Recenzja: I-O DATA Soundgenic HDL – RA4TB

Dźwięk

Przyłącza, na rzecz wchodzenia i wychodzenia. (Ale im bardziej wchodzisz do środka, tym bardziej muzyka tam jest.)

   Te wszystkie tory potraktujmy syntetycznie, gdyż nie warto rozbijać. Obraz brzmieniowy w każdym z układów pokazał się ten sam, a już najtańszy z nich, czyli Black Dragon z Phasemation, miał wszystkie cechy i jakości, o których trzeba wiedzieć.

Cechą wiodącą była przestrzenność. Podczas słuchania to ona uderzała pierwszą salwą, zdecydowanie wysuwając się przed inne. Czy to Black Dragon z HD 800 (najtańszy system słuchawkowy), czy cała moja aparatura wzmacniająca z topowymi Zingali – zawsze trójwymiarowe modelowanie dźwięku i głębia sceny uwodziły i wiodły prym. Ujmowała przy tym nie tylko sama trójwymiarowość, ale też ilość miejsca między wykonawcami. Wzięte na pierwszy ogień (zrobiłem sobie listę) płyty Buena Vista Social Club i Love Over Gold prezentowały zdecydowaną wyższość przestrzenną oraz swobodę scenicznego ruchu niż grane prosto z YouTube czy Tidala na ten sam przetwornik i te same słuchawki. Fakt, że obie były odtwarzane z plików w formatach DSD 64, ale po to są takie Soundgenic, żeby tak dziać się mogło. Żadnej nieprzeniknionej ściany dźwięku i w nią wkomponowanych spłaszczonych na wzór postaci z ikon wykonawców, tylko dosłownie można było krążyć po scenie pomiędzy wokalistą a instrumentalistami. Rzecz jasna nie było to możliwe w sensie całkiem dosłownym, ale takie wrażenie się narzucało, taki się tworzył muzyczny obraz. Wielka scena, mnóstwo swobody i duże, pełne dźwięki o konsystencji przede wszystkim muzycznej, a nie sztucznie i upraszczająco ostrymi krawędziami rysowanej. Żadnego więc zastępowania muzyki szczegółami, kreślenia ostrych i spłaszczających konturów, odwracającego uwagę od innych ułomności forsowania którejś z części pasma, przesadnej (pomimo tak intensywnego obrazowania 3D) tubalności. Akcent przede wszystkim na objętość i jednocześnie odrzucone wszystkie chwyty, dzięki którym muzykę się „robi” – coś się przekręca, aby coś zamaskować. Tutaj zjawiała się, rzec można, w całej krasie i we własnej postaci. Najłatwiej rozpoznawanie tego przychodziło mi w odniesieniu do partii perkusyjnych, bo prawdziwej perkusji z najbliższej odległości dużo się w życiu nasłuchałem, skutkiem czego momentalnie wyczuwam różnice między prawdą a przeinaczeniem. Brzmienie płyt wgranych na Soundgenic nie było wprawdzie stuprocentowo bogate, bo takie z żadnego źródła nie jest, niemniej przestrzenny aspekt i natura dźwięku wypadły rewelacyjnie. Słyszeć w przypadku bębna jego prawdziwą objętość i całą złożoność brzmienia – to była duża rzecz z małej rzeczy.

Fotograf postanowił uwiecznić także brzuszek.

Odnośnie pozostałych cech brzmienia – to wykazywały większe zróżnicowanie w zależności od toru. Na przykład słuchawki Sennheiser HD 800 z tego samego wzmacniacza (Phasemation) grały ciemniej i chłodniej niż Meze Empyrean; a mówiąc precyzyjniej, w sposób bliższy neutralności, podczas gdy Meze częstowały bardziej ludzkim a mniej teatralnym sposobem ujmowania. Co działo się u nich do wtóru z mocniej w każdym utworze obecnymi sopranami, rzucającymi połyskliwe refleksy rozjaśniające czarne tło. Były przy tym też Meze bardziej dotykowo bezpośrednie, a mniej wielkosceniczne. Nie w sensie skrajnym, że aż kameralne, bo takimi nie były, ale bliższy ich pierwszy plan i cieplejsze, mimo takiej nawałnicy sopranów, dźwięki tworzyły atmosferę większej bliskości, w której dawany przez Sennheisery większy na głębię i bardziej całościowy widok ulegał częściowej redukcji do pierwszego planu. Można także powiedzieć, że Meze grały żywiej, a Sennheisery bardziej dostojnie. Z kolei Ultrasone nie tylko częstowały dobrze trzymanym w ryzach najniżej schodzącym basem, ale przede wszystkim wykazywały wyższość pod względem umiejętności ukazywania ruchu powietrza. Ten, wcześniej prawie nieobecny, z nimi momentalnie się uwidaczniał; każde mocniejsze brzmienie pokazywało dobitnie jak się niesie, jak cała scena staje się miejscem przetaczających się po niej ciśnień. Bardzo mi się to podobało, choć muszę przyznać, że Meze grały stylem bardziej czysto ludzkim – tak bardziej żywo i przyjaźnie na bazie bardziej transparentnego medium. Z kolei Sennheisery bardziej w manierze 3D – zupełnie jakby to było wysokiej klasy kino domowe kreujące wielkie obszary, a nie zwyczajnie stereofoniczne słuchawki na bazie dwóch przetworników. (A nie na przykład sześciu, jak u Crosszone.) Ale najważniejsze z tego wszystkiego, że wszystkie trzy te style bardzo mi się podobały, każdego słuchałem nawet nie z zaangażowaniem, a pasją. Nie przeszkadzało przy tym przechodzenie z jednego na drugi w dowolnym repertuarze – satysfakcja za każdym razem pojawiała się w kilka sekund.

Najmniej do powiedzenia mam o brzmieniu ekskluzywnych Zingali, bo nie chce mi się po raz kolejny pisać, że grały lepiej niż całe to zeszłoroczne AVS razem wzięte. Ich wyważenie pomiędzy najwyższej klasy techniczną biegłością, a umiejętnością jej schowania za muzyczną postacią; także bardzo niewielu kolumnom dana perfekcja akustyczna, generująca dużo bardziej spektakularne efekty przestrzenne niż brylujące pod ich względem chwilę wcześniej słuchawki Sennheisera, to rzeczy wychodzące w odsłuchach raz po raz i przy wysokiej jakości płytach zgranych do plików na Soundgenic ukazywane znowu.

Solidne oparcie i trzema kilogramami w plecki, tak żeby gość się nie trząsł. (Chociaż i tak nie powinien, bo w środku dysk nie jest talerzowy.)

Odnośnie jeszcze atrybutów dźwięku innych niż przestrzeń, to nie odnotowałem w przypadku zastąpienia tranzystorowego Phasemation (dual mono) lampowym Ayonem (więc przy okazji przejścia od konfiguracji symetrycznej do niesymetrycznej) ogólnego wzrostu ciepłoty. Niemniej brzmienie uległo zmianie, bo ku niemałemu memu zaskoczeniu Ayon wykazał się jeszcze lepszą przestrzennością, przydając Meze i Ultrasone cech obecnych z Phasemation jedynie wraz z HD 800. Co nie przeszkodziło w przestrzennym pchnięciu naprzód także i tych ostatnich, z towarzyszeniem zmiany jednego parametru – przybliżenia pierwszego planu. To oczywiście jeszcze bardziej rozciągało scenę (skoro głębia też w swoją stronę), aczkolwiek przyrost przestrzenności u Meze i Ultrasone był większy.

Na koniec jeden ogólnik. Tak samo z drogim Auralikiem, jak z tańszym Audiobyte, słuchawkowy wzmacniacz lampowy zaprezentował się efektowniej, z czego może przedwcześnie, ale wyciągam wniosek, iż materiały zgrane na Soundgenic zawierają brzmieniowy potencjał wyjątkowo dobrze wykorzystywany przez urządzenia lampowe. Co o tyle nie jest istotne, że i ze wzmacniaczem tranzystorowym (którego słuchanym najpierw) jakość mnie może nie aż porażała, niemniej wprawiała w zdumienie. Przyzwyczajony do słuchawek grających przy komputerze ze świetnych wzmacniaczy i świetnych przetworników, ale sygnałem branym z Sieci, wylądowałem w zupełnie innym muzycznym świecie, o całą bajkę lepszym. Tak bardzo w inności kształtu muzyki i przestrzeni, że jakby z dnia powszedniego święto. Albo z wąskiej uliczki w parkową aleję, z mgły na słońce, ze smutku w radość. To trzeba sobie głośno i wyraźnie powiedzieć: żadne serwisy internetowe do grania muzyki na bieżąco via komputer nie umywają się do wysokiej jakości plików wgranych w Soundgenic i kropka, Wykrzyknik nawet!

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

1 komentarz w “Recenzja: I-O DATA Soundgenic HDL – RA4TB

  1. Miltoniusz pisze:

    Bardzo ciekawa recenzja. Rola transportu plików jest powszechnie niedoceniana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy