Recenzja: HEDDphone TWO GT

      Trzeba przyznać, iż nieczęsto się zdarza, iżby któryś producent tak szybko przeobrażał ofertę, dodając do dopiero co wypromowanego modelu taki sam ulepszony, zmieniony – zwał jak zwał, w każdym razie niby ten sam, ale inny. Zwykle zajmuje to więcej czasu, natomiast regułą – analogicznie jak tutaj – jest dokładanie nowemu literek do nazwy. I tak Sennheiser HD 800 przeistoczyły się po latach w Sennheiser HD 800S, a Stax SR-009 w SR-009S. Lecz niech ktoś zaraz nie pomyśli, że owo „S” niezmiennikiem, bo przykładowo pierwotne Grado GS1000 przedzierzgnęły się w GS1000e, a pierwotne Focal Utopia w Utopia 2022. Różnie z tym nazewnictwem bywa, ale z reguły zmiany postępują wolniej, udoskonalanie – takie czy inne, udane albo nie – zwyczajowo trwa dłużej. Tymczasem u berlińskiego HEDDphone potrwało raptem kilka miesięcy, recenzję HEDDphone TWO bez GT pisałem w połowie zeszłego roku. I wtedy mieliśmy tradycję wdrożoną jak należy, bo z kolei HEDDphone bez TWO opisywałem w 2020, a różnic było o wiele więcej.

      Jakie różnice zaszły tym razem? Sam producent podsuwa uprzejmie:

      Opracowane z myślą o świecie audiofili słuchawki HEDDphone® TWO GT zostały zaprojektowane pod kątem przyjemności słuchania, a nie bycia narzędziem pracy. Na podstawie udanego projektu HEDDphone® TWO kluczowe komponenty zostały dopracowane z myślą o wydobyciu wyjątkowych wrażeń słuchowych: GT oferują nowe, cieplejsze strojenie, łączące precyzję z emocjami, za czym stoi ulepszony przetwornik AMT z jeszcze mniejszymi zniekształceniami, nowe okablowanie premium (4-żyłowe 5N SPC); dodano również nowe akcenty wizualne, widoczne w logo i przeszyciach HEDDband. Zwiększono także komfort, co stało się dzięki nowym opcjom regulacyjnym tyczącym super wygodnych nauszników z weluru i skóry, które można teraz ustawiać według własnego uznania. Rezultatem bogatszy, płynniejszy, a jednocześnie wciąż niezwykle szczegółowy i szybki dźwięk w połączeniu z innowacyjną ergonomią, razem gwarantujące luksusowe wrażenia słuchowe.

     Cieplejsze strojenie, poprawiony pałąk i doskonalsze okablowanie nie są aż tak znaczące, byśmy mieli ich opis rozpoczynać inaczej, dlatego przytoczę całość wprowadzenia w temat z nie całkiem jeszcze ostygłej recenzji HEDDphone TWO.

     Słuchawki typu AMT – najbardziej zapomniane. Co wcale nie jest prawdą, tyle że nazwy się unika. Te najdawniejsze – Jecklin Float z 1971 – uporczywie poczytywane były za elektrostaty, a obecnie stosująca marszczone diafragmy wytwórnia Dan Clark Audio deklaruje swoje jako planarne; co czyni nie bez racji, podobnie jak wcześniej Float, gdyż inne napędzanie; magnesy w Danach Clarkach i Jecklin są bez porównania słabsze niż w tytułowych HEDDphone, a zakładki też dużo płytsze. Ale harmonijkowe membrany to nie jedynie zamierzchłe Jecklin Float i teraźniejsze Dany Clarki. To również aktualne tajwańskie oBravo i serbsko-amerykańskie RAAL, także szwajcarskie Ergo AMT, niemal tak samo prastare i równie klasyczne jak „hełmy” Jecklin Float. Ale znowuż te RAAL pozują na coś innego, słusznie każąc się tytułować mianem wstęgowych, a z kolei oBravo to dynamiczne membrany basowe i AMT tweetery z zachodzeniem na tony średnie, je więc, jak najbardziej zasadnie, uważa się za kombinowane.

      Sięgnijmy do pierwocin. Przetworniki elektroakustyczne Air Motion Transformer (AMT) wynalazł w latach 60-tych i opatentował w 70-tych Oskar Heil (1908–1994), niemiecki wynalazca osiadły po II wojnie w USA. Podobnie jak planarne odznaczają się ruchomą cewką rozpostartą na całej powierzchni membrany, w ich wypadku zawsze głęboko marszczonej, z nicią przewodzącą biegnącą grzbietami marszczeń. Pierwsze takie głośniki wyprodukowało w latach 70-tych ESS z Kalifornii, kolejno dołączały JET, Adam i Precide. Wciąż oferuje je Precide, a oprócz niego Eton, Martin Logan, Mundorf, FAL oraz RAAL. Słuchawki tego typu zainaugurowało w 1971 przywołane już wielokrotnie Jecklin Float (firma wynalazcy Jürga Jecklina), niewiele później identycznie szwajcarskie Precide, lata lateczne produkujące swój wciąż oferowany, zaliczany do słuchawkowej klasyki model Ergo AMT – jedyny posługujący się akronimem AMT w nazwie.

      Harmonijkowy kształt membrany ma niezaprzeczalne zalety. Przede wszystkim faktyczna powierzchnia skrywa się w fałdach, dzięki czemu może być radykalnie większa od rozpiętości przetwornika, co jak wiadomo nie pozostaje bez wpływu na potencjał. (Współczynnik ukrycia może sięgać aż ośmiokrotności.) Druga rzecz to energia, kolejna prędkość. W przetwornikowym miechu AMT następuje błyskawiczna reakcja całej powierzchni (tak samo jak u elektrostatów, wstęg i planarów), ale tylko dla tej konstrukcji właściwa jest akceleracja fali akustycznej aż do pięciokrotności powstających na płaskich membranach. Dzięki czemu dźwięk szybszy, potężniejszy, jak również – niespodzianka – niosący mniejsze zniekształcenia. Szczególnie brzmienia nacechowane szybką pulsacją zostają lepiej odtworzone, różnica tyczy jednak wszystkich.

      Niemieckie, a dokładniej berlińskie słuchawki o tej konstrukcji, nazywające się HEDDphone, to propozycja powstałej w 2015-tym firmy Heinz Electrodynamic Designs, założonej przez fizyka Klausa Heinza i jego syna Frederika Knopa, muzykologa i akustyka. Firmy, jak sami piszą, ulokowanej na obrzeżach pięknej dzielnicy Tiergarten i powiązanej z głośnikową ADAM Audio – też należącą do Klausa Heinza; konstruktora który znał osobiście Oskara Heila, pod jego wpływem jeszcze pod koniec lat 70-tych zaczął działalność w branży głośników, rzecz jasna typu AMT.

Co się zmieniło, co zostało

     Zmiany wyliczył producent i należy mu wierzyć, bo cóż innego pozostaje? Ewentualnie sprawdzenie, którego wizualna strona będzie bezdyskusyjna, audialna trochę mniej. Wzrok nie mniej wprawdzie od słuchu nas mami, od starożytnych sceptyków ze szkoły Pyrrona poczynając, poprzez św. Augustyna, Descartesa i Kanta, aż po współczesnych epistemologów i badaczy zmysłów, stawia się go pod pręgierzem z wyrokiem oszusta, na dodatek takiego, że „O rany boskie!” On odwraca, zawęża, upraszcza, pomija, na niezliczone sposoby zniekształca i od siebie dodaje, a przede wszystkim posługuje się tzw. światoobrazem, zza zasłony którego mało co tak naprawdę widać. – Lecz mimo to ciągle dosyć, i w sam raz nawet, abyśmy mogli sobie radzić w warunkach życiowych, i to zarówno od strony wystarczalności ilościowej oraz adekwatności jakościowej danych zmysłowych, jak i powodowanej ich postacią całościowej myślowej wygody, a wraz z tym satysfakcji z zajmowanej pozycji bytowej – co, zaiste, nie mniej tutaj ważne. Ale pomińmy grube tomy, w których spisano osobliwe własności ludzkiego wzroku i ludzkiej jaźni, oraz te jeszcze grubsze, których dotychczas nie spisano, zawierające pozostałą wiedzę o nich. Trzymajmy się wiedzy potocznej, wg której posiadany zmysł obserwacji prowadzi nas prościuteńko w sam środek realizmu. Mierząc wzrokiem nowe HEDDphone TWO GT rzuca się w nasze czujne oczy i nasze mądre myśli, że od tych pierwszych, najdawniejszych, muszle mają wyraźnie mniejsze, a względem wersji TWO bez GT jaśniejsze materiałowe osłony przetworników we wnętrzach muszli, a jednocześnie organizację samych tych przetworników cośkolwiek zmienioną – i teraz grzbiety fałdów stały się mniej widoczne. Całkowicie widoczne są za to litery GT, dodane do sygnatur nazwowych po stronie wewnętrznej na obrotnicach chwytaków, jak również to, że logo marki po zewnętrznych zostało wytłoczone, a nie jak wcześniej wymalowane białą farbą. Reszta raczej się nie zmieniła – z włókien węglowych pałąk wygląda na ten sam, magnezowe muszle oprawiające przetworniki też wyglądają znajomo. W odróżnieniu od wersji najstarszej nie tylko że są mniejsze, ale też i ruchome we wszystkich trzech możliwych w naszej czasoprzestrzeni prostopadłych płaszczyznach[1], które, jakże zgodnie ze stanem faktycznym, nasze oczy przedkładają naszym wyobrażeniom[2].

     Jak na ten raz starczy może tych epistemologicznych zawijasów, weźmy się za twarde konkrety. Twarde, bowiem słuchawki dostarczane są w utwardzonym brezentowym etui, w którym oprócz nich i dodatku papierów znalazły się dwa kable i dwie przejściówki. O kablach była już mowa, że dla wersji GT zostały poprawione i teraz to 4-żyłowe przewody 5N SPC, co się przekłada wyglądowo na dość cienkie i całkiem giętkie rzeczywiście czterożyłowej plecionki, z żyłami osłoniętymi czarnym, półlśniącym, wzmacnianym kevlarem oplotem. Kable liczą po półtora metra i przenikają do muszli kątowo od przodu stykami poprzez małe jacki; po stronie wzmacniacza jeden kończy się symetrycznym Pentaconem (4,4 mm), drugi niesymetrycznym dużym jackiem (6,35 mm). Dla pierwszego przejściówka to zmiana zakończenia na symetryczny 4-pin, dla drugiego na mały jack (3,5 mm) – otrzymujemy zatem pełny wybór połączeń. Aha – jeszcze jedno – rzeczywiście przewody zostały zmienione, te z wersji bez GT w nazwie nie były plecionkami także na rozwidleniem.

      Grubymi poduszkami wyścielony pałąk i w pełni ruchome muszle wykończone mięsistymi padami w obszyciu delikatną skórką wegańską to oprócz ekologiczności gwarancja wygody, jeszcze wzmaganej lekkością kabla i jego bezkolizyjnym dla torsu wchodzeniem pod kątem. Same słuchawki też nie są ciężkie, ważą 550 gramów, a pozostałe parametry techniczne podobnie nie uległy zmianie – pasmo przenoszenia to wciąż 10 Hz – 40 kHz, czułość 89 dB, a impedancja 41 Ω. Moc minimalna wzmacniacza to 200 mW, ale zaleca się taką powyżej 1W. Wszystko to, ma się rozumieć, w ramach pełnoskalowej techniki AMT, w tym wypadku posiłkującej się membranami z kaptonu.

    Na finał została cena, która też nie uległa zmianie. Doskonalsze okablowanie i inaczej strojone, cokolwiek udoskonalone przetworniki, pozostały bez wpływu na cenę, która dla wersji GT okazuje się wciąż wynosić 9999,- PLN, czyli dokładnie tyle samo ile wynosiła w momencie debiutu dla TWO bez GT. Mimo to ceny nie pozostały całkiem bez zmiany: wersja GT wskoczyła na miejsce poprzedniej, a ta obniżyła cenę o półtora tysiąca.

 

[1] Być może istnieją też ukryte wymiary przestrzeni, ale za duże lub za małe, byśmy mogli je dostrzec.

[2] Nie jest to aż doznanie typu kantowskiego, lecz zdanie sobie sprawy, że widzialna część czyichś oczu stanowi zaledwie wycinek rzeczywistej kuli, może zacząć skutkować dość nieprzyjemnym sposobem widzenia innych ludzi; wszystkie te ich piękne i niepiękne oczy zaczynają być dziwnie inne.

Odsłuch: Komputer

    Zwyczajowo wystartowałem od komputera, obsługiwanego przez parę przetwornik i słuchawkowy wzmacniacz od Phasemation. Połączone interkonektem Sulek RED, a więc straszną drożyzną, wspomagane były cyfrowym okablowaniem tym samym co zazwyczaj (Ayon LAN, Fidata USB i Hijiri Coaxial); raz tak, a raz nie wspierane przez dopiero co recenzowany filtr Echosond Power Guardian, tworzyły warunki cieplarniane, a na początek postanowiłem poddać ocenie nowe okablowanie. Faktycznie nowe kable są podwyższonej jakości, lecz ciągle niewystarczającej. Sam producent jest tego świadom, proponując dokupienie 8-żyłowego kabla GTC (LC-OFC) za 599 euro, opatrując tę propozycję następującym wyjaśnieniem: „Kabel premium GTC dla HEDDphone® TWO i HEDDphone® TWO GT oferuje niższą impedancję i więcej szczegółów. Wysokiej czystości 8-żyłowy LC-OFC to aż 760 nitek przewodzących w przezroczystej osłonie. Jego jakość domaga się analogicznie wysokiej wzmacniaczy, by móc ukazać pełnię możliwości.”

      Dostarczane ze słuchawkami kable 5N SPC okazały się bardzo dobre odnośnie perlistości, czystości, dynamiki, szybkości i szerokości pasma, zabrakło im jednak tego, co zwykłem zwać aromatem. Nie przenosiły brzmieniowych smaków, zapachów i kolorów, brzmieniowy bukiet w ich wydaniu okazał się bezwonny niczym woda. Brylowały krystaliczną czystością, ale bez szaty ozdobników, samo jedynie ciepło się zaznaczało – nieznaczne, takie w sam raz dla nie lubiących jego nadmiaru. Użyty porównawczo Tonalium – ten gruby, najdoskonalszy i najdroższy – dosłownie zionął w miejsce tego bogactwem odcieni i smaków, a jakby tego było nie dość, zrobiło się z nim głośniej; ku memu zaskoczeniu okazał się łatwiej przepuszczać dźwięk, a nie tylko dawać go więcej. Grzechem byłoby go nie używać na dalszych etapach słuchania, nie zdołałem siebie nakłonić do powrotu na oryginalny.  

    Starczy może tych uwarunkowań, przejdźmy do nauszników. Czy technologia AMT rzeczywiście coś daje, zyskujemy coś szczególnego? Czy dostajemy razem z nią przyrost jakości akustycznej, lub może chociaż ilościowo czegoś więcej niż ma to miejsce za pośrednictwem słuchawek dynamicznych albo planarnych? Owoż wydaje się, że owszem. Przede wszystkim dźwięki stają się bliższe i większe, ich napór i bezpośredniość oddziałują gwałtowniej, co ma miejsce zwłaszcza w przypadku porównań do przetworników dynamicznych, bowiem planarne też to mają, ich brzmienia też są bliskie i duże. Nie niesie to wprawdzie z sobą aż posmaku przemocy, ale siła kontaktu zostaje zwiększona; wrażenie bliskości wykonawców wzrasta – jawią się jako okazalsi i bardziej namacalni. Prócz tego szczegółowość. Nie ta w sensie zerojedynkowym, że jest coś albo go nie ma, a w sensie dobitności i wyraźności czegoś. Być może to nie do końca trafne porównawczo, ale jest w tych HEDDphone coś, co dzielą znaczeniowo z większymi ekranami. Na większym ekranie widać więcej nawet przy tej samej rozdzielczości – efekt powiększenia i wraz z tym lepszej czytelności w HEDDphone też się zjawia. Wtóruje mu bezpośredniość, bo przecież nie inaczej, jak tak, że zwiększone postacie oddziałują silniej. A kiedy na dodatek te postaci są wyjątkowo wyraźne i naturalnie formowane… – Tak, tłok prawdziwości u HEDDphone pracuje ze spotęgowaną siłą. Zasmakowałem tego przechodząc bezpośrednio z Ultrasone T7, które zawsze uważałem za wyjątkowo bezpośrednie i szczegółowe, a mimo to HEDDphone TWO GT okazały się co najmniej nie gorsze i bliskościowo bardziej oddziałujące. Takiego efektu nie było już przy porównaniach do Final D8000 PRO Da Capo, względem których HEDDphone miały trochę niższą tonalność i ciut więcej muzykalności, a mniej powietrza i przestrzeni za pierwszym planem. Za to oklaski i widownię bardziej trójwymiarowe, zintensyfikowany też w wyższym stopniu czynniki biologiczny wokali, jako cieplejszych, bardziej analogowo melodycznych i bardziej się łaszących.

    Umownie można tak to ująć, że Final bardziej starały się o obiektywność, a HEDDphone były bardziej ludzkie i nastrojowe, swe lepsze modelowanie przestrzenne i wyższą analogowość wzbogacając zwiększoną dozą pogłosów.   

     O ile jednak flagowe Final i HEDDphone były mimo uchwytnych różnic brzmieniowo zbliżone (może nie aż do tego stopnia, by w ślepym teście nie odróżnić, ale generalnie podobne) to Dan Clark Audio STEALTH dalece się od obu różniły, za sprawą dużo mocniej wybijanego akcentu sopranowego, z przełożeniem na uwyraźnienie konturów w ramach, tak w cudzysłów ujmując, bardziej laryngologicznego podejścia, dla którego najważniejsze jest skanowanie obrazowe, a nie efekty artystyczne. Dalece większa poprzez to odmienność stylu, jako uwyraźnianie skrajne, całkowicie zabijające spójność muzycznej tkanki, dbające przede wszystkim o analizę i szczegóły. Bardzo wyraźnie się to manifestowało przy muzyce klawesynowej, gdzie  HEDDphone starały się brzmienia spod klawiszy łączyć, Final wyraźnie już poszczególne wybijały, a STEALTH szły z tym jeszcze dalej, dosłownie rozbierając instrument na części. Przy czym wszystkie trzy typy obrazowania mogły się bardzo podobać i szczerze mówiąc sam nie wiem, mnie które najbardziej. Wiem natomiast, że koncert Bacha w każdym z tych ujęć był odmiennym, dalece innym koncertem. Żadnego jednak ta odmienność nie miała przełożenia na umiejętność wydobywania szczegółów; test szczegółowości wykazał niezbicie identyczne u wszystkich pod tym względem umiejętności, wliczając w to też Ultrasone, u których wyróżnikiem było tło za gasnącymi dźwiękami w „Memories of Green” Vangelisa nasycone groźnym basowym pomrukiem, nieobecnym u pozostałych.

    Ta różność stylistyczna ani trochę się nie zmieniła po zastąpieniu Phasemation przybyłym po recenzję lampowym Feliks Envy Performance, który (co prawda w stanie dalece jeszcze nieogranym) w całej rozciągłości ją autoryzował. A wtedy pomyślałem, że mam przecież Susvary i błędem byłoby nie porównać, bo wszak je też charakteryzuje szczególna muzykalność i spoistość tkanki. W efekcie nastąpiło porównawcze zderzenie jednych z czołowych planarów z samotnie liderującymi AMT; zderzenie tym obiektywniejsze, że przy tym samym okablowaniu w postaci szczytowego Tonalium; starczało podpinanie do tego samego kabla tkwiącego we wzmacniaczu i jednoczesne ściszanie dla Susvar, tak gdzieś o jedną czwartą.

     Teraz muszę się skupić, by należycie wyłuszczyć różnice, bo te słuchawki już naprawdę były do siebie podobne. Susvary zaprezentowały brzmienie ciemniejsze, obficiej posiłkujące się światłocieniem i trochę bardziej od słuchacza oddalone, także śladowo, ale tak już niemal niewyczuwalnie, bardziej melodyjne. Mocniej wysycane pigmentem i wilgotniejsze wśród tego światłocienia barwy i wyższą umiejętność podkreślania w brzmieniach elementu delikatności, ale wszystko to w tak małych dawkach różnic, że tu już można było się pomylić podczas ślepego testu, o ile nie brać pod uwagę samego czucia muszli na głowie. Tak więc ocenę musiałem wystawić tym HEDDphone wysoką, zważywszy trzykrotną niższość ceny; bez wahania mogę napisać, że kupując HEDDphone TWO GT i okablowując je Tonalium, a może też lepszym ich samych kablem (tym bardziej Enteqiem Olympusem), dostajemy prawie Susvary. Przy czym wiem, że owo „prawie” to słowo zwodnicze, lecz w tym wypadku nie ma obaw. Naprawdę można się sycić melodyjnością tych HEDDphone, a wraz z nią bezpośredniością, wyraźnością i namacalnością dźwięku, posiłkującego się potęgowym basem. Bowiem prócz tego to słuchawki wysokoenergetyczne i basem mocno zbudowane. Niezależnie od faktu, że od Susvar cokolwiek brzmieniowo jaśniejsze, to generalnie ani trochę za jasne, tylko w sam raz, żeby wielka symfonika czy ciężki rock należycie straszyły, żeby przytłoczonemu dźwiękiem słuchaczowi sierść stanęła do pionu.

    Przejechałem przez kilkadziesiąt utworów z TIDAL i YouTube – od poezji śpiewanej po muzykę organową emanowała z dźwięku energia; i to nie taka, że czuć trochę, tylko zmiana paradygmatu z czegoś mniejszego na wielki głośnik. A pośród tego epatowania energią muzyka pięknie morfologicznie się scalała i jednocześnie była arcywyraźna, bliska, uderzająca – super!

Odsłuch: Odtwarzacz

      Translokowałem odsłuch do odtwarzacza ślącego sygnał na Twin-Head. Zagrało jeszcze lepiej i w tym kierunku, że HEDDphone stały się niemal identyczne stylem do Susvar przy Envy, ale (sic!) na wyższym poziomie. Teraz także ich brzmienie pociemniało i zwilgotniało, zintensyfikowało też kolory, i słychać było jak lepiej oddane zostają delikatne aspekty brzmienia przy jednoczesnym zachowaniu energetycznej potęgi. Wszystko to pośród znakomitego muzycznego nastroju, wzbogacanego dużo mocniej zaznaczającymi się w tej lokacji chropawościami tekstur i mnogością barwnych odcieni. Sumą znakomitość, której można się było spodziewać – ale żeby aż takiej? Nie spodziewałem się takiej gładkości zmieszanej z podnoszącą zaciekawienie chropawością, ani też takiej analogowości i takiej energii. Porównane i tu Susvary śladowo były gładsze i oferujące ciut gęstszy zapachowo, intensywniejszy aromatem miąższ. Dzięki czemu bardziej były uwodzicielskie, ale tak ledwie-ledwie, o pół grama. (W recenzji wersji bez GT napisałem, że nic a nic Susvarom nie ustępowały, ale teraz wmieszał się w sprawę interkonekt Next Level Tech ETHER, który nikomu w niczym nie pomaga, brutalnie obnażając wszelkie braki.)

     Zaniechałem porównań, skupiając się na tytułowym przedmiocie w dążeniu do całościowej wiedzy o nim. Poddane mnogim testom HEDDphone TWO GT kolejne podejścia zaliczały na najwyższe noty, nie znalazłem ani jednego aspektu, pod względem którego okazałyby się mniej niż znakomite. Za to znalazłem coś, pod względem czego wyjątkowe – tym czymś okazała się niepodatność na zniekształcenia. Muzyczne materiały potrafiący inne słuchawki czy kolumny wprawiać w zniekształceniowy dygot, ich ani trochę nie ruszały. Tak działo się zarówno odnośnie ekstremalnego basu, jak i ekstremalnych sopranów, też ekstremalnych pogłosów. Mogę więc tylko przystawić własną pieczęć pod stwierdzeniem, że przetworniki AMT są najlepsze w unikaniu zniekształceń.  

     Ale te ekstremalne zniekształcenia – na nie się przecież rzadko trafia, inaczej nie byłyby ekstremalne. Głównie chodzi więc o to, jak słuchawki się spisywały odnośnie różnych muzycznych nurtów i niesionych nimi nastrojów. I tutaj też muszę podżyrować sygnaturę najwyższej jakości, każdy rodzaj muzyki prezentował się zjawiskowo. Wielkoskalowa potęga orkiestr, piętrowość chórów, płuca organów, zmysłowość głosów, rockowa orka czy ekwilibrystyka jazzowa – wszystko jednako odznaczało się najwyższą klasą wykonawczą, każda muzyka porywała. Wszelka ujawniała własne bogactwo i sobie właściwą nastrojowość, mierniki przykładane do brzmienia raz po raz pokazywały koniec skali. Nie omieszkałem także sprawdzić oddania zwykłej mowy, i muszę przyznać, że bardzo niewiele słuchawek potrafi tak biegle łączyć naturalizm bezechowej powszedniości z muzyczną oprawą pogłosową.    

      Recenzenckie doświadczenie poucza, że osobny akapit należy poświęcić sprawie basu. Zadość temu pryncypium czyniąc stwierdzam, że bas był zawsze jak należy. Nie tylko daleki od zniekształceń, ale daleki od nich nie poprzez tego basu spłycanie, a znakomitość bez spłycania. Wyraźny kontur, wypełnienie, energia, szybkość i nienaganna specyfika brzmieniowa w oddaniu odpowiedzi membran – to wszystko bez zarzutu. Znalazło się też to, co zwykłem sprawdzać i określać mianem „zalewania basem przestrzeni”. Co bardzo ważne zwłaszcza dla muzyki elektronicznej oraz kościelnej organowej, i tego też nie brakło. Na drugim końcu skali soprany dosięgały szczytów w byciu tak popisowo trójwymiarowymi, jak rzadko kiedy bywa. Pomiędzy ekstremami, na tak zwanej średnicy, znakomite muzyczne smaki rozbudzały apetyt. Wszystko w energetycznym sosie, o którym już pisałem odnośnie stanu przy komputerze, że był miary gamechanger.

    Jedna na koniec uwaga, dość często się przewijająca w odniesieniu do różnych urządzeń. HEDDphone TWO GT to nie Grado GS1000 ani ich własnej firmy pierwszy model z większymi muszlami; zastępujące go jedne i drugie TWO same od siebie nie potęgują przestrzeni. Uważnie odczytują materiał nagraniowy, i tam gdzie zostało to zapisane, dzięki rozmiarom pomieszczenia i ustawieniu mikrofonów, bądź tam, gdzie elektronicznie dodane, tam pojawia się duża, niejednokrotnie gigantyczna przestrzeń. Ale bez tego nie.

Podsumowanie

      W podsumowaniu muszę powtórzyć, że mimo wcześniejszych pochwał nie spodziewałem się aż takiej jakości. Fakt, od początku wychwalałem HEDDphone, działo się tak w odniesieniu do obu poprzednich wcieleń. A te niedawne TWO bez sygnatury GT – czyż jakościowe zrównywanie ich z Susvarami to niewystarczająca rekomendacja? To miało jednak miejsce w torze wprawdzie ekstremalnej jakości, ale przyjaznym, wybaczającym, bo lampy 45’ i interkonekt Sulek RED są przyjacielskie, wspierające. Next Level Tech ETHER taki nie jest, tylko badawczy, obnażający. Mimo to HEDDphone TWO GT były niemalże tak bliskie Susvarom jak powieka do oka. Co zawdzięczały jednej cesze dźwigającej ich możliwości wyżej niż wersji poprzedniej – cechą tą muzykalność. Muzykalność, melodyjność, gładkość, elegancja płynięcia – chodzi o jedno i to samo, chodzi o piękno frazy. Muzyczne fale od GT kołysanie mają piękniejsze pośród bogatszej gamy kolorów, dzięki czemu nawet ten zdzierający zasłony ETHER nie mógł ich tak obnażyć, by super technologia utkwiona w HiFiMAN Susvara mogła pobić tą AMT. Ledwie-ledwie ją wyprzedziła, o pół łyżeczki aromatu, co stało się przy tym samym okablowaniu, zdecydowanie lepszym od własnego obu. Trudno więc nie mieć tego za okazję, tym bardziej, że napędzanie łatwiejsze, mimo iż też czerpiące jakość z dużej mocy.
      Trzy razy tańsze prawie-Susvary, połowa ceny innych drogich, to rzecz nie do pogardzenia. Może wygoda nie jest szczytowa, ale jest przyzwoita; z pewnością trzeba sięgnąć po lepszy kabel i zaopatrzyć się w mocny wzmacniacz, by wszystko z nich wycisnąć, ale potencjał na wyciągnięcie ręki. Fakt, da się świetnie za dużo mniej, są liczne takie słuchawki, ale niemalże Susvarami to żadne z onych nie są. Nie chcę zgadywać, ale coś mi się zdaje, że te Susvary poczuły na plecach oddech doganiającej czołówki pościgu i przeistoczyły się w wersję Unveiled. Ta jest na razie nieosiągalna dla konkurencji niższej rangi niż zrekablowane Entreqiem Olympusem T+A Solitaire P, Spirit Torino Valkyria czy RAAL Immanis z najlepszym srebrem, ale to już inna historia i inne budżety. (Elektrostaty zostawiamy w ich własnym, osobnym Wszechświecie.)

 

W punktach

Zalety

  • Pełnoskalowa technologia AMT jest bardzo konkurencyjna.
  • W mniejszych pieniądzach pozwala tworzyć słuchawki klasy mistrzowskiej.
  • Takie o szczytowej kulturze.
  • Muzykalności popisowej.
  • Energii zawstydzającej inne.
  • Wyraźności, czystości i szczegółowości na najwyższych poziomach.
  • Bezpośredniości dotykowej.
  • Masywności ze swoją masą.
  • A odstęp od zniekształceń jest większy niż u konkurencji, skądkolwiek by nie przyszła.
  • Szybkość miary elektrostatów.
  • Zarazem potężniejszy bas.
  • Perfekcyjne operowanie pogłosem.
  • A jednocześnie zwykła mowa przekonująco naturalna, pogłosami nie podbarwiana.
  • Przy całkowitej gładkości melodycznej faktury są należycie chropawe.
  • Sumaryczny zbiór cech nie ma żadnego słabszego punktu.
  • Nadają się do każdego gatunku muzyki.
  • Potrafią bez zarzutu oddawać wszelkie nastroje.
  • W miarę wygodne i niespecjalnie ciężkie.
  • Muszle regulowane we wszystkich płaszczyznach.
  • Miękkie pady w obszyciu ekologiczną skórą.
  • Kable wchodzące kątowo od przodu nie trą o obojczyki.
  • W komplecie znajdujemy dwa, każdy z odnośną przejściówką.
  • W efekcie można się podpiąć pod każde słuchawkowe gniazdo.
  • Te kable przyzwoitej jakości, choć warto poszukać lepszych.
  • Te lepsze oferuje sam producent, ale nie miałem okazji ocenić.
  • Etui z utwardzonego brezentu oznacza łatwy transport.
  • Wyjątkowo korzystny stosunek jakości do ceny.
  • Doświadczony, uznany producent.
  • Made in Germany.
  • Sprawdzona polska dystrybucja.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Jest wiele wygodniejszych.
  • Duża siła wzmacniacza warunkiem ich jakości.  (Mimo to będą dobrze współpracować z co mocniejszymi DAP-ami.)
  • Wyjątkowo potężne magnesy to bardziej gęste niż gdzie indziej pole elektromagnetyczne wokół głowy.

 

Dane techniczne:

  • Otwarte, wokółuszne słuchawki AMT o przeznaczeniu audiofilskim
  • Przetwornik: pełnozakresowy Air Motion Transformer (AMT)
  • Membrana: folia poliamidowa Kapton
  • Pasmo przenoszenia: 10 Hz – 40 kHz
  • Czułość: 89 dB
  • Impedancja: 41 Ω
  • Waga: 550 g
  • Moc wzmacniacza: 200 mW minimum, zalecana powyżej 1000 mW
  • Kable: symetryczny i niesymetryczny wzmacniane kevlarem, z przejściówkami
  • Nauszniki i poduszka na głowę ze skóry wegańskiej
  • W komplecie:
  • Kabel słuchawkowy długości 2,2 m z końcówką 6,35 mm
  • Kabel zbalansowany długości 2,2 m z końcówką 4,4 mm
  • 3-pinowy adapter audio – 6,35 mm do 3,5 mm
  • 4-pinowy adapter audio – zbalansowany 4,4 mm na XLR
  • Etui na błyskawiczny zamek
  • Instrukcja i karta gwarancyjna

 

Cena:  9999 PLN

 

System

  • Źródła: PC (pliki dyskowe, YouTube, TIDAL), Astell & Kern KANN ULTRA, CD Cairn Soft Fog V2.
  • Przetwornik: Phasemation HD-7A K2.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Divaldi AMP-05 z zasilaczem Sbooster BOTW, Feliks Envy Performance, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: Dan Clark Audio STEALTH (kable VIVO Cables i Tonalium), HEDDphone® TWO GT (kabel Tonalium – Metrum Lab), HiFiMAN Susvara (kabel Tonalium – Metrum Lab), HiFiMAN Susvara Unveiled (kabel Tonalium – Metrum Lab).
  • Kabel USB: Fidata HFU2
  • Kabel koaksjalny: Hijiri HDG-R Million.
  • Interkonekty: Sulek 6×9 RCA, Sulek Red RCA, Next Level Tech ETHER RCA, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, GFmod, Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Sulek Edia.
  • Filtracja prądu: Echo Sound Power Guardian
  • Kondycjoner masy: QAR-S15
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.

 

Pokaż artykuł z podziałem na strony

3 komentarzy w “Recenzja: HEDDphone TWO GT

  1. Sławek pisze:

    Ładnie grały na ostatnim AVS, na pewno to jest ten dźwięk który lubię. Z recenzji domniemywam, że w pobitym polu zostawiłyby moje HE-1000se. Przy muszlach gniazda na jacki 3,5mm – tak?

    1. Piotr+Ryka pisze:

      Jacki – tak, pobiły – nie. To znaczy gdy chodzi o naturalizm głosów i bezpośredniość kontaktu, to owszem, prawdopodobnie tak, skoro prawie są równe Susvarom, tyle że jak się lubi duże sceny przy możliwie częstych okazjach, to one tego nie zapewniają, w tej roli HE1000 będą lepsze.

      1. Sławek pisze:

        Czyli moje kable (FAW, Tonalium i Agrgentum) będą pasować, aż kusi do bezpośredniego porównania. A są HE-1000 Unveiled…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy