Recenzja: Xavian Madre Perla

   Słowo się rzekło, Xaviany w salonie. Lipcowe upały dawno minęły, ale nie przeminęła pamięć o wrocławskich odsłuchach i spotkania z Roberto Barlettą wraz z jego głośnikami. Z modelem podstawkowym Xavian Perla w najnowszej wersji Eclusiva i tymi podłogowymi Madre Perla, za których opis się zabieram. Zbyt dobrze jedne i drugie grały, na dodatek w niełatwych warunkach sal studia Art and Voice; typowych dla standardowego budownictwa naszych czasów, a więc ścian z cegły kratówki i pustaków oraz sufitów z betonu. Tego rodzaju pomieszczenia dudnią, czyniąc dźwięk twardym, obcym, nieprzyjaznym, podczas kiedy Xavian śpiewały. Dźwięk taki w mało przyjaznych okolicznościach betonowej przyrody dzięki nim zapanował, jakby to był krakowski Klub Pod Jaszczurami przy Rynku Głównym 8, z jego niesymetrycznym gotyckim łukowo-żebrowym sklepieniem, jednym z niewielu takich. Zarazem kontrast wielkościowy – z niewielkich kolumienek wielki niczym z trójdrożnych kolumn. Od razu zawarowałem sobie w odpowiedzi możliwość zrecenzowania, lecz słowo „zawarować” brzmi stanowczo, a życie sobie z tego nic nie robi. Dawno odeszły w przeszłość czasy, gdzie słowo słowo znaczy; dziś wszystko byle jak, po łebkach, od przypadku w przypadek. Już nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz spotkałem kogoś tak zwanej starej daty, kto za podważanie najmniejsze słów swoich gotów był się obrażać i reagować głosem twardym jak te sufity z betonu.  Lecz najwyraźniej całkiem źle też nie jest – tym razem słowo się ziściło: kolumny przyjechały, stanęły i zagrały.

Słóweczko (bo już nie całe Słowo) jedynie przypomnienia – Xavian to tak naprawdę firma włoska, choć od zarania zadomowiona w Czechach. W samym ich sercu, w Pradze, gdzie opuściwszy rodzinny Turyn osiadł Roberto Barletta – włoski inżynier, świeżo naonczas upieczony, ale mający już za sobą staż u Audaxa i Peerlessa. Tym bardziej to firma włoska, że korzysta wyłącznie z własnych głośników AudioBarletta, które powstają we Włoszech i po przebrandowaniu sprzedawane są też pod innymi markami, których nie wolno zdradzać, tak stanowią dwustronne umowy. W Pradze i okolicach tworzona jest natomiast stolarka, odbywa się montaż przywiezionych z Włoch głośników i realizuje etap wykończeniowy. W efekcie na plakietkach identyfikujących markę i model widnieje napis: „Made in Prague, Czechia”.

Praska firma jest stosunkowo duża, w ofercie ma aż piętnaście modeli i produkuje koło dwustu par kolumn miesięcznie. Dilerzy rozsiani po całym świecie, chwalący się licznymi nagrodami, a strona fejsbukowa Xaviana tętni jak mało która życiem.

Budowa, użyteczność i ekonomia

Dwa dęby. Może tak się powinny nazywać?

  Ma Xavian w ofercie kolumny duże, w tym topowe Quarta (40 kg/szt.; 43 tys. PLN para), ma średnie i ma małe. Te ostatnie, rzecz oczywista, są najpopularniejsze z uwagi na dostępność i łatwość zmieszczenia. Przy okazji niedawnej wizyty w Warszawie odnośnie promocyjnego pokazu firmy iFi, nawiązywałem w relacji do problemu pędzenia życia w małych klitkach. Marketingowcy iFi twierdzili, że tak jest i już będzie – życie nam zbiega w coraz mniejszych dziuplach, trzeba się z tym pogodzić. Dlatego salonowe audio także musi się skurczyć, ich zdaniem do rozmiaru dawnego tranzystorowego radiomagnetofonu z bocznymi głośnikami. Osobiście jestem przeciwny – nie znoszę małych pomieszczeń. Nie znoszę także niskich stropów, zwłaszcza takich z betonu. Bardzo nie lubię też centralnego ogrzewania, a ściślej kaloryferów osuszających powietrze, że aż po skórze gryzie. Nie potrzeba zapuszczać dźwięku w takiej klitce z betonu, sklejki i wykładzin, by odczuć zło w niej bytujące, ale coroczne wizyty na AVS dają mnogie dowody, że nawet w takich klitkach dźwięk piękny jest możliwy. W relacji z ostatniego opisywałem brzmienie niewielkich – całkiem małych, ale nie całkiem tanich – kolumn fińskiego Gradienta, które po paru adaptacjach i modyfikacjach toru zagrały ostatniego dnia wystawy bez żadnej przesady bajecznie. Był to pokój tego samego dystrybutora, który ma we Wrocławiu to Art studio i pod pieczą Xaviany; który też oferuje Luna Cable, Harmoniksa, Normę, Fidatę, Tranner & Friedl, Albedo, Thöress Puristic Apparatus. Dobrze, że jest ktoś taki, to znaczy dystrybutor z uchem. Bo niejeden o dobrym brzmieniu nie ma bladego pojęcia, po prostu handluje sprzętem wszystko mu jedno jakim, byle najlepiej dobrze znanym. Ale dajmy spokój dystrybutorom, większość się także stara, odnotuję natomiast, że pośród tej oferty włosko-czeski Xavian nie wydawał mi się największą gwiazdą. Owszem, firma dość znana, dobre robiąca głośniki, ale żeby to było aż zjawisko, to sam przynajmniej na takie od nich brzmienie nie trafiłem. Z rozpędu nieco kłamię, niesiony literacką weną, bo trzy lata bodaj temu na którymś z górnych pięter Radisson Blue Sobieski grał tor z Xavianami świetnie. U mnie też jedne grały bardzo dobrze, ale ileż to bardzo dobrze grało? Ogólnie biorąc niewielkie kolumny z przedziału pięć do piętnastu tysięcy grać muszą bardzo dobrze, inaczej rynek podziękuje. Ogólnie bowiem jakość audio poszła na szczęście w górę, być może w następstwie procesu bogacenia społeczeństw azjatyckich, które już nie przyjmują tandety.

Porzućmy jednak kwestie globalne, zarówno wielkie jak średnie, więc tylko jeszcze ze spraw ogólniejszych dorzucę, że zmieniać zdane nie jest łatwo. Podskórnie rządzą uprzedzenia i przekonania nabyte, rzadko wchodzimy w sytuację zdolną je przezwyciężać. One nam ułatwiają życie, gdyż upraszczają postrzeganie. Dzięki nim nie musimy za każdym razem do oceny przykładać całego aparatu krytycznego, tylko mówimy – „A, to te…” – i sprawę mamy z głowy. Dziać tak się może, bo przeważnie nie daje to złych następstw. Ostatecznie, jeżeli nawet jakaś marka, do której jesteśmy uprzedzeni, popełni coś wyjątkowego, to wieść o tym bez naszego wkładu się rozniesie, wymuszając rewizję, a jeśli nawet nie, to przecież od przeoczenia jakiejś świetnej aparatury audio czy marki odzieżowej nie stanie się nam krzywda. Duża część rynku pozostaje we względnej równowadze konkurujących z sobą dobrych producentów (słabsi sprzedają za to taniej), a resztą rządzą monopoliści – tak czy tak wyjdziesz na swoje w sensie nie bycia od innych nabywców gorszym. Z uwagą czy bez uwagi staniesz się posiadaczem dóbr nie odbiegających od dobrej średniej, chyba że będziesz miał pecha i wdepniesz w tak zwane gie…

Dwa głośniki AudioBarletta i szczelinowy bass-refleks.

Czy zatem warto się starać i przykładać uwagę do, przykładowo, kolumn z najpopularniejszego przedziału?  O tym zaraz się przekonamy, poczynając od uwag o konstrukcji.

Kolumny Xavian Madre Perla to prawie że „ołówki”. Na rynku są wprawdzie jeszcze smuklejsze (na przykład od całkowicie już włoskiego Diapasona), lecz te też są niemało smukłe. Przy wysokości prawie metra front ma zaledwie dziewiętnaście centymetrów na szerokość, więc się duży głośnik nie zmieści. Zwłaszcza, że nie ma też i dużej głębokości, jak na przykład u szwajcarskiego Boenicke, więc też woofera na ściance bocznej.

Odnośnie tego wąskiego kształtu trzeba dorzucić dwie sprawy. Pierwsza to korpus z litego dębu mozaikowego, czyli łączonych na zakładkę grubych klepek dębowych. W efekcie ten korpus bardzo sztywny i z surowca o dużej gęstości; na dodatek naturalnego, co daje plus na zewnątrz i daje plusa od środka. Na zewnątrz, bo świetnie się prezentują te obudowy lito-drewniane, w samej zaś tych obudów substancji pracuje właśnie drewno, a nie sklejka – co dużo lepsze jest akustycznie. Ale że przy okazji droższe (jak zwykle bywa z dobrami), obudowy z litego drzewa są przywilejem kolumn drogich, czyli mamy wyjątek. Druga sprawa, to tego drewna wykończenie. Nie dość, że na płaszczyznach bocznych świetne, to jeszcze eleganckie na zwieńczeniu, z zaokrągleniami we wszystkich narożach. To ma swój oczywisty walor estetyczny, bo widać znawstwo i zadbanie, ale ma też i efekt brzmieniowy – dźwięk lepiej się rozprasza. Dochodzi do tego sprawa trzecia – kolumny sporo ważą. Mimo niewielkiej kubatury (czy, jak niektórzy wolą mawiać, litrażu) każda waży aż osiemnaście kilo. Nie tylko za sprawą lito-drewnianej obudowy, ale też wewnętrznego dociążenia z kwarcu – maestro Barletta odsłuchowo przebadał, przy jakim ciężarze obudowy dźwięk zjawia się najlepszy. Podstawa to cokoły wychodzące nieznacznie za obrys drewna z osadzeniem na dołączonych kolcach i odnośnych podkładkach. Daje to dodatkowe dwa centymetry wzrostu, więc okrągłego metra jesteśmy blisko, a duża waga własna zapewnia mocne osadzenie.

Samych głośników AudioBarletta nie wyróżnia szczególny wygląd: szerokopasmowy ma gładką membranę propylenową średnicy ø 150 mm (oczywiście z centralnym przetłoczeniem) i osadzenie w odlewanym koszu, a wysokotonowy to miękka kopułka ø 26 mm, ale osadzona wewnątrz dużej oprawy, znamionującej kombinowanie. Xavian jednak szczegółów kombinacji nie zdradza, niczym szczególnym się nie chwali. Podkreśla jedynie fakt, że szczelinowy, umieszczony tuż poniżej głośników bass-refleks jest skierowany do przodu, co ma ułatwiać ustawienie, bo można pod samą ścianę, dźwięk propaguje tylko do przodu. Też mowa przy okazji o tym, że ten bass refleks starannie opracowano – jest wytłumiony akustycznie i dźwięk pozyskuje dwustrefowo. Natomiast o głośnikach jedynie tego się dowiadujemy, jakie mają wymiary i że są AudioBarletty.

Dowiadujemy się też, już nie bezpośrednio w odniesieniu do nich, że zwrotnica to kondensatory Mundorfa, cewki czysto miedziane oraz markowe rezystory, a punkt podziału tej zwrotnicy to równiutkie trzy kilogramy herców. Z tyłu jedna para złoconych zacisków o masywnej konstrukcji i na szczęście dużych otworach w trzpieniach, dzięki czemu nawet grube końcówki głośnikowego kabla nie przysporzą problemu.

W każdym wypadku dąb, ale różny kolorystycznie.

Głośniki dostajemy profesjonalnie zapakowane w kartony z piankowymi profilami, a możliwość dostania i wypakowania kosztować będzie szczęśliwego nabywcę jedenaście tysięcy złotych bez na pociechę dziesiątaka.  Do wyboru są cztery wykończenia bez różnicy cenowej: ciągle pozostająca w modzie fortepianowa biel, zawsze pozostająca w modzie fortepianowa czerń oraz dwa odcienie dębiny – dąb jasny i dąb ciemny.

 

 

 

 

 

Odsłuch

Jasny bardzo ładnie się prezentował.

  Może i one są pod ścianę, we Wrocławiu stały zresztą niej blisko, ale u mnie pod ścianą stoją ustroje akustyczne, nie głośniki. Postawiłem Madre Perla w tym miejscu, które zwykle się sprawdza, to znaczy od tylnej prawie dwa metry i ponad metr od  bocznych. Odgięte, by patrzyły na słuchającego, i dociśnięte myszami. (Pięć kilo jedna mysza.) Aparatura ta co zawsze ostatnio – dzielony odtwarzacz Ayona, okablowanie Sulka i własne lampowe wzmocnienie. Kable głośnikowe położone starannie na podkładkach od Rogoz Audio – w które radzę się zaopatrzyć, jeżeli kogoś stać. Trzy godziny to grało bez mojego udziału, potem z moim. Lecz już siadając nie myślałem, że Xavian to firma jedna z wielu, bo Wrocław temu przeczył. Jednak na ile Madre Perla (z włoskiego – Macica Perłowa) będą umiały się mienić brzmieniem tak, jak oryginalna światłem, pozostawało do rozstrzygnięcia.

Zacznę od cech najważniejszych w sensie znaczenia i wyróżnienia. Cech, które czynią Madre Perla głośnikami bardziej jeszcze wyjątkowymi, niż mi się we Wrocławiu wydało. Zarazem nieco innymi, ponieważ tam odniosłem wrażenie, że to po prostu znakomity przypadek, ale wypośrodkowaną znakomitością całościową, to znaczy zbiorem bardzo dobrych cech podstawowych składających się na głośniki grające w sumie typowo, tyle że jakościowo znakomicie. Jako kolumny żywe, realistyczne, z dźwiękiem o wiele większym niż można by przypuszczać na podstawie rozmiaru i zjawiskowo od nich oderwanym. Tak oderwanym (pierwszy wyróżnik), że dumny z siebie ich posiadacz mógł będzie przed sobą samym i całym światem na tego kanwie głosić chwałę audiofilizmu jako technicznej magii. Albowiem słysząc takie coś człowiek z ulicy baranieje – zaiste jest to magia. Czytelnikom recenzji audio nie muszę tego tłumaczyć, więc tylko jeszcze raz podkreślę, że oderwanie we Wrocławiu i oderwanie teraz u mnie dawało magię czystą. U mnie podziały się też inne rzeczy, na przykład to, że test stereofoniczny przeszły Madre Perla na notę celującą z plusem i na dodatek z własną specyfiką (oto wyróżnik drugi). Nie tylko bowiem dźwięki zupełnie od nich oderwane i jednocześnie spójna przestrzeń doskonale kanały wiążąca przy jednoczesnym ich rozrzucaniu na dużą szerokość sceny, ale także specjalne brzmieniowe „strzały” testowego utworu (Vangelis Chung Kuo) pomiędzy kanałami wędrujące nie łukami ponad, ani łukami tyłem (tak czy tak łukiem od kolumny do kolumny), tylko przelatujące daleko za nimi i nie po żadnych łukach. Tym większe więc oderwanie i większa wraz z tym magia na bazie autentycznej, nie tylko pozorującej autentyzm sceny.

Z niewielkiego zestawu dźwiękotwórczego zaskakująco wielkie brzmienie.

Autentyzm jako wymiana ognia między wirtualnymi źródłami dźwięku bardzo dalekimi od kolumn i w tył i na boki – na dodatek wymiana po liniach prostych, znacznie lepsze robiąca wrażenie niż jakieś przejścia po łukach. Od tego testu nie zacząłem, więc był tylko kolejnym przyczynkiem do zdziwień, które już wcześniej zapoczątkowała w sensie wyczuwania swej obecności i jej rozmiaru przestrzeń. (Wyróżnik trzeci.) Także i wielkość dźwięków, nie tylko samej przestrzeni. (Wyróżnik czwarty.)

Że dźwięki będą duże i sama przestrzeń też, na to po Wrocławiu byłem przygotowany i się nie rozczarowałem. Nie uniknąłem jednak zaskoczenia in plus, jakie wywołało dokładne zmierzenie, jakie te dźwięki są objętościowe i przede wszystkim jak bardzo objętościowe są soprany. (Wyróżnik piąty, najistotniejszy.)

Odbywszy całą sesję zadzwoniłem nawet do dystrybutora z prośbą o zasięgnięcie u źródła możliwie obszernej informacji odnośnie specyfiki głośnika wysokotonowego, albo ewentualnie innych powodów, dla których te soprany w Xavian Madre Perla są tak zjawiskowe. Nic kompletnie z tego nie wyszło, ponieważ konstruktor akurat na urlopie i nie odbierał telefonów, ale może jeszcze do sprawy wrócę. Póki co pozostaje dać świadectwo własnych uszu niepoparte żadną techniką – te soprany są nadzwyczajne.  Podobne dostajemy od kolumn bardzo drogich, przy czym rzecz ma znaczenie kluczowe, bo nie wiem ile razy już pisałem, ale na pewno bardzo wiele, że odpowiednio górnolotny i bez żadnych szpilkowych pozostałości „rozdmuchany” na przestrzeń sopran jest fundamentem rasowego brzmienia. Konstruktorzy niedrogich kolumn tego wyzwania zwykle nie podejmują, uciekając w soprany dźwięczne lecz w szczycie pasma ograniczone, a jeśli podejmują, to zwykle jest porażka. Niedroga kolumna albo jest udana na bazie mocnej średnicy i dźwięcznych, ale mniej eksponowanych i nie całkiem rozwiniętych sopranów, albo jest nieudana, ponieważ sopran eksponuje, ale syczy i gwiżdże. Proporcje oczywiście są różne i wraz z tym stopnie udania, natomiast sopranów tak doskonale przestrzennych i wespół z nimi walorów scenicznych u kolumn za circa dziesięć tysięcy dotychczas nie konsumowałem.

Przeróbmy tę rzecz po kolei, poczynając od tego, że obraz brzmieniowy Xavian Madre Perla wypełniał całkowicie pokój, propagując na równi do tyłu jak do przodu i od sufitu do podłogi. (Wyróżnik szósty.) Pierwszy plan usadawiał wprawdzie jakiś metr za linią głośników, ale zupełnie tak nie było, żeby wszystko działo się tam i dalej. Wypełnienie pokoju zapewniał dźwięk propagujący we wszystkich kierunkach, dalece ponad normę dźwięczny, melodyjny oraz nie tylko zdobny objętościowymi na miarę zjawiska sopranami, ale tak samo niecodziennie objętościowym, nisko schodzącym basem. (Wyróżnik siódmy.) Nie basem typu „sub piętnaście cali”, że wciskany ciśnieniem żołądek do kręgosłupa przywiera, ale o dobrej masie, wypełnieniu i na ciało także oddziałującym, a nie same bębenki słuchowe. I jako tego atrybuty lampowe ciepło (ale żadnej przesady), lampowy nastrój oraz lampowa melodyka, czyli najlepsza z możliwych.

Firmowe zaciski. Podobno lepsze od starszych.

Od razu pomyślałem, że to najlepsze Xaviany, jakie dotąd słyszałem, co może nie jest bardzo ważne, bo najlepszych z oferty nie miałem przyjemności poznać, ale ma swą wymowę. Wespół z tym długie, poetyckie wybrzmienia i wędrowanie dźwięków poprzez wielkie obszary, czego zapleczem wyjątkowo trafny dobór wielkości źródeł do budowania wielkiej sceny. (Wyróżnik ósmy.) I może jeszcze bardziej to, że te dźwięki otwarte, jak najdalsze od przejawiania powłok. (Wyróżnik dziewiąty; jak ten sopranowy kluczowy dla całościowej postaci brzmienia.) Mało tego – dające sporo zjawiskowego „promieniowania”, które towarzyszyło kiedyś stojącym na tym miejscu diamentowym głośnikom Raidho o najlepszych membranach na świecie. Kapitalne więc czucie przestrzeni, dosłownie zasypywanej sopranami, lecz nie na podobieństwo śnieżynek czy igiełek – tylko pięknego brzmieniowego kobierca o dającym fantastyczne odczucia brzmieniowym dotyku. Efektem całościowa magia, i to bez żadnych pomniejszających ją brzmieniowych błędów. W jej ramach pełna też neutralność emocjonalna i przede wszystkim rozdzielczość. Umiejętność ukazania każdego dźwięku jako dokładniejszego i bardziej wielowymiarowego, niż czynić to potrafią nawet bardzo drogie słuchawki. To przywoływane w wielu recenzjach „szczeknięcie” u Vangelisa (z Song of White), dzwoneczki, kastaniety, kompozycyjne układy strunowe fortepianu i skrzypiec – wszystko na miarę widokowego zjawiska, zwłaszcza w kontekście ceny i sceny. (Na wszelki wypadek przypomnę, że audiofilskie dźwięki częstują obrazami dużo lepszymi od kina.)

Odsłuch cd.

Duży pokój nie stanowił problemu.

   Uzupełnijmy długie wybrzmienia o informację, że długie lecz nie przeciągane i zjawiające się na bazie szybkości. Tej także nic do zarzucenia – dźwięk momentalny, pulsujący. Dorzućmy do tego rzecz istotną, jedną z najistotniejszych. Taka obfitość sopranów sprawiała w przypadku niektórych nagrań minimalne podniesienie tonacji, a raczej uwidacznia, że tak jest w samym nagraniu. Głośniki przeważnie stroi się pod uprzyjemniające obniżanie, ale nagraniom dźwięk czasem się podnosi, aby stały się wyraźniejsze. Na obszarze całego pasma lub poszczególnych podzakresów – tu możliwości są różne – a znając bylejakość przeciętnych realizacji nikt się efektem nie przejmuje. (Absolutnym rekordem są tutaj remastery klasycznych albumów Beatlesów, godne nagraniowego anty-Nobla.) W przypadku nagrań tonalnie wyważonych Madre Perla to wyważenie dokładnie relacjonowały, z dodatkiem oczywiście własnych zjawiskowych sopranów. W przypadku tonalnie podniesionych tak samo podniesienie ujawniały, ale nigdy w sposób drażniący i zaraz powiem dlaczego. Najznakomiciej ich własne wyważenie działało jednak w przypadku płyt podbitych basowo, jak choćby utworów z Ten New Songs Leonarda Cohena. (Płyty nagranej w domowym studio z ewidentnie podbitym dołem.) Kiedy te nowe songi sprzed lat już blisko dwudziestu wybrzmiewają poprzez kolumny strojone dla poprawy efektu nisko, robi się z tego basowe łubu-du. Tego z Madre Perla nie było, płyta zaprezentowała się świetnie. Nie tylko zresztą poprzez to, że bas bardzo potężny i na dodatek zjawiskowo objętościowy – nie zbity w basowy gałgan; też dzięki nieprzeciętnej muzykalności, nadzwyczajnym efektom scenicznym i precyzji artykulacji.

Cofnijmy się do obiecanego wytłumaczenia braku krzywdy ze strony nagrań sopranowo podbitych. W zestawieniu z sopranową ekspresją Madre Perla wydaje się czymś niemożliwym, aby nie stały się jazgotliwe. Tymczasem ani trochę, ponieważ te rozdmuchane bez reszty na przestrzeń soprany, plus ogólnie ciepły przekaz w strumieniach łagodnego światła oraz dzielone po trosze z Raidho „promieniowanie” dźwięku dawały sumaryczną atmosferę niebiańskości, albo – jeśli ktoś woli takie porównanie – pienistości i barwy szampana. Czystość, całkowita przejrzystość i swego rodzaju anielskość z dodatkiem fenomenalnej nośności, a jednocześnie nie gorsza separacja przy prawidłowym wypełnieniu i prawidłowej tonalności własnej na bazie w pełni rozwiniętego pasma obdarzały nagrania blaskiem, srebrzysto-złocistą aurą i swego rodzaju nieziemskością. Ale nie w sensie odrealnienia, a realizmu przekraczającego to, co znajdujemy jako realność u zwykłej, przeciętnej kolumny uważanej za dobrą. Tutaj to urealnienie było większe, dużo bardziej niesamowite i w pewnej części nadrealne, tak bardzo przekraczające normę. Normę wielkości sceny, normę objętości, otwartości i propagacji dźwięku, normę jakości widowiska. Proszę tylko, by nie wyobrażać sobie tej nieziemskość jako synonimu delikatności. Dźwięk Made Perla to dźwięk solidny i jak na ich rozmiary potrafiący mocno zdzielić, a jedynie obecny w nim niecodziennej urody sopran wraz z ogromem scenicznym i ogromem samego dźwięku (ta objętość!) daje odczucia inne od normalnych, pobudzające wyobraźnię. We Wrocławiu tak mocno tego nie odczułem, ale u siebie jak najbardziej.

Dodajmy do tego doskonale zogniskowane źródła, wysoki poziom indywidualizmu głosów, nasycenie powietrzem i mocną brzmieniową esencją, predyspozycję do upiększania starych nagrań, pogłosy tak dobrze zintegrowane z muzyką, że niemal niezauważalne (i to przy takich sopranach!) oraz leciutko tymi sopranami podrasowaną, ale jak najbardziej w granicach naturalności mowę potoczną. Jako efekt wyliczonych przymiotów świetnie się obrazujące oklaski, znakomita realność przy stepowaniu (odpowiednio wielogłosowym i obrazującym wnętrza), całościowa kultura na poziomie olśnienia i zero lepkości – ale zarazem słodycz w sopranach i odpowiednia waga oraz głębia barytonów. Sama więc prawda i samo piękno.

Stereofonia zjawiskowa.

Zapisałem nawet w notesie kończąc notatkę wykrzyknikiem, że dźwięk zjawiskowo otwarty, wspaniała scena operowa, najmniejszej forsowanej sopranami krzykliwości, cudne dzwoneczki i zjawiskowa holografia. Ale też i – tam gdzie on występuje – bas jak skurwysyn (pardon za wyrażenie i przy okazji kolejny wyróżnik). Na dodatek ten bas bez żadnej tubalności, za to z wielkimi wnętrzami bębnów, wiolonczel, kontrabasów. Rewelacyjne odróżnianie prawdziwego fortepianu od elektrycznego pianina, a straszny test bębnów taiko przebyty bez końcowego warczącego przesteru, co zdarza się bardzo rzadko.

Jak zatem widać wszystko cacy-cacy, ale jest grupa audiofili ukierunkowanych na konkretną muzykę, która zwie się rockową. Tam obowiązują inne kryteria – brudno ma być, chropawo, okrutnie; bas wespół z gitarowymi riffami rządzą i oczywiście rockowy wokal, najlepiej zadzierzyście ostry, jak te od AC/DC czy Led Zeppelin. Przyznam, że nie bez pewnych obaw w te rockowe progi wkraczałem, bo chociaż Madre Perla bas mają jak mówiłem, ale go same nie robią. Poza tym ta niebiańskość i muzyka rockowa? Może ewentualnie do Stairway to Heaven? Zupełnie zbędne te obawy prysły w jednym momencie. Na płycie Green Day American Idiot bębny w tytułowym utworze wyskoczyły takich rozmiarów, że porównanie do cystern (ostatnio często widywanych) jak najbardziej zasadne. Pozostałe rockowe arkana, jak dynamika, ciśnieniowość, atak, rozpiska sceniczna, ogólna atmosfera i z nią rockowa całość też dużo ponad normę ustaloną przez dobre ale zwyklejsze głośniki. Na dodatek waliło dźwiękiem po klacie, ściany i podłoga się rozedrgały – całe mieszkanie rozwibrowało. Dla pewności puściłem klasykę gatunku – Metalliki album Black, i nie mam więcej pytań. Rewelacyjny all-rounder za jedenaście.

Podsumowanie

  Ostatnie zdanie nie zaskoczeniem po wrocławskim wojażu, ale dobrze było móc to u siebie potwierdzić i jeszcze dodatkowo wzbogacić. Nie twierdzę, że inne kolumny za jedenaście nie mają w ogóle sensu, bo sam bym sobie przeczył, ale że te są jednymi z wyjątkowych, to nie ulega wątpliwości. Być może też jest tak, że przy wzmacniaczu tranzystorowym grają dźwiękiem rewelacyjnym, ale bardziej normalnym, a dopiero w torze z licznymi lampami staje się całkiem magicznie. Takie uogólnienie na bazie tylko po jednym z każdego rodzaju przykładów na pewno nie jest ugruntowane, ale że takie rzeczy się działy, to też nie ulega wątpliwości. Z całą pewnością można natomiast twierdzić, że jeśli ktoś szuka kilkanaście razy (sic!) tańszej namiastki podłogowych Raidho D2, czyli kolumn na miarę wzorca, to mamy jednoznaczne wskazanie. Magia postaci dźwięku i magia wielkiej sceny tu też się realizowały i na podobnych warunkach. Są zatem Madre Perla tym, czym zapewne być miały – w miarę dostępną magią. Już nazwa to potwierdza i ona też utrafia, jak gdyby ją dobrano po ostatecznym sprawdzeniu, co też tym razem wyszło z pomysłu i realizacji. Dźwięk z małych dębowych kolumn rzeczywiście się mieni – opalizuje i obdarza specjalnym, niecodziennym światłem. Ale jest ta magiczna latarnia z Pragi zarazem jak najbardziej normalnym produktem w sensie trzeźwości i namacalności brzmienia: realizmu osadzonego w dosłowności, wspieranego basową mocą. Jedynie sopranowa eskalacja, objętość samych dźwięków oraz objętość sceny wyraźnie przekraczają normę, dostajemy coś ekstra.

 

W punktach

Zalety

  • Miękka kopułka tweetera daje soprany jak diamentowa.
  • To momentalnie ustawia wszystko, nawet i postać basu.
  • Jako że to soprany są ołówkiem, który szkicuje każdy kontur i kreśli wielkość sceny.
  • W efekcie jedno i drugie – rozmiar sceniczny i objętość dźwięków przekraczają dalece normę.
  • W tym także obszar basu, który dzięki przedniemu bass-refleksowi o zaawansowanej konstrukcji dostaje moc i zejście, a od tweetera niesamowitą objętość i precyzję.
  • Żadnej przesady z tą niesamowitością, objętość bębnów ekstremalna, naprawdę rzadko spotykana.
  • Lecz oczywiście pierwszoplanową rolą tweetera jest sam sopran – i on jest zjawiskowy.
  • Cały rozprowadzony na przestrzeń – nie znajdziesz śladu ostrza, jakiejkolwiek kaleczącej krawędzi.
  • Więc niemożliwa też krzykliwość, syki i sybilacja, pomimo że te soprany najwyższych sięgają wzlotów.
  • Dzięki nim także „promieniujące” brzmienie, jak z diamentowych membran Raidho. (Chociaż nie tak intensywnie.)
  • I mimo tej sopranowej obfitości równowaga tonalna, której nie mylmy z dominującą u innych tendencją do obniżania dźwięku.
  • Pełna różnorodność brzmieniowa.
  • Pełna neutralność emocjonalna.
  • Pogłosy wprasowane w brzmienie.
  • Wyjątkowa brzmieniowa precyzja.
  • Wyjątkowa rozdzielczość.
  • I wyjątkowa szczegółowość.
  • Brzmieniowa architektura wyższej rangi niż u nawet bardzo drogich słuchawek.
  • Efekty basowe mimo tak niewielkiej średnicy głośnika szerokopasmowego odczuwalne na skórze i wprawiające w wibrację pomieszczenie.
  • Inna rzecz szczególnie istotna – nie pojawiają się zniekształcenia przy wysokich poziomach dźwięku.
  • Toteż „łoić” można na cały regulator w każdym gatunku muzycznym.
  • Piękny kontrast srebrzysto-złocistego światła z gęstymi czerniami tła.
  • Wysokiej klasy holografia.
  • Rewelacyjna stereofonia.
  • Brzmienie wypełnia całe pomieszczenie, propagując we wszystkich kierunkach.
  • Zaskakująco duży dźwięk jak na rozmiar głośników.
  • Łatwe do ustawienia.
  • Do każdego rodzaju muzyki.
  • Całościowa jakość dużo powyżej średniej.
  • Piękna stolarka z litej dębiny, przekładająca się na wygląd i brzmienie.
  • Cenione i sprzedawane pod różnymi markami głośniki AudioBarletta.
  • Zwrotnica z kondensatorami Mundorfa i miedzianymi cewkami.
  • Kolce i podkładki w komplecie.
  • Znany i uznany producent.
  • Włosko-czeska robota.
  • Polska dystrybucja.
  • Ryka approved.

Wady i zastrzeżenia.

  • Nie dla lubiących brzmienia ciemne, zgęszczone, wyraźnie znaczone w całym paśmie basem.
  • Nie dla ceniących normalność w sensie rynkowej przeciętnej.
  • Szersza informacja techniczna nie jest wprawdzie dla producenta obowiązkiem, ale też by nie zaszkodziła.
  • Wzmacniacz/końcówka mocy na lampach 45᾽albo 2A3 raczej im nie podoła. 300B pozostają do sprawdzenia, ale powinny dać radę.

 

Dane techniczne

  • Korpus: lity dąb mozaikowy.
  • Wytłumienie: bitumiczne.
  • Głośnik wysokotonowy: miękka kopułka AudioBarletta  ø 26 mm.
  • Głośnik szerokopasmowy:  AudioBarletta  ø 150 mm z membraną propylenową i odlewanym koszem.
  • Przedni bass-refleks szczelinowy z dopasowującym wytłumieniem.
  • Punkt podziału zwrotnicy: 3 kHz.
  • Kondensatory: Mundorff.
  • Przyłącza: 1 x Xavian, uniwersalne.
  • Pasmo przenoszenia: 5 Hz – 20 kHz.
  • Impedancja: 8 Ω.
  • Skuteczność: 88 dB.
  • Zalecana moc wzmacniacza: 30 – 120 W.
  • Wymiary: 920 x 190 x 236 mm.
  • Waga: 18 kg/szt.
  • Kolory: czerń, biel, jasny dąb, ciemny dąb.
  • Pięcioletnia gwarancja.
  • Cena: 10 990 PLN (komplet)

 

System:

  • Źródła: Ayon CD-T2/Ayon Stratos, Cairn Soft Fog V2.
  • Przedwzmacniacze: ASL Twin-Head Mark III, Dayens Ecstasy IV sc.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Xavian Madre Perla.
  • Interkonekty: Siltech Empress Crown, Sulek Audio & Sulek 6×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9700, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

5 komentarzy w “Recenzja: Xavian Madre Perla

  1. akbar pisze:

    Gdyby miał Pan porównać te zestawy z JWS ifaisteo, jakie byłyby ich wyróżniki? Co byłoby istotą ich grania?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Podobne brzmienia, ale po czterech latach i setkach w międzyczasie odsłuchów nie odtworzę sobie na tyle dokładnie brzmienia Ifaistejo, żeby sensownie móc porównywać.

  2. Adam pisze:

    Słuchałem w Sopocie. Potwierdzam wszystko co napisane w recenzji. Świetne, barwne, swobodne, szczegółowe granie. Wielka przyjemność ze słuchania. Polecam.

  3. Mariusz pisze:

    Witam pokoj 20m2 Xavian Madre Perla czy Stella,ktore by Pan wybral.Wzmacniacz Line Magnetic lm219ia.
    Moze jakies inne propozycje.

  4. Piotr Ryka pisze:

    Xavian Madre Perla. Łatwiejsze do ustawienia i napędzenia, odrobinę lepiej odnajdują się w mniejszych pomieszczeniach. Wyższa półka to dopiero dwa i pół raza droższe Diapason.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy