Recenzja: Sony MDR-Z1R

   Już się zdawało, że te słuchawki w sensie recenzyjnym przepadły, albowiem sam dyrektor marketingu Sony Polska osobiście oświadczył mi w telefonicznej rozmowie, że nie ma i nie będzie, bo u nas nie będą oferowane. Wygląda więc na to, że dla wielu producentów, w tym także bardzo znanych, wciąż pozostajemy zaściankiem i rzeczy przedkładane jako oferta Amerykanom czy Niemcom w naszych katalogach nie figurują. Nie mnie to oceniać. Każdy swój rozum ma i nim się powinien kierować, ale skromnie napomknę, że też japońska Audio-Technica całkiem jeszcze niedawno cały rynek europejski lekceważyła, oferując swoje słuchawki z wyższych półek jedynie w kraju macierzystym i USA, a teraz to się zmieniło i na ostatnim AVS ich najnowszy model flagowy, słono zaiste kosztujący, był zaraz po światowej premierze prezentowany i znalazł się w ofercie. Sony ma jednak najwyraźniej stare nawyki, o czym także ilość liter R w nazwie zaświadcza, i swego nowego flagowca polskiemu rynkowi nie fundnęło. Tym to dziwniejsze, że świadomość mieć musi, iż wiele takich słuchawek jest u nas dostępnych, i w ogóle półtora roku temu wejście tych Z1R wydawało się przesądzone, bo na AVS 2016 były. Właśnie tam ich słuchałem i podobały mi się, a tu niemiła niespodzianka i ostatecznie rejterada. Ale dziś nie te czasy i łaski nikt nikomu nie robi. Jak się oficjalny dystrybutor wycofał, to inni weszli na jego miejsce i słuchawki są do kupienia. Dowiedziałem się o tym przypadkowo, tak przy okazji innych, a zatem znów niespodzianka, tym razem jakże przyjemna. Tym przyjemniejsza, że w dwóch słowach uzgodniłem recenzję, a od słowa do czynu zeszło parę dni. Lecz nie same karesy, bo na drugiej stronie medalu mniej już przyjemna wiadomość, że przybyły na krótko. Żadne więc długie oswajanie i wchodzenie w zażyłość – od razu się trzeba brać do roboty, ale na szczęście przyjechały wygrzane. Tak w każdym razie mnie zapewniono i tego się trzymałem. Sporo ponoć sobie pograły, bo to egzemplarz pokazowy, czas już jakiś będący w obiegu. A skoro tak, to do dzieła, nie ma co czasu tracić.

Ale zanim na uszy, parę słów przypomnienia. Mówiłem to już mnóstwo razy, wszakże jeszcze raz nie zaszkodzi, bo i tak nie wszyscy pewnie wiedzą – więc dla spokoju ducha przypomnę, że w zamierzchłym 1988 roku – dokładnie trzydzieści lat temu! – potężny koncern Sony, niekwestionowany wtedy król rynku, niewykluczone że po trosze za sprawstwem samego Herberta von Karajana, zaoferował słuchawki, jakich wcześniej nie było. Reklamowane nie jako słuchawki, a instrument muzyczny, i stosownie do tego sprzedawane w skórzanych walizkach wykładanych pluszem w zgoła królewskiej purpurze. Wycenione na 2700 USD, a jako ciekawostkę rzucę, że na niedawnej aukcji internetowej w dobrym stanie egzemplarz był wystawiony za 11 tys. euro. Nie będę tej dygresji przeciągał dokładniejszym opisem, ale się czytelnikom należy jeszcze coś o tym von Karajanie. Otóż on i właściciel koncernu byli zaprzyjaźnieni i obaj mieli hopla na punkcie nowin technicznych. Od czasu do czasu robili więc dwuosobową sesyjkę, na której nowin tych kosztowali, toteż całkiem niewykluczone, że owych pamiętnych słuchawek istnienie tym właśnie sesjom zawdzięczamy. Nazywały się Sony MDR-R10 i były tak fantastyczne, że żadnych innych, włączając w to starego i nowego sennheiserowskiego Orpheusa, nie można uznać za lepsze. Sony produkowało je dość długo, bo do 2004 roku, ale potem wypuściło lepszego następcę, który mym skromnym zdaniem okazał się katastrofą. Zwał się ten następca Sony Qualia 010-MDR1, też były to słuchawki drogie i nowatorskie, ale grały do bani. To wprawdzie moja opinia, podczas gdy nie brakowało i nie brakuje osób, które mają całkiem odwrotną, niemniej nie popełni błędu ktoś mówiąc, że R10 grały jak prawdziwy fortepian, a Qalia jak elektryczny. Moją opinię o nich podzieliło też samo Sony, produkcję błyskawicznie zwijając i chcąc o sprawie jak najszybciej zapomnieć. Mało tego, tak się na nich sparzyło, że na długie lata odechciało im się słuchawek popisowych. Ale się w końcu przemogli, choć może nie do końca. Model Sony MDR-Z7 z 2015 roku na pewno nie był nawiązaniem do dawnych piekielnie drogich, niemniej był przynajmniej flagowy, w każdym razie wyróżniony w ofercie. Przy cenie 2500 PLN bardzo w obecnych realiach skromny, niemniej chwalącym się szeregiem innowacji i zapewnieniami o pięknym brzmieniu.

Wszystkie te trzy przykłady słuchawkowych dzieł Sony są tutaj zrecenzowane, wystarczy uruchomić wyszukiwarkę. Nadeszła pora na kolejny i znów po latach taki grubego kalibru. Może jeszcze nie najgrubszego, jak działa pancernika Yamato, dumy cesarskiej floty, ale już z dużą wypornością i dalekim zasięgiem. Model zawieszony w tytule – Sony MDR-Z1R – to już bowiem flagowiec można rzec całą gębą, za 11 tys. złotych. Też oczywiście posażny w innowacje i zaraz właśnie o nich. Wpierw tylko jedna uwaga – słuchawki były gotowe na etapie prototypu już w 2013 roku, jako efekt długich prac rozwojowych, prowadzonych od końca lat 90-tych (czyli jeszcze kiedy R10, a potem Qualia pływały po powierzchni). Trzy lata kolejne zajęło doprowadzenie ich do stanu oferty rynkowej – akurat aby zdążyć na wielki słuchawkowy boom.

Budowa

Imperium kontratakuje?

   Odnośnie tych innowacji. Sony nowatorskie być musi, taka już jego natura. Nie tak trochę, dla picu, żeby się nikt nie czepiał, tylko tak na całego, żeby coś udowodnić. Pokazać oniemiałym, że da się o czym nie śnili, na przykład zrobić w słuchawkach dynamicznych membranę φ 70 mm. Gdy w 2009 roku Sennheiser po latach posuchy (zupełnie tak jak Sony) na słuchawki flagowe wreszcie się zdobył i wypuszczał swe sławne HD 800, uraczył czytelników w materiałach technicznych wiadomością, że membrany o średnicy powyżej 50 mm wpadają w rezonansowe zniekształcenia i chcąc sobie z tym radzić trzeba na środku większej wyciąć dziurę, co te zniekształcenia powstrzyma. I faktycznie, przed tymi HD 800 (z dziurą i w efekcie membraną o średnicy φ 56 mm) największą taką membranę miały flagowe Audio-Technica ATH-W5000 i miała ona średnicy 53 mm. Nie powiem, że na pewno, bo chronologia się nie zgadza, ale być może po trosze jednak na złość te nowe flagowe Sony nie mają w membranie dziury, a mimo to jej średnica to owe 70 mm. (Proszę pamiętać, że rozmawiamy o konstrukcjach dynamicznych, bo planarne to inna broszka i tam membrany spotyka się jeszcze większe.)

Odnośnie tej diafragmy. Producent określa ją jako „bezkrawędziową” (free-edge) – znaną już z modelu Z7, wykonaną tym razem z pokrytych aluminium „najcieńszych materiałów” i z magnezową kopułą w centrum nad cewką typu CCAW (Copper-clad aluminium wire) z neodymowym magnesem. Diafragmą o grubości zaledwie 30 mikronów, co pozwala osiągać na górze pasma częstotliwość aż 120 kHz. O średnicy dwa razy już wymienionej, co z kolei  okazuje się ważne nie tylko z uwagi na jakieś wyścigi, bowiem przeciętne ludzie ucho ma wymiar 65 mm, dzięki czemu tak duża membrana może z zapasem objąć je dźwiękiem. Stosownie do tego duży jest także magnes i razem tworzą okalającą ucho sferę dźwiękową, jakiej nie miały jeszcze żadne słuchawki dynamiczne. Lecz to i tak nie koniec, bo przy membranie zjawia się też „Fibonacci-patterned Grill”, noszący wprawdzie imię włoskiego matematyka, ale o kształcie spotykanym przede wszystkim w przyrodzie, na przykład w rozmieszczeniu nasion u słonecznika. Jest to tak zwany złoty podział, zapobiegający rezonansom, czyniący w tym wypadku dźwięk szczególnie czystym, niezaburzonym i gładkim.

Siatka Fibonacciego znajduje się przed membraną, a za nią muszla konstrukcji pół zamkniętej, złożona też z odpowiednio uformowanej siatki rusztowania, na którą przychodzi akustyczny filtr tłumiący rezonanse ze specjalnego włókna i dopiero sama osłona. To oczywiście podwaja eliminację szkodliwych rezonansów i dzięki temu słuchawki całkiem niemal są od nich wolne. Pozwala to im nie tylko zabezpieczyć słuchacza przed zniekształceniami, ale także podnosić klarowność brzmienia i chronić mikro dźwięki przed zatraceniem w szumie.

Czarną skrzynią.

Ogólnie biorąc konstruktorzy dają jasno do zrozumienia, że bardzo są z siebie zadowoleni, bo to są po prostu najlepsze słuchawki. Przyczynia się do tego także specjalna konstrukcja pałąka, wykonanego ze stopowego tytanu plus aluminiowe chwytaki, a także specjalnie uformowane, grube pady z jagnięcej skóry. Także wysokogatunkowy kabel z miedzi pokrytej srebrem, którego dwa egzemplarze – symetryczny i zwykły – dostajemy w komplecie. Tu jednak mała uwaga: słuchawki pod względem kabli są dość specyficzne, bowiem niesymetryczny ma mały jack, a symetryczny także mały wtyk (4,4 mm), tyle że z powiększoną ilością rowków. Co gorsza, ten symetryczny pasuje wyłącznie do stacjonarnego wzmacniacza słuchawkowego Sony i nigdzie poza nim go użytecznie nie wetkniesz. Kable są oczywiście odpinane, a ich mocowanie bardzo stanowcze, śrubowe. Oba są długie i elastyczne, a także wystarczająco gładkie, by nie hałasować w kontakcie z ubraniem.

To wszystko idzie w wielkie pudło z czarnej skóry, wyłożone czarnym atłasem. A w pudle oprócz słuchawek i papierów także trzykieszeniowe etui na oba kable i te papiery. Pudło jest  bardzo eleganckie, czarne niczym sadza w kominie, a same słuchawki duże, też czarne, ale z mieniącym połyskiem, chociaż generalnie matowe. Pokrywy muszel są od zewnątrz z cieniutkiego tworzywa w jodełkę, podścielonego nie do końca spoistym wypełnieniem (stąd oficjalnie są pół-zamknięte), mieniącego się jedwabiście półmatowym połyskiem. Grube i całkiem z kolei matowe pady bez problemu obejmą uszy, a obszyty matową jak one skórą pałąk nie gniecie ani trochę. Regulację ma karbowaną na wsuwających się w pałąk prowadnicach, ale karby, mimo że grube, za lekko ustępują, przez co regulacja trzyma co prawda, ale nie jakoś specjalni mocno.

Karby grube,  suw gładki, czyli sytuacja dokładnie odwrotna niż u Beyerdynamic T1, gdzie karby są wprawdzie płyciutkie, ale za to ślizg tak oporny, że drogą przypadku ustawienia nie naruszysz. Tymczasem u Sony o przypadkowe przesunięcie nietrudno, toteż zakładać je trzeba z uwagą. Kiedy już siądą, to siedzą, ale osadzać trzeba z wyczuciem. Za to kabel się nie wysuwa – mocowanie śrubowe go trzyma i prędzej urwie niż puści. W komplecie jest przejściówka na duży jack, ale polecam tą od AudioQuest NightHawk – jest najlepsza na rynku. Specyficzne końcówki są następstwem dedykowanego wzmacniacza stacjonarnego Sony TA-ZH1ES i dedykowanego odtwarzacza przenośnego Sony NW-WM1Z, do których akuratnie pasują. Szkoda zarazem, że symetrycznej przejściówki na 4-pin nie dają, bo taka presja na własny wzmacniacz to granda. Przyznać jednakże trzeba, że ten ekskluzywny mały jack symetryczny jest większy od normalnych nie z uwagi na ekskluzywność, tylko Sony doszło do wniosku, że węższe nie trzymają jakości.

A w niej słuchawkami.

Słuchawki wykonywane są całościowo w Japonii i bardzo się tym szczycą. Od siebie je zaś pochwalę za wyjątkową izolację we/wy. Mocno wytłumią dźwięk otoczenia, a sam słuchacz swoim słuchaniem nikomu życia nie będzie zakłócał. Tak więc zadowolona żona i dzieci śpią spokojnie, a zadowolony audiofil w muzycznym swoim świecie hałasem sobie hasa. To wszystko, że przypomnę, pomimo konstrukcji formalnie półzamkniętej, zamkniętej lepiej od zamkniętych. Chwalić też można za wygodę, która jest naprawdę niezgorsza, za mocny uchwyt głowy, że podrygujesz ile chcesz, a także za stosunkową lekkość, bo ważą bez kabla 385 g, a kabel też nie jest ciężki.

Osiągi mają imponujące, bo pasmo obejmuje 4 Hz – 120 kHz, a przy 64-ohmowej impedancji skuteczność sięga 100 dB. Napędzać zatem bardzo łatwo, a słychać winno być wszystko. Trzymetrowej długości kabel i pewny chwyt pałąka zapewniają swobodę ruchu, duże pady i lekkość gwarantują wygodę, a japońskie wytwórstwo (miejmy nadzieję) bezusterkowość. Opakowanie godne przedmiotu, wsad technologiczny wysoki, a cena budząca szacunek u tych, co po cenach sądzą. (U nas to jedenaście tysięcy, a w Stanach siedem sześćset w przeliczeniu na złote.)

Brzmienie

Z dwóch dużych kulfonów.

   Z tych wszystkich wywodów technicznych i pochwał wyłaniają się w obrazie dźwiękowym przede wszystkim trzy rzeczy: siła władania słuchaczem, brak zniekształceń i wieloaspektowa precyzja. Każdy co bardziej liczący się producent pisze o swoich słuchawkach, że kreują prawdziwą muzykę i wolne są od zniekształceń, ale pod tym względem flagowe Sony należą do elitarnej czołówki. Nim jednak bliżej o tym, wpierw o małej przygodzie.

Małej jak małej, dla mnie w sensie nerwówki była duża. Jak już gdzieś wyżej zaznaczyłem, słuchawki przybyły z adnotacją wygrzanych. A sam jestem, jak się okazuje, zbyt łatwowierny, naiwny jak panienka. Nie trwała ta łatwowierność wprawdzie dłużej niż kawałek jednego odsłuchu, ale i tak o wiele za długo. Cóż, przyjechały na bardzo krótko, więc pośpiech; żadnego delektowania się, wspólnie spędzanych wieczorów i baraszkowania w muzyce. Szybko opis techniczny i przechodzimy do dźwięku, bo dwie pary Kennertonów czekają, a na wszystkie trzy jeden tydzień, pod tym warunkiem przyjechały. Więc zakładam te Sony (wcześniej tylko sprawdziłem, czy nie są uszkodzone) i uszy stają mi dęba, a ręce do ziemi opadają. Głuchota i martwota – głuchy dźwięk pozbawiony życia, nie wspominając o jakimś blasku. Do tego kompletny brak holografii – scena płaska jak deska. A wszystko to z Twin-Head i z dobrym odtwarzaczem! Zabrałem się do porównań i brnięcia przez utwory, z upływem czasu błyskawicznie tracąc resztki nadziei na wychwycenie czegokolwiek pozytywnego. Gdzie się podziały te słuchawki z AVS 2016? Ten urok i ta scena? Koniec końców doszedłem do wniosku, że muszą być niewygrzane. Za późno wszakże, za dużo czasu i nerwów straciłem. Pograły przez noc całą i dnia następnego kawał, zanim je znów przymierzyłem – i zdecydowana poprawa. Więc nawet nie brałem się w kolejny odsłuch, tylko dalej do grzania. W sumie pograły przez cztery doby, a ja po raz kolejny powtórzę, że słuchawki surowe (okazało się potem, że miały przebiegu parędziesiąt godzin) są kompletnie nie do słuchania. Owszem, niektóre nie – wprost z pudełka już nieźle grają, na przykład Denon D7200 – lecz tytułowe Sony do takich z pewnością nie należą. Prosto z pudła można ich słuchać, ale jedynie po to, by się dowiedzieć, jak duże mogą zajść zmiany. Najlepiej jednak sobie darować – szkoda nerwów i czasu.

Przejdźmy do rzeczy sedna. Zapewne nie ostatecznego, gdyż cztery doby plus kilkadziesiąt godzin to z pewnością nie finał, ale brzmienie szkicować już można.

Bardzo dużych, ale lekkich.

Na wstępie ciekawostka, chyba wszakże znamienna. Podczas finalnego odsłuchu przemknęło mi przez głowę, że grają ciemno, ale tak się tego nie czuje. Przychodzi następnego dnia Karol, podpina je do iPhonea i z miejsca bardzo mu się spodobały, a o dźwięku powiada, że „grają ciemno a jasno”. Aż się dziwnie poczułem, ale najwidoczniej tak grają i wszyscy tak to odbiorą. Brzmienie jest ciemne, ale soprany je rozświetlają i w efekcie okazuje się naturalne. To nawet mało powiedziane. Na tle porównywanych, a porównywałem do nie byle jakich, brzmienie mowy potocznej okazało się zdumiewająco autentyczne. Jednocześnie przekonująco prawdziwe i pozbawione wszelkich podbarwień. Zero sopranowego świergotu, zero basowego (pardon) pierdzenia, zero pogłosowych ubarwień. Do tego wszystko nie w ten sposób, że dopiero po analizie, tylko stajesz wobec drugiego człowieka zupełnie jakby był, tak po prostu. To jest wprawdzie kompletnie nieproste w ujęciu filozoficznym i także naukowym, ale nie o tym teraz mowa. Nieproste jednak także w technicznym, a to nas właśnie interesuje.

Przejdźmy do owej analizy, która poczuciu autentyzmu nie jest tu wprawdzie potrzebna, ale opisowi brzmienia słuchawek tak.

Pierwsza, najbardziej narzucająca się sprawa, to wyjątkowo duże i bliskie źródła. Pamiętam, jak opisując prawie dekadę temu Sennheiser HD 800, stanąłem w obliczu zdania sobie sprawy z tego, że mają duże źródła. Ale to było właśnie zdanie sobie sprawy, rzecz dopiero po chwili uświadomiona, natomiast u Sony MDR-Z1R to się czuje od razu. A jeszcze bardziej w porównaniach, gdzie nawet u HD 800 te źródła okazują się znacznie mniejsze i dalsze. Tym bardziej u Fostex TH900, czy Beyerdynamic T1. I chyba stąd płynie nauka, że im większa membrana, tym źródła stają się większe i bliższe. A Sony taką właśnie się szczycą, to ich as atutowy.

I pasownych.

Jednakże wielkość to jedna sprawa, a umiejętność wydobywania postaci z tła inna. To też jednak rewelacyjnie potrafią – przywołani aktorzy sceny są nie tylko duzi i bliscy, ale także perfekcyjnie wyodrębnieni. Przed tło całkowicie wyciągnięci i jedni od drugich oddzieleni, bo lokalizacja także jest znakomita, a głosy wyjątkowo wyraźne i jedne drugim nie przeszkadzające. Wyjątkowa więc czystość wielogłosowej artykulacji i wyjątkowy autentyzm, jako że zero brzmieniowych przekłamań, żadnego na przykład uwyraźniania sopranami. Dzięki temu głosy pełniejsze, bardziej jednorodne w wyrazie i doskonale oddające prawdziwy wiek stojących za nimi osób. Ani sopranami nie odmładzane, ani basem starzone, ani udziwniane pogłosem.

Ten pogłos to kolejna sprawa i w żadnym razie tak się nie dzieje, że jest on jakkolwiek tłumiony; natomiast w stu procentach tak, że się nie miesza do źródeł. Pracuje wyłącznie na siebie, czyli że źródła tu, a pogłosy tam. I to jest pierwszorzędne w sensie poprawności opisu, od mieszania wszystkiego ze wszystkim zdecydowanie lepsze. Pod tym względem z bezpośrednio porównywanych flagowe Sony były na pierwszym miejscu i tylko żałowałem, że nie mam Final D8000, bo to ta sama szkoła, chociaż na bazie innej techniki. (Finale są planarne, ale też z ogromną membraną.)

Odsłuch cd.

Z siatkami Fibonacciego.

   Pogłos do wszystkiego i bez sensu dodany oznacza zaś rozwleczenie basu na całe pasmo. Ktoś mógłby więc mieć obawy, czy tego basu tutaj nie brak. Od razu więc uspokajam – nie, absolutnie nic z tych rzeczy. Bas siedzi mocno w sobie, co mu zupełnie nie przeszkadza być dużym i głębokim. Zejście ma tektoniczne, pomrukiem świetnie uderza, a także odpowiednią ma ekstensję, wyjątkowo nawet przestrzenną. Tyle że nic a nic nie podbarwia, co wraz z obietnicą braku zniekształceń zostało przyrzeczone i słowa dotrzymano. I – podkreślmy to mocno – ani to mu nie utrudnia bycia na najwyższym poziomie, ani nie ruguje pogłosów. Pogłosy realizowane są fantastycznie – są wszędzie tam, gdzie trzeba.

To samo dotyczy sopranów, chociaż tu pewne zastrzeżenia. Nie, nie o kaleczenie ukłuciami idzie – tego zupełnie nie ma. Przeciwnie nawet – jest do tego wyjątkowo daleko. Natomiast na etapie wygrzewania, do którego dotarłem, nie były te soprany aż tak trójwymiarowe, jak u AKG K1000 czy Sony MRD-R10. Trójwymiarowe, owszem były, ale nie perfekcyjnie. I brakowało też czegoś, z czego opisem mam zawsze największy kłopot. Specyficznego ujmowania pięknem głosów, biorącego się z falowania brzmieniowych krzywych melodyki. Zjazdu, wybicia i znów zjazdu – modulacyjnych sinusoid piękna. Tym lepsza sopranistka, im lepiej tak modulować umie i tym lepsze słuchawki, im wierniej to oddają. Najlepiej spośród mi znanych potrafiła to Montserrat Caballé, a po niej Rita Streich; ze słuchawek zaś wielka czwórka. Pod tym względem nowe flagowe Sony nie dorównały pierwotnym R10, prezentując styl bardziej powściągliwy, cokolwiek prozatorski. Z poetyką już dobrze zaznaczoną, ale jeszcze nie największego formatu. W tej mierze planarne Final na pewno były lepsze. Z tą wszakże ważną adnotacją, że na AVS 2016 prawdopodobnie w pełni wygrzane MDR-Z1R były bezdyskusyjnie fantastyczne. Tak więc za tydzień, dwa sprawa modulacji by się zapewne zmieniła, ale nie mam prawa twierdzić tego stanowczo, najwyżej podejrzewać. Mogę natomiast stanowczo stwierdzić, że rozwartość pasma po obu jego stronach okazała się odpowiadać zapisanej w danych technicznych, czyli była imponująca, przytłaczająca wręcz rozmachem. I mogę także dorzucić, że kabel klasy Tonalium jakość sopranów i ogólnie trójwymiarowości dźwięków by niewątpliwie podniósł i tego też jestem pewien.

 

 

 

 

Lecz rozmach to słowo pasujące nie tylko do skali pasma; także do całości tych Sony brzmienia. Wielkie i bliskie źródła, szeroka i głęboka scena w holograficznym jej ujęciu, plus całkowity brak zniekształceń i zakłócania się wzajemnego źródeł, to cytowany słowo w słowo przepis na pełny brzmieniowy rozmach. Można więc było słuchać dowolnie głośno dowolnie skomplikowanych składów – od wielkich chórów z orkiestrą, po dzikie harce hard-rocka. Żadnej powściągliwości, ograniczeń – wielki muzyczny poryw, możliwy dzięki czystości i wierności artykulacyjnej także na dużych i najwyższych poziomach głośności.

Już zawadziłem o scenę, więc dokończmy z nią sprawy. Pierwszy plan, jak już mówiłem, okazał się wielkoformatowy i tuż, tuż. W nawiązani do tego także dalsze plany stanęły bliżej niż przeciętnie, ale dystans pozostał zachowany i zachowane rozwarstwienie. W porównaniu do znanych z wielkiej sceny Sennheiser HD 800 była to analogia wielkości samej sceny oraz dystansu pierwszego do dalszych planów, tyle że postrzegana z bliższej odległości, ze słuchaczem tuż przy aktorach. Tym bardziej bliższej niż u TH900, bo HD 800 nie stawiają pierwszego planu daleko, raczej blisko. O wiele jednak dalej niż nowe flagowe Sony, zawisające wielką membraną nad całym uchem słuchacza.

I bez dedykowanego stojaka.

Wielkość sceny, jej wieloplanowość, jak również wyjątkowa wielkość źródeł także na planach dalszych (podobna do tej ze Stax Omega II), czynią sceniczny obraz recenzowanych słuchawek imponującym i potężnie oddziałującym – i pod tym względem od planarnych Final okazały się lepsze. Słabsze od mistrzów w tym zakresie, czyli znów wielkiej czwórki, ale też bardzo dobre, a pozostaje pytaniem, o ile jeszcze lepiej to wygląda po całkowitym wygrzaniu.

Już to parę razy mówiłem, ale dla pewności powtórzę: bezpośredni kontakt słuchacza z muzyką (zapewne w następstwie tych wielkich membran i siatki Fibonacciego) jest u Sony MDR-Z1R naprawdę wyjątkowy. Czujemy jak muzyka ogarnia nas i jak jest perfekcyjna. Przy tym jest perfekcyjna w stylu, który dla wielu osób jest ważny, nawet najważniejszy. Stylu, którego na o wiele niższym poziomie całościowym możemy zaznać u AKG K701 czy Fostex T50RP. Stylu wynikającego właśnie z braku podbarwiania jednych rzeczy przez drugie i całości przez pogłosowe dodatki. Także igiełkowych sopranów, które spotyka się jakże często, choć ostatnio na szczęście rzadziej. Niektórzy nazywają to neutralnością, inni wolą zwać naturalnością, sam natomiast nazwałem to brakiem zniekształceń i autentyzmem. Ale o ile K701 można uznać za nieco monotonne i wieloaspektowo powściągnięte, to u tych Sony nic z tych rzeczy. Przekaz jest żywy, potężny, wspaniale rozwinięty i bardzo dokładnie w ekspresowym tempie podawany. Słuchawki są szybkie, potężne, dynamiczne i dokładne. Nie sposób przy nich się nudzić, pod warunkiem, że są wygrzane. A z drugiej strony są wolne od sztucznych upiększeń, teatralnych zabiegów, wszelkich efektów specjalnych.

O inności ich sopranów zaświadczał już szum tła. Okazał się niższy i spokojniejszy niż u TH900 i HD 800, a mimo to, to Sony są bardziej szczegółowe. Szczegółowe aż do maksimum, że szczegółowszych nie słyszałem. Pomaga w tym konstrukcja praktycznie zamknięta, ale i tak trzeba gorąco przyklasnąć temu, że na końcu jedenastego utworu z płyty Themes Vangelisa potrafiły wykręcić trzy wyraźnie słyszalne spiralki, czego żadne niemalże nie umieją. To signum prawdziwej perfekcji, tym większej, że bez udziału podbijania sopranów, zawsze zwiększającego wrażenie szczegółowości.

Różne słuchawki, różne sceny i głosy.

Szczegółowość to jedno, a harmoniczna złożoność drugie. Pod jej względem nie dorównały klasycznym K1000 z wielkiej czwórki, tak samo jak nie dorównały temu klasykowi Final D8000. Być może jednak cieniuteńka membrana Sony z czasem się jeszcze bardziej uczula, bo właśnie ich membrany z R10 były mistrzami harmonicznej złożoności.

I jeszcze na koniec uwaga, że poza AudioQuest NightHawk, które grały dosyć podobnie ale bardziej nosowo i powściągliwie na górze, pozostałe z bezpośrednio porównywanych zaprezentowały się bardziej filigranowo i bardziej świergotliwie (w złym sensie). Miały natomiast lepszą tą modulację piękna, to trzeba im przyznać. Przeważnie sopranowo zafałszowaną, ale jednak trafiającą do serca. Szczególnie w niektórych utworach.

Podsumowanie

Imperium uderzyło celnie.

   Oto kolejne, po Final D8000 i Focal Utopia, słuchawki świeżej daty z najwyższego pułapu. Zapewne nie ostatnie, bo w kolejce czekają Kennertony, Ultrasone Jubilee i E15, a także Susvara, nowa Audio-Technica i nieznacznie starsze flagowe Pioneer.

Flagowe Sony MDR-Z1R nie wstrząsnęły mną aż tak bardzo, jak nowe planary Finala, ale niewiele mniej. A przecież są tańsze i na dodatek mam poważną wątpliwość, czy zdążyły wszystko pokazać. Pokazały wszakże wystarczająco wiele, bym mógł z całą szczerością wyznać, iż spośród obecnie produkowanych słuchawek zamkniętych je i Jubilee oraz flagowe Final Sonorous X widziałbym najprędzej na swoich uszach. Nie przebiły wprawdzie jakością pamiętnych R10, ale nie takie chyba były zamiary. Niezależnie jednak od założonych celów trzeba pogratulować ludziom pracującym nad nimi; na pewno wiedzieli czego chcą i jak to zrealizować. Znajomy spec od marketingu, który słuchawek tych słuchał i ocenił je bardzo wysoko, wyraził nawet opinię, że szkoda tej wielkiej pracy i osiągniętych rezultatów, które wylądowały następnie w łapskach specjalistów z działu sprzedaży, nie odróżniających makaronu od Mercedesów. Ta sama sztampa podejściowa i kompletna niewiedza z czym mają do czynienia. A potem taki brylancik nie trafia do polskich salonów, a gdzie indziej obchodzą się z nim jak z kartoflem. Wiecie, tego, pożywny i zdrowy, na najlepszych nawozach chowany i placki smaczne można… Coś niecoś bazgrolenia o innowacjach językiem takim drętwym, że nikt tego z przyjemnością nie przeczyta, oraz parę sztampowych fotek plus filmik, na którym nic nie widać. Rutyna, banał, nuda – żadnego pomysłu na promocję. Fan słuchawek niczego konkretnego o dźwięku się nie dowie i nikt serio go nie będzie przekonywał, że kupić akurat te warto. A przecież Sony ma możliwości… – No kto, jak nie oni? Nic więc nie pozostaje recenzentowi, jak ich trochę wyręczyć i na bazie uważnej analizy wyrazić raz jeszcze pogląd, że słuchawki są warte grzechu, a nawet dużych pieniędzy. Paleta zalet jest wyjątkowa: pasują do aparatury przenośnej i stacjonarnej (i to bez żadnych ale), dźwięk mają wyjątkowo czysty, potężny, szczegółowy i popisowo niezniekształcony. Scenę na ten dźwięk przyszykowaną dużą i zdobną holografią, a wspomniana ich detaliczność stanowi mistrzostwo świata. Zarazem styl przez wielu ceniony – pozbawiony podbarwień, świergotu, zbytecznych pogłosów i agresji. Jednoczesna żywość i naturalizm – bliski kontakt z czymś autentycznym. Na dodatek są duże i lekkie, a w efekcie wygodne. I od otoczenia tak dobrze izolują, że się lepszych nie znajdzie. Na głowie świetnie leżą i dobrze się prezentują – efektownie, bez krzykliwości, z nowoczesnym designʼem. Do tego kabel odpinany, więc lepszy też w razie czego możliwy. (A już firmowy jest niezły.) No i rzecz najważniejsza – lepszych niżej ich ceny nie ma. Wyżej są, ale lepsze nieznacznie. Za to droższe, że Jezus Maria.

W punktach:

Zalety:

  • Wyjątkowe.
  • Namacalny, na wyciągnięcie ręki pierwszy plan.
  • A na tym planie żywi ludzie i niemal prawdziwe instrumenty.
  • Jako duże źródła, przywołujące brzmienia kolumnowe.
  • Mimo tak bliskiego pierwszego planu wielka i holograficzna scena.
  • Szeroka, uporządkowana, ze świetnie separowanymi źródłami.
  • Źródła na dalszych planach też duże i czytelne.
  • Co powoduje inny ogląd całości – mniej perspektywiczny, za to mocniej narzucający holografię.
  • Wyjątkowy, niespotykany niemal, naturalizm brzmieniowy.
  • Będący następstwem braku zniekształceń, podbarwień i zbytecznego pogłosu.
  • Jednocześnie same pogłosy realizowane po mistrzowsku.
  • Rewelacyjne rozciągnięcie pasma.
  • A w ramach tego super strzeliste soprany, całkowicie przy tym pozbawione męczliwości.
  • Bas z pełnym zejściem, popisowo potężny, przestrzenny.
  • Przy tej jakości głosów jakość średniego zakresu nie wymaga już komentarza.
  • Dużo brzmieniowej soli i świetne różnicowanie dźwięków.
  • Dobra melodyka – być może przy pełnym wygrzaniu jeszcze lepsza.
  • Najwyższej miary szczegółowość, że lepszej nie słyszałem.
  • A jednocześnie brak podbarwiania sopranami, że szum tła o niższej tonacji, mniej się narzucający.
  • Szybkie i tętniące życiem, a jednocześnie spokojne.
  • Całościowa potęga.
  • Zupełny brak efekciarstwa.
  • Całkowity też brak zniekształceń, skutkujący nieobecnością świergotu, pisków, jazgotliwości, histeryczności.
  • Neutralność emocjonalna, a jednocześnie pełne zaangażowanie w emocje.
  • Brzmienie ciemne i jasne zarazem.
  • Całościowe poczucie perfekcji.
  • Siła spokoju.
  • Bardzo łatwe do napędzenia.
  • Największe membrany w historii słuchawek dynamicznych, dużo większe od wszystkich pozostałych.
  • Wykonane z kompozytu papierowo-polimerowego, a więc znane z czułości papierowe membrany!
  • Technika filtrów Fibonacciego.
  • Dobrej jakości dwa kable w komplecie.
  • Perfekcyjnie odcinają od otoczenia.
  • Są duże więc dobrze obejmują uszy.
  • Lekkie, a więc nie ciążą. (Pałąk cały z tytanu.)
  • Wygodne, bo dobrze wyprofilowane.
  • Pewnie siedzą na głowie.
  • Pozbawiony krzykliwości, nowoczesny, „skandynawski” design.
  • Więc mimo dużych rozmiarów spokojnie na ulicę (Byle pod auto nie wpaść, bo otoczenia nie słychać!)
  • Przyjemne w kontakcie dotykowym.
  • Sony, a więc przesławna marka.
  • Dedykowany wzmacniacz stacjonarny i odtwarzacz przenośny.
  • Ręczna robota.
  • Made in Japan.
  • Dystrybucja u Audiomagic – polskiej czołówki sprzedażowej.

Wady i zastrzeżenia

  • Sony Polska się na nie wypięło! (I to jest kompletny blamaż.)
  • Ta papierowa membrana nie aż takiej jakości, jak w legendarnych R10.
  • W efekcie słabsza nieco muzykalność i nie tej miary misterność.
  • A przez to Final D8000 nieznacznie jednak górą. (Ale to Sony są zamknięte, a dla wielu to kwestia być albo nie być.)
  • Karbowanie pałąka mogłoby trzymać mocniej.
  • Cały kabel, lub choćby przejściówka na symetryczny 4-pin, to bardzo pożądany ukłon w stronę użytkowników, bo ostatecznie nie każdy z nich musi pożądać wzmacniacza Sony.

Dane techniczne Sony MDR-Z1R:

  • Słuchawki dynamiczne, wokółuszne o budowie zamkniętej.
  • Przetworniki z membraną celulozowo-polimerową φ70 mm i cewką CCAW na magnesach neodymowych.
  • Technika filtrów Fibonacciego.
  • Bezrezonansowe komory.
  • Tytanowy pałąk.
  • Pady: naturalna skórka jagnięca.
  • Pasmo przenoszenia: 4 Hz – 120 kHz.
  • Impedancja: 64 Ω.
  • Skuteczność: 100 dB.
  • Kabel: dwa przewody z miedzi OFC powlekanej srebrem – 1 x 3,0 m/3,5 mm plus przejściówka na 6,3 mm; 1 x  1,2 m/1,4 cala symetryczny.
  • Opakowanie: kaseta pokryta skórą.
  • Cena: 10 990 PLN.

Sprzęt do testu dostarczyła firma: Audiomagic.pl

System:

  • Źródła: PC, Hegel Mohican/Ayon Sigma.
  • Przetwornik dla PC: Norma DAC HS-01.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, ifi PRO, Woo Audio WA5-LE.
  • Słuchawki: AudioQuest NightHawk (kabel Tonalium Audio), Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium Audio), Crosszone CZ-1, Fostex TH900 Mk2, Sennheiser HD 800 (kabel FAW Noir Hybrid), Sony MDR-Z1R.
  • Interkonekty: Tellurium Q Black Diamond XLR, Crystal Cable Absolute Dream RCA, Sulek Audio RCA & Sulek 6 x 9 RCA.
  • ifi iOne z kablem iUSB3.0 oraz koaksjalnym Acoustic Zen Silver Bytes
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Power.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Stopki antywibracyjne: Avatar Audio Nr1.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek Audio.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

35 komentarzy w “Recenzja: Sony MDR-Z1R

  1. Piotr Ryka napisał(a):

    „Summary
    The MDR-Z1R is a spectacularly beautiful, comfortable, well built headphone, but the bass-heavy, veiled, and zingy character is just far too uneven for a headphone at this price.

    I’m very disappointed. Almost 30 years ago they built the legendary MDR-R10 that now sells for around $6000 used…and in my opinion they have fallen short ever since. To me it feels like they come up with seriously innovative ideas and designs, but fail to listen and tune, or throw out entirely, these concepts when they don’t sound up to snuff.

    Sadly, not recommended.”

    To napisał o tych słuchawkach Tyll Hertsens, który powinien się nazywać Tyll Nonsens.

  2. Michal Pastuszak napisał(a):

    Bardzo trafny opis tych sluchawek, mnie sie one wyjatkowo podobaly, najlepsze z zamknietych.

    A co do tekstow znanych recenzentow, ja sie do nich bardzo zrazilem, wliczajac samego Tylla, juz o opowiesciach niejakiego Vlada Savova nie wspomne (czytalem jego recenzje Pioneerow i ostatecznie nie wiem czy chcial sie na kims odegrac czy faktycznie pisal szczera recenzje…

    1. Michal Pastuszak napisał(a):

      Wtrace jeszcze swoje ‚3 grosze’ juz za dnia. Sluchalem takich Sony, ktore pograly w sumie niemal 2 tygodnie i moim zdaniem to wciaz za malo (potrzeba zapewne i miesiaca, ale to juz domniemuje) tyle, ze dluzej sie nie dalo bez zakupienia ich. Pod koniec tego okresu ich bogactwo harmonicznych skladowych wciaz wzrastalo na moje ucho, dzwieki robily sie bogatsze (wstepnie moze zbyt ujdenolicone, relatywnie), wiec na pewno ten proces ‚wygrzewania’ (zapewne w duzej mierze jest to rozchodzenie sie samego zawieszenia przetwornika, jak i ‚uwrazliwienie’ tego ostatniego) jeszcze by trwal, takie cos zaobserwowalem przynajmniej w Pioneerach, ktore maja bardzo zblizonej grubosci membrane przetwarzajaca (25 mikrometrow) i strasznie sztywne zawieszenie.

      ps. bardzo sie ciesze ze te sluchawki doczekaly sie recenzji i to pozytywnej. Widzialem je do niedawna dosc regularnie w UK w bardzo kuszacej cenie (6-7kPLN) jako nowe, otwarte egzemplarze, czyli zwroty od tych, co nabyli, posluchali 2-3 dni i wielce rozczarowani uznali, ze to nie gra.

      1. Marcin napisał(a):

        Potwierdzam, w UK często można kupić towar, który został zwrócony po kilku dniach. Ja w taki sposób kupiłem 3 tygodnie temu K812 za… 500 funtów 🙂

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Wy tam w tym UK za dobrze mata…

          1. Kosq83 napisał(a):

            Dobrze dobrze ale daleko do swoich..

  3. Sławomir S. napisał(a):

    W tym rynkowym bałaganie słuchawkowych wtyków, pojawia się kolejny standard – 4,4 mm zbalansowany.
    A gniazdo do niego nie tylko w przenośnym odtwarzaczu Sony. Takie gniazdo oferuje jeden z wymiennych modułów wzmocnienia odtwarzacza Ibasso DX200 i nowa flagowa integra Sennheisera HDV 820, gdzie czytamy : „Stowarzyszenie Japan Electronic and Information Technology Industries Association (JEITA) wyznaczyło Pentaconn Connector jako standard dla symetrycznych połączeń słuchawkowych, co przyczyni się do zminimalizowania różnorodności, jaka panuje wśród niestandardowych złącz. Dzięki niewielkiej średnicy tego złącza, która wynosi 4,4 mm, jest ono odpowiednie do zastosowania w aplikacjach stacjonarnych, jak również mobilnych.” Takze HD660S mają kabel z tym wtykiem. Czy obserwujemy powolny proces standaryzacji gniazd słuchawkowych symetrycznych czy tylko powiększenie aktualnej różnorodności?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Na pytanie nie umiem odpowiedzieć, ale dziękuję za cenne uzupełnienie.

  4. Kosq83 napisał(a):

    To się panu trafił rarytas panie Piotrze. Jak chłopaki wyżej pisali 6-7K za otwarte pudełko to jeszcze nie kosmos cenowy. Co do układania się słuchawek długimi godzinami to przecież prosta sprawa. Niedorzeczne jest ocenianie słuchawek wyciągniętych z pudełka.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Niedorzeczne, lecz jakże częste.

      1. Andrzej napisał(a):

        Niedorzeczne moze i tak.
        Ale jak w takim razie wybrac odpowiednie sluchawki,
        jesli nawet nie ma sensu wybrac sie na odsluch?

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Dobre pytanie. Osobiście robię co mogę, by unikać recenzowania surowizn. Jednocześnie leży chyba w interesie sprzedawców i producentów oferowanie do odsłuchu egzemplarzy wygrzanych. A że w praktyce często tak się nie dzieje, to efekty lenistwa, niewiedzy lub ograniczeń. Nie wszyscy wiedzą, że tak się postępować powinno, nie wszyscy w wygrzewanie wierzą i nie każdy sprzedawca ma możliwość rozpakowania jednej sztuki, by służyła do prezentacji.

        2. Michal Pastuszak napisał(a):

          Do Andrzeja,

          Mozna sie bronic do pewnego stopnia i wypozyczac/kupowac nauszniki z mozliwoscia zwrotu do 14dni, nie jest to rozwiazanie idealne, ale w przypadku drogich nausznikow chyba jedyne sensowne, choc tu by nalezalo kupic jednoczesnie ze 3 roznych pretendentow i ich pozniej oceniac. Absurd finansowy. Pozostaja tez spotkania wlascicieli.

          Osobiscie jestem zdania ze flagowe nauszniki, majace byc chluba firmy, powinny byc przed wypuszczeniem na rynek wygrzewane fabrycznie, byc moze nawet projektanci sygnalizuja taka potrzebe, ale dzial ‚handlowy’ macha reka, ze nie ma czasu na ‚drobnostki’. Pozniej dochodzi do nieporozumien, czasem 2 tygodnie to za malo, ba!, mozna sluchac muzyki wokalnej przez rok caly i nie wygrzac zupelnie sluchawek jesli nie bedzie nalezytego wychylu zawieszenia przetwornika.

          Nawet idac na odsluch wygrzanych w salonie sluchawek nie jestem przekonany czy w kilka godzin uda nam sie bezblednie wytypowac ‚nasz’ model (no chyba, ze trafimy na sluchawki absolutne, gdzie mozg nie musi w najmniejszym stopniu pomagac w realizacji), dochodzi tu bowiem wlasna predyspozycja psycho-fizyczna danego dnia, mozemy byc mniej lub bardziej wyczuleni na pewne czestotliwosci co bedzie naturalnie rzutowalo na odbior sluchawek i to, co nam sie wowczas wielce spodobalo, moze draznic w dniach kolejnych i vice versa.

          Wypada miec kupowane nauszniki w domu, we wlasnym systemie choc kilka dni, aby wyeliminowac takie czynniki.

  5. Piotr Ryka napisał(a):

    Istotna uwaga praktyczna. Kupujecie sprzęt audio. Coś wam się bardzo podoba. Decydujecie się, a sprzedawca powiada – dostarczymy panu nowiutką sztukę, prosto od producenta. Otóż nie! Nie kupujcie nowych sztuk! Bierzcie tą, która się wam podobała. Pamiętajcie – sztuka sztuce nierówna. Możecie oczywiście wziąć inną, ale też wcześniej odsłuchowo sprawdzoną, co najmniej równie dobrze grającą.

    1. Andrzej napisał(a):

      Dokladnie tak. U niektorych producentow to jest wrecz wymog (np. Audeze) 😉

      Dlatego ja sie wogole nie dziwie, ze sklepy maja sporo zwracanych topowych sluchawek, bo to najlepszy sposob na prownanie, i kupienie dokladnie tej sztuki, ktora nam sie podoba.

      Najlepiej byloby nawet zamowic ten sam model z 3 roznych zrodel, porownac i wybrac najlepszy.
      Zakladajac, ze juz sie zdecydowalismy na konkretny model.

  6. AAAFNRAA napisał(a):

    Witam. W stosunku do TH900 (v1) oraz Beyerdynamic t1 v2 to jest wyraźny progres, czy raczej ucieczka w bok? Kuszą mnie te Sony już od dawna.

  7. Piotr Ryka napisał(a):

    Mogę odpowiedzieć tylko w ten sposób – je bym wolał. Różnica nie jest natomiast zasadnicza. To nie są nowe R10. Ale mają siłę przyciągającą, niewątpliwie. Konieczny jest jednak wysokiej klasy wzmacniacz i dobre, muzykalne źródło.

  8. Jan Wojwodzki napisał(a):

    Dysponujac kwota powiedzmy ok 15 tys jaki słuchawki by Pan wybral?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Z obecnie produkowanych Final D8000.

    2. Andrzej napisał(a):

      Jak na sluchawki za 15 tys. pytanie zadane byle jak.
      Nawet nie wiadomo, czy potrzeba izolacji czy nie.
      Jak mozna doradzic jakiekolwiek sluchawki znajac jedynie cene?

      1. Jakubas100 napisał(a):

        Pytanie było o to jakie słuchawki wybrałby Pan Piotr – pytanie i odpowiedź bardzo precyzyjne 🙂

  9. Jan Wojwodzki napisał(a):

    hmmm ciekawe

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Ciekawe w jakim sensie?

  10. Miltoniusz napisał(a):

    Czy Audeze LCD-3 dużo brakuje do tych Sony? Czy można powiedzieć, że LCD-3 są technicznie mniej doskonałe ale za to w swej „pluszowości” bardziej przyjemne?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Pytania o Audeze LCD-3 zawsze są dla mnie trudne, ponieważ miałem dłuższy kontakt z trzema egzemplarzami i każdy reprezentował inny poziom jakościowy. Ten najlepszy, użyty do recenzji, grał inaczej ale nie gorzej niż Sony. Bliskim, ciepłym, wyjątkowo namacalnym dźwiękiem.

  11. Miltoniusz napisał(a):

    Smutne. A ten najgorzej grający egzemplarz był dużo gorszy od najlepszego? I czy mimo że najgorszy to nadal warty zakupu czy może już niewarty rozważenia?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Dużo gorszy. Sam bym go na pewno zwrócił. Podobnie było z trzema egzemplarzami modelu zamkniętego – tylko jeden był zjawiskowy.

  12. Ekwador napisał(a):

    Ciekaw jestem tych słuchawek. Szukam sluchawek zamkniętych do muzyki klasycznej. Czy w. Cenie do 5000zl za wzmacniacz słuchawkowy można wydobyć wszystkie atuty tych słuchawek? A jeśli tak, to proszę o wskazanie jakiego wzmacniacza warto posłuchać?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Myślę, że tak. Wielokrotnie już odpowiadałem, że najlepszy w tych okolicach cenowych wydaje się wzmacniacz PhaSt. Ustaliłem już z dystrybutorem jego test, a także test dedykowanego przetwornika. Przy okazji okazało się, że PhaSt wprowadził szereg poprawek. Testowany ma być model najbardziej rozwinięty, kosztujący bodaj 5500 zł. Recenzja powinna ukazać się za kilka tygodni.

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        Tak jeszcze przy okazji – sam bardzo chciałbym mieć te słuchawki.

  13. Marek S. napisał(a):

    Czy Ultrasony Ed5 są lepsze od recenzowanych Sony z1r?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Lepsze nie – są inne. Mają bardziej dobitną holografię i grają ostrzej.

      1. Marek S. napisał(a):

        Dziekuje.

  14. Tom napisał(a):

    A jaki wzmacniacz słuchawkowy w kwocie do 8500zl warto posłuchać z w/w słuchawkami Sony??

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Sugdena, Phonitora, Phasemation, iFi iCAN PRO. Dobre lampowe kosztują z reguły nieco więcej, ale podobno Feliks Audio Euforia jest niezły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy