Recenzja: I-O DATA Soundgenic HDL – RA4TB

   W półmilionowym Kanazawa, stolicy prefektury Ishikawa – leżącej po drugiej stronie Hokkaido dokładnie naprzeciw Tokio (zatem nad Morzem Japońskim, a nie Pacyfikiem) –  mieści się siedziba założonej w 1976 roku I-O DATA DEVICE, INC., która zaczynała od opracowywania i wdrażania technologii komputerowych dla przemysłu i mediów, kooperując na tym polu między innymi z Sharp, NEC, Apple i BBC (pamięci, napędy dyskowe, akceleratory graficzne, panele dotykowe i wyświetlacze LCD, po 4K włącznie). Prowadząc jednocześnie szeroko zakrojoną działalność powiązaną, między innymi dystrybucję produktów Western Digital na terenie Japonii, stawała się z biegiem czasu rodzajem ośmiornicy, której macki sięgały wszędzie tam, gdzie zjawiał się sektor elektroniczny. Skierowana do użytkownika indywidualnego strona internetowa I-O DATA to teraz szereg zakładek odsyłających do działów z urządzeniami najróżniejszych przeznaczeń, jak nagrywarki, zewnętrzne dyski, serwery NAS, monitory, kamery, routery, napędy płyt, oprogramowanie – masa innych. W tym rogu obfitości bytują zrecenzowane już przewody USB i Ethernet produkcji własnej I-O DATA, a teraz będzie o czymś grubszym – o tytułowym I-O DATA Soundgenic. Grubszym, ale nie jakimś grubym; to nie jest gruba rzecz, gdy chodzi o rozmiary. Niewielkie pudełko, mniej więcej wielkości tych, w jakich dawno temu sprzedawano krótkie cygara, skrywa czteroterabajtowy (4 TB), bezgłośny i odporny na wstrząsy dysk talerzowy oraz trochę elektroniki do łączności zewnętrznej. Odpowiednio do tego cena też jest niewielka – japońska „Geneza dźwięku” z malowniczego Kanazawa kosztować ma 2790 PLN.

O tym urządzeniu też już trochę pisałem, ale nie bezpośrednio, jako że nie o tej wersji, tylko o bardziej luksusowej i wielokrotnie droższej – o Fidata HFAS1-XS20U. Robi się małe zamieszanie w związku z tymi nazwami, bo tu mamy markę I-O DATA, tam Fidatę – ale sprawa jest prosta i zwięzła: Fidata to dział wyrobów luksusowych w ramach konsorcjum I-O DATA. Dlatego urządzenia sygnowane tą marką z reguły są większe, lepiej wyposażone i dużo droższe, a my tymczasem skromniutko, niemniej fundamentalnie, bo wszak to I-O DATA spina wszystkie te przedsięwzięcia. Ten drogi, luksusowy serwer, opatrzony logiem Fidaty, prezentowany był już dwukrotnie na AVS i miałem też z nim styczność podczas wizyt we wrocławskim salonie dystrybutora, ale wówczas i podczas ostatniego Show jeszcze naszego tytułowego Soundgenic nie było; jest całkiem świeżej daty i nie od Fidaty, a z oferty I-O DATY, że sobie z przymrużeniem oka porymuję. Tak świeżym, że do kupienia będzie dopiero w najbliższym czasie, ale już go można zamawiać, realizacja powinna być szybka. Jednak na półkach jeszcze nie leży; testowany egzemplarz jest na razie jedynym, który wziąć można do ręki. Nie natrudziwszy się przy tym – waży mało, za to muzyki zmieści mnóstwo, jej waga będzie duża.

Wypadałoby jeszcze przed daniem nura w konkret napisać coś ogólnikowo o muzyce w wydaniu plikowo-dyskowym, ale to się zrobiły same banały – każdy wie, każdy się zetknął, każdy zdążył usłyszeć. Wiadomo – pliki, pliki, pliki – tak jest najłatwiej i najtaniej. Mogą więc sobie zwolennicy winyli podnosić walory muzyki nieskazitelnie analogowej z opcją brania do ręki, popularności plikom nie odbiorą. Chociaż, faktycznie – te winyle to święto, ta igła wolno opadająca i trzask, kiedy dotknie rowka… Ale możliwość powtarzania utworu, wyboru nawet bardzo długiej listy, ciągłego grania przez wiele godzin bez konieczności obsługowej, gromadzenia ogromnych zbiorów nagrań za budżet jeszcze do przełknięcia i bez redukcji miejsca wokół – to wszystko nie dla winyli. Zresztą – co ja się będę rozwodził, przecież to wszyscy wiedzą.

Budowa, funkcje, obsługa

Metalowe pudełko.

   Zacznijmy może od obsługi, bo ona jest kluczowa na równi z jakością dźwięku. Po to się robi takie dyski, żeby nie tylko grało lepiej niż prosto z Internetu, ale też by muzyki było na nich dużo i obsługiwało się ją łatwo. Czy zatem rzeczywiście obsługowo łatwiej oraz brzmieniowo lepiej? Bo dużo, to będzie z pewnością przy czterech terabajtach.

Odnośnie tej wygody, to najpierw trzeba mieć router i smartfona, bądź zamiast niego tablet lub laptopa z funkcją łączności bezprzewodowej. Kiedy takie wyposażenie już mamy, łączymy Soundgenic z routerem kablem ethernetowym (jak się łatwo domyślić, nie bez znaczenia jakiej jakości) i obsługujemy za pośrednictwem przykładowo smartfona z pomocą darmowej apki „fidata Music App”, która jest łatwa do ogarnięcia, a na ekranie zjawi się jako biały przycisk z czarnym logiem fidata. Pozwala przeglądać bazę nagrań pod kątem płyt i wykonawców, by z niej wybierać pojedyncze utwory lub całe listy i takie listy gromadzić. Im większy ekran, tym oczywiście będzie łatwiej, ale smartfony są teraz jak stolnice, a poza tym nawet te mniejsze się nadadzą – akurat sam mam taki z najmniejszych i jakoś dałem radę.

Tak więc smartfon zamiast pilota, a ściślej zamiast dotykowego ekranu na urządzeniu – to jest najnowszy trend; dopiero co zrecenzowany dwuczęściowy przetwornik flagowy Audiobyte też tak był urządzony. Odnośnie natomiast tego, co nie dotyczy wydawania poleceń, a wychodzenia z Soundgenic sygnałem, to albo połączony z nim kablem router kichnie bezprzewodowo na coś, co ten sygnał przechwyci (I-O Data nazywa takie coś „Network player”) – i dalej już wiadomo: kablami na wzmacniacz i potem kolumny lub słuchawki; albo od startu jazda po kablach – są w Soundgenic dwa gniazda USB (3.1 i 2.0) i oba się nadają do połączenia z przetwornikiem. (I znów nie będzie wszystko jedno, jakiej ten kabel USB jakości – w teście porównywałem opisywany wcześniej kabel ethernetowy fidaty i od niej kabel USB z mniej nadobnymi; i jak to się mawia w audiofilskim żargonie: zwyklejsze kable tego typu zostały w tych porównaniach „zmiażdżone”. Wracając do przetwornika. Ten, tak samo jak Network player, ma za plecami podpięty kablami zewnętrzny wzmacniacz, albo swój wbudowany słuchawkowy – i sprawa załatwiona. Poza tymi dwiema drogami może Soundgenic bezprzewodowo (za pośrednictwem dedykowanego systemu plikowego exFAT) przesłać swą muzyczną zawartość wprost do pamięci DAP-a, a wcześniej ripować muzykę z płyt CD po kablu USB (dlatego są dwa gniazda), albo ją wziąć z pendrajwa, NAS lub macierzy dyskowej. Wszystko to opisują schematy na stronie producenta, najłatwiej tam się zorientować. Zabawy będzie tyle, że na pół życia starczy, nas natomiast w tym miejscu bardziej będzie obchodzić nie ilość możliwych kombinacji, tylko jakość muzyki wypływającej z tego I-O Daty dyskowego źródła. Już w to wnikamy, ale najpierw dwa słowa o wyglądzie oraz podsumowanie, że strona obsługowa działała bez zarzutu i nie wymagała trzech doktoratów.

W nim obfita muzyka. (O ile sobie wgrasz.)

O zgrabnych proporcjach urządzonko ma obudowę całą czarną z wyraźnym szczotkowaniem frontu, na którym to froncie z lewej widnieje stonowane logo „I-O DATA”, po prawej nazwa „Soundgenic”, a nad nią mała naklejka „Hi-Res AUDIO”. Z tyłu wspomniane gniazda USB i jedno ethernetowe, a także gniazdo zasilacza, który, podobnie jak przyzwoity ethernetowy kabel, znajduje się w komplecie. Jest ten zasilacz średniej wielkości (nie jakiś nagniazdkowy) i oferuje automatyczną obsługę napięć 100-240V. Jego parametr mocy to 12V/2A – i pewnie można go zastąpić lepszym, ale takiego nie miałem. Tym niemniej trzeba przyznać, że nie jest żadną lipą, a naniesiony napis I-O DATA do bycia dobrym zobowiązuje. Oprócz trzech gniazd jest jeszcze z tyłu malutki przycisk aktywacji, a z przodu po prawej w dolnym rogu małe zielone oczko, zapalające się po włączeniu i mrugające przy nawiązywaniu połączeń. Całość opiera się na czterech gumowych podkładkach, które zastąpiłem czterema dużo większymi Harmonix TU-500 i dociążyłem, też antywibracyjnie, trzy i pół kilogramowym dociskiem Avatar Audio RECEPTOR. Odnośnie zaś opakowania, to jest nim czarne pudełko, którego nie zobaczycie na zdjęciach, bo podczas wędrówek pokazowych zostało mocno sfatygowane.

Z czym w zestawieniu

  Wobec taniości urządzenia starałem się unikać wyłącznie fanaberii, toteż w użyciu znalazł się nie tylko drogi przetwornik Auralic Vega G2, ale też dużo tańszy Audiobyte Black Dragon. Zagrały też nie tylko luksusowe kolumny Zingali 3.15 Evo, ale również różne słuchawki za pośrednictwem wzmacniaczy Phasemation i Ayon.

Dźwięk

Przyłącza, na rzecz wchodzenia i wychodzenia. (Ale im bardziej wchodzisz do środka, tym bardziej muzyka tam jest.)

   Te wszystkie tory potraktujmy syntetycznie, gdyż nie warto rozbijać. Obraz brzmieniowy w każdym z układów pokazał się ten sam, a już najtańszy z nich, czyli Black Dragon z Phasemation, miał wszystkie cechy i jakości, o których trzeba wiedzieć.

Cechą wiodącą była przestrzenność. Podczas słuchania to ona uderzała pierwszą salwą, zdecydowanie wysuwając się przed inne. Czy to Black Dragon z HD 800 (najtańszy system słuchawkowy), czy cała moja aparatura wzmacniająca z topowymi Zingali – zawsze trójwymiarowe modelowanie dźwięku i głębia sceny uwodziły i wiodły prym. Ujmowała przy tym nie tylko sama trójwymiarowość, ale też ilość miejsca między wykonawcami. Wzięte na pierwszy ogień (zrobiłem sobie listę) płyty Buena Vista Social Club i Love Over Gold prezentowały zdecydowaną wyższość przestrzenną oraz swobodę scenicznego ruchu niż grane prosto z YouTube czy Tidala na ten sam przetwornik i te same słuchawki. Fakt, że obie były odtwarzane z plików w formatach DSD 64, ale po to są takie Soundgenic, żeby tak dziać się mogło. Żadnej nieprzeniknionej ściany dźwięku i w nią wkomponowanych spłaszczonych na wzór postaci z ikon wykonawców, tylko dosłownie można było krążyć po scenie pomiędzy wokalistą a instrumentalistami. Rzecz jasna nie było to możliwe w sensie całkiem dosłownym, ale takie wrażenie się narzucało, taki się tworzył muzyczny obraz. Wielka scena, mnóstwo swobody i duże, pełne dźwięki o konsystencji przede wszystkim muzycznej, a nie sztucznie i upraszczająco ostrymi krawędziami rysowanej. Żadnego więc zastępowania muzyki szczegółami, kreślenia ostrych i spłaszczających konturów, odwracającego uwagę od innych ułomności forsowania którejś z części pasma, przesadnej (pomimo tak intensywnego obrazowania 3D) tubalności. Akcent przede wszystkim na objętość i jednocześnie odrzucone wszystkie chwyty, dzięki którym muzykę się „robi” – coś się przekręca, aby coś zamaskować. Tutaj zjawiała się, rzec można, w całej krasie i we własnej postaci. Najłatwiej rozpoznawanie tego przychodziło mi w odniesieniu do partii perkusyjnych, bo prawdziwej perkusji z najbliższej odległości dużo się w życiu nasłuchałem, skutkiem czego momentalnie wyczuwam różnice między prawdą a przeinaczeniem. Brzmienie płyt wgranych na Soundgenic nie było wprawdzie stuprocentowo bogate, bo takie z żadnego źródła nie jest, niemniej przestrzenny aspekt i natura dźwięku wypadły rewelacyjnie. Słyszeć w przypadku bębna jego prawdziwą objętość i całą złożoność brzmienia – to była duża rzecz z małej rzeczy.

Fotograf postanowił uwiecznić także brzuszek.

Odnośnie pozostałych cech brzmienia – to wykazywały większe zróżnicowanie w zależności od toru. Na przykład słuchawki Sennheiser HD 800 z tego samego wzmacniacza (Phasemation) grały ciemniej i chłodniej niż Meze Empyrean; a mówiąc precyzyjniej, w sposób bliższy neutralności, podczas gdy Meze częstowały bardziej ludzkim a mniej teatralnym sposobem ujmowania. Co działo się u nich do wtóru z mocniej w każdym utworze obecnymi sopranami, rzucającymi połyskliwe refleksy rozjaśniające czarne tło. Były przy tym też Meze bardziej dotykowo bezpośrednie, a mniej wielkosceniczne. Nie w sensie skrajnym, że aż kameralne, bo takimi nie były, ale bliższy ich pierwszy plan i cieplejsze, mimo takiej nawałnicy sopranów, dźwięki tworzyły atmosferę większej bliskości, w której dawany przez Sennheisery większy na głębię i bardziej całościowy widok ulegał częściowej redukcji do pierwszego planu. Można także powiedzieć, że Meze grały żywiej, a Sennheisery bardziej dostojnie. Z kolei Ultrasone nie tylko częstowały dobrze trzymanym w ryzach najniżej schodzącym basem, ale przede wszystkim wykazywały wyższość pod względem umiejętności ukazywania ruchu powietrza. Ten, wcześniej prawie nieobecny, z nimi momentalnie się uwidaczniał; każde mocniejsze brzmienie pokazywało dobitnie jak się niesie, jak cała scena staje się miejscem przetaczających się po niej ciśnień. Bardzo mi się to podobało, choć muszę przyznać, że Meze grały stylem bardziej czysto ludzkim – tak bardziej żywo i przyjaźnie na bazie bardziej transparentnego medium. Z kolei Sennheisery bardziej w manierze 3D – zupełnie jakby to było wysokiej klasy kino domowe kreujące wielkie obszary, a nie zwyczajnie stereofoniczne słuchawki na bazie dwóch przetworników. (A nie na przykład sześciu, jak u Crosszone.) Ale najważniejsze z tego wszystkiego, że wszystkie trzy te style bardzo mi się podobały, każdego słuchałem nawet nie z zaangażowaniem, a pasją. Nie przeszkadzało przy tym przechodzenie z jednego na drugi w dowolnym repertuarze – satysfakcja za każdym razem pojawiała się w kilka sekund.

Najmniej do powiedzenia mam o brzmieniu ekskluzywnych Zingali, bo nie chce mi się po raz kolejny pisać, że grały lepiej niż całe to zeszłoroczne AVS razem wzięte. Ich wyważenie pomiędzy najwyższej klasy techniczną biegłością, a umiejętnością jej schowania za muzyczną postacią; także bardzo niewielu kolumnom dana perfekcja akustyczna, generująca dużo bardziej spektakularne efekty przestrzenne niż brylujące pod ich względem chwilę wcześniej słuchawki Sennheisera, to rzeczy wychodzące w odsłuchach raz po raz i przy wysokiej jakości płytach zgranych do plików na Soundgenic ukazywane znowu.

Solidne oparcie i trzema kilogramami w plecki, tak żeby gość się nie trząsł. (Chociaż i tak nie powinien, bo w środku dysk nie jest talerzowy.)

Odnośnie jeszcze atrybutów dźwięku innych niż przestrzeń, to nie odnotowałem w przypadku zastąpienia tranzystorowego Phasemation (dual mono) lampowym Ayonem (więc przy okazji przejścia od konfiguracji symetrycznej do niesymetrycznej) ogólnego wzrostu ciepłoty. Niemniej brzmienie uległo zmianie, bo ku niemałemu memu zaskoczeniu Ayon wykazał się jeszcze lepszą przestrzennością, przydając Meze i Ultrasone cech obecnych z Phasemation jedynie wraz z HD 800. Co nie przeszkodziło w przestrzennym pchnięciu naprzód także i tych ostatnich, z towarzyszeniem zmiany jednego parametru – przybliżenia pierwszego planu. To oczywiście jeszcze bardziej rozciągało scenę (skoro głębia też w swoją stronę), aczkolwiek przyrost przestrzenności u Meze i Ultrasone był większy.

Na koniec jeden ogólnik. Tak samo z drogim Auralikiem, jak z tańszym Audiobyte, słuchawkowy wzmacniacz lampowy zaprezentował się efektowniej, z czego może przedwcześnie, ale wyciągam wniosek, iż materiały zgrane na Soundgenic zawierają brzmieniowy potencjał wyjątkowo dobrze wykorzystywany przez urządzenia lampowe. Co o tyle nie jest istotne, że i ze wzmacniaczem tranzystorowym (którego słuchanym najpierw) jakość mnie może nie aż porażała, niemniej wprawiała w zdumienie. Przyzwyczajony do słuchawek grających przy komputerze ze świetnych wzmacniaczy i świetnych przetworników, ale sygnałem branym z Sieci, wylądowałem w zupełnie innym muzycznym świecie, o całą bajkę lepszym. Tak bardzo w inności kształtu muzyki i przestrzeni, że jakby z dnia powszedniego święto. Albo z wąskiej uliczki w parkową aleję, z mgły na słońce, ze smutku w radość. To trzeba sobie głośno i wyraźnie powiedzieć: żadne serwisy internetowe do grania muzyki na bieżąco via komputer nie umywają się do wysokiej jakości plików wgranych w Soundgenic i kropka, Wykrzyknik nawet!

Podsumowanie

   Producent oszacowuje, że czteroterabajtowy dysk Soundgenic powinien zmieścić koło dwudziestu tysięcy plików muzycznych jakości DSD (SACD). Tym samym wielokrotnie więcej o jakości CD, co daje takich płyt kolekcję jakichś sześciu tysięcy albumów. Zasadnicza zatem różnica kosztów, nawet jeżeli wersje plikowe są tylko trochę tańsze (a są), a jeszcze więcej zyskujemy w odniesieniu do uwolnionego od płyt obszaru. (Te szafy, te stelaże – nie będą już potrzebne.)

Bardzo dobrze chroniona, na pewno mniej podatna na fizyczne uszkodzenia od płytowego nośnika forma zapisu dyskowego, okazuje się zatem dużo tańsza od też kiedyś lansowanych jako niezniszczalne srebrnych krążków, a winyli nie ma nawet co trwałościowo, ekonomicznie i ergonomicznie przymierzać. Nie ma też i za bardzo co się żalić na brak fizycznego nośnika w sensie wizualnego kontaktu, bo płyty w formie plików mają przypisane pliki graficzne, z okładką i całą bazą informacji tekstowej. Jedyne, czego nie mają, to postaci analogowej i misterium gramofonowych lub magnetofonowych obrotów, ale takie mamy cyfrowe czasy. Co zatem zyskujemy, co tracimy? Zyskujemy na trwałości i bezpieczeństwie danych, zyskujemy ekonomicznie i na wygodzie obsługi, zyskujemy też uwolniony od fizycznych nośników obszar. Na tych sprawach zyskujemy wyraźnie, by nie powiedzieć zasadniczo. Czego kosztem? W stosunku do płyt cyfrowych niewielkim kosztem wyrafinowania, wyjąwszy aspekt przestrzenny. Lecz tylko w odniesieniu do czytanych przez bardzo drogi czytnik, kosztujący przynajmniej dwadzieścia parę tysięcy. Tu przetworniki RME czy Black Dragon uwiną się wespół z Soundgenic znacznie taniej i zapewnią dużo większą wygodę. Względem wysokiej klasy gramofonów, obsługiwanych przez dobre wkładki i dobre przedwzmacniacze, stracimy nieco na energii przekazu i jej analogowej płynności wespół z naturalnością oraz bogactwem samych dźwięków. (Bo nie ma bezstratnej konwersji do postaci cyfrowej.) Tu strata będzie większa, ale zysk na wygodzie wyższy; no i ta ekonomia – winyle są, nie wiedzieć czemu, wciąż skandalicznie drogie. To znaczy – dobrze wiedzieć, ale nie chce mi się kolejny raz tego ruszać. Ostatni drastyczny przykład z zaworami do respiratorów (jedno euro przeciwko dziesięciu tysiącom za sztukę) pokazał aż za dobrze, jakie się dzieją grandy. Lecz najważniejsza wiadomość inna – jest nią owa odświętność, która wraz z dyskowym dźwiękiem się zjawia. W muzyce zgranej prosto na Soundgenic i wypuszczonej z niego wprost na przetwornik można odszukać muzyczną istotę, ona się dużo lepiej zachowuje niż w przypadku jej odtwarzania z serwisów streamingowych. To się natychmiast słyszy, to wielki powód do satysfakcji dla nabywcy, choć z drugiej strony szkoda, że tej streamingowej potem już słuchać się za bardzo nie chce, przejście na nią za każdym razem boli. (A nie daj Boże próbować słuchać tego samego utworu.)

 

W punktach:

Zalety

  • Wielofunkcyjność.
  • Odtwarza wszystkie poza MQA rodzaje plików.
  • Malutki magazynek zmieści mnóstwo muzyki.
  • I nie jest narażony na uszkodzenia mechaniczne ani zużycie podczas pracy, bo to nie dyski talerzowe.
  • Pod względem nagrywania bije na głowę nagrywarki CD, które nigdy się nie sprawdzały, zawsze były z nimi kłopoty.
  • Wygoda obsługowa dzięki dobremu oprogramowaniu.
  • Wyraźnie ukazuje przewagi dobrych kabli Ethernet i USB, pozwalając zyskiwać poprawę jakości.
  • Muzyczny obraz 3D w odniesieniu do samych dźwięków i sceny.
  • Jakość ogólna przekazu dorównuje najlepszym odtwarzaczom z okolic dwudziestu tysięcy.
  • Zależąc oczywiście od podpiętego przetwornika.
  • Tu jednak takie kosztujące poniżej dziesięciu w zupełności wystarczą.
  • Brzmieniowa naturalność w najlepszym sensie tego słowa.P
  • ozwalająca ukazać i wyzyskać cechy brzmieniowe podpiętego toru.
  • Zawsze z przestrzenną oprawą, która jest rewelacją.
  • Dynamika, szybkość, szczegółowość i inne cechy podstawowe na high-endowym poziomie.
  • A przede wszystkim odświętna nastrojowość podczas słuchania, na taki wchodzimy poziom.
  • Ten nastrój nie tworzy jednak żadnego dystansu, jesteśmy w pełni zaangażowani.
  • Aluminiowa obudowa.
  • Przyzwoity zasilacz i przyzwoite kable w komplecie.
  • Rewelacyjny stosunek jakości do ceny.
  • Idzie drogą postępu, tak magazynowana muzyka to przyszłość.
  • Sławny i z dużym dorobkiem producent.
  • Made in Japan.
  • Polska dystrybucja.
  • Ryka approved.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Trzeba mieć smartfona albo tablet.
  • Trzeba mieć także przetwornik.
  • Nie trzeba za to kabla zasilania ani drugiego interkonektu, jedynie ten od przetwornika do wzmacniacza.

 

Dane techniczne:

  • Pojemność: 4 TB.
  • Odtwarzane rodzaje plików: mp3, wav, wma, m4a, m4b, ogg, flac, aac, mp2, ac3, mpa, aif, aiff, dff, dsf.
  • Obsługiwane częstotliwości próbkowania (wyjście USB):
  • PCM: 44,1, 48, 88,2, 96, 176,4, 192, 352,8, 384, 705,6*, 768* (*tylko wav i aiff)
  • DSD (DoP): 2,8, 5,6, 11,2 MHz
  • DSD (Direct DSD): 2,8, 5,6, 11, Odtwarzane 2, 22,5 MHz
  • Długość słowa:
  • PCM: 16, 24, 32 bity
  • DSD: 1 bit
  • Obsługiwane systemy operacyjne:
  • Windows 10 | Windows 8.1 | Windows 8 | Windows 7
  • OS X 10.7 – 10.11 | macOS 10.12 -10.14
  • Standard transmisji danych: 1000BASE-T/100BASE-TX/10BASE-T
  • Łącze transmisyjne: RJ45 (z obsługą Auto-MDI/MDI-X)
  • Gniazda USB: USB 3.0 x 1 | USB 2.0 x 1
  • Obsługiwany standard sieci: UPnP AV
  • Pobór mocy: 7,3 W (przeciętnie) | 29 W (max)
  • Wymiary (szer. x wys. x gł., bez nóżek): 168 x 134 x 43 mm
  • Waga: 1,2 kg

Cena: 2790 PLN

 

System:

  • Źródło: I-O DATA Soundgenic HDL – RA4TB.
  • Przetworniki: Audiobyte Black Dragon, Audiobyte Hydra, Auralic Vega G2.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Zingali 3.15 Evo.
  • Interkonekty: Acoustic Zen Absolute Cooper, Sulek Audio & Sulek 6×9.
  • Kabel Ethernet: Fidata LAN HFCL Series, Neyton.
  • Kable USB: Fidata HFU2 Series USB, iFi Gemini 3.0.
  • Kable głośnikowe: Sulek 6×9.
  • Kable zasilające: Acrolink MEXCEL 7N-PC9500, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Shunyata Research Sigma NR, Sulek Edia Power, Sulek 9×9 Power.
  • Listwy: Sulek Edia, Power Base High End.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Dociski antywibracyjne: Entreq Mouse (kolumny), Avatar Audio (końcówka mocy).
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

1 komentarz w “Recenzja: I-O DATA Soundgenic HDL – RA4TB

  1. Miltoniusz pisze:

    Bardzo ciekawa recenzja. Rola transportu plików jest powszechnie niedoceniana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy