Recenzja: Sennheiser Momentum 3 Wireless

Odsłuchy: Przewodowo

Z odtwarzaczem przenośnym

Regulacja pałąka srebrna.

Nie udawajmy naiwnych (tak sobie pomyślałem) – pełny potencjał słuchawek ujawni się po kablu i od tego zaczniemy. Wpierw z odtwarzaczem przenośnym. Brzmienie zjawiło się charakterystyczne dla szkoły Sennheisera, to znaczy temperaturowo neutralne, natomiast dalekie od neutralności uczuciowej. Wiele firm buduje tę ostatnią na bazie przegrzanego, bardzo ciepłego przekazu – Sennheiser tak nie robi. Podobny jest w tym do Grado, Audio-Techniki i Beyerdynamica, wraz z którymi współtworzy coś, co można nazwać najstarszą szkołą słuchawkowego grania. A to jest właśnie pozbawione podwyższonej ciepłoty, natomiast nieprzeciętnie śpiewne, długo podtrzymujące dźwięki i dużą dźwiękową łuną operujące. Także szerokim rozwarciem pasma, kontrolowanego na całym obszarze przez odpowiednio trójwymiarową postać dźwięków. Wszystko to tutaj było, niemalże jakbym słuchał dawnych Sennheiser HD 600. Wzięta od nich nastrojowa klimatem czerń tła za dźwiękiem i na niej srebrne sopranowe rozbłyski, niczym gwiazdy na niebie. Może nie atmosfera aż zimowej nocy, ale też i nie letniej. Więcej świeżości niż ciepła, więcej przejrzystości aniżeli zgęstnienia, więcej brzmieniowego dostojeństwa niż brzmieniowej radości. Co nie znaczy że smutno, ale jednak bardziej z powagą i rozmachem niż tak zwyczajnie, po kumpelsku.

Soprany ładnie się zaznaczały i jednocześnie powiązane były z całością tym kontrolującym je trójwymiarem kształtu – żadnego więc spłaszczenia, wyostrzania, separowania się od reszty na skutek nadmiernej cienkości. Żadnej też dominacji. To samo w odniesieniu do środkowego zakresu, gdzie wokaliści stawali vis a vis słuchającego, a nie zjawiali w jego głowie – że aż podobne to było do sytuacji z sześcioprzetwornikowych Crosszone. Wkomponowani w owo czarne tło za dźwiękiem i specyficznie dla szkoły Sennheisera nieociepleni (aż neutralni nawet poprzez temperaturę otoczenia jakichś dwudziestu stopni), lecz niewątpliwie żywi, obecni i oddziałujący. Trójwymiarowość ich i otoczenia, a także sięgająca aż high-endu szczegółowość oraz tętnienie całej przestrzeni pozwalało ich ujrzeć żywymi i w naturalnym otoczeniu. Odnośnie morfologii brzmienia, to miało postać jedwabiście gładką, ale nie przechodzącą w krągłość (której osobiście nie lubię) – dźwięki wprawdzie nie wykańczane na obrzeżach sopranowymi strzępkami, ale niewątpliwie otwarte i bez śladu oleistości. Brak zatem tłustych oczek, żadnego muzycznego rosołu, tylko substancja dźwięku z powietrza, pulsacji i przepływu. Formy otwarte, dużo tlenu, pełna swoboda propagacji. Zarazem też tendencja do odchodzenia od papuziego technikoloru do formy bardziej stonowanej; nie aż ascetycznie czarno białej, ale czerpiącej z kolorystycznej powściągliwości i jej predyspozycji do czynienia całości bardziej artystycznie wyrafinowaną, nie jarmarczną.

Poprzez srebrzyste prowadnice oraz srebrne zaciski z firmowym logo.

I dominujący akcent – akcent basowy. Pokazowy utwór łącząc na górze dzwonki, pośrodku kobiecy wokal i na dole elektroniczny bas przekroił pasmo niczym nożem, odsłonił anatomię. Te dzwonki do tego stopnia wypełnione i tak trójwymiarowe, że aż na samej granicy stania się oleistą kroplą – zatem soprany, jak już na początku zauważyłem, związane z pasmem i przestrzenne, choć jednocześnie potrafiące w razie potrzeby oddać zadumę czy wręcz smutek – nawet z wielką łatwością. Poniżej ludzkie głosy też pełne, ze śladem ożywczego ocieplenia, ale jedynie minimalnym – tak żeby tylko nie stały się obco brzmiące. Mocno natomiast, bardzo nawet, osadzone w życiu nie poprzez podniesioną ciepłotę, a cielesność, złożoność i emocjonalną nieobojętność – tym malujące swe stuprocentowe życie. Natomiast jeszcze niżej coś nowego – bas trochę podkreślony, stanowiący może nie tyle dominantę, co mocny akcent i najmocniejszy składnik ambience. Z pewnością mocniej zaznaczony niż u Sennheiser HD 600, HD 660 czy HD 800 – taki ekstra przyjemnościowy. Tak więc sekcja basowa w muzyce rozrywkowej (weźmy choćby temat z Pink Panther) nie jako jakieś nienarzucające się tło, tylko czynnik właśnie najmocniej twórczy, główna składowa substancji.

Przy komputerze z przetwornikiem

W komplecie nie ma przejściówki, tak jakby normalny słuchawkowy wzmacniacz pozbawiony wejścia na mały jack w ogóle nie był brany pod uwagę. Myślę, że nie jest to słuszne podejście, bo po użyciu własnej uzyskałem brzmienie wysoce satysfakcjonujące i wraz z nim sytuację odwrotną niż w przypadku niedawno recenzowanych i raz już tu wcześniej przywołanych Crosszone. W ich przypadku wyższość dopasowania do odtwarzacza przenośnego o tyle nie budziła wątpliwości, że mimo pewnych technicznych przewag toru stacjonarnego z wysokiej klasy DAP-em słuchało się lepiej niż z wysokiej klasy przetwornikiem i słuchawkowym wzmacniaczem. Tu z kolei nie było wątpliwości, że z takim czymś lepiej. Przede wszystkim całe brzmienie zyskało lepszą kontrolę. Bas już teraz nie dominował, mimo że wcale nie osłabł – to reszta nadgoniła. Soprany się jeszcze bardziej otwarły i jednocześnie rozciągnęły, wokal stał mniej niezwykły, ale bardziej naturalnie „życiowy”, a bas przy nienaruszonej potędze nawet w najbardziej zwariowanie trudnych partiach nie dawał żadnych zniekształceń. A przedtem tak nie było; w tych właśnie chwilach przester zawisał w powietrzu i czasem się urywał. Ani grama tego teraz nie było, kontrola okazała się całkowita, zejście i moc wciąż popisowe.

A producent wiadomy.

Czego jedynie można było żałować, to odejścia od efektownej czerni tła na rzecz lekkiego jej rozproszenia i siłą rzeczy lekkiego rozjaśnienia, czego nie należy mylić z przymgleniem, bo żadnych przymgleń w tle ani gdziekolwiek indziej nie było. Medium stuprocentowo transparentne, a chociaż niespecjalnie ciśnieniowe, to żywe i z uderzeniami basu o naprawdę imponującej mocy. A przede wszystkim dużo większa ilość informacji napływających w jednostce czasu – która to jednostka się jakby powiększyła; w brzmieniowym ciągu zrobiło się więcej miejsca, rzeczy poprzednio kompensacją ściśnięte się rozpostarły i wyszły jedne zza drugich. Efektem pewne uspokojenie (więcej miejsca na zaczerpnięcie powietrza) i naturalną koleją rzeczy nieskrępowane brzmieniowe bogactwo (do którego używając słuchawkowej drożyzny jestem przyzwyczajony) wróciło na swoje miejsce. Co natomiast się nie zmieniło, to wypełnienie środka sceny. Wciąż znakomite, bardzo niewiele ustępujące temu specjalnemu od Crosszone. Spokojnie mogę powiedzieć, że ład sceniczny u Sennheiser Momentum okazał się lepszy niż u większości nawet bardzo drogich słuchawek. Z pierwszym planem przed twarzą i niespecjalnie głęboką ale też i nie płytką przestrzenią muzycznego działania wszystko miały zdumiewająco dokładnie i swobodnie porozstawiane, nawet w utworach, w przypadku których u innych robił się bałagan. Co było bardzo satysfakcjonujące, pozwalając lepiej skupić się na muzyce. Znikły natomiast sopranowe gwiazdeczki z atramentowo czarnego nieba – soprany porozchodziły się bardziej na przestrzeń i ich światło bardziej na wszystko się roztaczało, tracąc charakter punktowego błysku. W  ogóle przyrosła trójwymiarowość i objętość dźwięków, podobnie jak czasu i miejsca zrobiło się ich więcej, dźwięki przestały się tłoczyć. Zachowało się dostojeństwo, zachowała temperatura, zrobiło tylko swobodniej i światło bardziej się rozproszyło.

Przy komputerze wprost z kabla USB (czyli z przetwornikiem słuchawkom wbudowanym)

Ale komputera można też słuchać inaczej i niejako za darmo – w cenie samych słuchawek, wprost z kabla USB. A wówczas zjawia się bardzo ciekawy miks brzmienia od przenośnego odtwarzacza z tym od stacjonarnego systemu. Momentum 3 pojawiają się jako źródło dźwięku w menedżerze urządzeń Windows, muzyczny obraz znów trochę się zagęszcza i dostaje basowego podbicia, a kolory zyskują większą saturację – i w ogóle gamma (luminacja) się podnosi, przybywa połysku i podniety. Dźwięk bardziej atakuje, bo sprany stają się zadziorniejsze, podkreślające sybilanty i grasejacje. Dochodzi do tego lekka echowość, szerszym swym dodatkowym konturem wzmagająca trójwymiarowość.

I model w sumie też. Już żeśmy się do wyglądu tych Momentum przyzwyczaili.

Do pewnego stopnia powtórzyła się zatem sytuacja z Crosszone – dźwięk bez wsparcia wzmacniacza miał swą efektowność; co ciekawe, większą w przypadku grania wprost z PC przez USB aniżeli z drogiego DAP-a (chociaż różnica minimalna). Ale podczas gdy w tamtym układzie (z Crosszone) ten ze wzmacniacza miał jakąś wewnętrzną sprzeczność, nie słuchało się go z pełnym zadowoleniem, to w przypadku Momentum był inny, ale najbardziej perfekcyjny. Pozbawiony „zrobienia” basem, połyskiem i drapieżnością płynął swobodniej i naturalniej; niemniej ten prosto z komputera wyjątkowo był efektowny – jego „zrobienie” pierwszorzędne. Ciemny, połyskliwy, głęboki i wspierany lekkim pogłosem oraz nielekkim basem po prostu zmuszał do słuchania i cieszenia się tym, że za tysiąc siedemset złotych kabelek od kompletu do gniazda USB – i gotowe! To dopiero oszczędność!

 

 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: Sennheiser Momentum 3 Wireless

  1. Zygmunt pisze:

    Panie Piotrze
    Jesli bedzie okazja prosze posluchac Dali IO4, moim zdaniem w tej chwili najlepsze …
    Pozdrawiam
    Zygmunt

    1. Piotr Ryka pisze:

      Sądząc z opisu rzeczywiście ciekawe. I marka wprawdzie głośnikami, ale sławna. Tylko dystrybutor z gatunku słabo kontaktowych.

  2. miroslaw frackowiak pisze:

    Koniecznie musisz przesluchac Piotrze nowych Grado GS3000e jak dotad najlepsze sluchawki jakie firma Grado zrobila,pokonaly dla mnie nowa cala profesjonalna wersje PS1000s i nowe PS2000e i tez pozostawily ciut w tyle Aud.4z ktore jak dotad dla mnie graly najlepiej ze wszystkich nowych sluchawek.Grado GS3000e to pieknie grajace sluchawki o najlepszej sojnosci grania ze wszystkich jakie sluchalem,maja tez wiele innych zalet ,ale to zobaczysz jak przesluchasz…polecam w UK kosztuja £ 1575

    1. Piotr Ryka pisze:

      Łatwo powiedzieć musisz, a polski dystrybutor ich nie sprowadza. Pytałem już trzy razy.

    2. Przemysław pisze:

      Panie Mirosławie,

      czy będzie Pan planował sprzedać AKG K1000 i kupić wspomniane GS3000e? W jakich aspektach są lepsze od Pana AKG (sceniczność, potęga brzmienia, szybkość, bardziej nasycona średnica, barwy…). Za odpowiedź będę bardzo wdzięczny.

  3. Michał pisze:

    Witam. Proszę napisać jak dźwięk M3 po kablu wypada na tle Meze99?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Mniej ciemny i mniej basowy, ale też duży bas. W mniejszym stopniu „zrobiony”, bardziej naturalny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy