Recenzja: Living Voice Auditorium OBX-RW

Living_Voice_OBX-RW_012_HiFi Philosophy   Sławny angielski producent głośników – Living Voice – ma w życiorysie pod datą powstania wpisany rok 1991, a jako lokalizację miejscowość Long Eaton  położoną na obrzeżach Nottingham. Tak więc znajduje się w pobliżu producenta sławnych gramofonów o tej samej nazwie, a właściciele dobrze się znają i przyjaźnią.

Living Voice jest właścicielsko i kapitałowo powiązany z firmą projektową i dystrybucyjną Definitive Audio, przy czym oba przedsięwzięcia łączy osoba założyciela i posiadacza – Kevina Scotta. A ponieważ Definitive Audio jest dystrybutorem między innymi Kondo Audio Note, nie powinno dziwić, że pokazy swoich najlepszych wyrobów Living Voice prowadzi w oparciu o tę jedną z najznamienitszych elektronik, pasującą szczególnie do jego z kolei najznamienitszych głośników – Vox Olympian. Bogactwo spotyka tutaj bogactwo a referencja referencję, składające się na cyrk objazdowy jednaj z najlepszych prezentacji dźwięku na świecie, który po sukcesach w Monachium i Las Vegas ma w tym roku zawitać także do Polski. Głośniki Vox Olympian pojawiły się w ofercie Living Voice jednak dopiero w 2010 roku, a my jesteśmy na samym początku jej kariery, bo wówczas, a ściślej w roku 1992, ukazała się seria dla niej zasadnicza i o sukcesie decydująca – linia projektowa Auditorium. Ukazała się i została, bo wciąż stanowi trzon oferty. Składają się na nią cztery wzory prawie tak samo wyglądających ale całkiem inaczej kosztujących kolumn, różniących się zwrotnicami, nieodróżnialnymi prawie na oko ale w istocie innymi modelami głośników oraz wewnętrzną konstrukcją obudów, które od zewnątrz, tak samo jak głośniki, są niemal identyczne. Kolumny te to dwa niższe modele –Auditorium  i Avatar – oraz dwa wyższe, o wbudowanych (IBX) bądź wyrzuconych na zewnętrznych (OBX) zwrotnicach. Noszą te wyższe modele mniej dźwięczne od niższych nazwy, ale za to oferują lepsze brzmienie. Zwą się  R-2 i RW, czyli trochę podobnie jak sławny robot z Gwiezdnych wojen.

Living Voice formalnie jest firmą angielską – angielski jest projekt, wykończenie i ostateczny montaż – jednak same głośniki i obudowy są duńskie; czyli coś jak duński książę Hamlet z najsławniejszej angielskiej tragedii. Tym razem jednak, miejmy przynajmniej taką nadzieję, tragedii nie będzie i wszyscy ujdą z życiem, a nad jego sensem i znaczeniem będzie się można zastanawiać przy pięknej muzyce i z pucharem wina w dłoni, a nie trzymając czaszkę w ciszy cmentarza bądź rapier pośród szczęku oręża. Także sączyć nie zamierza się tu podstępnie do uszu trucizny, ani rozpamiętywać okrutnej zdrady, tylko pławić się będziemy w szczęściu pośród anielskich pieni, czyniących zarówno życie doczesne jak i wiekuiste od razu zrozumiałym. Ale najpierw technologia w oparciu o druty, membrany i pilśnię, a nie pióra i aureole.

Budowa

Długo kazały sobie czekać na recenzję w Polsce kolumny tego znakomitego producenta, ale w końcu są, oto...

Długo kazały czekać na awoją recenzję w Polsce kolumny tego znakomitego producenta, ale w końcu są – oto…

   Kolumny są średniej wielkości, ale już z takich większych średnich, a kształt mają prosty, klasyczny. Za prosty aż nawet – ktoś mógłby powiedzieć – bo poza jednym jedynym faktem decentralnej lokalizacji głośnika wysokotonowego, umieszczonego w nawiasach średniotonowych, czyli według specyfikacji opracowanej przez Josepha D’Appolito, cała reszta jest oczywista do bólu. Chociaż nie, przesadziłem. Opisujemy tu bowiem najwyższy z serii Auditorium model OBX-RW, a on ma jedną rzecz niewątpliwie niezwykłą, mianowicie zewnętrzne zwrotnice. Takie zwrotnice to w tym wypadku duże, wielkości sporego klocka audio, pudełka pokryte identycznym jak same kolumny wykończeniem (lub na życzenie czarne), mające za całą awanturę po dwie pary przyłączy wejściowych i wyjściowych. Po dwie, ponieważ łączenie jest tu przewidziane w bi-wiringu, co wymusza niewesołą z punktu widzenia użytkownika konieczność użycia aż ośmiu łącznie odcinków kabli głośnikowych. Kto jednak chce tego uniknąć i nie ma ochoty na taki ekstremizm, może wybrać wersję IBX-RW, wyposażoną w tradycyjne zwrotnice wewnętrzne.

Różnią się zdaniem producenta te wersje zewnętrzna i wewnętrzna tylko nieznacznie, niemniej wyprowadzone na zewnątrz zwrotnice są bardziej rozbudowane, a z kolei kanały wewnętrznej transmisji dźwięku biegną dzięki ich absencji w sposób całkowicie już optymalny, co razem składa się na odczuwalną lepszość. A niezależnie od tego jaką zwrotnicę mający, opisywany model RW jest najlepszy spośród całej linii Auditorium i ma stosownie do tego nie tylko najlepiej zrealizowane wewnętrzne linie transmisyjne oraz najlepsze zwrotnice, ale też najlepsze same głośniki. Są nimi wysokotonowy Scanspeak D2905/990000 oraz dwa własnego pomysłu Living Voice, wykonywane na zlecenie też przez Scanspeaka, 6.5”calowe, celulozowe konstrukcje basowo/średniotonowe o różnym do zwrotnicy podpięciu, a więc i różnych zakresach działania. Głośnik ulokowany powyżej centralnego w tym wypadku tweetera obsługuje zakres średni, a ten na samym dole region basowy, co samo przez się w sensie przydziału zadań jest obligatoryjne i jedyne możliwe, czyniąc zarazem całą konstrukcje klasyczną dwu i pół drożną.

...Living Voice Auditorium OBX-RW.

…Living Voice Auditorium OBX-RW.

Poza znakomitymi głośnikami i niezwykłymi zwrotnicami oraz szczególnie starannie opracowanymi kanałami transmisji dźwięku na deklarowaną wyjątkowość modelu OBX-RW składają się jeszcze selekcjonowane i poddawane obróbce kriogenicznej podzespoły elektroniczne, w tym kondensatory Hovlanda i najwyższej klasy rezystory, jak również specjalne okablowanie z krystalicznej miedzi i srebra. Dochodzą do tego obudowy z wyjątkowo sztywnych, mających parametr gęstości 750 płyt „particle-board”, wykonanych z  utwardzanego w specjalnym procesie kompozytu, jak również  najlepsze, platynowe terminale WBT, obecne tutaj gromadnie, bo w ilości czterech sztuk na każdej kolumnie i ośmiu na każdej zwrotnicy.

Impedancja nominalna wynosi 6 Ω  przy nominalnej mocy 100 W, a skuteczność 94 dB. Dokładnie prostopadłościenne i mające ostre krawędzie obudowy mierzą  po 102 centymetry wysokości i 22 szerokości, a z tyłu mają po jednym sporej średnicy i o wysokiej lokalizacji bass-refleksie. Podwójnymi (a każdy sam podwojony bi-wiringiem) kablami głośnikowymi popłynie sygnał przetwarzany na dźwięk w zakresie 35 Hz – 25 kHz, bo tyle są kolumny w stanie przetworzyć, a same ważą po 20 kg, plus po pięć na każdą z zewnętrznych zwrotnic. Zwrotnice te pozbawione są nóżek czy kolców, a kolumny zostały wprawdzie okolcowane, jednak zarówno dla nich jak i zwrotnic dystrybutor zaleca stosowanie podkładek Harmonixa, czemu trudno się dziwić, bo rzeczywiście wydatnie dźwięk poprawiają.

Przy takiej cenie, oszacowanej na ponad pięćdziesiąt tysięcy, można już mocno grymasić, tak więc oferowana jest szeroka gama wykończeń standardowych, a klient może sobie zażyczyć za dopłatą co tylko zechce – nawet różową łączkę z niebieściuchnymi pajączkami. Anglicy to jednak w przewadze poważny i konserwatywny naród, tak więc producent przedkłada potencjalnym klientom, że oferowane przez niego w standardzie wykończenia, jak również sam kształt głośników, szczególnie dobrze będą się komponować z klasycznym gabinetem czy biblioteką.

Przed przejściem do spraw brzmieniowych, muszę jeszcze poruszyć kwestię tyczącą już brzmienia. Zwraca mianowicie Living Voice uwagę, że jego OBX-RW nie powstały na często przyjmowanej za optymalną drodze selekcji w oparciu o pomiary laboratoryjne dźwięku. Wielu tak właśnie chce widzieć idealny proces twórczy konstruowania głośników, ale Kevin Scott i jego drużyna są zdania dokładnie przeciwnego. Wedle nich kryterium tak naprawdę jedynym i ostatecznym musi być pomiar na ucho, bo to uszami a nie czym innym będzie się później tego słuchać, a żadna aparatura ludzkiemu uchu pod względem wyznaczania muzycznego piękna nie dorównuje.

Na pierwszy rzut oka wydają się nie szczególnie ciekawe, ot solidna, klasyczna podłogówka.

Na pierwszy rzut oka wydają się nieszczególnie ciekawe, ot solidna, klasyczna podłogówka.

Jak się dowiadujemy, proces powstawania OBX-RW trwał cztery lata, podczas których wykonano multum odsłuchów, dobierając osobno każdy element składających się na ostateczną wersję, a w użyciu był cały czas referencyjny system nagłaśniający Kondo Audio Note. Tak te kolumny zaprojektowano, toteż nosząc sygnaturę brzmieniową i jakościową swoich twórców, a nie jakiejś aparatury pomiarowej.

W teście wykonanym już na gruncie HiFiPhilosophy użyte zostało z kolei własne portalu zaplecze techniczne i organoleptyczne, z dodaniem dostarczonego przez dystrybutora najwyższej klasy okablowania głośnikowego Ortofona, odnośnie którego są dwie dodatkowe informacje – dobra i zła. Dobra taka, że niemalże identyczne pod inną marką jest sprzedawane dwakroć drożej (producentem samego surowca jest koncern Mitsubishi); a zła, że Ortofon właśnie rozważa porzucenie jego produkcji, przeciwko czemu wiele osób, w tym piszący te słowa, mocno oponuje. Okablowanie to jest wprawdzie trudne w użyciu, bo grube i sztywne, ale obraz dźwiękowy daje naprawdę popisowy.

Odsłuch 

Ale dalsze oględziny nie pozostawiają złudzeń - zewnętrzna zwrotnica musi świadczyć o wyjątkowości tej konstrukcji!

Ale już dalsze oględziny nie pozostawiają złudzeń – zewnętrzna zwrotnica musi świadczyć o wyjątkowości tej konstrukcji!

   Jeszcze jeden element został użyty spoza bazy testowej HiFiPhilosophy, mianowicie gramofon zaprzyjaźnionego z Living Voice i po sąsiedzku położonego Nottinghama; a konkretnie model DAIS z wkładką Ortofon Cadenza Bronze, który sam czeka na recenzję. Nie będę się w związku z tym nad jego właściwościami specjalnie rozwodził, ale że jako pierwszy poszedł w ruch podczas odsłuchów, to i w opisie od niego zaczniemy. Tak będzie zgodnie z faktycznym scenariuszem i zgodnie z biegiem emocji, a te z miejsca się rozpętały. Nie będę też relacjonował ile się naszarpałem z kablami, że aż biedny Croft niemal wyzionął ducha w objęciach dwóch kompletów potężnych pytonów, natomiast opisać muszę ustawienie głośników. Stanęły nie tylko na kolcach ale i na granitowych postumentach, ponieważ obiecane podkładki Harmonixa nie dojechały. Zwrotnice także odciąłem od podłoża grubymi podkładkami z metalu i gumy, a następnie zmuszony zostałem wykonać mało zapewne efektowny wizualnie ale za to skuteczny akustycznie balet sunąco-przestawiający. Bowiem w moim przynajmniej pomieszczeniu odsłuchowym głośniki Living Voice OBX-RW zażyczyły sobie stanowczo jednej rzeczy – by stanąć daleko od ściany tylnej i ewentualnie z lekkim odgięciem na boczną. Nic to w sumie nowego, a sam podpatrzyłem ten styl ustawiania na Audio Show od Larsa Christiansena z Raidho, jednak w przypadku głośników RW ilość miejsca z tyłu była żywcem i wprost powiązana z lepszością dźwięku żelazną logiką przyrostu metrażu, że nawet nie było nad czym się zastanawiać. Im dalej od ściany, a więc większy za głośnikami obszar, tym zdecydowanie lepiej, aż po dystans jakichś dwóch metrów. Wraz z tym odsuwaniem tworzyła się tam z tyłu autentyczna komora rezonansowa; a im bardziej kolumny się do słuchacza zbliżały, tym dalej w głąb odsuwała scena i przypisani do niej wykonawcy. Ale nie tylko to się działo, bo bas także wyraźnie potężniał, a najbardziej osobliwsze było, że rosła również wyraźnie głośność, mimo iż potencjometru nikt nie tykał. I wcale nie na zasadzie, że jak do głośników się zbliżać, to musi stawać się głośniej, tylko głośniej robiło się tam z tyłu, w głębi sceny.

Wykonałem tych przysunięć w sumie kilkanaście i dopiero kiedy dystans doszedł do tych dwóch metrów, stało się optymalnie. Powtórzyła się zatem sytuacja z wcześniejszego odsłuchu niższego modelu Auditorium, mającego miejsce w krakowskim HiFi-Station, gdzie dokładnie tak samo się działo, tyle że miejsca mniej było ogólnie i sufit niżej, a brzmienie całościowo zdecydowanie słabsze, bo wszystko wówczas słabsze w odsłuchu uczestniczyło, poczynając od gramofonu i przedwzmacniacza, a kończąc na głośnikach i sali.

I do tego w biweiringu - lepiej od razu wyposażyć się w zacną ilość przewodów.

I do tego w bi-wiringu – lepiej od razu wyposażyć się w zacną ilość przewodów.

Zostawmy jednak te odniesienia i przejdźmy do rzeczy sedna. Tyle że sedno to raz jeszcze zmusza do odniesień.

Kolumny Living Voice OBX-RW nie wyglądają tak dobrze jak grają, choć wykonano je bardzo starannie i ze smakiem, a zewnętrzne zwrotnice są osobliwe. Jednak sama kolumna wygląda mimo to dość zwyczajnie i tylko nieznacznie jest większa od niedawno recenzowanych ze średniej półki cenowej. A przecież cenowo w odniesieniu do tamtych to przepaść i mnoga wielokrotność, na którą 6.5”calowe, celulozowe  membrany i wcale nie jakiś kosmiczny tweeter ani trochę nie wskazują. Potencjalnie zatem powinna zdarzyć się katastrofa i tak upragniony przez wielu stan kompromitacji, kiedy to drogi produkt upokorzony zostaje przez wielokrotnie tańszy i pognębiony doszczętnie swym przeszacowaniem cenowym. Tymczasem nic takiego nie zaszło. Szczytowe dla serii Auditorium OBX-RW zagrały niejako wbrew fizyce i zdroworozsądkowym domysłom, wszystkiemu złemu na swój temat dowodnie zaprzeczając. Nie darmo, okazuje się, cztery lata nad nimi sztab ludzi się trudził, nie darmo użyto najlepszych podzespołów i okablowania, i nie darmo tyle razy szło w ruch to Kondo Audio Note. Właściwie powinienem być na to przygotowany, bo krótko przed pierwszym odsłuchem zapytany zostałem w jednym z krakowskich salonów audio (ale nie tym dystrybutora Living Voice), jakie kolumny mam na warsztacie, a po rzuceniu nazwy OBX-RW rozmówca się jeszcze tylko upewnił – Czy to te z zewnętrznymi zwrotnicami? – a następnie jął rozwodzić nad brzmieniem, roztaczając wspaniałe wizje i dodając, że to jego najmilsze wspomnienie z pobytu na Wyspach; no i że jest czymś niesamowitym, iż te papierowe głośniki tak grają.

Nas kopną nie lada zaszczyt obcowania z kablożernymi OBX-RW w asyście topowych złączy marki Ortofon z serii Premium.

Nas spotkał nie lada zaszczyt obcowania z kablożernymi OBX-RW w asyście topowych złączy marki Ortofon z serii Premium.

Faktycznie, grają. Nie wiem jak i nie wiem dlaczego, ale zapewne gros tajemnicy skrywa się w tych kanałach transmisji dźwięku, bo już włoskie Albedo Aptica pokazały, jak wiele mogą one znaczyć. Ale Albedo średniotonowy głośnik miały ceramiczny i wysokotonową wstęgę w specjalnej oprawie akustycznej, a tutaj papier i normalny tweeter w zwykłym pudle rezonansowym, a nie wymyślnym tubusie. A jednak niezwykły w niezwykłym.

Sam siebie nie lubię, kiedy wpadam w wysokie tony i pisać zaczynam górnolotnie, bo jest w tym ekshibicjonizm i obnażenie emocjonalne. Ale miłośnik muzyki nie może nie ulegać takim stanom, bo właśnie na tym jego natura bazuje. A kiedy im ulega, to potem nieszczere byłoby skrywanie tego faktu i próba relacjonowania z pozycji obiektywizującej, usiłującej stawiać się poza emocjami i ponad sytuacją. Jakieś zadzieranie nosa w stylu „czego to ja już nie słuchałem i kogo nie znam, że phi i co tam”. To byłoby głupie i nieprawdziwe, a prawda jest taka, że głęboko w muzyce zatonąłem. W ogóle wszystko być miało inaczej, to znaczy najpierw tego samego dnia posłuchać miałem z gramofonem, a potem przełączyć się na odtwarzacz i całość za jednym zamachem odbębnić. Kolejność wybrałem właśnie taką, bo poprzednio słuchałem innych głośników w odwrotnej i chciałem poznać swoje doznania przy przejściu drugiego rodzaju. To jednak obróciło się w niwecz, jako że porzucenie gramofonu okazało się niemożliwe. Wessał mnie jak odkurzacz kłaka i już nie wypluł. Nie byłem w stanie odejść od tego dźwięku, gdy już te Living Voice optymalnie zostały ustawione, a potem wielogodzinnym słuchaniem tak byłem zmęczony, że kontynuacja odsłuchu nie miała sensu. Zmęczenie nie ma tu wszakże żadnego złego znaczenia, a tylko brało się ze stopnia zaangażowania i siły przeżyć. Co prawda nie pierwszy raz coś takiego mi się przytrafiło, a niedawno opisywane tubowe Avantgardy grały jeszcze lepiej, ale nie bacząc na to było to rozemocjonowanie i przeżywanie wysokiego poziomu, którego na dodatek kompletnie się nie spodziewałem. Bo owszem, ta rozmowa i sława samej marki powinny być przepowiednią, ale ileż to razy słuchało się sławnych marek bez żadnego rozemocjonowania i ileż rozmów wychwalało rzeczy potem wcale wielkiego chwalenia niegodne. 

Odsłuch cd.

Które to nie należą do najłatwiejszych w obcowaniu, jednak udało się nimi dotrzeć do rewelacyjnych złączy xxx Living Voice.

Które to nie należą do najłatwiejszych w stosowaniu, jednak udało się nimi dotrzeć do platynowych złączy WBT Living Voiceów.

   Zacząć muszę od cechy najbardziej na odbiór wpływającej, mianowicie od ogólnej postaci dźwięku, a właściwie od sposobu w nim zanurzenia. Opisując wspomniane Avantgardy wiele razy nawiązywałem do tego, że cały pokój odsłuchowy wypełniły po brzegi szalejącym dźwiękiem o zgoła burzących właściwościach. Wiceflagowe Living Voice zagrały podobnie, chociaż inną odmierzając miarą. W ich wypadku pokój wypełnił się w jakichś dwóch trzecich dźwiękiem nieznacznie wprawdzie spokojniejszym, ale także bardzo silnie oddziałującym i odczuwalnym na całym ciele. A odczuwalnym przede wszystkim jako inny niż powietrze rodzaj nośnika. Bo oto atmosfera zgęstniała i przeobraziła się w rodzaj cieczy, a wrażenie zanurzenia w ciepłym, dotykowo odczuwalnym przestworze było przemożne. Zupełnie jakby zanurzyć się w ciepłe morze, poprzez którego przejrzyste wody widać scenę i wykonawców. A wraz z tym pojawił się podział, bo owa muzyczna toń sama w sobie była bezpostaciowa i tylko się ją cały czas czuło, a poprzez to zdumienie budził fakt, że w tej wszechobecnej bezpostaciowości, odczuwanej jako samo ciśnienie, pojawiają się dźwięki super wyraźne i doskonale sprecyzowane. Całkiem mimowolnie odbierało się to jako zdziwienie i raz po raz zaskakiwany byłem jakąś doskonale określoną dźwiękową iluzją, docierającą poprzez ten czuty tylko na ciele dotyk. Nigdy dotąd nie spotkałem się z tym zjawiskiem w takim natężeniu, bo zawsze wcześniej, nawet w przypadku najbardziej ekstremalnych odsłuchów, dźwięk był bardziej nacierający samą konkretną formą a nie całościowym zanurzeniem.

Owe popisy określoności zatopionej w amorficznym ośrodku same z siebie też były bardzo odczuwalne, tak więc nie miało tu miejsce zjawisko jakichś delikatnych muśnięć konkretu pośród całościowo podniesionego ciśnienia, tylko cała muzyka parła na cię, docierając poprzez niespotykaną kiedy indziej chmurę wszechobecnego dotyku. Najlepiej odczuwalne było to w przypadku uderzeń perkusyjnych, łączących super wyraźny, przestrzenny kształt z siadającym na piersi ciężarem ciosu. Szalenie mnie to zaskoczyło i pożałowałem własnych słów o niemożności wygenerowania potężnego basu z mniejszych niż wielkie celulozowych membran. Ten bas był niewątpliwie potężny i jednocześnie mistrzowsko wyartykułowany. Siedziałem jak nawiedzony obecnością ducha, pozwalając mu siebie przenikać, niczym bytowi z innego wymiaru.  A mimo tak silnego i znakomitego oddziaływania był to zaledwie jeden z elementów układanki, w skład której wchodziła też wielka i bardzo daleko biegnąca scena, z której to wszystko promieniowało, zupełne oderwanie dźwięku od kolumn (ale dopiero po ich porządnym odstawieniu od ściany), wszystko przenikająca sopranowa misterność, a także bezdyskusyjność istnienia innych niż własna osobowości – tych wokalistów.

Po tej długiej wędrówce sygnał zostanie ostateczne wygenerowany przez bardzo szczególne modele membran znakomitego Scan  Speaka.

Po tej długiej wędrówce sygnał zostanie ostateczne wygenerowany przez bardzo szczególne modele membran znakomitego ScanSpeaka.

Pośród wszystkich tych obfitości najmniej podobało mi się zaś to, że system drastycznie potrafił różnicować nagrania, zwłaszcza pod względem sceny. Zdecydowana większość płyt – nowych czy starych – odznaczała się znakomitością sceniczną, ale na przykład pewne nagrania na płycie Maria Callas mniej miały przestrzennego oddechu i akustycznego przepychu niż ich odpowiedniki w wydaniu CD, mimo iż to winylowe było nowsze i 180-gramowe. Za to w innych przypadkach przestrzenie budowały się takie, że gęba sama się rozdziawiała i siedziałem pośród tego zupełnie otumaniony dźwiękiem.

W tym miejscu jeszcze jedna dygresja. Dwa dni potem słuchałem tej Callas już w innej konfiguracji, bo nie z wkładką Cadenaza Broneze tylko Anna, czyli najwyższą w ofercie Ortofona. O całokształcie różnic nie będę pisał, zwłaszcza że ta Anna przybyła nowiuteńka i musi się jeszcze nad płytami pohuśtać, ale od startu pokazała, że scenę zdecydowanie ma lepszą i nad nią już odtwarzacz Accuphase nie miał przy żadnej okazji przewagi.

Kolejnego dnia zabrałem się za zaniechany poprzedniego odsłuch właśnie z odtwarzaczem. I znów pozytywnie zostałem zaskoczony. Bo chociaż nie było już tak dobitnie obecnej tajemniczej dźwiękowej chmury, to niewątpliwie ten typ chmurnej dźwięczności wciąż się utrzymywał i szalenie ta atmosfera mi odpowiadała. Zgęstniałe dźwiękowym ciśnieniem medium, dopiero poprzez które docierały doskonale obrobione dźwięki, dawało pokaźny nadbagaż satysfakcji. Czuć cały czas na skórze muzykę, a nie tylko przy bardzo wysokich poziomach głośności, kiedy już skutkiem hałasu przestaje być przyjemnie, a jeszcze do tego pojawiają się psujące wszystko zniekształcenia, to całkiem nie to samo kiedy dźwięk dotyka ciebie także przy normalnych poziomach głośności. A tego rodzaju dotyk jest spécialité de la maison kolumn głośnikowych Living Voice, przy czym trzeba podkreślić, że są nimi także chęć grania na wysokich poziomach głośności i umiejętność unikania w tej sytuacji zniekształceń. Kolumny są wysoko skuteczne, a więc rozkręcić je wyjątkowo jest łatwo, a nawet gdy ryczą już całkiem nie do zniesienia, nie pojawiają się żadne makroskopowe zniekształcenia. Nic nie zaczyna się dławić, żaden nie powstaje zakłócający rezonans, a bas wciąż pozostaje klarowny.

Cyfrowym obróbką dźwięku zajął się dobrze znany Accuphase DP700, analogową - Nottingham DAIS...

Cyfrową obróbką dźwięku zajął się dobrze znany Accuphase DP-700; analogową – Nottingham DAIS…

Zafundowałem sobie nawet kilka minut takiego ryku z poziomu live, którego zaznałem nieraz słuchając grupy rockowej syna – i muszę przyznać, że nawiązanie do prawdziwego rocka, w tym do prawdziwej perkusji, było jasno widoczne. Moc basowego bębna i prawdziwość werblowania od razu przywoływały stan autentycznego muzykowania.

Odsłuch cd.

...dodatkowo jeszcze uzbrojony w topową wkładkę Ortofona - MC Annę,

…uzbrojony we wkładkę Ortofon – MC Anna.

   Ogólnie biorąc poziom odtwórczy odtwarzacza SACD na tle wcześniejszych gramofonowych popisów całkiem był satysfakcjonujący bo chociaż ludzkie głosy nie były siłą rzeczy aż tak analogowo subtelne i autentyczne, to różnica była akceptowalna i cyfrowemu graniu nie urągająca. Najlepiej zaś dla tego cyfrowego grania wypadło budowanie całościowej atmosfery, bo spodziewałem się pod tym względem bolesnej porażki, a to się na pewno nie stało. Najsłabiej wypadła natomiast cyfra w mierze reprodukcji sopranów, które względem gramofonowych były podostrzone i nie tak dobrze w całym przekazie siedzące. Lekko się swoją akcentowaną pikanterią z muzycznego całokształtu wyrywały i nie było tu takiego panowania nad ich formą jak u Cadenzy, a jeszcze bardziej słuchanej potem Anny, co szczególnie sopranowe popisy Marii Callas uwidoczniły.

Niezależnie jednak od tej sopranowej słabszości pokaz dany przez wiceflagowego Accuphase okazał się udany. Głęboki, dociążony a zarazem świetlisty dźwięk z miejsca ujmował, a przejście od gramofonu, którego przez dłuższą chwilę porównawczo słuchałem, nie było wcale specjalnie bolesne. Wciąż piękna pozostała scena, znakomicie udało się podtrzymać życie wykonawców, a popisy fortepianowe nadal mieszały potęgę brzmienia z jego finezją. I nadal utrzymała się bardzo wyraźna stratyfikacja poziomów jakościowych poszczególnych nagrań, co świadczy o braku skłonności OBX-RW do czegokolwiek maskowania czy upiększania. Są to kolumny niezwykle pod względem wyciągania na jaw i obnażania stanu faktycznego wydajne, a jedyną przed tym obroną w sensie przyjemności słuchania jest fakt, że w odpowiednim torze grają naprawdę świetnie, tak więc prawda działa na korzyść a nie przeciw przyjemności.

A jak zagrały tak niepozorne OBX-RW? Absolutnie wyśmienicie!

A jak zagrały te niepozorne OBX-RW? Wyśmienicie!

Na finał zostawiłem sobie „piątą” Beethovena pod von Karajanem, ponieważ jest właśnie bardzo dobrze nagrana. Widok orkiestry okazał się przeszywająco prawdziwy, tak samo jak wcześniej pociągnięcia saksofonu Garbarka czy trąbki Milesa;. i jest czymś zgoła do bólu dla mnie oczywistym, że tak grająca orkiestra, gdzie każdy dźwięk i każdy instrument nie tylko zostaje zaznaczony, ale staje przed nami w swej naturalnej postaci brzmieniowej i dynamicznej, to muzyka całkiem innego formatu niż taka odtwarzana przez aparaturę – nazwijmy ją – szkicującą. Oczywiście w takt muzyki tylko szkicowanej też można się kiwać, jednak bagaż informacyjny, a przede wszystkim ukazana forma, są niczym manekin względem żywej postaci. A nawet jeszcze gorzej, bo manekiny przynajmniej mają naturalną wielkość, a muzyka szkicowana nie.

Siedziałem i słuchałem tych muzyków od Beethovena i von Karajana, myśląc sobie, że nie pojmuję, jak ktoś może twierdzić, iż ten sam utwór grany przez samochodowe radio albo jakiś wzmacniaczyk i słuchawki jest dlań równie satysfakcjonujący. W obu wypadkach można oczywiście podziwiać strukturę kompozycji, a nawet da się łatwo rozpoznać kunszt interpretacyjny dyrygenta i wykonawczy samej orkiestry, ale osobiście w takich szkicowych relacjach odnajduję się zupełnie inaczej niż kiedy mam wrażenie, że jestem na prawdziwym koncercie. Wrażenie wprawdzie nie do końca perfekcyjne, bo coś zawsze pozostaje trochę nie takie, ale jednak wrażenie przemożne. A pomiędzy fagotem jako słabym piskiem ledwo wychodzącym przed szarą masę brzmieniowej nijakości, a fagotem prawdziwym, jest cała przepaść istnienia i tak to przynajmniej osobiście odczuwam.

Te kolumny mogą z powodzeniem stanowić zwieńczenie niemalże każdego high endowego systemu. Absolutnie popisowy występ, którego można słuchać w nieskończoność!

Te kolumny mogą z powodzeniem stanowić zwieńczenie niemalże każdego high endowego systemu. Popisowy występ, którego można słuchać w nieskończoność!

A jeszcze całkiem na koniec przypomniałem sobie o stereofonii i jak zawsze zacząłem ją sprawdzać piątym utworem z płyty Themes Vangelisa.  Przejścia prawo-lewo nie były wprawdzie tak efektowne jak u najlepszych w tym teście Albedo Aptica, ale smugi dźwięku śmigające pomiędzy głośnikami były wyraźnie widoczne, a dodatkową, swoistą atrakcją był fakt, że śmigały poprzez tą stale obecną dźwiękową chmurę, która całą atmosferę czyniła inną i szczególnie atrakcyjną.

Podsumowanie

Living_Voice_OBX-RW_017_HiFi Philosophy   Kolumny Living Voice OBX-RW potrafią robić wolty na liniach dynamiki i cyzelować dźwięki w sposób natychmiastowy znamionujący wysoką klasę i uświadamiający każdemu osłuchanemu audiofilowi, że ma do czynienia z nietuzinkową parą głośników. Trudno orzec, co bardziej chwalić – dynamiczne przeskoki, dokładność obróbki dźwięku, czy umiejętność pokazywania najdrobniejszych detali w kontraście z przestrzennością i siłą natarcia fali akustycznej. Te kolumny nie mają słabych punktów, może poza tym, że zewnętrzne zwrotnice wymagają więcej okablowania i więcej miejsca biorą.

Nie są te OBX-RW aż tak nieziemskie jak wielkie Avantgarde, wielkie Zingali i wielkie Raidho, ale też zdecydowanie tańsze, a stylem do tamtych nawiązujące. Pozwalają za pół albo i mniej ceny do tamtych popisów się zbliżać, i to zbliżać tak bardzo, że przestaje niemal być ważne, że nie są aż takie. Toniemy w muzyce i cały czas czujemy na sobie jej dotyk. Realizm włada naszą jaźnią, a stratyfikacja jakości nagrań nie pozostawia złudzeń, jak bardzo rzeczywiście jest realistyczny. A wszystko to dzieje się w jawnym kontraście do wyglądu, czego nie sam tylko doświadczyłem; jak również wbrew logice. Nie dalej jak wczoraj zagadnąłem kolegę inżyniera, który wpadł posłuchać, skąd jego zdaniem bierze się taki bas z 17-centymetrowych głośników? No, dwa 17-to to jak jeden 25-cio centymetrowy – powiada. Dobrze, dobrze – ja na to. Ale przecież one nie są po prostu podwojone, tylko każdy ma inny zakres. Odpowiedzią było wzruszenie ramion. Nie może się więc ten bas brać z czego innego jak rezonansu, który tutaj odpowiednio we wnętrzu przyrządzono i wypuszczają  go niczym dżina z butelki bass-refleksem. A kiedy dobrze się nim wyceluje, wówczas zamienia się w grzmot. Tak samo było u Raidho; i jest to niewątpliwie kanon budowania głośników, a przy tym sztuka do opanowania bardzo trudna. Ale jak posiedzieć lat parę, to są potem efekty.

Efektem całościowym są w tym wypadku kolumny bez wad akustycznych, a za to zdobne chwalebnym wieńcem zalet. Podobnie jak recenzowane onegdaj Zingali Twenty 1,2 Evo dają bezpośrednie nawiązanie do wrażeń obecnych u konstrukcji z przedziału od stu tysięcy w górę. Nie napiszę, że dają ot tak, bo sam użyłem świetnego okablowania i toru, a ustawia się jedne i drugie dość ciężko i mają odnośnie pomieszczenia odsłuchowego swoje spore wymagania. Ale za to nie wymagają takich kwot na przelewie bankowym, a to chyba ważniejsze. Uprzedzając pytania mogę już w tym miejscu powiedzieć, że Zingali podają bardziej niesamowitą przestrzeń, a Living Voice lepiej radzą sobie z basem. Włoskie tuby lepiej także rozciągają dźwięki w przestrzeni (jak to tuby), a Living Voice operują tym swoim znakomitym ciśnieniem. Jedne i drugie uprawiają dźwiękowe czary, a kogo nie stać na ponad pięćdziesiąt, ma za trzydzieści w odwodzie Albedo Aptica i Gradient Helsinki. Ma oczywiście jeszcze masę innych różności, ale piszę o tym co było recenzowane.

Komu jednak zależy na posmakowaniu mocnego dźwiękowego dotyku przy wtórze zdecydowanego realizmu, i kto chciałby zobaczyć jak dźwięki najczystsze przebijają się przez chmurę zgęszczonego medium, ten powinien spróbować Living Voice OBX-RW, bo te głośniki robią wrażenie i zapadają w pamięć. A mają też zapewne atuty przeze mnie nie odkryte, bo zawsze coś pozostaje do odkrycia – i jest to fascynujące.

 

W punktach:

Zalety

  • Popisowy realizm.
  • Szczególna zdolność do podnoszenia ciśnienia dźwięku.
  • W efekcie niezwykle silnie oddziałująca i obejmująca duży obszar atmosfera.
  • Wspaniała mieszanka rzeczy nieokreślonych z doskonale określonymi.
  • Głęboka scena ze znakomitą stereofonią.
  • Kawał mocnego doznaniowo i świetnego akustycznie basu.
  • Brak ograniczeń sopranowych, jakość których zależy tylko od toru.
  • Realizm, a więc całkowicie realistyczni i bezdyskusyjnie obecni wykonawcy.
  • Dźwiękowe freski na poziomie mistrzostwa.
  • Bezpośrednie nawiązanie prezentacyjne do poziomu głośników za sto tysięcy.
  • Żadnych brzmieniowych niedociągnięć.
  • Klasyczny wygląd i staranne wykonanie.
  • Najwyższej jakości kriogenicznie traktowane komponenty.
  • Super okablowanie.
  • Głośniki średniotonowe własnego pomysłu.
  • Platynowe terminale WBT.
  • Cztery lata prac projektowych.
  • Niezwykłe zwrotnice.
  • A dzięki ich wyprowadzeniu na zewnątrz lepsza akustyka obudowy.
  • Made in England & Denmark.
  • Najwyższa renoma marki.
  • Polski dystrybutor.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Wyglądają skromniej niż grają.
  • Żadnych ukłonów w stronę akustycznego wyglądu obudowy.
  • Duże wymagania odnośnie możliwości ustawienia z dala od ściany tylnej.
  • Bi-wiring  skrzyżowany z koniecznością podwójnego okablowania skutkiem zewnętrznych zwrotnic.
  • Które dodatkowego miejsca potrzebują.

 Sprzęt do testu dostarczyła firma: 

logo_mediam_185c

 

 

 

 

Strona producenta:

Living Voice logo

 

 

 

 

 

 

 

Dane techniczne:

      • Model: Living Voice Auditorium OBX-RW
      • Pasmo przenoszenia: 35 Hz – 25 kHz.
      • Moc nominalna: 100 W.
      • Czułość 94 dB.
      • Impedancja nominalna: 6 Ω.
      • Wymiary: 102 x 21.5 x 27 cm
      • Waga kolumn: 20 kg.
      • Waga zwrotnic: 5 kg.

 

High sensitivity, wide dispersion MTM driver topology.750-density hardwood composite enclosure.Stiff internal triple bracing.

  • Living Voice hand-wound air core inductors.
  • Mechanically isolated crossover.
  • Optimised crossover layout.
  • Star earthing.
  • Crystal oriented internal wiring harness.
  • Hovland discrete film and foil Musicaps.
  • Proprietary non-inductive wire wound resistors.
  • Scanspeak D2905/990000 Revelator tweeter.
  • Proprietary 6.5”doped paper bass/mid drivers.
  • Platinum WBT binding posts.
  • Select components cryogenically treated.
  • Premium furniture grade, book-matched grain-filled veneers: Cherry, Walnut, Maple, Santos Rosewood, Black Ash, Satin Walnut, Burr Oak, Ebony & Bamboo.
  • External crossovers housed in premium furniture-grade grain-filled enclosures to match the OBX-RW cabinets (2 per pair, black metal finish optional).

Cena: 54 810 PLN

System:

  • Źródła: Accuphase DP-700 SACD, Nottingham Dais z wkładkami Ortofon Cadenza Bronze i Anna.
  • Przedwzmacniacz gramofonowy: Audion Premier Phono Stage MM z transformatorem Ortofona dla wkładem MC i lampami Philips SQ.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Głośniki: Living Voice OBX-RW.
  • Kable głośnikowe: Ortofon 7NX-SPK-X1-Premium.
  • Interkonekty: Harmonix HS101-Improved-S, Sulek Audio, Tara Labs Air1.
  • Kondycjoner: Entreq Powerus Gemini.
  • Kondycjoner masy: Verictum X Bulk.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua, Crystal Cable Reference, Sulek Audio,
Pokaż artykuł z podziałem na strony

3 komentarzy w “Recenzja: Living Voice Auditorium OBX-RW

  1. Maciej pisze:

    O , zabrakło ceny w stopce. Od razu lepiej się czyta 🙂

    1. Piotr Ryka pisze:

      Niestety, już jest. Musiałem dopisać ten nieprzyjemny, brakujący szczegół.

  2. Darek pisze:

    Witam

    To nie scany to Vifa c17WH 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy