Recenzja: Final D8000 Pro Edition

   Ilość i jakość pozostają w dialektycznym związku, co można różnie interpretować. Dialektyka bowiem, to coś, co możemy nazywać logiką luźną, czyli niby te związki nieuchronne, ale jednak nie bardzo. W efekcie słowo „dialektyczny” nabrało pejoratywnego charakteru, czego dawcami byli jeszcze starożytni sofiści (coś jak dzisiejsi prawnicy – dobrze zarabiający spece od pokrętnych tłumaczeń), a co wzmocniła w czasach nam bliższych alternatywna logika Hegla, nazwana przez twórcę właśnie dialektyczną. I jeszcze czasowo bliżej, że już ocieranie, wywiedziona z niej pseudonauka materializmu dialektycznego Marksa i Engelsa.

Wymądrzyłem się w tym pierwszym akapicie, ale w końcu to HiFi Philosophy, a nie jakieś gołe Audio czy inne Fidelity, bazujące na samej przyjemności. Poza tym sprawa ze słuchawkami wyraźnie się łączy, do czego nieraz już nawiązywałem. Tych słuchawek się tyle nabrało przy nieustającym napływie nowych, że sytuacja bez porównania inna niż jeszcze parę lat temu. Pośród zaś tych już obecnych oraz nowo napływających coraz więcej widzimy takich z pretensjami do bycia naj-naj, że coraz trudniej to ogarnąć, jak jedne się mają do drugich. A przecież jeszcze całkiem niedawno, jeszcze na początku lat dwutysięcznych, sprawa jakości słuchawek była banalnie prosta i każdy średnio zaawansowany audiofil wiedział, dzięki rozmowom oraz branżowej prasie, że są jedne słuchawki najlepsze – Stax SR-007 Omega II.

Całej historii słuchawkowej jakości (także i wcześniej dość skomplikowanej, ale to już nie była wiedza powszechna) nie będę enty raz przytaczał, czytelnik już się z nią zapoznał. Jedynie zauważę, na swej tezy o słuchawkowym natłoku kolejne poparcie, iż oto właśnie, na dniach niemal, zawitały na rynek kolejne słuchawki o najwyższych pretensjach – tytułowe Final D8000 Pro Edition – wraz z czym samo japońskie Final Audio oferuje już równolegle trzeci model aspirujący do tytułu najlepszych słuchawek świata, a łącznie z historycznymi jest tych modeli teraz kilkadziesiąt.

Co w związku z takim natłokiem może nam rzec dialektyka? – Że niby im nowsze, tym lepsze, bo ilość musi przeradzać się w jakość? Dobrze by było, lecz nie tak prędko. Mówiłem wszak, że dialektyka to rozumowania śliskie… No ale, kurczę blade, jeżeli nie ta coraz lepsza jakość, to co stymuluje nieustanny napływ nowych – rzekomo coraz lepszych? Stary Żyd by powiedział, że ruch musi być w interesie: nowe towary, nowe szyldy, nowe ceny – to wszystko ma przyciągać, bo kto na coś rzuci okiem, ten czasem i się skusi.

Tak, owszem, rację masz Czytelniku – sam też tu dialektycznie naginam, przypisując innym czego nie rzekli. Bo spośród tych kilkudziesięciu potencjalnie najlepszych prawie nikt o sobie otwarcie nie głosi: „Jam the best!”, a jeśli już, to raczej na zasadzie „podobno”. Bowiem otwarta, bezwarunkowa czelność w stylistyce „Jestem naj!” nie jest w marketingowym repertuarze dobrze widziana; o wiele lepiej działa i na mniej krytyki naraża skromniejsze określenie „wyjątkowy”. Ma ono także tę właściwość, że zachodzi owych otwarcie najlepszych od tyłu – i bach pyszałka w ciemię! Nikt nie chce tam oberwać, toteż przezornie zamiast najlepsi wszyscy są wyjątkowi. A jak wszyscy są wyjątkowi, to nikt nie jest – jak słusznie zauważył junior Iniemamocny.

No proszę – i już wiadomo, dlaczego postęp się zatrzymał, ta ilość nie przechodzi w jakość. Wystarczyło uważniej czytać marketingowe wynurzenia faszerowane technologią, aby zaraz zrozumieć, że idzie w tym o wyjątkowość, a nie jakąś najlepszość. Słuchawki to nie komputerowe karty graficzne, tu nie ma klatek na sekundę. Każdy może o sobie głosić, że jest wyjątkowy; liczb żadnych mu nie przedłożysz, nie udowodnisz, że nie.

Rozgoryczenie recenzenta to dla zleceniodawcy recenzji katastrofa. A przecież można popatrzyć na całą sprawę z innej strony – nie tak sportowo, nie radziecko. To w sporcie są najlepsi, wiadomo kto najwyżej skoczył. Z kolei w ZSRR panowała istna obsesja najlepszości: wiadomo było oficjalnie kto jest (bądź był) najlepszym w dziejach pisarzem (Maksym Gorki), najlepszym hokeistą (Boris Majorow), najlepszym szachistą (Michaił Botwinnik), najlepszym językoznawcą (Józef Stalin). Ale kto tak naprawdę, a nie w radzieckiej prasie, najlepszym w historii był malarzem, kompozytorem, pisarzem czy matematykiem – tego rozstrzygnąć się nie da. Więc może też słuchawek nie może być najlepszych, jedynie zbiór wybitnych? Czyżbyśmy, w takim razie, już w 1987 roku, wraz z prototypami AKG K1000 i Sony MDR-R10, doszli do kresu możliwości i dalszy postęp tylko mirażem? Już bardziej uszu nie da się oszukać, technika dosięgła szczytów? Eeee, nie opowiadajmy głupot, nie dajmy sobie wciskać kitu – jeszcze powstaną lepsze słuchawki, jeszcze będziecie się nimi cieszyć. A póki co powstały Final D8000 Pro Edition, i sprawdźmy co potrafią.

Budowa

Szary pokrowiec.

Okazuje się, że repertuar zwrotowych zabiegów może być jeszcze szerszy, albowiem Final D8000 Pro nie powiadają o sobie ani że są najlepsze, ani że wyjątkowe, tylko że przełomowe. „To przełomowe słuchawki planarne wyposażone w nowatorski System Stabilizującej Strefy Powietrznej AFDS (Air Film Dumping System)” – tak to zostało określone.

Z tym nowatorstwem w sensie „teraz” to cokolwiek przesada, ponieważ system AFDS widzieliśmy już u Final D8000 bez przyrostka Pro, których recenzję napisałem równo dwa lata temu. W tamtej recenzji stoi, że prace nad AFDS rozpoczęto jeszcze w 2014, a na połowę 2017 był już w rynkowych słuchawkach. Niemniej system faktycznie jest nowatorski i na swój sposób przełomowy – jako jedyny oferuje membrany dla słuchawek planarnych z wytrawionymi a nie przyklejonymi czy napylonymi elektrodami. Co daje dwa ważkie atuty: ogólny tej membrany spadek masy i pozbycie się z jej powierzchni kleju. Pierwsze pozwala na większą reaktywność, bardzo ważną przy odtwarzaniu wysokich częstotliwości; drugie na większą elastyczność, potrzebną jednakowo częstotliwości każdej. To wszakże jeszcze nie wszystko, na AFDS składa się po stronie nie membrany, a słuchawkowej komory, system regulatorów przepływu powietrza z obydwu stron przetwornika, dzięki któremu nie pojawia się inna słabostka typowa dla słuchawek planarnych – podczas odtwarzania najniższych dźwięków nie dochodzi do kontaktu membrany z napędzającymi jej elektrody magnesami. To też kluczowy postęp, ponieważ zgodnie z nazwą przetworniki planarne są bardziej od dynamicznych płaskie, a prawidłowa reprodukcja basów wymusza duże wychyły. Drogą skomplikowanej obróbki matematycznej, przedzierzgniętej w złożony układ techniczny, udało się te wychyły zredukować bez utraty jakości odtwórczej; membrany w Final D8000 nie potrzebują dużych wychyleń, by bas został świetnie odtworzony. Świetnie, to znaczy na równi potężnie co precyzyjnie; i mało tego – to wszystko nie tylko procentuje w przypadku basu, ale też wzmaga dopasowanie słuchawkowego brzmienia do ludzkiej percepcji słuchowej. Ta w wyrafinowany sposób wentylowana obustronnie i wolna od kleju membrana wywołuje u słuchacza poczucie percepcji dźwięku całkiem jak w otwartej przestrzeni, zupełnie jakby nie poprzez obejmujące głowę słuchawki.

I tak faktycznie się dzieje, to nie są żadne bajki. Wielokrotnie porównując starsze D8000 miałem możność przekonać się, że pod względem poczucia otwartości ustępują jedynie słuchawkom o przetwornikach zawieszonych swobodnie, czyli jedynie AKG K1000 oraz Mysphere 3. Żadne inne, choćby nie wiem jak bardzo otwarte dzięki ażurowym pokrywom, nie mogą pod tym względem z Final D8000 konkurować; ten aspekt u nauszników z Kawasaki opracowano perfekcyjnie. Zdumiewający efekt uzyskano dzięki pięciu wentylom w obudowach i czterem graniastym wyżłobieniom po stronie wewnętrznej padów, które współpracując z perforowanymi maskownicami po obu stronach przetwornika dokonują cudu idealnego rozproszenia, że nawet najuważniej się wsłuchując nie wytropisz odbić od muszli. Formalnie więc słuchawki należą do półzamkniętych, w odbiorze, jak żadne inne przylegające do głowy, są otwarte. Tłumienie dźwięków z zewnątrz zapewniają przy tym niewielkie i same są dla otoczenia słyszalne, coś niecoś jednak w obie strony tłumią.

Srebrne słuchawki.

Zagłębmy się w szczegóły konstrukcyjne i spójrzmy na całościowy wygląd. Od strony czysto technicznej niby niewiele się zmieniło, a jednak zmieniło dużo. Zacznijmy może od tego, skąd wziął się nowy wariant w sytuacji sukcesu pierwszego? Nazwa zdaje się wszystko tłumaczyć, ale pozostaje pytanie: dlaczego te pierwotne nie mogły spełniać funkcji pro? Odpowiedź na to pada, że poszło o kwestię głośności. Nie jednak o konstrukcję bardziej zamkniętą, gdyż to nie miałoby sensu. Całkowite, a nawet tylko większe zamknięcie  komór, musiałoby wszak zburzyć cały kunsztowny zabieg z techniką AFDS – i psu na buty takie coś. A zatem, co nie tak? Otóż inżynierowie dźwięku wystosowali postulat stworzenia słuchawek takich samych, ale lepiej się sprawdzających podczas głośnego grania. Dopiero teraz się okazuje, że Final D8000 zostały w większym stopniu ukierunkowane na muzykę klasyczną, dla której większe znaczenie ma reprodukcja wysokich tonów oraz gwałtowne przejścia dynamiczne z cichości do głośności. Tymczasem dla najpopularniejszej w dzisiejszych repertuarach muzyki rockowej i rozrywkowej ważniejsza jest reprodukcja basu i granie cały czas na wysokich obrotach głośności, w efekcie czego słuchawki nie zostały zmienione, a tylko przestrojone, aby to lepiej uwzględniać. Ściśle biorąc, zaszły dwie zmiany techniczne i jedna wizualna. W modelu profesjonalnym całe muszle stały się z czarnych srebrne, co ładnie kontrastuje z czernią pałąka i padów. Jeżeli przy okazji nie zmieniono proporcji pomiędzy aluminium a magnezem (o czym nikt nie wspomina), to jest to zmiana czysto estetyczna. Odnośnie natomiast zmian technicznych, to pady zyskały perforację oraz z innego materiału wykonaną powierzchnię kontaktu z głową, wzbogaconą nie tylko o dziureczki, ale także specjalne włókna mające zdolność absorpcji potu. W efekcie stały się z gładko-śliskich dziurkowane tudzież mechate, fakturą przypominające coś pośredniego pomiędzy irchą a welurem. W kontakcie dotykowym są wyjątkowo miękkie, lepiej otulające i bardziej sympatyczne. W dodatku z wentylacją, analogiczną jak u topowych Focal. Prócz tego z wrażeń dotykowych pałąk na głowie cokolwiek mocniej się zaciska, ale pomimo tego w parę chwil z tej głowy całkiem „znika”. Nie znika natomiast wspomniane przestrojenie, dźwięk okazuje się inny. Ażeby go przestroić zastosowano inną membranę – ciemniejszej barwy i z minimalnie innym rozkładem pierścieniowo wytrawianych elektrod. A wszystko z myślą o tym, by zakres maksymalnej czystości i przestrzenności dźwięku przekierować z sopranów bardziej na stronę basu, co bardzo wyraźnie słychać.

Srebrzysto-czarne konkretnie.

Nic a nic nie zmieniło się natomiast odnośnie aspektów techniczno-pomiarowych. Membrana ma tak samo średnicę 50 mm i osadzona została w identycznych poza kolorem muszlach z aluminiowo magnezowego stopu. Identyczne są także obsługujące ją po obu stronach ustroje akustyczne i identyczna impedancja 60 Ω. Być może zaszły jakieś zmiany w zakresie pasma przenoszenia, ale podobnie jak MrSpeakers, Final go nie ujawnia. Nienaruszona pozostała także skuteczność 98 dB i całościowa waga 523 g. Co jeszcze się zmieniło, to cena jaśnie pani. Z 15 299 u D8000 dźwignęła do 17 299 PLN, co jednak łatwo wytłumaczyć. W zestawie wersji nieprofesjonalnej nie ma bowiem ani trzymetrowego kabla z posrebrzanej miedzi zakończonego dużym jackiem – za który solo dwa czterysta, ani etui ochronnego – za które trzeba też dopłacić, konkretnie trzysta złotych. W sumie więc zestaw profesjonalny jest korzystniejszy cenowo, a w każdym razie nie płacimy za sam zmieniony kolor i  lepszy humor producenta.

Odnośnie jeszcze tego dołączonego etui, to jest inne niż dokupieniowe do wersji nieprofesjonalniej – nie czarne a popielate i z dodatkowymi przetłoczeniami oraz zmienioną rączką. Mniej eleganckie, bardziej praktyczne – co w sumie i tak mało znaczy. Ważne bowiem jedynie brzmienie i ewentualnie jeszcze wygoda. Ta jest z grubsza ta sama, choć pady profesjonała są milsze w kontakcie ze skórą i dodatkowo wentylowane. Jednakże całe clou w brzmieniu.

Brzmienie

Duże i ze srebrzystym kablem.

Ponieważ w skład kompletu  Final D8000 Pro Edition wchodzi półtorametrowy kabel miedziany z końcówką jack 3,5 mm (czyli niesymetryczną), sprawdzenie kooperacji z odtwarzaczem przenośnym nie mogło zostać pominięte. Do dzieła zatem.

Z Astell & Kern AK380

Zaskoczenie. Final D8000 Pro Edition radziły sobie przy odtwarzaczu przenośnym lepiej niż skonstruowane z myślą o nim MrSpeakers Aeon. Przy tych samych ustawieniach poziomu głośności dedykowane przede wszystkim aparaturze stacjonarnej wielkie japońskie planary zagrać zdołały nie tylko głośniej, ale także pompować w muzykę więcej energii. Pod oboma tymi względami nieznacznie, o jakieś dziesięć procent, ustąpiły wprawdzie puszczonym zaraz potem Ultrasone Tribute 7, ale ze sprzętem przenośnym i tak bym te Final wolał – z dwóch mianowicie powodów. Primo – i tak mogły grać głośniej niż byłbym w stanie wytrzymać; secundo – generowały mniejsze zniekształcenia.

Rozbijmy ten etap odsłuchów na porównania do innych słuchawek pomijając MrSpeakers Aeon, bo to nie ich liga. Skupmy się więc na odniesieniach do jakościowo podobnych – do tych super energetycznych Ultrasone T7, starszych Final D8000 i jeszcze starszych Grado GS1000 w ich pierwszej, najbardziej zamierzchłej wersji.

Zacznijmy może od przymiarek z protoplastą. Napisałem już, że całościowe obniżenie dźwięku jest u teraz debiutujących – srebrnych D8000 Pro, dobrze słyszalne i przy odtwarzaczu przenośnym też było to dobrze słychać. Wersja pierwotna soprany bardziej akcentowała; przy większej ich procentowej obecności wyżej je także ciągnąc i kształt ich wysmuklając. Kładło się to specyficznie sopranową urodą na cały obszar brzmienia, jako dźwięk sumarycznie cieńszy i mniej trójwymiarowy. Nie tak sopranowo ekstremalnie wyśrubowany, jak to ma miejsce u AKG K1000 czy Audio-Techniki ATH-L5000 (u których te soprany to przy okazji inna szkoła), lecz jeśli już z czegoś styl czerpiący, to prędzej z wyższych niż niższych tonów. Prócz tego względem tych teraz opisywanych Pro dwie jeszcze istotne u poprzednika odmienności: całe owo bardziej sopranami niż basem znaczone brzmienie gładsze i mniej przekazujące energii. Jako efekt końcowy – mniej się podobające. (Mniej w każdym razie mnie.) Mające wszakże jedną przewagę: lepiej chroniące przed basowymi przesterami. Te pojawiły się u bardziej basowych Final D8000 Pro Edition w jednym jedynym utworze; takim już bardzo specjalnym, którego do badania basowych przesterów poprzez przesterowane (lub nie) wibracje pudła wiolonczeli używam. (Wiolonczela może zejść poniżej 66 Hz, kontrabas do trzydziestu dwóch, ale jest przy tej częstotliwości bardzo „miękki”.) Mam ten utwór na płycie oraz w pliku, każde słuchawki i kolumny zostają nim nakarmione.

 

 

 

 

Starsze D8000 przeszły przezeń bezbłędnie, nowsze troszkę o przester dwa razy się otarły. Ale i tak bym je wolał – nawet zdecydowanie – gdyż była to jedyna i dość skromna przewaga starszej wersji. Poza nią same po stronie nowych plusy – dźwięk całościowo przyjemniejszy i tak jak lubię chropawy. Nie ślisko gładki, tylko z gruzełkowatą posypką na fakturach – a taki przysypany kruszonką wolę. Minimalne więc lecz wyczuwalne grasejacje, smyczek mniej bez oporów idący po strunach, w fortepianowych brzmieniach więcej nakładania się dźwięków, relacji z pudłem i wibracji. Ogólnie zaś to wibrowanie wszędzie niższe i w bardzo przyjemny sposób. Przy czym – co także pewnym zaskoczeniem – bez konsekwencji w postaci postarzania głosów. Te zawsze świeże, nieprzejrzałe; jedynie trochę mniej wiotkie, dalsze od popadania w sopranową histeryczność i też przyjemnie chropawe, co w całościowym kontekście zmian technicznych można by nazwać „basowym marszczeniem”.

Kolejne porównanie. I cóż z tego, że Final D8000 Pro Edition o przester w ekstremalnie trudnym teście dwa razy się otarły, skoro Ultrasone T7 bardziej? I nie dość na tym, to także w utworach innych, przez które srebrzyste Final przeszły bez zająknienia. Względem też czymś nadzwyczajnym się chwalących, także mających system rozproszeniowy dźwięku (nazwany S-Logic® Plus), podobnie też profesjonalnych, lecz całkowicie zamkniętych, popisowych słuchawek dynamicznych, wykazały nowe popisowe planary od Final wyraźnie wyższą odporność na przestery, a przede wszystkim całościowo lepsze radzenie sobie z rozstawianiem dźwięków na scenie i ich poprawną propagacją. Faktem pozostaje, że przydawały tym lepiej rozstawionym dźwiękom cokolwiek mniej energii, jednak w partiach basowych też ekstremalnie dużo. Zejścia nie oferowały aż tak maksymalnego, tąpnięcia niczym trzęsienie ziemi, niemniej bas bardzo, ale to bardzo potężny i lepszy trójwymiarowo. A przy tym całą scenę mniej skondensowaną, gdy chodzi o tych dźwięków nakładanie, w efekcie czego wprawdzie całościowo nie większą, ale na obszarach największej aktywności bardziej czytelną, bardziej transparentną brzmieniowo. Orkiestry Ultrasone brzmiały potężniej, ale te od Final D8000 Pro Edition też potężnie, a przy tym bardziej rozdzielczo – mniej jednopostaciowo i z lepszą separacją źródeł. Owo lepsze rozprowadzanie było także widoczne w muzyce rozrywkowej; relacje wokal-akompaniament Final organizowały lepiej. A przy tym trzeba o nich dodać, że fantastycznie nasycały przekaz treścią, przyoblekały tę treść w piękną formę i obdarzały wszystko głębią barw. Całe brzmienie w efekcie takie, że momentalnie sprawa jasna: „to jest to”. Szczególnie w przypadku tych, którzy lubią muzykę na dużych scenach, ale jednocześnie treściwą. Co sprowadza się także do tego, że kontrasty na skali basy-soprany będą pojawiały się mniejsze.

Czarne ogłowie.

Piszę to już w kontekście ostatniego porównania – do Grado GS1000. Takich w wersji najstarszej, tej jeszcze z cienkim kablem, którą można określić jako w sensie brzmieniowym najbardziej artystyczną. One mają problemy – soprany tak aktywne i tak zarazem delikatne oraz wyśrubowane, że z kolei sopranowy przester się czai (niezależnie od basowego) – niepożądane interakcje z obudową w postaci irytującego  pobzykiwania. I co z tego, że tak się działo tylko w przypadku gorszych nagrań, skoro większość jest takich? Jednakże w zamian dają te zabytkowe Grado pewne rzeczy specjalne. Poczynając od ogólnej postaci brzmienia, która jedyna taka. Dźwięk pochodzący od nich względem Final i Ultrasone był bardziej eteryczny, ale zarazem nośny. W dal bezkresną umykający mocniej przywoływał tęsknotę – a przy tym ogólnie dalszy, z całą lokalizacją daleką. Pozornie zatem duży dystans, lecz mimo to wykonawcy odznaczali się niepoślednią naturalnością, ulokowaną w pejzażu innej, bardziej malarsko podawanej  muzyki. Więcej krajobrazu, więcej swobody i przepływu; więcej lekkości i odchodzenia w dal, a zarazem spajania wszystkiego w mocniej nasączoną uczuciowością całość. Zdecydowanie więcej w tym wszystkim procentowo tlenu oraz sopranowej rzewności – jej wkładu w budowanie atmosfery i ogromnych obszarów; za jej także sprawą najmocniejsze kontrasty. Bo bas zaskakująco mocny, ale pojawiający się rzadziej i poprzez to bardziej wówczas atakujący. Ultrasonom towarzyszył on stale – wynajdywały go we wszystkim. Final Pro wykazywały już większy umiar, ale też wszystkie brzmienia miały masywne dzięki doładowaniu niskim tonem. Ich wersja nieprofesjonalna bardziej zaś wszystko wysmuklała, nie zaniedbując jednak samego swojego basu potęgi. U vintage Grado dominowało natomiast oddalenie, poetyka pożegnania, sopranów smukłość i nostalgia, od czasu do czasu jedynie z towarzyszeniem czarnego basu i jego także wówczas potęgi. Ta muzyka była najbardziej artystyczną wizją, jednak nie pozbawioną realizmu, ponieważ to u Grado wykonawcy byli najbardziej realni, a już na pewno najbardziej ludzcy. Muzyka Final D8000 Pro Edition najbardziej zaś dosłowna – w wyrazie najrzetelniejsza i najbardziej konkretna. Bliska, masywna i esencjalna, wolna w wysokim stopniu od zniekształceń. Do wszystkich czterech można było natychmiast przywyknąć, każda miała atuty i słabsze strony. Lecz sumarycznie tych stron słabszych to nowe Final D8000 Pro Edition najmniej; i biorąc pod uwagę, że wszystkie brzmienia przytoczone (mimo iż z przenośnego odtwarzacza) prezentowały pełny high-end – są tytułowe Final Pro Edition rewelacyjnymi słuchawkami.

Brzmienie cd.: Przy komputerze

I czarne nauszniki. Teraz wentylowane.

Tym razem postanowiłem użyć symetrycznego wzmacniacza PhaseTech (Phasemation), ponieważ wraz z D8000 Pro przybył dodatkowy kabel symetryczny – ten, który trzeba dokupywać. Posłużył on obu Final; Ultrasone miały swój od Tonalium; jedynie Grado były bez (co im nie zaszkodziło). Odsłuchom towarzyszyły dwa interkonekty symetryczne: z zasobu  HiFiPhilosophy Tellurium Q Black Diamond i czekający na recenzję Hijiri HCI-X10. Oba w zbliżonych cenach, ale brzmieniowo mocno różne; Tellurium bowiem na swoich warunkach słuchawki upodobniał, Hijiri na swoich różnicował. Przy czym brzmienie tytułowych Final D8000 Pro Edition poprzez obydwa tak okazało się różne, że aż mnie to zszokowało.

Zanim o tych różnicach, dwa słowa o samych odniesieniach. Relacje pomiędzy porównywanymi nic nowego nie pokazały, skoczyła w górę sama jakość. Przykładowo, ten plik z testem na basowe przestery teraz wszyscy przeszli bez zająknienia poza Grado (które pobzykiwały). Mało tego, w zasobach komputera mam jeszcze straszniejszy test na bazie niskich tonów kontrabasu – i jego także wszyscy poza Grado zaliczyli, jedynie one miały znowu te nieszczęsne bzyknięcia. (Ale tylko bzyknięcia, a nie masywne przestery basowe, częste nie tylko u słabszych słuchawek, ale także u nie najwyższych jakościowo kolumn.) Z rzeczy ważniejszych zauważę, że Ultrasone bardzo wyraźnie się przy okazji rozprężyły w sensie komasowania sceny, aczkolwiek separacji źródeł tak dobrej jak tytułowe Final ciągle nie miały. Miały za to mocniejsze gruchnięcie i może zacznę odeń.

Final D8000 Pro Edition to słuchawki z potężnym basem. Pod względem niskości zejścia ustępujące jedynie najmocarniejszym z mocnych, to znaczy tym Ultrasonom T7 (oraz dwóm ich wcześniejszym wersjom), AudioQuest NightHawk oraz oBravo HAMT-1. Przy czym niski ich bas jest taki „dobrze sobie radzący” – jako że jeszcze niższy od T7 wyraźnie domagał się lepszych nagrań, z gorszymi się zniekształcał. Ten od Edition Pro nie dysponował wprawdzie tak ekstremalną siłą ciosu i tak żelazną kondensacją, lecz mimo to uderzał jak kijem bejsbolowym i odgłos tego uderzenia dawał bardziej trójwymiarowy (co właśnie go chroniło przed zniekształceniami). Ogólnie biorąc był to bas popisowy i wyjątkowo energetyczny, aczkolwiek stopień zejścia i towarzyszący mu ładunek energii – musimy to uczciwie przyznać – nie były aż miary rekordu świata. Niemniej ponad dziewięćdziesiąt procent słuchawek (w rachubę biorąc same dobre) nie ma takiego zejścia, a niemalże sto procent nie daje bębnom takiej przestrzenności.

Imponująco to wygląda.

Poza tym sektor basowy jest u tych Pro Edition najłatwiejszy w opisie, bo najmniej zależny od toru. Okazuje się zawsze mocarny, precyzyjny, przestrzenny – kropka. Nieco inaczej sprawa wygląda powyżej, chociaż też zawsze świetnie. Ale świetność świetnością, a świetne brzmienia bywają różne. Mało tego – te tu, w zależności od użytego interkonektu, różniły się bardzo znacznie. Z Tellurium Q zdecydowanie były cieplejsze i gładsze; z Hijiri bardziej chropawe i temperaturowo neutralne. Z wyższymi też i smuklejszymi sopranami, która to smukłość powodowała nieco mniej popisowe rozprowadzanie sceny, będące obok ogólnej naturalności i nasycenia przekazu nowych Final największym atutem.  Trójwymiarowe dźwięki na trójwymiarowej scenie w ich wydaniu to najwyższa przyjemność słuchania – można powiedzieć, że sprawiona nimi muzyka, pomimo bliskości pierwszego planu, dysponuje szczególnie dużym parkietem i dzięki temu swobodniej może się poruszać. Ale i same dźwięki są szczególnie obszerne, co ta ich bliskość jeszcze wzmacnia. Nie jest to przy tym, jak u Grado, muzyka od słuchacza odchodząca, tylko na odwrót – idąca kuń. Jaką się woli, to sprawa inna – mnie podobały się obie. Więcej powiem: wszystkie cztery podobały mi się ogromnie, każdą brałem za swoją.

Ta duża scena, z jej swobodą, nakładała się oczywiście na zasadniczy atut obydwu Final D8000, na całościowo niezaburzaną całkowitą otwartość brzmienia. Swoboda propagacji przez pięć specjalnych wentyli u obu była tak duża, że niemal dościgała słuchawki o muszlach nieprzylegających do głowy. Nie dawała wprawdzie słyszenia każdego przetwornika obydwoma uszami, lecz mimo to zapewniała sytuację zdecydowanie lepszą od przeciętnej – choć ktoś do słuchawek przyzwyczajony może tego w pierwszej chwili nie poczuć. Weźmy konkretny przykład.

To trio gitarowe w przypadku nie dość rozprowadzających źródła i otwartych staje się bałaganem, podczas kiedy na Final D8000 Pro Edition (pomimo pewnych niedociągnięć wykonawczych) było piękną współpracą trzech instrumentów. Ta sama specyfika pojawiała się w każdej muzyce, bo nawet śpiew solisty a capella (jak  choćby ten) lepiej zostawał ujęty w całościowej formie przestrzennej i czuciu tej przestrzeni. Nie towarzyszyła temu, co prawda, poetyka Grado, lecz za to odbiór narzucający się wprost jako naturalny, bliski i nieskrępowany słuchawkowymi ograniczeniami. Bycie żywą muzyką bez słuchawkowych barier – to się tu świetnie udało.

Ta wszechobecna trójwymiarowość tyczyła, oczywista, niejedynie basu. Odnośnie średniego zakresu, było to znakomite obrazowanie wokali, nawet w przypadku słabych nagrań. Czyste, nasycone i w trzech wymiarach wybrzmiewające głosy o dobrej swoistości pojawiały się u Final D8000 Pro Edition nieodmiennie i nie znalazłem ani jednego od tego stanu odstępstwa. Bardziej chropawe i smukłe poprzez Hijiri, cieplejsze, obszerniejsze i gładsze poprzez Tellurium – zawsze okazywały się piękne.

Imponująco brzmi.

Najciekawsza i najbardziej złożona sytuacja tyczyła wysokich tonów – też oczywiście przestrzennych i otwartych. Zgodnie z założeniami wersja Pro traktowała je od wersji wcześniejszej inaczej; właśnie bardziej przestrzennie, a mniej wysubtelniająco. Bardzo dobrze było to słychać na tym chociażby przykładzie, kiedy fortepian Ivo Pogorelicza w wydaniu słuchawek bez Pro stawał się delikatniej brzmiący i mniej trójwymiarowy. Zapewne tego bym tak nie odczuł, gdybym go wcześniej poprzez tę Pro Edition nie słuchał, ale w tym graniu wersji starszej zabrzmiał mi trochę za nerwowo i za mało potężnie. Nie posunę się aż do stwierdzenia, że wersja Pro jest lepsza, bo pewne stany uczuciowe z tą starszą obrazowały się misterniej i poprzez to bardziej dojmująco, niemniej gdybym już miał wybierać, to nowszy, srebrny model bez wahania bym wybrał. Te koronkowe sonaty Scarlattiego, w tym najsłynniejsza K.380 E major, w ich brzmieniowej obróbce pasowały do mego muzycznego gustu bardziej. Cecha w tym najważniejsza: przy treści niewiele mniej gęstej niż u Ultrasone T7, propagacja i trzeci wymiar obrazowały się lepiej. Odrobinę szkodziło temu jedynie powściąganie sopranów, u wszystkich trzech pozostałych ciągnionych wyraźnie wyżej, co miało przełożenie na lepszą specyfikę głosów. Te od D8000 Pro Edition były wprawdzie słuchacza najbliższe oraz najbardziej trójwymiarowe, ale brzmieniowo mniej specyficzne. Najlepsze pod tym względem od Grado, na drugim miejscu Ultrasone.

Brzmienie cd.: Przy odtwarzaczu

Starsze i nowsze wcielenie.

Na koniec ekstremum jakościowe, ale z uwagi na cechy dzielonego odtwarzacza nie należące do łatwych. Dzielony Ayon narzuca srogi reżim sopranowy na bazie wielkiej tych sopranów ilości bez próby powściągania, co znaczy, że cała reszta toru soprany obsługiwać musi perfect, inaczej będzie gryzło. Wzmacniacze (Phasemation i Twin-Head) oraz okablowanie spokojnie temu sprostały, pozostawała kwestia słuchawek. Próby sopranowej nie przeszły Grado, od tych sopranów bzikowały. Obydwa skraje pasma – maksymalnie teraz wyśrubowane – wywoływały u nich przesterowania, niejednokrotnie bardzo mocne. Nie dziwi zatem, że samo Grado poszukało w kolejnych wersjach kabli czyniących te soprany pełniejszymi i spokojniejszymi, co stało się jednak pewnym kosztem liryzmu, bliższego przeciętności. Z kolei Ultrasone okazywały się przesadzać z tym swoim wiecznym szukaniem basu i generowaniem wysokich ciśnień – niejeden utwór na tym cierpiał, stawało się aż za gęsto. Jeszcze co innego pokazały użyte teraz Meze Empyrean z własnym kablem, bo do nich Tonalium pożyczyłem. Nie miały z niczym problemów, a jedyne, co można by im zarzucać, to chęć podawania muzyki po swojemu. Ten ich oryginalny kabel soprany redukował, w efekcie muzyka stawała się łatwiejsza, ale też zjawiał się do niej dystans. Brzmiała pięknie, ale na tle czołowej konkurencji okazywała się nie generować wrażenia niezapośredniczonej obecności w centrum muzycznych zdarzeń. Tego z Tonalium u nich nie ma, ale Tonalium nie było.

W efekcie najlepiej z porównywanych wypadły dwa modele planarne od Final Audio; oba to niezapośredniczenie dawały bez potrzeby wspierania się lepszym od własnego okablowaniem. Z tym, że starsze D8000 posługiwały się srebrnym kablem od D8000 Pro, który podnosi cenę o dwa tysiące. (Ich własnym, trzymetrowym miedzianym, nie dysponowałem.) Trochę szkoda tego oryginalnego absencji, jako że zmienia sygnaturę brzmienia i chyba lepiej do nich pasuje, ale było jak było. – To znaczy wiąż nowe Pro podobały mi się bardziej – i teraz nawet bardziej bardziej. Właśnie poprzez pryzmat dążenia do niezapośredniczonego uczestnictwa, które w kreacji tytułowych Final D8000 Pro Edition realizowało się niemal perfekcyjnie. Co do ich cech brzmieniowych, to nic się nie zmieniło, odnotowałem natomiast jedną kolejną istotną: umiejętność nadążania za wzrostem jakości toru. Bynajmniej nie jest ona wszystkim dana; na przykład Ultrasone T7 do toru przy komputerze pasowały lepiej – wyraźne teraz poszerzenie pasma w przypadku użycia tranzystorowego wzmacniacza wcale im nie służyło. (Lampowy, to co innego.) Także starsza wersja D8000, o której pisałem kiedyś, że sprawdza się najlepiej w duecie z dobrym gramofonem, nie potrafiła w pełni wyzyskać sopranowego szturmu odtwarzacza, soprany mając nie dość mocno na przestrzeń rozpostarte.

W tym miejscu musimy przystanąć, gdyż trzeba odnotować sprzeczność z danymi producenta. On bowiem w technicznych założeniach przedkładał, że właśnie D8000 soprany dadzą bardziej trójwymiarowe, D8000 Pro – bardziej bas. Nieprawda! Nowe D8000 Pro cały dźwięk mają bardziej trójwymiarowy, a starsze D8000 soprany tylko bardziej wyciągają; lecz nie na bazie lepszej ich trójwymiarowości, a tylko wysmuklania. Efektem brzmienie całościowo cieńsze i bardziej delikatne, w tym wokale, jednakże te od D8000 Pro wcale wraz ze swą większą masywnością i lepszą trójwymiarowością przez to nie starsze, jakieś przejrzałe, a jedynie bardziej obszerne, jakby nie tyle od osób starszych, co bardziej witalnych i mocniej w życiu tkwiących. Nie jakichś zestrachanych panienek, co to się śpiewać głośno krępują, tylko znających swoją wartość wokalistek, z głosami na cały regulator. Przesadzam oczywiście, to nie był kontrast tej miary, ale chcąc oddać ducha różnicy, można się do niego odwołać.

Pokrywy muszli: stop aluminiowo-magnezowy.

Zbierając poszczególne brzmienia w całość śmiało mogę powiedzieć, że Final D8000 Pro dały popis i okazały się słuchawkami zdolnymi przenosić słuchacza do koncertowych sal bez żadnej umowności. Tryskały i energią, i jednocześnie szczegółami. Ogromny zalew informacji o dźwięku i przestrzeni, lecz zawsze przeobrażony w muzykę – tylko muzyką będący. Bliskość pierwszego planu, nie zwracająca na siebie uwagi temperatura, trójwymiarowa postać zarówno sceny jak brzmienia, wysoki stopień naładowania całości energią i niezaburzona niczym ekstensja – to wszystko się składało na zjawiskowy naturalizm, jakiego na co dzień doświadczam używając AKG K1000. Nie od rzeczy więc będzie napisać, że oto drugie, po zrecenzowanym niedawno modelu jubileuszowym Audio-Techniki, słuchawki pozwalające na niemalże tej miary kontakt z muzyką co dawne referencje. Jedyne, do czego mogłem się przyczepić, to pewien deficyt sopranów. Nie w sensie widomego ich braku pod postacią niedostatku dźwięczności albo całościowego wrażenia, że są jakoś powściąganie – dźwięczność (wspierana zawsze przestrzennością) bez najmniejszego zarzutu, a całościowe poczucie sopranowej ekstensji też nie budzące zastrzeżeń. Jedynie więc poprzez stały kontakt z AKG K1000 mogę napisać, że trochę brakowało sopranowego wykończenia zarówno całości, jak wokalom. Tej specyficznej na obrzeżach dźwięków misterności, która się łączy z przestrzenią jako dopełnienie z nią związku, tworząc zachwycającą jedność pośród różnorodności. Mniej także było całościowej sopranowej łuny – pieniami tworzonego tła i sklepienia, czynników wzmagających piękno. Ale powtarzam – tylko ktoś mający do czynienia na co dzień z Sennheiserem Orpheusem lub którąś z pozostałych referencji, może dostrzec takie niuanse, to już są najwybredniejsze grymasy. Mógłbym nawet o tym nie wspomnieć, ale wolę być szczery. Niezależnie jednak od tego, z Final D8000 Pro możemy zaznać muzyki żywej; tak bliskiej oryginałowi, że nie ma żadnych barier. Mocna rekomendacja.

Zakończenie

  Najlepszą rzeczą w tym spotkaniu z tytułowymi Final D8000 Pro Edition okazała się niespełniona obietnica. Ta obietnica producenta, że bas wprawdzie bardziej trójwymiarowy i klarowny, ale kosztem przestrzenności i klarowności sopranów. Sam siebie ten producent przeszedł – bas rzeczywiście bardziej przestrzennym czyniąc, soprany przy okazji też. Nie pomylił się w tym jedynie, że u wcześniejszych D8000 bez sygnatury Pro soprany bardziej dyktują warunki, smuklejsze generując w wyższych rejestrach i rzutujące na całość brzmienie – więc całościowo bardziej delikatne, pomimo mocnej basowej kontry. W związku z czym bardziej też kontrastowe na linii bas-soprany i przy okazji mnie energetyczne. Mniej także generalnie trójwymiarowe oraz mniej harmoniczne w sensie rozwijania na przestrzeń harmonii. Bo, przykładowo, fortepian od D8000 tracił na tle fortepianu od D8000 Pro przestrzenny wymiar i wewnętrzną moc harmonicznego rozpostarcia – osłabiał się, uszczuplał. Być może z kablem miedzianym nie działoby się to tak wyraźnie i z pewnością od charakteru toru zależeć będzie rozmiar uszczuplenia, ale u siebie je odnotowałem używając trzech stacjonarnych torów, czyli to nie był przypadek.

Wracając do tytułowych. Profesjonalne Final są słuchawkową rewelacją: wygodne, nie dające ograniczeń typowych dla słuchawek, też z punktu je dostajemy z pierwszorzędnym okablowaniem i nadążają za każdym sprzętem. Słabszemu krzywdy nie uczynią, tylko go jeszcze podeprą, do odtwarzacza przenośnego bardzo dobrze pasują, a z torem high-endowym dadzą żywą muzykę. Nie żywą w sensie potocznym (że tak po prostu się mawia), tylko jak najbardziej dosłownym. I jeszcze jedna ważka zaleta – szczególnie duży dystans od zniekształceń. Czy to basowych, czy sopranowych, czy wynikających z redukcji przestrzeni w samym nagraniu (zbita scena), czy także (o co od początku chodziło) z dużego poziomu głośności. Gdy z innymi drogimi może być już nietęgo, te się wszędzie obronią. Nie od parady są więc profesjonalne – i jako takie dające prawdę, mogące grać bardzo głośno, bardzo rozdzielcze i nie zniekształcające. O włos tylko słabsze od najwybitniejszych historycznych i z minimalnie słabszą reprodukcją sopranów względem referencyjnej Audio-Techniki. W zamian od niej w użyciu łatwiejsze, nie trzeba się tak wysilać z torem. Poza tym nie wszyscy lubią ekstremalną sopranową ekstensję, niektórym ona przeszkadza.

 

W punktach:

Zalety

  • Z całą dosłownością żywy muzyczny obraz.
  • Popisowa trójwymiarowość każdej sceny i każdego dźwięku.
  • Nie mająca cech narzucania, ale rewelacyjna holografia.
  • Podobnie też nie narzucający się, ale rewelacyjny bas.
  • Wyjątkowo trójwymiarowe i nie dające wrażenia deficytu soprany.
  • Podobnie trójwymiarowe i mocno osadzone w życiu ludzkie głosy.
  • Bliscy i namacalni wykonawcy.
  • Duże, robiące wrażenie dźwięki.
  • Rewelacyjne rozprężanie sceny – żadnego komasowania się źródeł.
  • I cała scena rozległa, jak najdalsza od poczucia ciasnoty.
  • Specjalna konstrukcja obudów przetworników (układ AFDS) daje dźwięk całkowicie otwarty.
  • W efekcie słuchamy w słuchawkach, a jakby nie było słuchawek.
  • Neutralna temperatura z basową nutką ciepłoty.
  • Stuprocentowa przejrzystość medium.
  • Wysokie ciśnienie dźwięku.
  • Wysoka tego dźwięku całościowa energia, pomimo takiej trójwymiarowości brzmienia i tak obszernych scen.
  • Dynamika.
  • Szczegółowość.
  • Przyjemna chropawość tekstur.
  • Ponadprzeciętny dystans do zniekształceń.
  • Także w zakresie bardzo wysokich poziomów głośności.
  • Nadają się do sprzętu przenośnego.
  • Ogólnie łatwe w napędzaniu.
  • Żadnych brzmieniowych kaprysów, podejdą do każdego toru.
  • Wyjątkowo lekkie membrany z wytrawionymi a nie przyklejonymi elektrodami.
  • Wentylowane komory.
  • Układ kontroli wewnętrznego ciśnienia AFDS chroni przed kontaktem membran z magnesami.
  • Czego efektem lepsza reprodukcja basu.
  • Wewnętrzny układ ustroi akustycznych zapewnia niezaburzoną propagację dźwięku.
  • Charakterystyczna dla słuchawek planarnych natychmiastowa odpowiedź sygnałowa na obszarze całej membrany.
  • Wygodne.
  • Pięknie wykonane.
  • Poprawiona wyściółka padów – przyjemniejsza w dotyku i wzbogacona o wentylację.
  • Dwa wysokogatunkowe kable w komplecie.
  • Praktyczne etui.
  • Jeden z wiodących producentów.
  • Made in Japan. (Kawasaki.)
  • Polska dystrybucja.
  • Ryka approved.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Mniejszy procentowy udział sopranów w brzmieniu redukuje nieznacznie indywidualizm głosów i relacje brzmienia z przestrzenią.
  • Duże i drogie.
  • Kabel symetryczny trzeba dokupić, symetryczny do sprzętu przenośnego dorobić.

 

 

Dane techniczne:

  • Słuchawki wokółuszne konstrukcji półzamkniętej.
  • Obudowa: stop aluminium i magnezu
  • Przetwornik: planarny z systemem AFDS.
  • Membrana: ø50 mm o wyjątkowej lekkości z wytrawionymi bezpośrednio cewkami.
  • Impedancja: 60 Ω.
  • Czułość: 98 dB/mW
  • Przewody: 1,5 m (minijack); 3,0 m (6,3mm).
  • Waga: 523 g.
  • Wyposażenie: dwa odpinane przewody, etui na słuchawki.
  • Gwarancja: dwa lata

 

Cena: 17 290 PLN ($4000)

 

System:

  • Źródła: Astell & Kern AK380, PC, Ayon CD-T II.
  • Przetworniki: Ayon Stratos, Ayon Sigma.
  • Wzmacniacze słuchawkowe i przedwzmacniacze: ASL Twin-Head, Ayon HA-3, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: AKG K1000 (kabel Entreq Atlantis), Final D8000 & D8000 Pro, Grado GS1000, Meze Empyrean, Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab).
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Interkonekty: Siltech Empress Crown, Sulek Audio & Sulek 6×9, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9700, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Edia i Sulek 9×9 Power.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek Edia.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

17 komentarzy w “Recenzja: Final D8000 Pro Edition

  1. Patryk pisze:

    D8000 Pro czy Focal Utopia wedlug pana?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Z kablami na wyposażeniu – Final D8000 Pro. Na ile można poprawić Focal Utopia lepszym kablem, tego nie wiem.

  2. Fon pisze:

    Dajcie spokój z tą drożyzną ceny są wręcz niesmaczne, się porobiło…
    Może jakieś bardziej przyziemne testy Piotrze jak się da

    1. Marcin pisze:

      Jestem tego samego zdania. Ceny obecnych, „audiofilskich” słuchawek wystrzeliły ponad stratosferę i to naprawdę nie jest zabawne. No ale jest tylko jeden, ekonomicznie słuszny zresztą powód takiego stanu rzeczy – ktoś takie słuchawki w takich cenach kupuje. A jeśli kupuje, to i ceny nie spadną niestety.

      1. Andrzej pisze:

        Wielcy gracze słuchawkowego świata próbują ustawić sobie rynek na swój sposób tworząc coś w rodzaju oligopolu. Obecnie jest moda na słuchawki i co zamożniejsi klienci kupują drogie słuchawki chociażby po to aby być „trendy”. Ta gra może się jednak dla tuzów słuchawkowej branży źle skończyć. Założony przez nich efekt może być dokładnie odwrotny, i to właśnie rynek spowoduje przetasowanie i za parę lat będziemy mieli zupełnie innych wiodących graczy na rynku słuchawkowym. Stosunek popytu na niskich pułapach cenowych do zagregowanej siły nabywczej na wysokich pułapach cenowych jest nieporównywalnie większy i tworzy nam się olbrzymia nisza gdzie mogą wejść nowi gracze, dotychczas trzymani niejako na dystans przez tych dużych. Wystarczy chociażby popatrzyć na to co wchodzi na rynek: Soundmagic hp 1000 – słuchawki z dużymi aspiracjami do audiofilskiego holograficznego odsłuchu,(sprzętowo też);Takstar hf580-magnetoplanary; Braiwavz Alara – magnetoplanary,(podobno wyprzedane na pniu ale w niektórych miejscach jeszcze dostępne; Kennerton Magni; Creative wprowadza na rynek możliwości ulepszenia, lub zmiany charakteru brzmienia słuchawek poprzez system X-FI i być może jest to tańsza alternatywa dla opisywanego tutaj jakiś czas temu procesora dźwięku jednej z krakowskich firm.
        Co do Nightowli ich dużą zaletą jest to że do poprawnego odsłuchu nie potrzebują jakiegoś szczególnie wymagającego toru.

    2. Piotr Ryka pisze:

      Był niedawno test MrSpeakers Aeon. Niedługo, ale już po AVS, które trzeba odbębnić, będzie nowych, znacznie tańszych Crosszone. Nie jakichś specjalnie tanich, ale od tych Final trzy razy tańszych. Natomiast wszystkim poszukującym słuchawkowej okazji, a zatem czegoś „po pieniądzach”, polecam szybciutko kupić któryś z ostatnich egzemplarzy AudioQuest NightOwl. Na moją odpowiedzialność.

      1. Fon pisze:

        To jest dobra koncepcja Audioqest jest tu czarnym koniem cenowym

        1. Piotr Ryka pisze:

          Był. Pytałem polską dystrybucję – definitywnie wycofali się z produkcji słuchawek. Bardzo dziwna strategia, niezrozumiała.

          1. Alucard pisze:

            Bez sensu. Nightowl w cenie około 3000zł urywają dupę moim zdaniem. Wygodne, lekkie, detaliczne z relaksująca barwą i ładnym basem. Szybkie organiczne granie z dobrym kopem z dołu. Zrobili dobre słuchawki, potem wypuścili ich jakby jeszcze lepszą poprawioną wersję i się wycofali.

          2. Marcin pisze:

            Czy te NightOwl są lepsze od NightHawk? Te drugie skolei chyba też mają dwie wersje (czyli pierwotna i carbon)? Które są najlepsze w rodzinie Audioquest’a?
            Z góry dziękuję za odpowiedź 🙂

          3. Piotr Ryka pisze:

            Niestety nie odpowiem – nie miałem okazji porównać. Ale jak na swe ceny, to wszystkie są w porządku.

      2. Adam Rzetelski pisze:

        Jaki jest według Pana najlepszy tor lub tory pod Nightowle? Pomijając Reda.
        Obecnie mam Mojo, Fiio q5, Aune S7 i z ciekawości, a może nie tylko chciałbym usłyszeć ich pełny potencjał i porównać do tego co mam, bo coś czuję, że da się lepiej.

        1. Piotr Ryka pisze:

          Najlepszy raczej mijałby się z celem, bo byłby strasznie drogi. Polecam wzmacniacz FEZZ Audio Omega Lupi. Nie jest drogi, a posiada dużo mocy, której NH potrzebują do osiągnięcia pełnej transparencji.

          1. Adam Rzetelski pisze:

            Dziękuję spróbuję Nightowli z Lupi, bo wciąż czegoś mi brakuje w tych NO. Niby jest dobrze, ale nie do końca.

  3. Alucard pisze:

    Nie wiem jakich wersji słuchałem we Wrocławiu, ale przewaga Nightowl nad Nighthawk to pełniejszy bardziej organiczny bas, ogólnie dźwięk bardziej wygładzony i lepiej zespolony, wydają się naturalniejsze. Nighthawk grają jakby syntetycznie i sucho w bezpośrednim porównaniu. Najbardziej planaro podobne dynamiki jakich słuchałem to Nightowl. Generalnie są podobne co do barwy i ogólnej sygnatury – ciemno i mocno z dołu, ale Nightowl wygrywają właśnie na zasadzie lepszego wypełniania i propagowania dźwięku przyjemniejszego i łatwiejszego w odbiorze. Dla mnie to poziom dynamików do co najmniej 10 000zł. Brać póki są.

  4. Fon pisze:

    Ja mam NH z zakrytymi bokami w miejscu siatek, dotoczone dekle i słuchawki grają bardzo podobnie do NO bo porównywałem kiedyś, dodałem jeszcze troszkę watoliny i dla mnie jest bardzo ok, z siatką grają specyficznie ale też ciekawie.
    Fakt to genialne słuchawki,ciężko zrozumieć firmę…

  5. Roman pisze:

    Pozwolę sobie wrócić do tematu recenzji – słuchałem dłuższą chwilę D800Pro na AVS i mogę powiedzieć tylko – fenomenalne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy