Recenzja: I-O DATA Soundgenic HDL – RA4TB

Budowa, funkcje, obsługa

Metalowe pudełko.

   Zacznijmy może od obsługi, bo ona jest kluczowa na równi z jakością dźwięku. Po to się robi takie dyski, żeby nie tylko grało lepiej niż prosto z Internetu, ale też by muzyki było na nich dużo i obsługiwało się ją łatwo. Czy zatem rzeczywiście obsługowo łatwiej oraz brzmieniowo lepiej? Bo dużo, to będzie z pewnością przy czterech terabajtach.

Odnośnie tej wygody, to najpierw trzeba mieć router i smartfona, bądź zamiast niego tablet lub laptopa z funkcją łączności bezprzewodowej. Kiedy takie wyposażenie już mamy, łączymy Soundgenic z routerem kablem ethernetowym (jak się łatwo domyślić, nie bez znaczenia jakiej jakości) i obsługujemy za pośrednictwem przykładowo smartfona z pomocą darmowej apki „fidata Music App”, która jest łatwa do ogarnięcia, a na ekranie zjawi się jako biały przycisk z czarnym logiem fidata. Pozwala przeglądać bazę nagrań pod kątem płyt i wykonawców, by z niej wybierać pojedyncze utwory lub całe listy i takie listy gromadzić. Im większy ekran, tym oczywiście będzie łatwiej, ale smartfony są teraz jak stolnice, a poza tym nawet te mniejsze się nadadzą – akurat sam mam taki z najmniejszych i jakoś dałem radę.

Tak więc smartfon zamiast pilota, a ściślej zamiast dotykowego ekranu na urządzeniu – to jest najnowszy trend; dopiero co zrecenzowany dwuczęściowy przetwornik flagowy Audiobyte też tak był urządzony. Odnośnie natomiast tego, co nie dotyczy wydawania poleceń, a wychodzenia z Soundgenic sygnałem, to albo połączony z nim kablem router kichnie bezprzewodowo na coś, co ten sygnał przechwyci (I-O Data nazywa takie coś „Network player”) – i dalej już wiadomo: kablami na wzmacniacz i potem kolumny lub słuchawki; albo od startu jazda po kablach – są w Soundgenic dwa gniazda USB (3.1 i 2.0) i oba się nadają do połączenia z przetwornikiem. (I znów nie będzie wszystko jedno, jakiej ten kabel USB jakości – w teście porównywałem opisywany wcześniej kabel ethernetowy fidaty i od niej kabel USB z mniej nadobnymi; i jak to się mawia w audiofilskim żargonie: zwyklejsze kable tego typu zostały w tych porównaniach „zmiażdżone”. Wracając do przetwornika. Ten, tak samo jak Network player, ma za plecami podpięty kablami zewnętrzny wzmacniacz, albo swój wbudowany słuchawkowy – i sprawa załatwiona. Poza tymi dwiema drogami może Soundgenic bezprzewodowo (za pośrednictwem dedykowanego systemu plikowego exFAT) przesłać swą muzyczną zawartość wprost do pamięci DAP-a, a wcześniej ripować muzykę z płyt CD po kablu USB (dlatego są dwa gniazda), albo ją wziąć z pendrajwa, NAS lub macierzy dyskowej. Wszystko to opisują schematy na stronie producenta, najłatwiej tam się zorientować. Zabawy będzie tyle, że na pół życia starczy, nas natomiast w tym miejscu bardziej będzie obchodzić nie ilość możliwych kombinacji, tylko jakość muzyki wypływającej z tego I-O Daty dyskowego źródła. Już w to wnikamy, ale najpierw dwa słowa o wyglądzie oraz podsumowanie, że strona obsługowa działała bez zarzutu i nie wymagała trzech doktoratów.

W nim obfita muzyka. (O ile sobie wgrasz.)

O zgrabnych proporcjach urządzonko ma obudowę całą czarną z wyraźnym szczotkowaniem frontu, na którym to froncie z lewej widnieje stonowane logo „I-O DATA”, po prawej nazwa „Soundgenic”, a nad nią mała naklejka „Hi-Res AUDIO”. Z tyłu wspomniane gniazda USB i jedno ethernetowe, a także gniazdo zasilacza, który, podobnie jak przyzwoity ethernetowy kabel, znajduje się w komplecie. Jest ten zasilacz średniej wielkości (nie jakiś nagniazdkowy) i oferuje automatyczną obsługę napięć 100-240V. Jego parametr mocy to 12V/2A – i pewnie można go zastąpić lepszym, ale takiego nie miałem. Tym niemniej trzeba przyznać, że nie jest żadną lipą, a naniesiony napis I-O DATA do bycia dobrym zobowiązuje. Oprócz trzech gniazd jest jeszcze z tyłu malutki przycisk aktywacji, a z przodu po prawej w dolnym rogu małe zielone oczko, zapalające się po włączeniu i mrugające przy nawiązywaniu połączeń. Całość opiera się na czterech gumowych podkładkach, które zastąpiłem czterema dużo większymi Harmonix TU-500 i dociążyłem, też antywibracyjnie, trzy i pół kilogramowym dociskiem Avatar Audio RECEPTOR. Odnośnie zaś opakowania, to jest nim czarne pudełko, którego nie zobaczycie na zdjęciach, bo podczas wędrówek pokazowych zostało mocno sfatygowane.

Z czym w zestawieniu

  Wobec taniości urządzenia starałem się unikać wyłącznie fanaberii, toteż w użyciu znalazł się nie tylko drogi przetwornik Auralic Vega G2, ale też dużo tańszy Audiobyte Black Dragon. Zagrały też nie tylko luksusowe kolumny Zingali 3.15 Evo, ale również różne słuchawki za pośrednictwem wzmacniaczy Phasemation i Ayon.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

1 komentarz w “Recenzja: I-O DATA Soundgenic HDL – RA4TB

  1. Miltoniusz pisze:

    Bardzo ciekawa recenzja. Rola transportu plików jest powszechnie niedoceniana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy