Gramofon, znów gramofon, a tyle razy mówiłem, że one podobnie grają, że ich analogowość mocno spłaszcza różnice i nawet tanie bywają dobre i drogie ich nie pogrążają. Jak wszystko na tym świecie ma to swoje niuanse, a w tym wypadku najbardziej niuansowy jest gatunek użytej wkładki. To wkładki głównie się różnią, a gramofony nie tak bardzo, oprócz tego kluczowy czynnik to jakość gramofonowego preampu. Te też jak wkładki się różnią, że jeden nierówny drugiemu i brzmienie może być piękne, a może takie sobie.
Tym razem wszystko będzie z grubsza podobne pod względem jakościowym – gramofon tytułowy za 9690 złotych (a z opcjonalną wkładką Ortofon Quintet Black za 12 790 zł), na head-shell zamocowana cokolwiek wyższa jakościowo ShelTer MODEL 501 III za 5900 złotych, przedwzmacniacz gramofonowy redakcji, Avid Pellar, za 5280 złotych, ale gruntownie udoskonalony, sama przeróbka to parę tysięcy ekstra. (Najlepszy własny Music Halla za 2190 złotych.) Za interkonekt gramofonowy posłuży półtorametrowa Tara Labs Air 1 (koło ośmiu tysięcy ze dwie dekady temu), a reszta wyłuszczona na stopce redakcyjnej. Aha, jeszcze skórzana mata SULEK za 150 złotych w miejsce z kompletu filcowej, jako niewątpliwa progresja.
Wypada teraz przypomnieć historię marki Music Hall, która chce pisać nazwę z małej, ale ja tego nie respektuję. Marka pisząca siebie samymi małymi bądź kapitalikami nie jest tak sławna jak najsławniejsze, ale na rynku dobrze znana. Szczyci się bliską współpracą z uznanym konstruktorem Maikiem Creekiem, właścicielem Creek Audio Ltd., co stale znajduje wyraz w najróżniejszych produktach. Oprócz Creek Audio współpracuje z Epos Acoustic, EAT i Goldring, tworząc w piątkę rodzaj holdingu, przenikanie w zawiłości którego w tym miejscu sobie darujemy, zwłaszcza że byłoby to trudne. Obchodząc to dorzućmy, że MUSIC HALL, LCC to przedsiębiorstwo amerykańskie (spółka z ograniczoną odpowiedzialnością) założone w 1985 przez Roya Halla w Nowym Jorku, mające zarząd i biura projektowe w bazowym USA, zakłady wykonawcze w Czechach i Chinach. W Czechach powstają gramofony, a cała reszta (głównie wzmacniacze) w specjalnej strefie ekonomicznej Shenzhen z obszaru Państwa Środka, czego firma nie myśli ukrywać, udając brak chińskich związków. (Współpracę podjęto już w 2001 roku.)
Nim damy nura w konkrety wypada jeszcze dodać, że model MMF-9.3 jest drugi licząc od góry, poprzedza go jedynie MMF-11.3, przeszło dwa razy droższy. Wypada też napomknąć, że nowe otwarcie gramofonów trwa już od wielu lat i wciąż przybiera na sile, napływają też wieści o nowym otwarciu płyt CD, a nawet SACD, ale to na razie niziołki w porównaniu do rewolucji wydźwigającej gramofony.
„Analog to analog” brzmi popularna śpiewka, mająca być wyrazem wyższości analogu. Czymże jest tych 44 tysiące cyfrowych próbek na sekundę w schodkowej fali cyfrowej; choćby ich było w upsamplowaniu albo plikowym zagęszczeniu nawet o kilka razy więcej, jak to się ma do nieskończonej gładkości fali analogowej? De facto nie jest ona aż nieskończenie gładka, bo rzeczywistość jest kwantowa, ale pierwotne skwantowanie możemy sobie darować, to są takie rzędy wielkości schodzenia w głąb materii, że trudno zmieścić w głowie. Patrząc od tamtej strony człowiek jest zbudowany z siedmiu kwadryliardów atomów, co się przekłada na 10²⁸ cząstek elementarnych. (Dla porównania kropli wody na całej planecie Ziemia jest circa 10²³, o sto tysięcy razy mniej.)
Czy tę nieskończoną gładkość słychać? A owszem, to się słyszy, mimo iż dobra cyfra to też bajeczne brzmienie. Najbardziej słychać płynność w ozdobie dodatku ciepła, pochodzącego z większej porcji energii niesionej przez gęstszą oraz gładszą analogową falę. Pytaniem pozostaje, czy zagwarantowana cichość w tle muzyki cyfrowej nie równoważy analogowych trudności z podobną w tle cichością? Do czego po smutnej stronie dochodzą nowe nagrania, które najczęściej realizuje się na taśmach matkach cyfrowych, a te są wprawdzie doskonalsze od materiału z płyt CD i plików, ale to przecież nie analog. Analogowe taśmy wciąż pozostają droższe, mimo iż ich produkcja została już wznowiona. W efekcie większość nowszych nagrań jest genetycznie cyfrowa, kto chce mieć płytę AAA, musi sięgać po dawne albo tych dawnych analogowe wznowy, lampowych wyrzynarek przy produkcji próżno będzie dziś szukać. (Jak to się pozmieniało, czyż w latach dziewięćdziesiątych nie zabiegano o to, by mieć nagrania DDD?)
Analog to analog, lecz jak różnie z tym bywa
Z uzyskiem analogowego dźwięku od płyty winylowej (w ostateczności cyfrowego, ale przynajmniej z winylu), zaczęły dziać się komplikacje począwszy od momentu wprowadzenia przez szkocką firmę Linn ikonicznego gramofonu Sondek LP12, co miało miejsce 29 lipca 1972 roku. Gramofon kładł szczególny nacisk na separację od zakłóceń, w tym także tych generowanych przez fale akustyczne pracujących głośników. Pod tym względem nasz Music Hall MMF-9.3 stanowi nawiązanie, w nim także o antywibrację wyjątkowo zadbano. Od razu będzie to widoczne, już na pierwszy rzut oka, pod postacią kompozytowego korpusu, złożonego z trzech warstw substancji tworzącej (prawdopodobnie MFD) poprzedzielanych wstawkami o zadaniu antywibracji, tak by oparcie talerza na odwróconym ceramicznym łożysku było możliwie dobrze odizolowane od wszelkiego rodzaju wstrząsów. Jeszcze to pomnaża oparcie całości na masywnych węglowych kolcach i dziewięciocalowe, jednoczęściowe ramię z włókna węglowego o środku ciężkości przeciwwagi na poziomie końcówki igły z odsprzęgnięciem tej przeciwwagi, by też działała jako tłumik. Do czego dołącza osadzony na własnym krążku tłumiącym drgania wolnostojący silnik, usadowiony w dopasowanym rozmiarowo łukowym wgłębieniu lewego przedniego rogu. Dołącza też calowej grubości akrylowy talerz, również pochłaniający wibracje, okryty to pogłębiającą miękką matą filcową. Kolce mają regulowaną wysokość, a w obudowie osadzono kroplową poziomicę, pozwalającą idealnie zadać poziom, gramofon ma własny interkonekt z uziemieniem i nagniazdokowy zasilacz, paskowy napęd jednym przyciśnięciem pozwala wybierać obroty 33’ lub 45’, a całości dopełnia akrylowa osłona.
Masa tego wszystkiego budzi spore uznanie – to nie żadna lekcizna, solidne 18 kilo. Efektem suma drgań na igle nie przekracza wartości ± 0,01%, a wahania prędkości udało się zawrzeć w przedziale ± 0,1%. W cenę wlicza się montaż wkładki z jej idealnym ustawieniem, gramofon transportowo ma korpus zabezpieczony śrubowo przed rozwarstwieniem.
Wykończenie może być czarne albo w drzewie orzecha, cenowo prawie się nie różnią, orzech jest minimalnie droższy. Akrylowa osłona przywołuje dawne konstrukcje klasyczne, ale z uwagi na wystawanie silnika nie przylega po opuszczeniu do plinty, są dystansowe kołeczki.
W odróżnieniu od moich uwag lekceważących plintę i antywibracyjne zabiegi, wg Ivora Tiefenbruna, założyciela firmy Linn, właśnie one są najważniejsze, wkładka i ramię mniej ważne. Co może wynikać z tego, że u mnie wszystkie gramofony stawały na stole Rogoz Audio, a to nie byle jakie odsprzęganie od wszelakich wibracji.
Niezależnie od przykładanej wagi do jej antywibracyjnych zdolności, plinta u Music Hall MMF-9.3 to wizualne danie główne. Są gramofony o talerzach grubością przytłaczających plintę, są i takie cieniutkie, że plinty prawie nie ma. Tutaj natomiast mamy aż pięć łącznie widocznych warstw tworzących, trzy grube zasadnicze generujące masę i pomiędzy dwie węższe rozdzielająco-antywibracyjne. Ponad wypiętrza się osłona, z boku dochodzi silnik, talerz także jest gruby, a ramię nad nim proste. Sumą masywne urządzenie do obracania płytą, za co w bajce o trzech krasnoludkach odpowiedzialny był chrabąszcz, ale w tej roli się nie sprawdził. (Kto nie wierzy, niech sprawdzi – Jan Brzechwa „Trzy wesołe krasnoludki”)
Brzmienie
Pokonanie chrabąszcza nie byłoby pewnie sztuką, ale udowodnienie wyższości nad choćby tylko tańszymi gramofonami produkcji Music Hall już takie proste nie było.
Na ramieniu znalazła się ta sama wkładka ShelTer 501 III co w teście gramofonu Music Hall STEALTH, a więc niższego katalogowo, ale o jedno oczko i niecałe trzydzieści procent w odniesieniu do ceny. Pozwolę sobie zacytować własny opis tamtego brzmienia:
Szczególnie przyjemnym i bardzo ciekawym było słuchanie gramofonu produkującego muzykę w stylu podobnym do cyfrowego, ale pod ważnymi względami innego i lepszego. Albowiem z jednej strony zaznaczało się często podkreślane przez cyfrową postać muzyki osadzenie w pogłosowych ramach, przydające trójwymiarowej oprawy i stwarzające dystans niecodzienności na osi zwykła-niezwykła; wybierające stany mniejszej lub większej lecz zawsze niezwykłości, jako teatralizację przekazu, a nie jego trywializację. Tandem Music Hall STEALTH z ShelTer 501 wybierał teatr, a nie zwykły pokój, nawet zwyczajne wypowiedzi i intymne kontakty z wykonawcami zyskiwały w nim niecodzienny wymiar odnośnie warunków akustycznych, jeszcze wzmacniany skalą dynamiczną i brakiem zdejmowania nogi z gazu. Przez to ostatnie rozumiem brak łagodzenia sopranów, płnoskalową ich obecność, słyszalną doskonale w odniesieniu do skrzypiec, saksofonu czy fletni. Czymś zgoła niecodziennym było percypowanie takich sopranów właśnie w oprawie wysokiej kultury, gdzie dźwięki towarzyszące potrafiły się równolegle wdzięczyć słodyczą i ciepłem, gdy one przeszywały. A przeszywały nie tak trochę, bo właśnie dynamika, ukazująca jak dalece saksofon potęgą brzmienia przerasta niewzmocniony wokal, czego w prezentacjach cyfrowych zwykle się nie doświadcza – bo ta nieszczęsna kompensacja, która z prawdą muzyczną zupełnie się nie rymuje. Tutaj natomiast były to ciosy walki muzycznej prawdziwej, a nie pozorowanej – co można od innej strony określać jako prezentacyjny rozmach. Żywa muzyka, jako sceniczny autentyzm, ma rozmach dużo większy niż to się słyszy z większości płyt CD, a tutaj było to mocne nawiązanie do prawdziwych koncertów. Więc z jednej strony teatralizm, jako niezwykłość miejsca akcji, z drugiej realistyczny rozmach, byśmy się jeszcze mocniej poczuli wyjęci, wręcz wyrzuceni z codzienności.
Wyjęci i wrzuceni pomiędzy trzy bieguny: niezwykłość miejsca, realistyczny dynamizm i tchnący pięknem czar. Wszystko to składało się na stan oczekiwany – na wyjście z codzienności w poszukiwaniu mocnych wrażeń.
Patrzyłem na obracający płytę gramofon i myślałem: „Wyglądem nie szokuje, choć wygląda poważnie, ale muzykę daje z tą wkładką w całej rozciągłości niezwykłą.”
Co po dodaniu trzydziestu procent, dokładniej dwudziestu paru? Wraz z tym ta strona, którą utożsamiamy z brzmieniem gramofonowym, została powiększona. Rozpełzła się zasięgowo bardziej ogarniając soprany, które osłabiły drapieżność, a zyskały kulturę. Ociepliły się i stały obszerniejsze, jako bardziej trójwymiarowe, a cały przekaz jeszcze zyskał na skali energetycznej i lepiej te soprany scalał z pozostałymi zakresami. Stało się więc mniej kontrastowo, a jednocześnie energetyczniej, poprzez to mniej szokująco i łatwiej konsumpcyjnie. Więcej energii w każdym dźwięku i jednocześnie spójniej, mocniejsze wybijanie rytmu i więcej roztańczenia. Wrażenie większej prawdziwości operowania pogłosem i bogatszego brzmienia – co silnie odczuwalne w porównaniu do odtwarzania z CD, a słabiej, ale zauważalne, względem tego samego od STEALTH. Brzmienie głębsze, barwniejsze i doskonalej poskładane w całość, aczkolwiek względem STEALTH ze słabszym czynnikiem dramatycznym i nie tak silnym odrealnieniem w sensie wyrwania z codzienności. Mocniejsze czucie uczestnictwa, lecz jednocześnie uczestniczenie w czymś normalniejszym życiowo, nie aż tak oderwanym od normalnego życia z jego bagażem codziennych doznań. Realizm bardzie intensywny, ale też bardziej prozaiczny, nie w takim stopniu wtrącający w pobudzające wyobraźnię czucie odrealnienia. Zarazem instrumenty tutaj jednak prawdziwsze, ciepło i płynność dźwięku bez tak mocnego rozdzielania na głosy i pogłosy. Lepsze, bardziej autentyczne widownie z ich prawdziwszymi oklaskami, większe wrażenie trafności tonalnej i szersze skale w przejściach, a jednocześnie lepsze scalenie odnośnie wyrazu brzmienia. Zastąpienie maty filcowej przez lepiej tłumiącą i bardziej sprężystą matę skórzaną SULEK owocowało głębszym i bardziej trójwymiarowym dźwiękiem, bardziej też dynamicznym, bardziej atakującym.
Przy całej tej eskalującej szlachetności, a słabszym pobudzaniu wyobraźni elementami odrealnienia, brzmienie od MMF-9.3 miało też atut prawdziwości pod postacią większej szybkości. Narastane szybsze i wyższe, co zwiększało muzyce skalę, a wraz z zaznaczoną już większą prawdziwością w intuicyjnym odbiorze, dawało silniejsze otaczanie i w niej się zatracanie. Mniej było czucia niezwykłości w sensie alienacyjnym, a więcej w sensie czucia tego, że to prawdziwsze brzmienia. Kapitalne wrzucenie w muzykę, ale w kontrze do tego silne różnicowanie płyt, jednak nie bezlitosne. Słabsze jako po prostu słabsze, ale też przyjemne w słuchaniu, bo przecież gdyby ktoś obyty z muzyką w postaci żywej formy miał się wszystkiego czepiać, to wszelka odtwarzana stanęłaby na pozycji straconej, tolerancja jest zawsze niezbędna. Przychodzi na szczęście sama, nie trzeba się o nią starać, ale przyjemniej słuchać formy prawdziwszej, sam tak przynajmniej uważam. Znam takich, którzy przywykli do trzasku płyt winylowych i im go w cyfrze brakuje, a inni, nawet wielu, wolą muzykę w postaci zdegradowanej, taka im właśnie pasuje. Co nietrudno zrozumieć, taka wszak dużo łatwiejsza – łatwiej uporać się jaźni z węższym strumieniem bitów. Byle wśród nich nie było takich, które kaleczą uszy, a tu takich nie było, ale kompresji też nie. Muzyka wpadała do głowy z rozmachem i szeroko, pieniła się i wirowała, atakowała realizmem, prezentowała wnętrza z drobiazgowym oddaniem – w ogóle zero uproszczeń. A przy tym naturalna miękkość głosów, płynność, spójność i spontaniczność nieosiągalne dla cyfry.
Pozostało więc rozstrzyganie, czy woleć to odrealnienie, niewątpliwie inspirujące, a już szczególnie w nagraniach samych z natury nastwionych na przekraczanie realności, jak nieraz muzyka filmowa i każda elektroniczna, czy iść głębiej w realizm sam z siebie inspirujący. Przyznam, że nie znalazłem w sobie definitywnej odpowiedzi.
Podsumowanie
Gramofon idzie prostą ścieżką (ścieżkami bowiem gramofony), prostą, nieudziwnioną drogą dążąc do realizmu, który w przypadku muzyki, zwłaszcza tej świetnie zrobionej, staje się własnym zaprzeczeniem, zawsze dając odrealnienie. Ta prosta ścieżka oznacza w tym wypadku nieproste konsekwencje w wymiarze konstrukcyjnym, skomplikowanie plinty dalekie od prostoty. Przyłożono się też do ramienia, podstawy oraz umieszczenia silnika, który swoimi wibracjami nie może na nic wpływać, przekazuje same obroty. Najsłabszym punktem bodaj nagniazdkowy zasilacz, taki w typie najtańszych, ale czy sięgnięcie po któryś z zawansowanych dałoby jakąś poprawę, nie miałem okazji sprawdzić. (Zakres odchyleń prędkości wydaje się wystarczająco wąski.) O wiele szerszy okazał się zakres wątpliwości odnośnie stylu brzmienia, ta wałkowana wyżej rozterka: Prawdziwiej czy odrealniająco? Cieplej czy chłodniej? Dramatyczniej czy bardziej spokojnie? Z takim skrajnym kontrastem, czy niekoniecznie aż takim? – Obie formy robiły wrażenie, nie potrafiłem żadnej wskazać jako tej subiektywnie lepszej. Ale w kryteriach obiektywnej prawdziwości Music Hall MMF-9.3 jest lepszy od własnej firmy trochę tańszego STEALTH.
W puntach
Zalety
- Oto już kawał gramofonu.
- Masywny i pokaźny, wyjątkowo dobrze zabezpieczony przed degradującym wpływem drgań.
- Plintę całą skoncentrowano na tym.
- Ramię też się do tego przyczynia.
- Przyczynia się też silnik, stojący poza obudową i na własnej podstawie.
- Swoje dodaje zawieszenie talerza i sam talerz pochłaniający drgania oraz coś tam pochłaniająca mata.
- Wszystko to razem ma przełożenie na realistyczny obraz muzyki.
- Wyeksponowane zostają daleko ponadprzeciętnie walory kojarzone z analogowym brzmieniem.
- Gładkość, spójność i naturalne ciepło.
- Zwiększona dawka energii i wraz z nią dynamika.
- A jednocześnie miękkość głosów, głębia barw i udział trzeciego wymiaru.
- Słucha się tego z fascynacją i o to walczą audiofile o melomańskim zacięciu.
- Wszystko to nie jest bardzo drogie, zwłaszcza że można w komplecie otrzymać gatunkową wkładkę w okazyjnych pieniądzach, a okablowanie jest na stanie.
- Prócz tego montaż i ustawienie ramienia zostało wliczone w koszty.
- Na rzecz tego ustawienia wmontowana do plinty poziomica.
- Regulowane kolce podstawy.
- Akrylowa pokrywa to osłona przed kurzem, którą z dezynwolturą odrzucają w przypadku gramofonów o dziwacznych plintach albo wypiętrzonych talerzach, nieraz zastępując ją odkurzaczem za nieprzyzwoite pieniądze.
- Dwa typy wykończenia – dla lubiących sznyt fortepianowy i dla lubiących meblowy.
- Oba w jednakiej cenie.
- Znany i ceniony producent.
- A jego fabryka w Czechach.
- Sprawdzona polska dystrybucja.
Wady i zastrzeżenia
- Ustawienie i regulacja to nie zabawa dla amatora, ale to tyczy wszystkich gramofonów.
- Zasilacz mógłby być okazalszy, wyglądem wzbudzający zaufanie.
- Ramię nie należy do długich i jest stosunkowo proste.
- Nie ma automatyki, gdyby na niej ci zależało. (Rasowe gramofony nie mają.)
Dane techniczne:
- Wkładka: Ortofon Quintet Black (opcjonalnie)
- Nacisk igły: 1.5-2.0g
- Ramię: 9 cali (228.6 mm)
- Talerz: akryl ø300 mm
- Drgania: ± 0,01%
Prędkości: 33⅓ / 45 RPM - Wahania prędkości: ± 0,1%
- Przesięg: 0,71 cala (18 mm)
- Wymiary: 464 × 337 × 184 mm
- Waga: 18 kg
- Autorska koncepcja chassis o trzech odizolowanych
- od siebie platformach
- Jednoczęściowe ramię węglowe
- Środek ciężkości przeciwwagi umieszczony na tej samej
- wysokości co igła
- Przeciwwaga odseparowana od ramienia, pełniąca funkcję
- tłumika drgań
- Całkowicie odseparowany silnik synchroniczny prądu stałego
- ze stabilizacją obrotów 33⅓ i 45 RPM, umieszczony w lewym
- przednim rogu konstrukcji, co zapewnia całkowitą izolację od
- szkodliwych drgań
- Silnik posadowiony na osobnej podstawie tłumiącej
- Wkładka w pełni zamontowana i skalibrowana
- Odwrotne łożysko ceramiczne zapewniające bezszumową,
- precyzyjną pracę
- Bezrezonansowy talerz z akrylu o grubości 2,5 cm
- Miękka nakładka filcowa
- Pozłacane wtyki RCA wysokiej klasy z odłączanym
- przewodem phono
- Kolce antywibracyjne z regulacją poziomu i podkładkami
- zabezpieczającymi
- Niskoszumny, w pełni manualny napęd paskowy
- Wbudowana poziomnica
- Pokrywa zabezpieczająca
Cena: 9690 PLN (z wkładką 12 790 PLN)
System:
- Źródło: Music Hall MMF-9.3
- Wkładka: ShelTer 501 MKIII
- Przedwzmacniacz gramofonowy: Avid Pellar Phono (głęboko przerobiony)
- Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III
- Końcówka mocy: Croft Polestar1
- Kolumny: Audioform 304
- Słuchawki: AKG K1000 (kabel Entreq Olympus)
- Interkonekty: Sulek 6×9 RCA, Tara Labs Air 1 RCA, Next Level Tech (NxLT) ETHER
- Kabel głośnikowy: Sulek 6×9
- Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One,
- Sulek 9×9 Power
- Listwa: Sulek Edia
- Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS
- Kondycjoner masy: QAR-S15
- Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS
- Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”
- Ustroje akustyczne: Audioform













Dzień dobry panie Piotrze, ja mam pytanie apropo sterowania obrotami. Napisał pan w swojej recenzji, że zmianę obrotów z 33 na 45 robi się za pośrednictwem jednego przycisku. A na stronie producenta i dystrybutora jest informacja, że w zestawie dostarczanym wraz z gramofonem jest „przejściówka na 45 rpm”. Jak rozumieć tęże przejściówkę? Jak to jest ze zmianą obrotów? czy rzeczywiście wystarczy kliknąć i już nam gramofon kręci się w 45 obrotach? czy należy coś dołożyć, zainstalować, przepiąć i dopiero wcisnąć guzik? Pozdrawiam, pana imiennik, Piotr
„Przejściówka” (głupie określenie, powinno być „regulator”) to ta walcowata nadstawka nad silnikiem, na zdjęciach widać na niej trzy przyciski: środkowy STBY i po bokach 33′ i 45′. Zmiany robi się jednym przyciśnięciem, niczego więcej nie trzeba kombinować. Też pozdrawiam!