Recenzja: Woo Audio WA6-SE

Dźwięk

Sophia274B-glow-in-dark4Przejdźmy do brzmienia. Wzmacniacz jest słuchawkowy, a więc słuchawki. W miarę szerokie ich spektrum to rzecz dla oceny ze wszech miar pożądana i jak ktoś już się za to bierze, powinien takim dysponować. Zatem dysponuję. Przedmiot recenzji został odsłuchany przy pomocy Sennheiserów HD 800, HD 650 i HD 600 oraz Denonów AH-D600. Skonfrontowano go także – jak zwykle u mnie – ze wzmacniaczami ASL Twin-Head i Pro-Ject Head Box.

Zacznijmy od sennheiserowskiego wachlarza, a z niego wybierzmy to co najlepsze, czyli model flagowy.
Te słuchawki to stary znajomy, wielokrotnie badany i próbowany z różnym sprzętem. Wiele razy pisałem o nich, że przy całej elegancji i wysokiej kulturze mają tendencję do grania z lekka mdłego, pozbawionego porywającej dynamiki i dostatecznie angażującej warstwy emocjonalnej. No więc tego ze wzmacniaczem Woo 6 (takim solidnie upgradowanym, że przypomnę), nie znajdziemy. Jest bardzo dynamicznie, przestrzennie i z zaangażowaniem, ale… tak, jest w tym pewne „ale” i to bardzo zaskakujące. Otóż jest trochę za szorstko. Ta właśnie wzmiankowana przed chwilą wysoka kultura, której z Twin-Head jest wręcz nadmiar, tak że aż zaczyna to trącić mdlącą słodyczą, ze wzmacniaczem Woo 6 ukazuje swój rewers i przeciwny biegun. – Jest szybciej, z większym rozmachem i dynamiką, ale bez wysuwającej się na pierwszy plan elegancji i ujmowania melodyką. Kiedy wchodzimy w ten świat od strony prezentacji symfonicznej, rozmach ów, poparty rozległą sceną i mnogością dźwięków odbitych, sprawia w pierwszej chwili znakomite wrażenie, ale już po chwili dociera do nas ubytek piękności, zaczynając psuć tę początkową świetność. Gdy zaś wchodzimy od strony wokalizy, brak zmysłowego powabu uderza natychmiast i wywołuje grymas zniechęcenia. Głosy nie są gładkie i jedwabiste, tylko trochę jak aksamit gładzony pod włos. Po kilku godzinach, kiedy lampy już się ostatecznie rozgrzeją, robi się lepiej, ale nie tak do końca, a wizja odpalania wzmacniacza na trzy godziny przed słuchaniem nie jest zbytnio zachęcająca.
Czytałem swego czasu relacje, w których Sennheiser HD 800 był tak opisywany i narzekano nań jako zbyt szorstko i technicznie grające słuchawki, ale aż mi się wierzyć nie chciało. A tu proszę – masz niedowiarku! W audiofilizmie niejedna rzecz niewiarygodna okazuje się możliwa i niejeden wyznacznik zawodny. Taka to już zwodnicza dziedzina, pełna zasadzek i zaskoczeń. Nie chcę przez to powiedzieć, że prezentacja HD 800 za pośrednictwem wzmacniacza Woo 6 jest niedobra. Jest tylko zupełnie inna niż ta do której przywykłem, dając to czego u mnie brakuje kosztem tego co jest.
Skoro tak to wypadło z modelem flagowym, sięgnijmy po flagowca sprzed lat kilku, bo ten słynie z miłego usposobienia, ujmującego nieco misiowatym, zaopatrzonym w potężny basem brzmieniem.
Sennheiser HD 650 okazał się pewnym remedium na wzmiankowaną szorstkość, łagodząc przekaz. Słuchało się go łatwiej i ogólnie przyjemniej, w każdym razie jak na moje standardy. Teksturowanie, ilość szczegółów, całościowa dynamika i rozmach niewątpliwie uległy redukcji, przez co wniknięcie w nagranie stało się dużo słabsze, ale większy nacisk na ogładę i melodyjność pozwalał słuchać w milszej atmosferze. Nie umiem powiedzieć, czy gdybym miał się stać właścicielem Woo 6, wolałbym ten niewątpliwie doskonalszy technicznie przekaz od HD 800, czy ten łatwiej przyswajalny od HD 650, ale na szczęście nie muszę rozstrzygać podobnych dylematów. Nie znaczy to wcale, że jestem dumnym właścicielem wzmacniacza lepszego pod każdym względem, patrzącym na wszystko to pogardliwie i z góry. Jak mówiłem, Woo 6 daje lepszą dynamikę i szybkość. No ale mimo to słucha się go mniej mile, bo oferuje mniej piękna, a przecież to o piękno głównie chodzi i ono jest wyznacznikiem.
Sięgnijmy w takim razie po jeszcze starszego flagowca – model HD 600. Było nie lada zagadką, co te słuchawki pokażą, ponieważ teoretycznie powinno być raczej marnie, skoro one są agresywniejsze niż HD 800, co w przypadku wyjścia słuchawkowego we wzmacniaczu Struss R-150 okazało się korzystne, ale tu to chyba tak być nie powinno. – Tymczasem wcale. Sennheiser HD 600 okazał się mniej podkreślać syczące spółgłoski i mniej eksponować szczegóły, co przy pięknej dawce realizmu dało odsłuch bardzo przyjemny w odbiorze. Nie było oczywiście zmysłowego powabu i wysokiej temperatury, boć skoro nie było ich z HD 800 i HD 650, to przecież cudów nie ma. Ale była gładsza średnica, czyli mówiąc po ludzku, partie wokalne nabrały ogłady i stały się sympatyczniejsze. Niezastąpiona Sweet Jane ukazała ponadto, że sybilacja w przypadku wszystkich Sennheiserów jest poskromiona i nie dokucza, najwyraźniej zaznaczając swą podskórną obecność z HD 800, a najsłabiej z HD 650. Utwór ukazał także głos Jane jako najbardziej bliski, realistyczny i atakujący z nowym flagowcem, a ze starymi nieco cofnięty, ale gładszy i bardziej strukturalnie spoisty. Ponownie z HD 600 słuchało się najłatwiej, w należytej równowadze pomiędzy precyzją artykulacji a jej spokojną gładkością. HD 800 były niewątpliwie na wyższym pułapie technicznym, zdolnym doskonalej ujawniać zawartość nagrania, jednak ich słuchanie wymagało pewnego samozaparcia bądź upodobania do takiego właśnie analitycznego sposobu sprzedawania muzyki. Co ciekawe, tego rodzaju ograniczeń nie ujawniła ostra muzyka rockowa. Mój ulubiony Homecoming Geen Day właśnie na HD 800 wypadł zdecydowanie najlepiej, bardzo udanie łącząc agresję, atak, precyzję artykulacji i uwydatnienie całej zawartości nagrania. W ogóle wzmacniacz Woo6 do muzyki rockowej nadaje się najbardziej, co jeden rzut oka na jego słabości i atuty natychmiast tłumaczy. Na co komu zmysłowy powab u rockowych wokalistów? Co komu po nim, kiedy brakuje szybkości, drajwu i dynamiki?
Trudno powiedzieć czy taki właśnie cel przyświecał konstruktorom, lecz niewątpliwie styl ten wynika z natury użytych lamp mocy. I w sumie bardzo dobrze. Wzmacniacz nie jest specjalnie kosztowny. Nie, żeby akurat na uczniowską kieszeń, ale na pewno w zasięgu młodego człowieka aspirującego do słuchania na dobrej jakości sprzęcie. A kiedy puścić za jego pośrednictwem muzykę, co to kiedyś zwała się młodzieżową, a teraz niech Pan Bóg broni żeby ktoś tak ją nazwał – no, w każdym razie kiedy puścić cały ten rock, techno, rap, drum-bas, satanic, organic, orgazmic i wszelki inny „I want to fight, die or alive”– wówczas od razu ma się ochotę wstać i stanąć do walki.
Przy tej okazji możemy od razu załatwić sprawę odsłuchu przy użyciu słuchawek Denon AH-D600. Okazują się one dość ścisłą dźwiękową analogią wzmacniacza Woo6, będąc także ukierunkowanymi na rockowe granie w oparciu o nacisk na skraje pasma i precyzyjną artykulację. W efekcie ich tandem z Woo 6 z impetem i rozmachem prezentował ten repertuar. Myliłby się przy tym kto chciałby widzieć w takim ujmowaniu uproszczenie i zbytni schematyzm, skutkujący jednostronnością. Wręcz przeciwnie – słuchało się świetnie. To czyste, mocne, dynamiczne granie bez męczących składników. Duża scena i lekki pogłos budują nieco tajemniczą, pełną muzycznego magnetyzmu aurę, przywołującą całkiem udaną złudę słuchania systemów absolutnie topowych. Denon AH-D600 to według mnie taka tańsza wersja słuchawek Hi-FiMAN HE-6, a wzmacniacz Woo 6 gra bardziej stylem dobrego tranzystora niż przeciętnej lampy. Ich synergia okazała się wybitna, chociaż teoretycznie powinna być żadna. Oczywiście cały czas piszę o rockowym repertuarze, bo do zmysłowych kobiecych głosów trzeba poszukać czegoś innego, a już na pewno innych lamp mocy w Woo 6 i innych słuchawek. Szukanie tych pierwszych wydaje mi się przedsięwzięciem z góry skazanym na porażką, ale oczywiście mogę się mylić. Wcale to nie znaczy, że wokaliza dla tego duetu jest tematem tabu, tylko, że zabrzmi sprężyście i prostodusznie, a nie lepko i zmysłowo.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy