedynie więcej tego samego – większa porcja tej samej magii. Kto zechce mieć jakości nowe: analogowość z innej bajki, dużo więcej energii w brzmieniu, ten musi sięgać po gramofony, ewentualnie po magnetofony.

Podsumowanie

Format i forma obudowy wywierają spore wrażenie. 

    Jedno w tym wszystkim trochę smutne – ta cena urządzenia. Chciałoby się mieć tej miary jakość plikową i takie możliwości magazynowe zdecydowanie taniej. Niestety, trend jest dokładnie odwrotny: wraz z przedłużającym się barkiem łatwego dostępu do procesorów piętrzą się zaległości, a firmy wszystkich branż i rodzajów doszły prędko do wniosku, że zamiast tworzyć listy kolejkowe i mnożyć czasy oczekiwań, lepiej podnosić ceny. Nieprzyjemnie to wróży, bo międzynarodowa społeczność kliencka zdążyła wcześniej przywyknąć, że wszystko z czasem staje się tańsze, tym samym dostępniejsze. A tu tymczasem na odwrót. Nie widać prędkiej odmiany, powrotu do dawnych czasów; a przecież nazywam teraz dawnymi te sprzed zaledwie paru lat. Ale czytałem nie dalej jak kilka dni temu artykuł w niemieckiej prasie pomstujący na polityczne władze kraju, które przez dekady odzwyczajały obywateli od bycia gotowymi na przezwyciężanie trudności; tym większy teraz ich gniew i rozpacz. Mało tego – całkowita niezgoda na jakiekolwiek wyrzeczenia: ma być natychmiast tak jak dawniej, reszta nas nie obchodzi! Ale raczej jak dawniej nie będzie; i takie Aurendery też raczej nie pojawią się w przyszłym ani następnym roku za kilkanaście tysięcy. Szkoda, byłoby miło. Pozostaje cieszyć się z możliwości urządzenia, a te są rzeczywiście cieszące. Gdy zadbać o rozgrzanie podzespołów i nie psuć konwerterem, robi się to, do czego od początku zmierzano – high-endowy odtwarzacz CD na plikach.

 

W punktach

Zalety

  • Bak jakościowej różnicy względem odtwarzaczy CD/SACD z wysokiej półki.
  • Wraz z tym stuprocentowa muzykalność w ramach chrakterystycznych dla domeny cyfrowej.
  • Wyraźność ma miarę wzorca.
  • Dynamika i drajw zmuszające do zaangażowania.
  • Wyjątkowo spójnie i naturalnie ukazana scena.
  • Muzyczny dotyk i subtelność pozwalające poczuć nadzwyczajność.
  • Głębokie wnikanie w treść muzyczną.
  • A jednocześnie walor analizy nie koliduje z odczuwaniem emocji jako najważniejszym czynnikiem.
  • Zapominasz o urządzeniach, zostajesz sam na sam z muzyką.
  • Każdą muzyką, bo urządzenie nadaje się do każdej i stworzy dowolny klimat.
  • Wysoka energia dźwięku. (Nie aż gramofonowa, ale dająca się poczuć.)
  • Idealnie uchwycona temperatura przekazu – tak żeby o niej nie myśleć.
  • Nie ma przesadnej echowości ani sztucznego naprężania dźwięków.
  • Szalona łatwość obsługowa.
  • Żadnego zawieszania.
  • Znakomitej jakości muzycznej odczyt także w przypadku najmniej gęstych plików PCM 44,1 kHz.
  • Imitowany napęd bateryjny. (A ten zawsze podnosi jakość.)
  • W tym wypadku nie tylko wpływa na jakość brzmienia, ale też chroni specjalistyczny komputer przed ewentualną awarią sieci energetycznej.
  • Gigantyczna pojemność dysku zaprasza do tworzenia gigantycznego zbioru nagrań.
  • Duży, kolorowy ekran.
  • Możliwość podpinania zewnętrznego zegara.
  • Komplet przyłączy cyfrowych.
  • Pancerna aluminiowa obudowa.
  • Spokojny, elegancki design.
  • Gabaryty i ciężar budzą respekt, pozwalając zapomnieć o lękach przed kupieniem wydmuszki.
  • Znany producent.
  • Made in South Korea.
  • Polska dystrybucja

 

Wady i zastrzeżenia

  • Drogo.
  • Tylko dla posiadaczy względnie nowych smartfonów. (W przypadku starszych darmowy program obsługowy odmówi instalacji.)
  • Dla ukazania pełni możliwości brzmieniowych urządzenie musi stać długo pod prądem. (Przynajmniej ze sześć godzin.)
  • Musi być także sparowane z dopasowanym klasą przetwornikiem.

 

Dane techniczne

  • Serwer medialny pracujący pod kontrolą systemu operacyjnego Linux.
  • Procesor: czterordzeniowy, Intel
  • Pamięć operacyjna: 8 GB DRAM
  • Zegar: OCXO (Oven Controlled Crystal Oscillators) – 49 152 MHz, izolowany termicznie
  • Zasilanie robocze dysku: kondensatorowe, separowane prądowo.
  • Pojemność: 1 x SSD 500 GB.
  • Rozdzielczość plikowa: PCM do 32-bit/384 kHz, DSD do 512.
  • Obsługiwane formaty: WAV, AIFF, FLAC, ALAC, AAC, M4A, MP3, APE, DSF, DFF.
  • Wejścia: 1 x WordClock, 1 Gigabit LAN, 2 x USB 2.0
  • Wyjścia: 1 x koaksjalne, 1 x TosLink optyczne, 1 x AES/EBU, 1 x BNC, 1 x USB Audio Class 2.0
  • Ekran: przekątna 8,8 cala, rozdzielczość 1980 x 480 – kolorowy, nie dotykowy.
  • Pilot: smartfony Mac i Android po wgraniu darmowego oprogramowania.
  • Opcjonalne dodatkowe dyski: SSD lub talerzowe do 16 TB.
  • Wymiary: 430  x 353 x 83 mm.
  • Waga: 12 kg.
  • Wykończenie: obudowa aluminiowa – srebrna lub czarna.
  • Cena: 65 680 PLN

 

System

  • Źródło: Aurender N20.
  • Przetworniki: iFi iDSD Pro Signature, Phasemation HD-7A, PrimaLuna EVO 100.
  • Konwerter: M2TECH HIFACE EVO TWO.
  • Kabel USB: iFi Gemini + iUSB3.0.
  • Kabel AES/EBU: Acrolink 7N-DA2090.
  • Kabel koaksjalny: Tellurium Q Black Diamond.
  • Wzmacniacze słuchawkowe i kolumnowe: ASL Twin-Head Mark III, Croft Polestar 1, iFi iCAN Pro, Phasemation EPA-007
  • Słuchawki: AKG K1000 (kabel Entreq Olympus), Dan Clark Audio STEALTH (kable VIVO Cables i Tonalium), HiFiMAN Susvara (kabel Tonalium), Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium – Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium – Metrum Lab).
  • Kolumny: Audioform 304.
  • Interkonekty: Next Level Tech (NxLT) Flame, Sulek Edia, Sulek 6×9, Tara Labs Air 1, Tellurium Q Black Diamond.
  • Listwa: Sulek Edia.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjonery masy: Entreq Minimus, QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

5 komentarzy w “Recenzja: Aurender N20

  1. Sławek pisze:

    65 680 zł za streamer? No nie, ja dziękuję. Dlaczego nikt nie testuje tzw. Maliny – bo za tania zapewne. Ja sam używam wersji Allo DigiOne Signature + zasilacz Shanti + switch Bonn N8 + kable ethernetowe Furutech czyli w sumie zapłaciłem za taki zestaw 5250 zł. I jest naprawdę dobrze niewiele gorzej od transportu CT (Jay’s Audio CDT2 MK2) po kablu I2S hdmi. System Volumio 3. Streamer podłączony do DAC-a kablem srebrnym bnc Argentum Audio.
    Goła Malina z wyjsciem usb już gra całkiem całkiem, ale kudy jej do mojego zestawu.

    1. Piotr+Ryka pisze:

      „Goła Malina” brzmi nieźle już nawet bez muzyki 🙂
      A co do ceny Aurendera, to jak zwykle – co komu drogo…

    2. omnia 10 pisze:

      Co za kompletne bzdury. Słuchałem tej Twojej maliny. Jest to tragiczny streamer. Gra bardzo cyfrowo

      1. Sławek pisze:

        Mojej na pewno nie słuchałeś, bo u mnie nie byłeś. W jakiej konfiguracji słuchałeś maliny – w takiej jak opisałem?

      2. Sławek pisze:

        A tak a propos jeszcze to malina siedzi w bebechach Brystona BDA-3.14 DAC / Streamer / Digital Preamplifier – sprawdź sobie, co od razu pokazuje jaki ma potencjał, Bryston nie używa badziewia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy