Relacja: Krakowski wieczór audiofilski z firmą Mediam

   W ostatnią sobotę miałem przyjemność uczestniczyć w wieczorze audiofilskim zorganizowanym przez znaną między innymi z AVS firmę Mediam – wieczorze odbytym w sali na piętrze restauracji Baroque przy ulicy św. Jana w Krakowie. To jedna z niewielu ulic na Starym Mieście nie oblegana przez turystów, ponieważ nie ma przy niej sklepów. A ściślej jest niewiele oraz galeria pana Mleczki i jej śmieszno-gorzkie obrazki. A przede wszystkim jest Czartoryskich Muzeum i kościół św. Jana, ale my mamy już wieczór i kierujemy się do Baroque.

Tam audiofile i prelegent z nadania wiedzy profesjonalnej a nie hobbystycznej. Inżynier elektronik Waldemar Łuczkoś prezentację poprzedził obszernym wstępem o technice lampowej, wzmacniaczowej, głośnikowej i gramofonowej. A w ramach tego seminarium o niedoskonałościach konwersji cyfrowej, która ze swoim próbkowaniem 44,1 kHz potrafi wprawdzie na niezłym poziomie ogarniać częstotliwości do tysiąca herców, a nawet nieco ponad, (a więc też całkiem udanie normalną ludzką artykulację), ale potem zaczynają się schody, a za dziesięcioma tysiącami zostają już same bajki i wymysły, w postaci prób odtworzenia (poszarpanej w dodatku) fali akustycznej na podstawie kilku najwyżej kropek. Usiłuje się to potem – na dalszym etapie obróbki – poprawiać filtracją; niemniej wysokie częstotliwości na płytach CD brzmią, jak to ujął prelegent, „dziwnie” – i poza ewentualnym zwiększeniem próbkowania nie ma na to rady. Chodzi oczywiście o próbkowanie rzeczywiste, a nie wtórnie zgęszczane, ale konwersja SACD ostatecznie się nie przyjęła i wciąż mamy te dziwaczące przy wysokich częstotliwościach nagrania z płyt CD.

Wykład był długi i zawadził też między innymi o kwestię częstotliwości wyższych niż uważanych za słyszalne w danych podręcznikowych; które rzeczywiście są niesłyszalne w sferze świadomej percepcji i przede wszystkim niesłyszalne jednym uchem (a tak się zazwyczaj bada), podczas gdy dla binauralnego odbioru dwuusznego mają znaczenie zasadnicze. Poruszono też kwestię szlifu gramofonowej igły i była również wzmianka o zaniechanej niestety kwadrofonii – w połowie lat 70-tych wydającej się oczywistą przyszłością, ostatecznie zaś weszłą w obieg użyteczności indywidualnej wyłącznie jako kino domowe, a nie coś na prawdziwie audiofilski użytek.

Z ciekawszych rzeczy też uwagi o wzmacniaczach, zwłaszcza w nawiązaniu do rywalizacji tranzystorowe kontra lampowe. Tych tranzystorowych ze zniekształceniami na papierze o wiele rzędów wielkości niższych, tyle że w praktyce to marketingowa bajka dla laików. Jak jest w rzeczywistości, to przedstawił swego czasu fiński naukowiec – profesor elektroniki Matti Otala (jeden z twórców formatu CD) – wykazując na podstawie szeregu bardzo skomplikowanych od strony technicznej i zaawansowania laboratoryjnego zaplecza testów dużo niższą zdolność wzmacniaczy tranzystorowych do odtwarzania transjentów i częstotliwości spoza zakresu słyszalnego, decydujących o lokalizacji źródeł pozornych i całościowej przyjemności odbioru, szczególnie w sensie postrzegania jego naturalności.

Przejdźmy do praktyki. Tą oczywiście aparatura audio, na którą składały się dwa gramofony, dwa magnetofony, dwa lampowe wzmacniacze i dwa zestawy kolumn. Gramofony to zdecydowanie tańszy od pokazywanego na AVS Technicsa, podstawowy model SL-1210 GR, oraz zdecydowanie od niego kosztowniejszy Nottingham Dais. Magnetofony to kasetowy Nakamichi 480 (będący własnością prelegenta i zasadniczo przez niego udoskonalony) szpulowy Akai GX-626 z głowicami szklano-ferrytowymi. Wzmacniacze oba od Audiona – jeden na lampach 300B, drugi na KT88. No i głośniki – jedne i drugie już zrecenzowane: podstawkowe Divaldi MS-01 i podłogowe Living Voice, ale nie w najdroższej wersji Auditorium OBX-RW, tylko skromniejszej Auditorium R3.

Odnośnie – jak to grało? Otóż niewątpliwie ciekawie i niewątpliwie dla kogoś chcącego się czegoś dowiedzieć pouczająco. Dużą i robiącą wrażenie sceną, precyzyjną lokalizacją źródeł i nietuzinkowym realizmem. Ale w obecnej migawce nie chciałbym skupiać się na jakości, tylko właśnie na różnicach i wnioskach. W odniesieniu do kolumn na tym, że podłogowe grały bardziej zwartym pasmem i spokojniej, ale mniej wyczynowo i swobodnie. Nie tak dynamicznie, nie tak żywiołowo i nie tak porywczo. Tak bardziej do podziwiania niż uczestnictwa. Gramofon pod moją bytność grał jeden – Nottingham (nie mogłem zostać do późna) – i grał bardzo dobrze, zwłaszcza że ma jako standardowe wyposażenie falownik, potrafiący użytecznie regenerować prąd. Ale w odniesieniu do niego relacja nie o nim samym, a z porównania płyt. Nieobecny na spotkaniu (miał być, ale nie dał rady) redaktor krakowskiego radia i miłośnik winylu Wojtek Padias, podrzucił organizatorom dwie płyty z tym samym materiałem muzycznym; jedną tłoczoną normalnie, za pośrednictwem wcześniejszego nagrania na taśmie, drugą z matrycy ciętej bezpośrednio. Różnica okazała się kolosalna – realizm i precyzja płyty ciętej zdeklasowały zwykłą. Niemniej tak do końca nie byłem zadowolony, ponieważ klasyczny „Sing, Sing, Sing” Benny Goodmana nawet w przypadku bezpośrednio ciętej nie oddawał poprawnie relacji między instrumentami. Zapewne poprzez manewry mikrofonami, czy może innym dławieniem głośności, relacje perkusja-instrumenty dęte nie były w pełni autentyczne i trochę mnie to zezłościło. Niemniej jakość naprawdę niespotykana, zwłaszcza w świetle faktu, że perkusja i instrumenty dęte to szczególnie trudny materiał nagraniowy.

Ciekawe było też porównanie różnic między magnetofonem szpulowym (do prezentacji kasetowego niestety nie dotrwałem) a gramofonem. Przekaz magnetofonowy spokojniejszy i bardziej jednorodny, przy czym słowo „zmiksowany” mogłoby w tym wypadku zabrzmieć dwuznacznie, ponieważ muzykę można miksować zarówno ujednolicająco, jak i przez podkreślanie różnic. Tu niewątpliwie materiał był zmiksowany w sensie tradycyjnie (można rzec – kulinarnie) ujednolicającym, tworzący zwartą dźwiękową ścianę o wysokich walorach analogowych. Mniej kolorystycznie różnorodną i przestrzennie dużo bardziej względem gramofonu skupioną, ale dającą wielką przyjemność słuchania, poprzez odbiór dźwięku jako organicznie jednorodnej i eleganckiej całości. To z pewnością nie tłumaczy wszystkiego, ale być może z tego między innymi powodu – dla smaku tak podawanej muzyki –  pod koniec lat 70-tych audiofilizm tak wybuchł, tak szerokie rzesze ogarnął, a teraz słucha się byle jak, bo słucha nieorganicznej sieczki. I by z tej sieczki wydusić muzykę, by ją z tych strzępów odrodzić, potrzebny jest sprzęt kosztowny i duża wiedza o składaniu systemów, na co przeciętny człowiek, niezależnie od wieku, nie ma czasu ani pieniędzy. Także stąd pewnie popularność mizernej muzyki smartfonowej za pośrednictwem „pchełek” w uszach, chociaż na pewno nie tylko. I sama ta muzyka – rany boskie! Jak puszczam czasem toto w samochodowym radio, gdy trafiam na to coś, co obecnie powstaje i uważane jest za muzykę rozrywkową; na te jęczące w uściskach zespołu bolesnego miesiączkowania paniusie – to mnie formalnie jasny piorun. Cóż za bezgatunkowa pasza, jakiż upadek rzemiosła, że o artyzmie nie wspomnę… Ale nic, zawsze mogę puścić z płyty takiej czy innej prastary Sing, Sing, Sing Benny Goodmana czy Take Five Daveʼa Brubecka. A chociaż to nie jest – jak to się mawia – tak zwana „moja muzyka”, ale słucha się kapitalnie i podziw bierze dla kunsztu, werwy, zapału, talentu.

Sporo zatem ciekawych informacji i postrzeżeń; jedynie szkoda trochę, że mało ludzi przyszło. Ale wieczór nie był wypromowany, może zresztą miał być z założenia jak najbardziej kameralny? Inna rzecz, że duża grupa nie miałaby się gdzie pomieścić. Sam w każdym razie byłem zaproszony i z uczestnictwa się cieszę. Coś wiedzy i doświadczenia udało się tam liznąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy