Nie podobała mi się ta recenzja od samego początku, już przed pierwszą postawioną literą.
Bo tak:
– O samym kablu już pisałem na kanwie łącza USB, a zatem znaną sprawą.
– Ale producent tajemniczy, nie wszystko mówi o sobie, nadal nie wszystko będzie jasne.
– Prócz tego pisanie o znaczeniu kabli każdorazowo potencjalną burzą, a choć nikt mnie już nie zaczepia, bo zwykłem dawać po uszach, to jestem tym trochę zmęczony.
Lecz to i tak jeszcze nie wszystko, a nawet nie powody główne. Główny powód jest taki, że kabel połączono na stałe ze słuchawkami AKG K1000, które kiedyś przez długi czas (1989 – 2015) były flagowe dla nieistniejącego już austriackiego AKG, natomiast nadal są flagowe dla mojej kolekcji słuchawek. Mało tego – flagowymi też pozostają pośród wszystkich które zrecenzowałem, ale w tej roli już nie same i wyłącznie z kablem Entreqa. Co jest właśnie powodem, że w ogóle te słowa piszę, ale jeszcze bardziej niż wojowaniem z kablami zmęczony jestem wychwaleniem tych historycznych AKG. Od lat już nieobecnych w sensie obecności sklepowej, chociaż tak, macie rację – ciągle można nabywać na dość szerokim rynku wtórnym. Swym nieustannym tam cenowym progresem (niedawno widziałem ofertę w nierozpieczętowanym pudełku z wyceną ponad dwudziestu tysięcy) szydzą z nowopowstałych[1], nie pozwalając się wyprzedzać, jako że kiedy do takich nierozpieczętowanych dodamy cenę obligatoryjnego dla ich popisów entrekowego kabla, wdrapiemy się na pułap najdroższych spośród dzisiejszych, mieszając się pomiędzy HiFiMAN Susvara i Stax SR-X9000. Tym samym trafiając do klubu najelitarniejszych spośród oferowanych normalnie, aczkolwiek bywają jeszcze elitarniejsze – Sennheiser HE1 oraz HiFiMAN Shangri-La – ale jako efemerydy możliwe do powąchania jedynie drogą kupna.
Z tego wszystkiego zieje nudą powtórnego opisu – braku elementów nowości i postępu. A jeszcze na dodatek przyjdzie opisać coś tak banalnego jak kabel; dwa są jednak, co najmniej, powody (nie licząc najbardziej zasadniczego, że kabel otrzymałem), by się zagłębić w temat:
– Po pierwsze, kiedy się tych AKG słucha z okablowaniem Entreq Olympus, to w kategoriach porównawczych słuchawkowego grania dajemy nura w muzyczny szał.
– Po drugie, audiofilski kabel jako byt poznawany wzrokiem jawi się jako nieciekawy przedmiot, ale kiedy go poznajemy słuchem, jawi się jako tajemnica.
Właśnie wokół tej tajemniczości nagromadziły się spory o jej istnienie bądź nie: albowiem jedni utrzymują, że żadnej tajemnicy nie ma, ponieważ kabel nic nie robi poza zwyczajnym przewodzeniem, więc z każdym będzie identycznie, byleby właśnie przewodził. Drudzy natomiast (pomiędzy nimi to piszący) zostali empirycznie przekonani, że kable dużo mogą – mogą poprawiać, mogą psuć.
To psucie i to poprawianie właśnie jest tajemnicze, bo wg jednych nie ma mowy, żeby płynące w przewodniku elektrony[2] obrazujące falę akustyczną mogły dać lepszy albo gorszy obraz przekładający się na dźwięk; wg nich wszystko z tym związane dzieje się na podobieństwo pieczątek, gdzie przewód jest pieczątką, a muzyka dla pieczątki tuszem. – Jeśli zamoczysz ją w muzyce, dostaniesz zawsze ten sam wzór, ponieważ nie jest żadną sztuką tworzyć idealne wzorce pieczątek; niezależnie od materiału i precyzji wykonania zawsze będzie równie wyraźny, zawsze tak samo czytelny. Co innego atrament, czyli sygnał muzyczny – ten może dawać czytelności różne, ale sama pieczątka nie.
W sumie szkoda mojego czasu na dowodzenie oczywistej rzeczy, że w zależności od substancji przewodnika, sposobu jej poprowadzenia oraz otoczki izolacji od zewnętrznych i wewnętrznych zakłóceń zależeć będzie czystość sygnału na końcu jego drogi. Fakt, że to dzieje się dynamicznie i że tam płynie jakiś prąd[3], zamąca co poniektóre umysły, analogia z pieczątką zaczyna działać jak zaklęcie o powszechnej identyczności. Bo kiedy ktoś się zafiksuje na tym, że prąd ma postać niezmienną i tylko płynie albo nie, traci możliwość zrozumienia, że sygnał pod postacią elektromagnetycznej fali może być mniej lub bardziej czytelny na skutek tego w czym płynie.[4] Zupełnie jakby ci w to niewierzący nie żyli na tym świecie i nigdy dotąd nie spostrzegli, że przykładowo dym lub mgła zaburzają jakość widzenia.[5] Według nich dzienne światło słońca i nocne światło gwiazd są zawsze identyczne niezależnie od stanu powietrza, a jeśli nawet nie, to czynnik transparentności w przypadku medium dla prądu w audiofilskim przewodzie jest identyczny zawsze. – I na tym kończy się rozmowa.
Mam nadzieję, że tym, którzy zechcieli przez powyższe przebrnąć cokolwiek wyjaśniłem odnośnie tego, czemu deliberacja nad kablami nie jest dla mnie pociągająca. Od strony dyskusji ze sceptykami jest ona zbyt trywialna; od strony rozwikłania fizyczności w najgłębszej jej naturze pozostaje poza zasięgiem. Nikt nie wie czemu prąd przepływa ani czym tak naprawdę jest; można to tylko obserwować i powierzchownie opisywać, nie można tego zgłębić. A że opisy zjawisk (nawet najbardziej naukowe) nie są tożsame z ich dogłębnym zrozumieniem, tego nie uczą w szkołach – to siałoby lęk pośród gawiedzi, pchało ją w religijność. O ileż łatwiej mieć do czynienia z tłumem głęboko przekonanych, że nauka (zwłaszcza empiryczna) wszystko dokładnie wyjaśniła, że można na niej poprzestawać. Na szczęście dla animatorów politycznych oraz tzw. pedagogów ludzie instynktownie boją się filozofii z jej okrutnymi pytaniami – wolą wierzyć w naukę albo w wieczne zbawienie. [6]
Dobrze, zostawmy filozofię i jej narzędzia agnostyczne – zajmijmy się kablem jako takim w oderwaniu od wszystkiego poza muzyką.
[1] Ich cena na pierwotnym wynosiła zaledwie 2700 PLN.
[2] Czymkolwiek one są, czego dokładnie nie wiadomo. (Bo może na przykład rodzajem wibrującej w n-wymiarowej przestrzeni struny, a może czymś zupełnie innym.)
[3] De facto w metalu on nie płynie, tylko działa jak wahadło Newtona.
[4] Bo owszem – może płynąć bez zakłóceń, ale w próżni, co nie dotyczy kabli.
[5] Które także jest elektromagnetyczną interakcją, przy czym można je łatwo zaburzać nie tylko od strony nośnika, lecz także odbiornika: różną ilością dodatnich lub ujemnych dioptrii, też alkoholem etylowym podawanym doustnie lub atropiną dogałkowo.
[6] Filozofia też jest nauką, ale te bardziej szczegółowe z niej kiedyś wyodrębnione (jak fizyka czy biologia) zatraciły filozoficzny instynkt samokontrolny, w przypadku co słabiej zorientowanych adeptów nabierając pewności, że wszystko w swych zawężonych dziedzinach same są zdolne wyjaśnić. Otóż nic bardziej mylnego – „wszystko” jest poza zasięgiem.
Entreq Olympus – co wiadomo?
Kilka już razy pisałem o firmie Entreq, nie ma sensu tego powtarzać innym doborem słów. Przypomnę zatem:
Entreq Energy Transforming Equipment „The Sound of Nature”, będące autorskim dziełem i własnością Per-Olofa Friberga, zgodnie ze swą tytułową maksymą od startu w 2007 roku stawia na ekologię i naturalne podejście do wszystkiego czym się zajmuje i czym nie. Zawołaniem rodowym hasło: „Głos Natury”; w swym „O nas” Per-Olof wykłada, że ona, Pani Natura, powinna być dla wszystkich wzorcem oraz przykładem tego, jak pewne prawa muszą być przestrzegane i jak zmiany należy wprowadzać stopniowo, czerpiąc z obserwowania jej inspirację. Jako przykład swoich w tym zakresie dokonań podaje wynaleziony przez siebie preparat dezynfekcyjny „Virkon”, o którym wiem skądinąd, że ma postać różowego proszku i po rozpuszczeniu w wodzie służy do zamgławiania bakrerio- i wirusobójczą mgłą, której substancją czynną tlen. Virkon niszczy czynniki chorobotwórcze aktywnym tlenem i jest w tym wyjątkowo skuteczny – skuteczniejszy od środków dezynfekcyjnych opartych na antybiologicznych czynnikach jodu, chloru czy alkoholu, co potwierdziły profesjonalne testy. (Dla obeznanych z biochemią nie powinno to być zaskoczeniem – tak ceniony przez ekologicznie natchnionych tlen pozostaje najbardziej zabójczym dla życia pierwiastkiem zaraz po nieobecnym w przyrodzie plutonie; to właśnie skutkiem obecności tlenu w atmosferze nie tylko żyjesz, ale starzejesz się i umierasz.)
Prócz bycia audiofilem i wynalazcą Per-Olof Friberg szczyci się tym, że jest z zawodu i też zamiłowania rolnikiem; to tylko w Polsce ukuła się bowiem tradycja postrzegania rolników jako upośledzonych istot niższego rzędu, a powiedzenie: „Ty rolniku!” – uchodzi za obelgę. To konsekwencja posiadania przez obecną (zwłaszcza medialną) „yntelygencję” – te pożal się Boże „celebryty” i „autorytety” – rodowodu właśnie rolnego, a ściślej małorolnego lub bezrolnego (parobki). Licząc dwa, trzy pokolenia wstecz prawie wszyscy oni „autoryteci” wywodzą się z biedoty wiejskiej, proletariuszy lub najwyżej drobnego mieszczaństwa, bardzo się tego wstydząc, czego przejawem nienawiść. Tymczasem w takich krajach jak Dania, Belgia, Szwecja, Szwajcaria, a już zwłaszcza Holandia, rolnicy to swego rodzaju arystokracja, podczas gdy osoby nie będące posiadaczami ziemi są obywatelami niższego stanu; tak jak w szlacheckiej Polsce mieszczanin był kimś gorszym od szlachcica – mocium panie, ten tego, dobrodzieju …
Właśnie do szlachectwa polegającego na zbrataniu z przyrodą wynikłym z wiejskiego życia nawiązuje Per-Olof i ma niemałą rację, aczkolwiek współczesne rolnictwo ma z naturalną przyrodą mniej więcej tyle wspólnego co konik morski z koniem, czyli także opiera swą biologiczność na DNA i podziale komórkowym. Poza tym podglądanie natury i czerpanie z jej stylu może doprowadzić do wniosków w rodzaju: „wszystko zżera wszystko”, albo: „silniejszy zawsze gnębicielem”; czego byśmy, jako ludzkości ogół, wydaje się nie chcieli, chociaż najbardziej zaawansowani „ekolodzy” mający portfele miliarderów tym właśnie się kierują. W Szwecji wygląda to jednak łagodniej, w tym też rolniczo dużo lepiej niż na większości globu, tak więc z przyrody czerpane wytyczne Per-Olofa nie całkiem pozbawione są sensu. To z niej, Pani Natury, wywodzi metodologię podpatrywania i cierpliwego testowania, pozwalającą eliminować błędy i pomału docierać do miejsc dotąd nieprzebadanych, aby odkrywać rzeczy wartościowe, poprawiające jakość życia. W naszym akurat przypadku odnosi się to do brzmienia, jako że jest Per-Olof miłośnikiem muzyki i entuzjastą aparatury audio, parającym się audiofilią poczynając od 1976 roku. Na własnej skórze przerabiającym związane z tym radości i troski, bo jak o sobie powiada: nieobca mu gorycz rozczarowania drogim nabytkiem, który okazał się chybiony. Dlatego postanowił na własną rękę poprawiać co się uda, w czego ramach kable, kondycjonery i specjalne systemy uziemiające, plus trochę audiofilskiej biżuterii ze sławnymi „myszami” na czele. Albowiem w nazwie firmy zawarto cel przedsięwzięcia i ramy odnośnego działania: Energy Transforming Equipment.
Przyznać trzeba, że z powyższego dla lubiących duże cyferki parametrów technicznych i duże firmy w dużych halach za wiele nie wynika. Firma zajmująca się kablami i kondycjonerami to nie audiofilskie jądro komórkowe, to cytoplazmatyczna otoczka. Konkretne pudło metalowe – no, niech już ostatecznie z zewnątrz drewniane, ale nautykane elektroniką (Accuphase przykładem), także głośniki w solidnych skrzyniach z jednym chociaż wentylem basowym – oto jądro audiofilizmu. No tak, po namyśle trzeba przyznać, że kable temu potrzebne, a podobnie wszelkim słuchawkom (za wyjątkiem bezprzewodowych, ale te jakość mają słabszą). I nie wracajmy już do tego, ile te kable znaczą – zdaniem autora recenzji dużo; konkretnie ile i dlaczego, tym zajmiemy się zaraz.
Przejdźmy wpierw do stratyfikacji jakościowej w katalogu Entreqa. Obecna zaczyna się od kabli z podstawowej rodziny Discover, nad którymi kable Konstantin (od których firma zaczynała i które nadal ceni); oczko wyżej Challanger – z użyciem droższych materiałów, za drogich dla Konstantin; następne to Apollo – kable neutralne i uniwersalne kategorii high-end zbierające najwięcej nagród; jeszcze wyżej grupa Atlantis, która chyba wybyła (w salonach występuje z adnotacją „oczekiwanie jeden tydzień”, podczas gdy na stronie firmowej nie ma); najwyżej od niedawna Olympus, z najwyższych olimpijskich szczytów. Kto olimpijskich kabli zakosztuje, ten wg zapewnień Entreqa nie będzie chciał już innych, choćby próbował najszacowniejszych i najdroższych. Kabel Olympus to kwintesencja muzyki w odniesieniu do kabli; aż dziesięć lat zajęło jego doskonałości opracowanie, w ramach którego nadal żyły plusowe skręcane ze srebrnych przewodów w jedną stronę, ujemne z miedzianych w drugą, też każdy minimalnie innej długości, tak by jak najmniej na siebie wpływały. Żadnych przy tym w tych żyłach stopów, gdyż one tylko psują, a wtyki zintegrowane z przewodami jako ich przedłużenia. (Ten sam metal, żadnych przejść ani łączówek.) Na koniec całkowita długość redukująca zakłócenia radiowe, czyli rozmiary ściśle określone w ciągu: 0,55 m, 1,1 m, 1,65 m, 2,2 m – i tak dalej).
Wszystko to jednak cechy wspólne dla wszystkich kabli Entreqa, dlaczego te z rodziny Olympus najdoskonalsze i najdroższe? Ścisłej wykładni brak, ale prawdopodobnie dlatego, że wykonane z najlepszych surowców oraz najlepiej uziemione, a reszta tajemnicą. Faktycznie – kabel Atlantis pracujący poprzednio w AKG nie miał odczepu uziemienia, nowy Olympus ma. Odchodząca od głównego przewodu (grubego, okrągłego) srebrna żyła, drut solid core w płaskawej osłonie z czarnej bawełny, kończy bieg jako haczyk do mocowania w uziemieniu, którym w moim przypadku była drewniana skrzynka kondycjonera masy Entreq Silver Minimus (€ 585). Oprócz tego Olympus od poprzednika okazuje się grubszy i też cięższy, jak również ma rzecz sprytną, mianowicie drewnianą broszę z zapinką, którą można przyczepić do koszuli, bluzy czy swetra, chroniąc mocowanie kabla ze słuchawkami przed dźwiganiem jego ciężaru, co po dłuższym lub krótszym czasie musiałoby się skończyć rozłąką. (Najpierw słuchawek z kablem, potem ich obu z właścicielem.)
Za optymalną, czyli najmniej podatną na zakłócenia radiowe, całkowitą długość przewodu Entreq uważa 4,4 metra; testowanemu Olympusowi nie przydano aż takiej, ale jego 3,3 m także nie byle czym.
Nie ulegało wątpliwości, że słuchawkowy Olympus odznacza się sporo większą pojemnością od wcześniejszego Atlantisa, tak jak ten też odznaczał względem używanego wcześniej Konstantina. Zaraz to poznać po dystansie pokonywanym przez potencjometr, także po całościowej tonalności i masywności dźwięku, wraz z większą pojemnością niższego i masywniejszego. Jakość idzie więc u Entreqa pod rękę z pojemnością, ta z kolei z grubością oraz ciężarem kabla.
– Czy zatem cała ta lepszość to tylko grubsze żyły z wyższej czystości surowca?
– Tego raczej nie można twierdzić, to oznaczałoby blagę z tymi dziesięcioma latami pracy włożonymi w serię Olympus.
– Ale na czym niekwestionowana podobno wyższość polega poza pojemnością oraz lepszymi surowcami oraz dodanym uziemieniem, tego się nie dowiemy. W sumie nic w tym dziwnego; każdy producent chroni swe tajemnice, chyba że chodzi o surowce, o których dobrze wiadomo, że inni z nich nie skorzystają, jak przykładowo z długokrystalicznej miedzi od Matsushita Electric Ltd., której Japończycy nie eksportują.
Słuchawkowy przewód Entreq Olympus długości 3,3 metra, niezależnie od typu zakończenia na końcówce sprzętowej (w naszym przypadku głośnikowe widełki) kosztuje 8300 PLN. To podejrzanie mało na tle pozostałych z rodziny, gdzie trochę ponad metrowy interkonekt to 72 tys. PLN, a głośnikowy 2 x 2,2 m aż 130 tysięcy. Z wymaganym do optymalizacji modułem uziemienia cena rośnie co prawda do ponad dziesięciu tysięcy, ale takiego uziemienia potrzebują też wszystkie pozostałe, a głośnikowe nawet dwóch.
Opakowaniem tradycyjnie drewniana skrzynka, podobnie jak drewniane są na kablu przewiązki. Oplotem także tradycyjna bawełna – czarna w osnuciu białą nitką, a sam kabel dość sztywny i dość ciężki, też poprzez dużą twardość odporny na zgniatanie. W Internecie próżno go szukać, nie figuruje na domowej stronie Entreqa, lecz polska dystrybucja GFmod bezproblemowo go oferuje.
Odsłuch
Oprzyrządowaniem był wyłącznie mój system, w oparciu o źródła analogowe i cyfrowe – gramofon i CD. Różnice pomiędzy nimi nie na tyle jednak istotne, aby pisać osobne rozdziały, chociaż gramofon oferował w lepszym gatunku muzyczną tkankę, dzięki czemu był jednocześnie bardziej realistyczny i magiczny. Realistyczny jako bezpośredniejsze w odbiorze i prawdziwsze brzmienie; magiczny jako wchodzący w te rejony, gdzie realizm staje się nadrealny w porównaniu ze zwykłym życiem. Ale także CD potrafił wszędzie docierać, mimo iż w sensie analogowym (w jego wypadku sztucznym) nie z tą intensywnością. Za to w wymiarze tajemniczości i poczucia zmieszania realności z odrealnieniem docierał głębiej.
Dwie zatem tajemnice – analogowa i cyfrowa – ale o tym szerzej pisałem gdzie indziej; kto chciałby się zapoznać, albo sobie przypomnieć, może sięgnąć do tekstu recenzja.
Tu zaś napiszę w nawiązaniu, że w obu tych domenach było to granie rzeczywiście magiczne (o które audiofil zabiega), co dochodziło do skutku także dzięki dwunastu lampom i dużej (jak na słuchawki) mocy, zdolnej przeradzać się w dynamikę i energetyczność dźwięku. Lecz tym, jaki to był dźwięk na tle innych słuchawek, zajmę się dopiero za chwilę; najpierw spróbuję scharakteryzować różnice między Olympus a Atlantis.
Pomimo wielomiesięcznej przerwy dzielącej ich percypowanie niektóre odmienności dały się z miejsca wyłapać, a bardzo ważną pośród nich wspomniana zmiana tonalności poprzez większą pojemność.
Kabel Entreq Olympus zauważalnie niżej lokował swą tonalność, ale ani mu to nie burzyło sopranowego potencjału, ani nie przyciemniało brzmienia. Intensywność światła u obu miała dzienny charakter, z tym że przy kablu Atlantis medium z pewną „nieobecnością” w konsekwencji transparentności bardziej próżniowej, tym samym światło bardziej przenikliwe, podczas kiedy Olympus swoje bardziej nasycał intensywnym lecz napotykającym opór ośrodka światłem, też każdej materii większą gęstością.
Powtórzyła się przy tej okazji historia z przejściem od Konstantina do Atlantisa: początkowo powściągliwsze soprany nowego – droższego i grubszego – z biegiem czasu rozkwitły przyćmiewając wcześniejsze. Chociaż nie, zbytnio się rozpędziłem – przyćmienie miało miejsce pomiędzy Konstantinem a Atlantisem, natomiast soprany Olympusa nie przyćmiły tych z Atlantisa, w każdym razie nie pod względem intensywności, natomiast poprawiły kształt. Odczuwalnie niższa tonalność sprowadzała się bowiem niemal wyłącznie do dopływu masy – brzmienie AKG K1000 poprzez nowszy kabel flagowy zwiększyło wypełnienie i poprawiło trójwymiarowość. Co odnosiło się do całego spektrum, ale najlepiej widoczne było na obszarze sopranów, choć prędzej to byś pomyślał, że przeciwnie – u basów. Tak, bas także się lepiej wyrażał wypełnieniem i trzecim wymiarem, lecz jego z Atlantisem dynamika i znakomita wyraźność przy wypełnieniu całkiem dobrym już dawały basowe wzmożenia zdolne zrywać z fotela, w miejsce krytykowanego „pustego” basu z kablem oryginalnym.
Bas z Olympusem jawił się jako pełniejszy, lecz to robiło mniejsze wrażenie niż w przypadku sopranów. Nie dlatego, że prawie żadne, niemniej inne doznania mocniejsze. Mocniejsze wrażenie robiąca większa trójwymiarowość góry przy zachowaniu jej ekstensji, też sposób bycia rzeczy bytujących za pierwszym planem. Także i to, że bardziej ucieleśniające się wzrostem miąższości głosy i cała reszta w zakresach średnich.
Wszystko to było korzystne, wszystko poprawiające realizm – jako oddalanie słuchacza od przeżyć a realnych (które także potrafią porywać) – ale już o tym pisałem w recenzji łącza USB, że kable z nowej generacji flagowej Entreqa jawią się jako brzmieniowo zwyklejsze, i w tym właśnie tkwi ich siła. Jako że powrót z nich do tych udziwniających skutkuje odczarowaniem. Najpierw, przy przejściu z odrealniających na Olympus pojawia się wrażenie, że coś (to odrealnienie) straciliśmy, by zaraz potem, przy przechodzeniu odwrotnym, poczuć całą tych odrealniających sztuczność, już teraz nieakceptowalną.[7]
Kabel Entreq Atlantis był odrealniający mało, jako nadrabiający minimalny brak wypełnienia wyraźnością konturu i całościowym bogactwem brzmienia, ale Olympus to nadrabianie obnażył, robiąc rzecz najważniejszą, inne zalety spychającą cień. Trudno mi przy tym orzec, jak sprawa ta będzie wyglądała w przypadku tych słuchawek (czyli niemalże wszystkich), takich, które nie mają regulowanej odległości przetwornika od ucha. Ale można to zastępować zwiększeniem głębokości padów, tyle że więcej z tym zachodu. U AKG K1000 rzecz zaś banalnie prosta: kąt odchylenia muszli od głowy ma zakres regulacji od zerowego do circa 75°; ze słuchawkami na głowie regulujemy go dobierając najkorzystniejszą proporcję pomiędzy nasyceniem (bliżej ucha) a rozrostem przestrzeni (dalej). Z kablem Entreq Konstantin było to w moim przypadku blisko ucha, ponieważ nie lubię odchudzeń. Z Atlantis w okolicach połowy, przy nasyconym materiale nagraniowym czasem wyraźnie za. Z Olympus zaś to już otwarcie pełne lub niemal pełne – co bardzo uważnie sprawdziłem pod kątem realizmu. (Dobieranie kąta pod kątem.) Nie trzeba zatem zbytnio się wysilać, by zgadnąć, że z każdym z wymienionych kabli dostajemy innej wielkości przestrzeń tak samo nasyconą. Z kablem oryginalnym nasycenie zawsze kuleje, z Konstantin jest zdecydowanie lepsze, ale przestrzeń (chcąc realizmu masy) relatywnie niewielka, natomiast przy Olympus okazuje się ona wspanialsza niż u jakichkolwiek słuchawek. – Nie ma bowiem sztuczności pod postacią zwiększania sceny echem (co może być porywające, ale to nie realizm), a jednocześnie dostajemy całkowitą sytość materiałową – nic nie ulega odchudzeniu. Do postaci realistycznej nakarmione substancją dźwięki tańczą na gigantycznej scenie – a wszystko to, poczynając od dalekiego pierwszego planu, ujęte zostaje w spektakularną perspektywę, jakość holografii jest niezrównana.
Cztery razy jedynie miałem wcześniej okazję doznawać tego rodzaju przestrzennych uniesień[8]:
– z Sony MDR-R10, tyle że kosztem basu
– z zatopionych w delikatności i niebiańskości Stax SR-Ω
– z przywołujących fenomenalną realność Stax SR-007 Mk I, ale wyłącznie na płycie binauralnej stworzonej specjalnie dla nich przez samego Staksa
– z inscenizowanych pogłosem, ale oszałamiających lotnością Grado GS1000
Ciekawe przy tym, że ta specjalna płyta Staksa tak doskonale działa z tymi jednymi słuchawkami (najnowszy flagowiec X9000 też tego nie odmienił); smutne, że tamte dawne Grado nie były równe jakościowo w odniesieniu do wszystkich egzemplarzy; a najsmutniejsze to, że włączając w to AKG, wszystko to są słuchawki dawne. Pocieszeniem (tak mówią), że aktualne HiFiMAN Shangri-La są w mierze przestrzenności analogicznie zjawiskowe, lecz ich najlepsze osiągi podobno ze wzmacniaczem VIVA Audio, a nie własnym, z kolei cena $18 000 (samych słuchawek) wyklucza popularność.
Wracając do dawnych AKG z najnowszym kablem. Za tego kabla sprawą można ich słuchać bez redukcji gęstości z otwartymi na max muszlami, a wówczas scena też się otwiera wielkością i holografią. Lecz sama ta wielkość, nawet z taką holografią, nie robiłaby aż takiego wrażenia, gdyby nie było tak mocnego nawiązania do realizmu kolumnowego. Naturalność sceny dźwiękowej – nie tylko dużej, ale i otwartej brakiem przylegania głośników do głowy, w efekcie czego słyszeniem każdego kanału dwojgiem uszu, to zupełnie inny rodzaj spektaklu niż ze zwykłymi słuchawkami. Co momentalnie uderza, lecz dopiero z kablem Olympus staje się tak spektakularne, jako że z nim dopiero pojawia się teatralność nie dosyć że otwarta, to jeszcze wielkoobszarowa.
[7] Zjawisko akceptowania sztuczności to dla audiofilizmu temat kluczowy, któremu można by poświęcić księgę. Zawsze obecne, odznaczające się ogromną różnorodnością form i stopni, diametralnie też różne gdy chodzi o czerpaną przyjemność i stopień świadomości odbiorców. My, jako audiofile, wszyscy żyjemy w sztucznych światach uważanych za uwodzicielsko realne, czerpiąc przyjemność ze zjawisk życie naśladujących, ale też odrealniających. Jednak z tym samym mamy do czynienia w każdym rodzaju sztuki, i równocześnie sama muzyka nie jest czym innym jak językiem odwołującym się do czystych emocji a nie znaczeń. (Rzecz jasna pomijając towarzyszące teksty.)
[8] Sennheiser Orfeusz bardzo blisko, lecz tak spektakularnej samej sceny nie daje. Za to ma inne wspaniałe walory, których konkurencja nie daje.
Odsłuch cd.
Wiem, ta recenzja ma postać ględzenia i prawie do nikogo się nie odnosi. Niewielu jest zapewne takich, którzy swe AKG K1000 zachcą wyposażyć w kabel Olympus, na dodatek złość wzbiera u pozostałych – co zdanie, to się dowiadują, że ich słuchawki gorsze. Ale zaraz będę pocieszał, tylko najpierw przyględzę odnośnie narratora, że mianowicie opisując swe AKG jeszcze z kablem Atlantis wszedłem w zatarg z takimi, którzy opisywali je jako mające najdoskonalszą i największą scenę. Tak, najdoskonalszą – owszem, ale największą – nie. Dopiero teraz dotarło do mnie, że głoszący takie poglądy słuchają tych słuchawek przy oryginalnym kablu z całkowicie rozwartymi muszlami, co mnie tak odstręczało, że nawet się takiej scenie dokładnie nie przyjrzałem. Balety anorektycznych cieni to aż może nie były, ale za chudo i nie lubię. O wiele lepsza sytuacja zaistniała przy kablu Atlantis i przedwzmacniaczu Phasemation (jednym z najdoskonalszych na świecie), który przejawił taką właściwość, że przy połowicznym i pełnym rozwarciu ta sama gęstość dźwięku. Też zatem muszle na roścież i otwieranie wspaniałej sceny – byłem tą wspaniałością oszołomiony, ale nie było to aż tak doskonale wypełnienie jak przy kablu Olympus.
Tyle odnośnie relacji pomiędzy Atlantisem a Olympusem.
W porównaniu do innych słuchawek, niezależnie od ich biegłości w tworzeniu naturalnych bądź nadnaturalnych scen, rozmach i naturalizm sceniczny rozwartych na roścież K1000 z Olympusem był czymś przytłaczającym. Dla tym zmartwionych dwa pocieszenia:
Po pierwsze, słuchawki mające mały dystans do pierwszego planu (jak przykładowo najnowsze referencyjne Stax SR-X9000, albo klasyczne Grado RS1) potrafią nawiązywać z wykonawcami bardziej intymny, dotykowy kontakt, lokując ich na wyciągnięcie ręki zamiast ujmować w perspektywę z dalekim pierwszym planem, za nim mistycznym horyzontem. Wprawdzie nawet na maksimum rozwarte AKG utwory stricte kameralne umieją czynić intymnymi, ale to już nie będzie taka bliskość, że niemal ocieranie.
Po drugie, kwestia przyzwyczajeń. Faktycznie – w pierwszym odruchu po AKG z Olympus inne wydają się sztuczne, ale to trwa chwileczkę; mózg-magik momentalnie wkracza do akcji i raz-dwa wszelkie sztuczności zostają oswojone. Minuta, dwie i jest normalnie, nie czuć rozpadu na kanały. Z kolei kiedy w grę zaczyna wchodzić ten intymny kontakt z wykonawcami, wówczas to przejście z X9000 i im podobnych na K1000 skutkuje efektem rozłąki. Co prędko ustępuje, przytłoczone brzmieniowym przepychem, ale zawsze pociechą że: „Nie takie te AKG z Entrekiem doskonałe, żeby nic przeciw nim nie było.” Niemniej scenicznym naturalizmem przytłaczają, a lepiej nasycający brzmienie kabel jeszcze to potęguje, zwiększając dystans pomiędzy ich doskonałością a niedociągnięciami reszty. Reszty za wyjątkiem głośników nagłownych RAAL i Mysphere o analogicznej budowie z regulacją rozwarcia. Pytaniem pozostaje, czy tworzyć z tej trójki kategorię, czy na siłę spawać do reszty. Moim zdaniem różnice prezentacyjnego stylu i warunków użycia są na tyle istotne, że raczej wyosobniać. A że „Бог троицу любит”[9], potężna to trójka.
Wyosobnienie jednak nie zamyka sprawy, są wszak aż cztery sposoby pomagania tym zwykłym, przylegającym do głowy słuchawkom. Jeden też czyniący je niezwykłymi – to zawarta już w nazwie technologia Crosszone, przykładająca do każdego ucha zespół kilku głośników miksujących sygnały kanałów. To też znakomity sposób – także prawdziwsza scena i na dodatek dźwięk tak gęsty już przy oryginalnym kablu, że inne zdają się odchudzone. Na użyteczny dodatek przyleganie do głowy, nie ryczymy na cały dom. Drugi sposób jest prostszy – to technologia Ultrasone nazywająca się S-Logic; sztuczka polegająca nie na mieszaniu kanałów, tylko specjalnym rozpraszaniu dźwięku na małżowinie usznej. Także dająca dźwięk o wiele bardziej gęsty, ale stereofonicznie nie wzbogacony[10].
Dwa pozostałe sposoby wychodzą już poza słuchawki. Jeden to mieszanie kanałów na poziomie wzmacniacza, co nieraz działa lepiej od chwytu S-Logic Ultrasone, jednak nie dorównuje ani tej specyficznej trójce, ani trzem modelom Crosszone. (Choć trzeba przyznać, że najbardziej zaawansowane pod tym względem wzmacniacze niemieckiego SPL Phonitora dają efekty spektakularne.) Ostatni sposób płynie z samych nagrań, tak zwanych binauralnych. To sposób znakomity, tyle że bardzo sporadyczny. Takich nagrań niemalże nie ma – potrzeba do nich sztucznej głowy von Neumanna, której nikt prawie nie używa. – Po co, skoro już na poziomie mózgu działa dostateczna korekta, by sztuczność zwykłych słuchawek zdusić, żeby się dobrze sprzedawały zarówno zwykłe nagrania, jak i te zwykłe słuchawki. Ale naprawdę szkoda, bo płyta binauralna wydana lata temu na użytek wewnętrzny Staksa z ich flagowymi wówczas SR-007 Mk I wywarła na mnie piorunujące wrażenie, to był wjazd do krainy marzeń.
Finalnie jeszcze parę słów o kablu, jego to przecież recenzja.
Patrząc od strony brzmieniowej, czyli tej najważniejszej, posiada jedną właściwość – nie stwarza ograniczeń. Nie ogranicza sopranów, nie ogranicza basu, nie ogranicza nic pomiędzy. Oto jest sedno sprawy – non plus ultra. Bo przecież kabel w pozytywnej roli może jedynie nie ograniczać, sam kreować nie może. Nawet kiedy mówimy o którymś, że jest ciepły czy gęsty, to przecież nie w tym sensie, że chłodny sygnał ociepla nic oprócz tego nie zmieniając, rozrzedzony tak samo zgęszcza. Działając jako filtr (chcąc nie chcąc musi tak działać), nie może w żadnym stopniu czegoś do dźwięku dorzucić; uwypukla jedynie coś poprzez odfiltrowanie czegoś, jedno odfiltrowując inne wzmacnia. Być może również może rezonansowo pewne rzeczy pobudzać, ale porzućmy teorię, nigdzie nas tym razem nie zaprowadzi, na pewno nie pod moim przewodem. Nie piszę wszak rozprawy naukowej z dziedziny fizyki ciała stałego w kontekście przewodzenia prądu, tylko rozprawkę o słyszeniu w nielaboratoryjnych warunkach. Słyszenie to – i tylko ono – doprowadziło mnie do przekonania, że kabel Entreq Olympus przepuszcza szerokie spektrum akustyczne w jego widełkach niczego nie wycinając ani nie zniekształcając. Ściśle biorąc coś zapewne wycina i coś na pewno zniekształca, ale na tyle mało, że ludzkie ucho nie słyszy. Efektem sytość brzmieniowa w całej kompleksowości, o co niezwykle trudno, co prawie się nie zdarza. Muzykę dostajemy w naturalnej formie, jako prawidłowo uformowaną temperaturowo i pogłosowo przy pełnym rozwarciu i całym bogactwie. Dzięki czemu można się cieszyć zrośnięciem rzeczy rzadko współistniejących – naturalności i bujności. Nie ma coś za coś – super sopranów kosztem rachitycznego basu, kulturystycznego basu kosztem przyduszonych sopranów, intensywności sopranowej za cenę pogłosowości. Wszystkie tradycyjnie wyodrębniane składniki akustycznego pasma są jednocześnie ekspresyjne i naturalne; a ponieważ są takie, nie zjawia się deformacja. Jako że w audiofilizmie te deformacje na każdym kroku nam towarzyszą, zjawia się „z tyłu głowy” poczucie normalności. Normalności odnośnie proporcjonalności struktury i jednocześnie nienormalnie wielkie poczucie obfitości. Kiedy dodać do tego aspekt ochrony przed zniekształceniami (zarówno o postaci sybilacji, jak i przesterów basowych), dołożyć miąższość i łaszenie głosów oraz pełną dawkę energii z przełożeniem na dynamikę, dostaniemy to coś, co jest kablem niemal idealnym w najważniejszym dla audiofilskich kabli wymiarze brzmieniowym.
Od strony użytkowej niestety już tak idealnie nie jest. Kabel jest gruby, ciężki i mało elastyczny. Domaga się ponadto modułu uziemienia, a jego duża pojemność zwiększonej mocy wzmacniacza. Że drogi jest, to mu można wybaczyć – takie są ceny high-endu. Można nawet powiedzieć, że jest relatywnie tani – tani zarówno jak na kabel z najwyższej serii Entreqa, jak i na coś, co należy do najściślejszej elity kabli słuchawkowych, gdzie znajdujemy przykłady droższych.[11] Czy wybaczymy mu masywność i małą skrętność, to już będzie zależeć od miejsca użytkowania (z pewnością nie na ulicę), także gotowości wyrzeczeń. Mnie przy słuchaniu AKG jego budowa nie przeszkadza, tym bardziej, że ma zapinkę. Ale jak ktoś lubi ruchową wygodę i mały ciężar giętkiego kabla, to on najpewniej nie dla niego.
[9] Bóg trójcę kocha.
[10] Niektórzy twierdzą, że w ich odbiorze wzbogacony, ale sam tego nie doświadczam, mimo że właścicielem takich słuchawek jestem od wielu lat.
[11] Kimber Axios, Danacable Lazuli Nirvana, JPS Labs Semiconductor, Transparent Ultra.
Podsumowanie
Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, lecz tego konia dostałem po to, by mu właśnie zaglądnąć. To zaglądanie długo trwało, kabel się wolno docierał. Ale kiedy już dotarł, zęby mu się wyprostowały i zalśniły – ukąsił pięknym dźwiękiem. Z początku żałowałem Atlantisa, teraz go nie żałuję. Dostęp do większej naturalności poprzez zwiększoną gęstość i masywność, także do większej sceny dzięki szerszemu teraz otwieraniu muszli, to osiągnięcia warte zamiany. Na dodatek zwiększony odstęp od zniekształceń, w tym tych powodowanych przez odbicia.
Użytkownicy słuchawek najczęściej nie są świadomi tego, jakie te odbicia są silne, jak znacząca część dźwięku jest rezultatem miotania się go wewnątrz komory. Co zabawniejsze, niejednokrotnie duża satysfakcja płynie z tego właśnie miotania – potęguje się bas i ciśnienia, potęgują się także echa. Bardzo trudno stworzyć słuchawki, a już zwłaszcza zamknięte, które tych odbić nie będą miały w rozmiarze XXL. Ogromna siła jakościowa pamiętnych już teraz tylko z nazwy Sony MDR-R10 brała się między innymi z tego, że tę umiejętność posiadały w stopniu niespotykanym. Nie ma pośród dzisiejszych zamkniętych tak dobrze to umiejących, mimo że chiński HiFiMAN kopiuje tamte muszle. Kopiuje kształt, lecz nie gatunek drzewa, nie postać membran i nie magnezowość opraw. Efekty w rezultacie ograniczone, nawiązanie tylko częściowe. Też historyczne, niewiele młodsze od tych Sony flagowe AKG były aż dziesięć razy tańsze, z kablem Entreqa (fakt, nietanim) są identyczne jakościowo z dodatkiem potężniejszego basu. Nie tylko obfitszego i schodzącego niżej, także wspaniale objętościowego – słucha się z fascynacją.
Naturalna gęstość muzycznej materii przy całościowym wyważeniu pasma i fantastycznie szerokim spektrum – oto zalety Olympusa. Efektem pełna transparentność ożywiana nie tylko migotaniem drobin i dotykami poszmerów, także i gęstszą konsystencją, mocniejszą zawiesiną smaku. Sam smak zaś z tych najlepszych – poezja najwyższego lotu. A w takim razie od brzmieniowej strony nic, tylko same atuty. Niegłupio posiąść taki kabel.
W punktach
Zalety
- Najlepszy na świecie?
- Skupia niezwykłe cechy.
- Z jednej strony poczucie naturalności.
- Z drugiej niesamowitość.
- Przy dużej pojemności daje oczywisty w tej sytuacji potężny bas.
- I oczywistą gęstość dźwięku.
- Mniej oczywistą, ale też zrozumiałą wspaniałą średnicę.
- Całkiem nieoczywiste wspaniałe soprany.
- Brak echowości.
- A jednocześnie wielką scenę.
- W pełni przezierne medium.
- A mimo to fizjologicznie jego odczuwalne.
- Już do niczego nie w kontrze wyjątkowo trójwymiarowe brzmienie.
- Szczytowej klasy szczegółowość.
- Odcięcie od zniekształceń.
- Poetykę i romantyzm.
- Potęgę i dynamizm.
- Pełne doznanie autentyzmu.
- Niezapośredniczony kontakt z wykonawcami.
- Spod szyldu ekologii.
- A zatem zgodny z modą.
- Szereg nowatorskich rozwiązań.
- Przyjemny w dotykowym kontakcie.
- Odporny na uszkodzenia.
- Odczep dla uziemienia.
- Użyteczna klamra podtrzymująca.
- Sławny, ceniony producent.
- Made in Sweden.
- Polska dystrybucja.
- Ryka approved.
Wady i zastrzeżenia
- Gruby.
- Ciężki.
- Nieelastyczny.
- Drogi.
- Technologicznie w dużym stopniu osnuty tajemnicą.
- Znacząco podnoszący cenę moduł uziemienia.
- Niewidoczny na stronie producenta.
- Wyłącznie na zamówienie.
- Z uwagi na dużą grubość przewodów nie do każdych słuchawek.
Dane techniczne
- Typ: kabel słuchawkowy.
- Przewodnik: żyła gorąca srebro; żyła neutralna miedź.
- Każda skręcona w przeciwnym kierunku.
- Każda o minimalnie innej długości.
- Izolacja: teflon. (?)
- Dodatkowy odczep uziemiający.
- Dedykowany kondycjoner masy: Entreq Olympus.
- Oplot: czarna bawełna.
- Dostępne długości: 1,65 m; 2,2 m; 3,3 m; 4,4 m.
- Cena: 8300 PLN (3,3 m bez modułu uziemienia)























Panie Piotrze – fajna recenzja.
Ale to kable typu solid core. O ile wzmacniacz lub kolumny stoją nieruchomo (pomijam wibracje), to słuchawek nie się słuchać siedząc nieruchomo, ponadto kiedyś trzeba te słuchawki na łeb założyć, a po posłuchaniu zdjąć. I w końcu kable typu solid core pękną – więc pytanie jak z trwałością – producent daje jakąś gwarancję na te kable? Podobno Entreq miał swego czasu dużo reklamacji z tego powodu a nawet produkcję zawiesił. Ciekawe, czy rozwiązali jakoś ten problem?
Mam jeszcze kable srebrne słuchawkowe Lavricables, nie używam bo co i rusz to pękają przy wtykach do słuchawek, trzeba je nieustannie skracać.
Moje zdanie jest takie, że kable solid core na słuchawkowe się nie nadają. Lavricables na swoje kable słuchawkowe gwarancji nie daje żadnej…
Sądzę, że rozwiązali poprzez umocnienie. Kabel jest bardzo solidny, trudno go będzie uszkodzić. Konstantina i Atlantisa używałem łącznie przez wiele lat – fakt, były problemy z łączeniem przy muszlach. Ale ten ma to połączenie masywniejsze i odejmującą ciężar zawieszkę. Kilka miesięcy używania na razie mu nie zaszkodziło.
No i tak trzymać, oby służyły niezawodnie. Z moich doświadczeń – a słuchawek słucham prawie codziennie – to mistrzem niezawodności jest FAW. Sytuacja idealna to taka gdy mistrz brzmienia = mistrz niezawodności.
A swoją drogą, to ciekawe, czy Entreq zrobiłby kable do Crosszone (pisząc to na głowie mam CZ-10 z kablami FAW, piękny koncert Toma Waitsa Glitter and Doom Live…)
Tonalium naprawiało kabel do Crosszone i wg relacji przewody są cienkie, tak więc Entreq raczej nie. Ale dystrybutora trzeba zapytać.
Jakby Pan porównał je z topowym sulkiem ? Wiem ze to mało dyplomatyczne ale czy jest niekwestionowany zwycięzca? Lubię dzwiek analogowy i cieply
Chodzi o Sulka słuchawkowego, jak mniemam? Trudno porównywać kable używane w różnych słuchawkach, zwłaszcza gdy jednymi z nich są K1000. Bardziej zgaduję niż twierdzę, że Sulek spokojniejszy i cieplejszy. Bardziej skupiony na melodyce, mniej na dynamice. Który lepszy? To dopiero do ustalenia i zależy pod jaki gust. Podejrzewam, że dla mnie Olympus, a dla kogoś lubiącego analogowe ciepło i melodykę może Sulek?
Panie Piotrze.
Posiadam Atlantis i Olympus od 2019 roku. Kupiłem wprost od producenta. – Swego czasu opowiadałem Panu o tym. Z perspektywy użytkownika: Olimpus ma pełniejsze spektrum dźwięków i pełniejsze składowe; soprany są wręcz pieczołowicie artykułowane ale bez cienia sylabizacji; bas precyzyjny z charakterem oryginalnych dźwięków instrumentarim akustycznych oryginałów; intymność i jednocześnie znakomita przestrzenność orkiestr i kameralistyki.
Pierwsza wersja Olimpusa po roku użytkowania (bardzo ostrożnego) zaczęła pękać w kilku miejscach 9oddalonych od wtyków). Napisałem do producenta i wysłałem do naprawy. Po 2 miesiącach otrzymałem kabel, który wydaje mi się taki sam gruby ale jest bardziej wiotki (choć nadal jest sztywnawy). Po wygrzaniu kabel gra jeszcze lepiej. – Nie otrzymałem od Entreq’a słowa wyjaśnienia, ale jestem przekonany, że przysłali mi inną wersję Olympusa. Jak dotąd nie ma tendencji do ponownego łamania. Jednak piszę o tych tendencjach do pękania ze względu na nowych użytkowników.
Pozdrawiam.
To ja mam chyba starą, sztywną. Może to ta z Pana słuchawek – odzysk. 🙂
Dzięki za ten sygnał ostrzegawczy. Mam Entreqa Olympus od sierpnia, używam z Susvarą i również bardzo łagodnie się z nim obchodzę. Nie wyciągam bez sensu wtyczki 4 pin XRL ze wzmacniacza i kabelek za drewnianą beczułką (nie doczytałem jak się to fachowo nazywa) zwisa i jest skierowany zwykle w jedną stronę. Obserwuje czy coś się tam nie dzieje, ale jak na razie jest OK. Czy zalecanie wyciągać wtyczkę ze wzmaka?
Trochę obaw miałem gdy przy zamówieniu Olympusa powiedziałem, że chcę go do Susvar. Dystrybutor odradził mówiąc, że Entreq do tych słuchawek już nie robi, bo Olympus jest zbyt ciężki i wtyczki w słuchawkach wypadają. Dopytałem czy ten problem też występuje w przypadku nowych Susvar z nowymi wtykami i na szczęście usłyszałem, że w tym przypadku jest znacznie lepiej. Do tej pory tylko raz się zdażyło, że z jednej słuchawki wypadła wtyczka i to z mojej winy, bo przypadkowo pociągnąłem za kabelek przy odwieszeniu słuchawek na stojak, który miałem ustawiony dość wysoko. Czyli nie jest źle, choć z innymi słuchawkami raczej to by się nie zdażyło.
Witam.Możesz coś napisać jak Olympus wpływa na brzmienie Susvar.Mam te słuchawki i szukam do nich kabla.Dziękuje.
Oryginalnie kabelki od Sus gubiły bas, dlatego poszszlył niemalże z automatu do wymiany, Po zmianie na Entreq Olympus usłyszałem w tym zakresie zadawalajacą poprawę.. Co ważne, kabel Olympus wygrzewa się dobre ponad 100 godzin, wcześniej zaokrąglal soprany.
Napewno nie 😉 tak jak pisałem wcześniej, rożnica sztywności jest niewielka, jednak jest. Sam nie bardzo to rozumiem, ponieważ grubość i waga kabla jest taka sama… i napewno jest to nadal solidcore.
Pozdrawiam.
Różnica w sztywności wynika zapewne z gęstości wypełnienia międzyżyłowego, którego zadaniem jest tłumienie drgań przewodów. (Przewodnik prądu zawsze ma mikrodrgania.)
Proszę mi przypomnieć, jakie słuchawki Pana Olympus obsługuje.
problem z tymi wszystkimi kablami polega na tym, że jest to zakup w ciemno – osobiście nie wyobrażam sobie kupna kabla do słuchawek za 9000 tyś zł do słuchawek za 9000 tyś zł bez wcześniejszego odsłuchu; wydaje mi się, że to dużo $ dla audiofila (o zwykłych ludziach nie mówię, bo od razu stwierdziliby, że mają do czynienia z pomyleńcami), dlatego sam zrezygnowałem z takiego rozwiązania; stać mnie na taki kabel, ale nie do tego stopnia, żeby móc taką kwotę sobie po prostu przehulać i powiedzieć, że jeśli nie stwierdzę spektakularnych różnic (za taką kwotę, takich właśnie oczekuję) to trudno, 8 tyś zł to niewiele. Nie trafia do mnie argument – to słowa klasy średniej, jest wiele ludzi bogatych, ale których to niewiele. Znam sporo osób bardzo zamożnych, które posiadają dużo bardzo drogich rzecz, ale nigdy z nich ust nie słyszałem, że 8 tyś zł to żadne pieniądze i kupić jakiś kabel do słuchawek za taką kwotę to jak splunąć. Jeśli ten czy inny kabel wart byłby swojej ceny w moim przekonaniu to bym go kupił; w ciemno nigdy.
p.s. chętnie posłuchałbym opinie użytkownika Colorfort w przedmiocie zastosowania tego kabla do utopi.
Odnośnie zachowań bogatych, to przypomina mi się dialog z serialu „Absolutnie fantastyczne” między sprzedającą modystką a łażącą po salonie klientką.
– Ile to kosztuje?
– Pytasz, ile to kosztuje? To znaczy, że cię nie stać. Wynoś się!
Odnośnie zaś kupowania bez sprawdzenia, to przecież prawie wszystko tak się kupuje, niezależnie od ceny. Czy butów, garniturów, samochodów albo lodówek używa się tygodniami na próbę przed zakupem?
Gdy na początku lipca składałem zamówienie był nieco tańszy. Chyba na początku września cena śmignęła do góry. Ale to nie odosobniony przypadek, bo wszystko podrożało. Choć uwaga, sprzęt dCSa potaniał teraz w końcówce roku, bo kursy walut spadły. W nowym roku można się spodziewać kolejnych podwyżek.
Jak ktoś kocha swoje słuchawki za 9K i chce dać im w prezencie taki kabelek, to jak najbardziej jestem w stanie to zrozumieć. 🙂
Obecnie RAAL a Atlantis Utopie. W obu przypadkach zleciłem konfekcjonowanie wtykami wprost w Entreq.
Rowniez uwazam ze swoboda propagacji fali dzwiekowej ma decydujace znaczenie w oddaniu naturalnosci i realizmu przekazu i zadne sluchawki klasyczne nie oddadza tego tak wiernie jak naglowne monitorki typu K1000 czy RAAL SR1a, dlatego tez aby nie chodzic juz na skroty przeszedlem finalnie na system kolumnowy jako moje glowne otoczenie muzyczne.
Bede jednak trzymal typowe sluchawki do intymnych odsluchow, do ktorych nadaja sie w sam raz, moze nawet sprawie sobie GS3000x, bo jakos mam ogromny sentyment do tych drewniakow i sprawie sobie hobbystycznie system wieczorny/nocny w oparciu wlasnie o nauszniki.
ps. odnosnie sluchawkowego kabla Sulka, jest on ok ale zdecydowanie za drogi na swoje walory, opisywana tutaj 'tania w porownaniu’ Luna niczym mu nie ustepuje a w niektorych konfiguracjach (Abyss 1266 i Wa 33) moze sie wrecz wydac ciekawsza/lepsza.
Grado GS3000 to dużo straconego czasu w walce o egzemplarz do testów. Podobno Grado produkuje ich bardzo mało, a sprzedają się bardzo szybko, nie ma wolnych sztuk żeby podesłać. Nawet nie wiem jaką teraz literkę dodają po tych trzech tysiącach, bo szybko się to zmienia.
To najnowsze wydanie GS3000 z dopiskiem 'X’ do ktorego sie odnosze, ma juz nowy, 52mm przetwornik, a i wizualnie same muszle ladnie sie prezentuja, to moga byc absolutnie czolowe sluchawki dynamicznej w obecnej produkcji, a co wazne, nie kosztuja jeszcze fortuny, jak to jest u konkurencji:
https://gradolabs.com/headphones/statement-series/item/136-gs3000x
Wyglądają faktycznie kusząco, ale polska dystrybucja twierdzi, że zamawia i nie otrzymuje.
Oni już sami nie wiedzą chyba co piszą bo mi napisali i to już dawno temu że na razie nie sprowadzają i nie zamierzają. Albo ściemniają. Kiedyś rozmawiałem z nimi przy okazji wstępnych negocjacji najwyższego modelu i to była bardzo dziwna konwersacja przez pocztę mail. Jak to dziś mówią młodzi ludzie, cringe. Albo creepy 😉
Znajomy już zamówił GS3000x, tak że bez łaski. Ale ma przywieźć dopiero w lipcu.
Rzadko juz slucham swoich sluchawek K-1000 ale kiedy czasami zrobie odsluchy to jest to cudowne uczucie,majac wysokoskuteczne kolumny Goodmans i gramofon to jest fantastyczne analogowe sluchanie,zawsze interesuje sie nowosciami sluchawkowymi,szkoda ze CanJam w Londynie zrobili w srodku lata, kiedy akurat wszyscy sa na urlopach i nie moglem byc na tej pieknej wystawie.Caly czas mysle o sluchawkach Grado RS1x i bardzo chcialbym je posluchac,interesuja mnie jako drugie sluchawki,szukam tanszych sluchawek, ale bardziej spektakularnych,takimi byly i sa do dzis moje K-1000 to byl strzal w dziesiatke,nie podlega dyskusji ze to dzieki Piotrowi zrobilem ten zakup z wzm.Carym 300B graja wspaniale.
Piotrze widzę, że uziemiasz swojego Olympusa starszą wersją Minimusa. To był Twój celowy wybór po testach z AKG K1000 między tą wersja a droższa Silver?
Sam będę testował obydwie wersje Minimusa z Olympusem i jak myślisz, który bardziej pasowałby do Susvar? Jakie zmiany obserwujesz w swoich słuchawkach gdy grasz na Olympusie z kondycjonerem masy i bez niego i czy to jest od razu słyszalna różnica, czy jednak trochę dokładniej trzeba się wsłuchać, aby te zmiany usłyszeć?
I przy okazji zapytam. Spada jakość działania Minimusa gdy podepniemy do niego dwa urządzenia, czyli kabelek słuchawkowy Olympus oraz drugim odpowiedni kablem uziemimy np: DAC, czy lepiej osobno uziemiać każde urządzenie?
https://www.youtube.com/watch?v=WH7Q-xO_lpQ
proszę posłuchać, innych odcinków także, a zaoszczędzone być może dzięki temu pieniądze przekazać na fundację, schronisko czy dom dziecka – pożytek z tego będzie znacznie większy, a i żyć będzie lżej z myślą, że coś się zrobiło dobrego dla innych, niż dać z siebie zrobić nieuka.
To nie świadomy wybór, tylko przysyłając powiedziano że Silver, a przyjechał zwyczajny (czyli bez dosypki srebra). A ja nawet nie sprawdziłem, że to nie Silver, po długim czasie się zorientowałem. Nie mając Silvera, nie wiem czy podpinanie do dwóch go osłabia, poza tym mam drugi kondycjoner masy, to i tak do dwóch nie muszę.
Który z kabli Entreq’a nadawał by się najbardziej do Utopii 2022 ? Czy może jednak lepszym wyborem byłby przytoczony w recenzji kabel Luny który jak Pan pisał podwyższał tonacje i „sypał sopranową sól” – a na tym mi zależy. Pozdrawiam
Entreq Olympus na pewno będzie lepszy. Atlantis też, tylko nie wiem, czy jest jeszcze osiągalny.
czy podpinał Pan k1000 do wyjść głośnikowych mocnych wzmacniaczy zintegrowanych np. 250 wat przy 8ohmach lub w podobnych mocach? trochę obawiam się użyć k1000 z tak mocnymi wzmacniaczami, nawet delikatnie obchodząc się pokrętłem czy suwakiem z poziomu playera, z drugiej strony może obawa ta jest nieuzasadniona. Będę wdzięczny za wskazówki czy podzielenie się własnymi doświadczeniami.
Podpinałem do końcówki mocy Leben CS100P (2 x 100 W) i nie było problemu, rewelacyjnie grało. Mogłem do dzielonego Circle Labs, ale za szybko porwali, ktoś chciał koniecznie posłuchać. Zawsze można podjechać do któregoś salonu i zrobić próbę, powinna wypaść pozytywnie. Tak nawiasem kabel Entreqa ma bardzo dużą pojemność, z nim jest więc łatwiej.
dziękuję za odpowiedź
Nie bardzo mam gdzie się do tego odnieść, bowiem recenzji kabla słuchawkowego jako takiego od dawna nie pisałem, ale przejść obojętnie nie mogę, Na stronie Audiofanatyk z produkcją piśmienniczą autorstwa Jakuba Łopatko ukazał się „Wielki test kabli słuchawkowych” w ilości dziewięciu, (https://audiofanatyk.pl/wielki-test-audiofilskich-kabli-sluchawkowych-czy-maja-sens/) oparty o macanie, oglądanie, pocieranie oraz pomiary przy pomocy nowej, tym razem już absolutnie obiektywnej aparatury pomiarowej. Stopień jej obiektywności plus obiektywizm mierzącego wykazały niezbicie, że wpływ kabli słuchawkowych na brzmienie jest zerowy, z czego jasno wynika – jak wprost napisano – że miejscem audiofilskich kabli śmietnik. Autor nawet się nie zająknął odnośnie ewentualnych rezultatów słuchania, które przy takiej aparaturze i pozostałym osprzęcie (w całości jego autorstwa) mogłyby być tylko mylące – wystarczające w zupełności i miarodajne są wykresy.
Ze swej strony mogę napisać, iż są to czyste brednie, na dodatek wymiernie szkodliwe. Odbierające wiarę w możliwość dobierania brzmienia także przez zmianę kabli, a mowa o szerokim spektrum. Pomijam kwestię podobania, która w odróżnieni od aparatury Łopatki całkiem jest subiektywna – nikt nikomu nie może zabronić wyboru tego czy innego. Jednakże faktem jest, że te same słuchawki przez różne kable brzmią różnie, co mogę udowodnić każdemu sceptykowi, który mnie zechce odwiedzić. Proponowałem wizytę też eksperymentatorowi Łopatce, ale nie zechciał przyjąć, woli swe apostolstwo bredni. Na razie ma już aparaturę, która wszystkie kable zrównuje, bo nie widzę powodu, żeby przypadek słuchawkowych był inny od interkonektów, zasilających czy głośnikowych. (Było nie było słuchawkowe to przecież głośnikowe.) Następna generacja mierników mam nadzieję wykaże, że również wszystkie słuchawki się między sobą nie różnią. I podążając tą drogą też odtwarzacze i wzmacniacze, co byłoby odnowieniem trochę już zapomnianej szkoły, wg której faktycznie nie występują różnice odnośnie tego sprzętu. Potem już tylko wystarczy dowieść, że także każda muzyka jest idealnie równa drugiej, będziemy mieli komplet. Pobekiwania raperów scalimy z symfoniką Mozarta w jedno wielkie zwycięstwo mierników nad słuchaniem. Ale nim to nastąpi ku wiekopomnej chwale odkrywcy Łopatko Jakub, pozwolę sobie orzec, iż są to wierutne bzdury. W imię czego głoszone, to jest kwestia odrębna, z pewnością zastanawiająca. Niemało mnie zadziwia, w imię jakiego zysku tak kontrfaktyczne i łatwe do obalenia tezy głośno są artykułowane. Nie chcę się publicznie domyślać, mimo iż podejrzenia suną. No nic, mimo wszystko powiem – ktoś tu z zawiści zwariował. Nasuwa się też tłumaczenie odnośnie innego względu – słuch p. Łopatko jest słaby. Wygląda na to, że wszystkie przeprowadzone przez niego eksperymenty prowadzą do takiego wniosku. Rozochocony przypadkiem filtra Power Guardian, którego wpływy na dźwięk i obraz przynajmniej zechciał poddać osądowi swych zmysłów (dochodząc, jakżeby inaczej, do koronnego swojego wniosku: są żadne), pogalopował dalej. Pogalopował nie podejrzewając, że tym samym wydał na siebie wyrok. Filtrowi Power Guardian można bowiem wiele zarzucić, ale nie to, że nie wpływa. Musiałaby zaistnieć w naszym Wszechświecie jakaś nowa fizyka, żeby coś tak dalece ingerującego w prąd zasilania nie miało przełożenia na pracę zasilanych urządzeń. Ale tego Jakub Łopatko już nie brał pod uwagę, ponieważ jego kwalifikacje techniczne są równie wątłe jak audialne. Urządzenie poddane zostało surowej ocenie technicznej, wykonano wiele pomiarów i rozszyfrowano konstrukcję – okazało się, iż faktycznie nie powinno być sprzedawane, lecz wcale nie dlatego, że ma zerowe działanie, tylko sposób jego działania jest nieakceptowalny z powodów poza dźwiękowych i poza obrazowych.
Na koniec całej tej szokującej bzdury odsyłacz do dawnego mojego tekstu o testach ABX, podwójnie ślepych i tem podobnych: https://hifiphilosophy.com/muzyka/filozofia/testy-abx/ Jest długi i pod prąd nadziejom, ale czegoś się można dowiedzieć, coś może lepiej zrozumieć.
Naprawdę szkoda czasu na dywagacje Pana Łopatko. Ten człowiek nic nie słyszy. Żadnych różnic. najlepsze są komentarze do tego artykułu, bo wynika z nich – i jest to mu wytknięte, że dawniej różnice słyszał, a teraz już nie. No, ale on się „nawrócił”, czyli doznał objawienia, że oszuści, podstępnie stosując autosugestię oraz efekt placebo wysysają pieniądze z biednych/bogatych lecz głupich audiofili. Więc stosując zasadę wyparcia wmówił sobie, że różnic nie ma. Tak samo nie słyszał różnicy pomiędzy kablami zasilającymi. Na słuchawkach za 1000zł. Ja z kolegą słuchałem dwóch egzemplarzy Oyaide Tunami GPX, jeden z wtykami czerwonymi, drugi z niebieskimi rodowanymi, zasilały mój transport CD Jay’s Audio CDT2MKIII. Różnica był wyraźna, kupiłem ten z czerwonymi, używany.
Aha, no nie coś tam słyszy jednak. Najlepsze HiFiMany to te za 400 zł, a im droższe tym więcej mają podkolorowań i ulubionych przez audiofili zniekształceń…
https://audiofanatyk.pl/hifiman-he400se-v1-recenzja-najtanszych-planarow-na-rynku/
„Aha, no nie coś tam słyszy jednak. Najlepsze HiFiMany to te za 400 zł, a im droższe tym więcej mają podkolorowań i ulubionych przez audiofili zniekształceń…”
Oj uważaj bym nie zrobił porównania, iż droższe hehemany to w zasadzie audiofilski odpowiednik Sony WH1000XM4, bo technicznie i konstrukcyjnie to one obok topowych dynamików (o estatach nawet nie wspomnę) nie stały, bo pan Fang to chyba zatrudnia Ujgurów, bo poziom wykonania i zaawansowania technicznego driverów to w porównaniu do takich Dan Clarków, Fostexów czy Meze to jakby porównywać DeLoreana do Ferrari F40. Sorry ale jak magnesy czy ścieżki potrafią zardzewieć w słuchawkach za kilka tysi, w OG Susvarach producent nadal jedzie na magnesach ferrytowych, bo gdyby zastosował neodymy, to by membrana zaczęła się przyklejać do magnesów jak w HE-6 a i tak są na to klienci to tylko pokazuje jak klienci dają się opluwać, a mówią, że leje na nich deszcz…
Chcesz powiedzieć, że złote nici cewek u Susvar rdzewieją?
No i ci Ujgurzy, masz coś do nich? Coś nie tak z ich rękami i oczami?
Dobrze skoro znalazł się ktoś na tyle pewny by mi odpowiedzieć na mój komentarz na temat Hifimanów, no to opowiem to i owo na temat tych słuchawek i dlaczego nimi gardzę i co ciekawe poza THD nie potrzebuje innych pomiarów.
„Chcesz powiedzieć, że złote nici cewek u Susvar rdzewieją?”
Wiesz, że przed linijką dotyczącą Susvar jest przecinek i oddziela ono tekst wcześniejszy dotyczący rdzewiejących HFM za kilka tysi?
Ale wracając – znam 6 przypadków kiedy elementy HFM potrafiły zardzewieć – od ścieżek, magnesy aż po śruby mocujące.
https://www.reddit.com/r/headphones/comments/1m823zv/rip_my_hifiman_deva_pros/
https://www.reddit.com/r/headphones/comments/1lktd70/do_the_magnets_of_planar_magnetic_headphones_rust/
https://www.amazon.com/-/es/portal/customer-reviews/mobile-media-feed/B07YBWT8PK?physicalId=81ygxiJYlCL&imageExtension=jpg&reviewId=R1KYW0NJDD1AEL
https://www.reddit.com/r/headphones/comments/mn91uu/rusting_in_trace_of_sundara_diaphragm/
https://www.reddit.com/r/headphones/comments/1e61zwz/hifiman_qc_issues_in_20232024/ (pierwszy komentarz)
(jeszcze był jeden przypadek jajkowych HFM (Arya lub Ananda), które miały nalot na magnesach jednakże nie udało mi się do tego dokopać)
Problem z HFM jest taki, że cena w zasadzie w żadnym stopniu nie przekłada się na poprawę QC – sam miałem przypadek na AVS 2024, kiedy Susvary zaczęły mi szeleścić membraną na prawej słuchawce przy 200-300 Hz. Kolejnym przypadkiem są te nieszczęsne Shangri-la Sr, które docelowo miały rywalizować z HE-1 (50k $ za cały zestaw) no i problem z nimi jest taki, że jakościowo to one nie stały obok takich SR-007 – przecież jak zobaczyłem wykonanie metalowych osłon (chociaż nie wiem dlaczego HFM nazywa je w przekazach marketingowych statorami – przecież oni się narażają na śmieszność tym przekazem – na początku myślałem, że to są statory i się zastanawiałem jakim cudem one są wykonane bardziej prymitywnie niż w SR-Omega, ale to nie są statory mimo reklamy HFM dotyczącej tej metalowej osłony https://rms-store.eu/en/hifiman-shangri-la-sr-shangrila-electrostatic-headphones (przeostatnie foto) (nie tylko ja, ale też Spitzer gdy recenzował Shangri-la Jr https://www.head-case.org/forums/topic/13278-hifiman-shangri-la-jr-electrostatic-headphones/page/3/
Dosłownie jak Ton Składowy próbujący się połączyć z Anandami-BT, ale instrukcja obsługi wprowadza w błąd…
Pomijając to, że ta osłona to jest słabo wykonana podobnie jak pady
https://www.head-fi.org/threads/hifiman-shangri-la-the-new-electrostatic-headphones-from-hifiman.793700/page-52
https://www.head-fi.org/threads/hifiman-shangri-la-the-new-electrostatic-headphones-from-hifiman.793700/page-66#post-17826924
No szkoda, że nikt nie zauważył tej cholernej perforacji na błonie osłaniającej przed kurzem. W słuchawkach wartych 80 tysięcy, a w zestawie 200 tysięcy.
Pomijajać to, że headband jest z HE-400i…
https://www.head-case.org/forums/topic/13505-hifiman-jade-ii/
Tutaj piękna recenzja Jade II wraz z rozebraniem na części pierwsze. Pan Fang Gang Bang tak sie poruszył, że w 2019 roku na oficjalnym kanale YT HFM opublikowało film odpowiadający właścicielowi Mjolnir Audio, co sądzą na temat jego opinii…
Jeszcze przy okazji wyśmiał chwalone Woo Audio WEE i GEE gdzie z powodów wad projektowych rezystorów balastowych lubiały palić słuchawki. Słuchałem tego wzmaka osobiście w połączeniu z Dan Clarkami Corina i przy SPL powyżej 80dB lub utworach o większej dynamice lubiał sobie generować trzaski w driverach. Kto wie może są już w procesie uszkadzania kolejnych słuchawek elektrostatycznych https://www.reddit.com/r/headphones/comments/1jelbsg/can_i_get_some_fs_in_the_chat_srx9000/
Niczym wspaniały Burson gdzie potrafili zbudować cały wielki chiński mur kondesatorowy jak dla obcego.
Ale wracając do HFM – więc to + pomiary THD Amira, Audiofanatyka i DIY Audio Heaven pokazują, że mają problem z napinaniem membrany oraz nie kontrolują jakości driverów, skoro jedne słuchawki potrafią mierzyć do 0,5%, drugie 3%, trzecie 8%, a rekordzista przebija 12% THD! Co ciekawe aż Dan Clark niejednoznacznie na CanJam NYC 2022 podśmiechiwał się z HFM (chociaż ich z nazwy nie wymienił), bo to jedyne słuchawki planarne, którym membrana faluje oraz generują potężne THD (no jeszcze jest ten okropnie przepłacony Abyss), a THD może być interpretowane jako ekstra detal, chociaż to tak naprawdę generowane dźwięki, których nie było w muzyce, bo słuchawki są tak audiofilskie (tfu)
https://www.youtube.com/watch?v=6eYGTVx3WcE&pp=ygUZbWVhc3VyZW1lbnQgMTAxIGRhbiBjbGFyaw%3D%3D
Mam duży respekt do Dan Clarka za to, że wkłada sporo inżynierii i nauki w swoje słuchawki, mam olbrzymi respekt do Staxa za to, że dalej istnieją w nisz niszy czyli w słuchawkach elektrostatycznych i że się starają robić nawet jeśli potrafią balansować na granicy bankructwa oraz za unikalną prezentację dźwiękową, której bardzo ciężko szukać gdzie indziej (chyba tylko odsłuch K1000 tak prawie w pełni mnie usatysfakcjonował). Natomiast nie znoszę produktów po prostu słabych sprzedawanych w cenie złota. I nimi po prostu gardzę.
A tutaj na zakończenie sypiące się pady w Susvarach
https://www.head-fi.org/threads/hifiman-susvara.853031/page-221#post-15439923
Piękna membrana
https://www.head-fi.org/threads/hifiman-susvara.853031/page-1668#post-18048292
Z odwróconą fazą
https://headphonetestlab.co.uk/test-results-manufacturers-e-h-hifiman-susvara
Heheman nie umie robić membran
https://www.head-fi.org/threads/hifiman-susvara.853031/page-5#post-13571135
Mam jeszcze drugie tyle gdyby to było za mało
Na razie na tyle i pozdrawiam cieplutko
Nie mam w tej chwili czasu całościowo się odnieść, ale zapytam: Wolałbyś słuchać na co dzień Dan Clark Audio STEALTH, czy Susvara Unveiled?
Szczerze? To ja nawet nie wiem czy po prostu nie sprzedać wszystkiego związanego z audio, kupić Aurvany i KSC75 i nie skupić się nad biznesem i finansami bo to, co reprezentuje sobie to hobby kompletnie nie rezonuje z moimi idealistycznymi przekonaniami, które mówią, by sprawdzać różne koncepcje, by przesuwać granice w reprodukcji dźwięku, by dawać więcej za mniej. Natomiast w praktyce widzę multum barokowych tworów, co próbują kupić oczami, a dźwięk no to jest taki se lub gorszy, ale cena 50 tysi musi być, kopia kopii kopii tych samych koncepcji albo odgrzewanie kotleta czy też tą debilną inflację cenową, która ma podłoże w tym, że ludzie na to pozwalają podobnie jak na słuchawki za kilkanaście tysi, co po prostu czy to wykonaniem, czy to dźwiękiem to jedna wielka tandeta. Widzę ludzi którzy dziesiątki lat siedzą w tym audio, a ja potrafię ich zagiąć pytaniem czemu „elektrostat” w IEMach tak naprawdę jest elektretem i się pytają co to jest elektret. Czemu mam kupować kondycjonery skoro dobrze zaprojektowana sekcja zasilająca nawet z trafem jako separacją galwaniczną nie wystarczy? Czemu jak się pytam o te bezsensownie wielkie kondy w Bursonach, to robią wielkie oczy. Czemu ludzie w tym hobby nie chcą kompletnie dowiadywać się twardej wiedzy na temat sprzętu tylko większość czasu marnują nad meandrami dźwiękowymi wzmaka, który może być niczym innym niż replikacją schematów z lat 60 i sprzedawaniem tego jako niewiadomo co czy nad Abyssami, co jak patrzysz na jakość drivera to KOMPLETNIE NIC nie uzasadnia tej ceny. Widzę ile pracy oni nie włożyli. A przychodzi taki ty i się rozpływa nad nimi jakie to ochy i achy. Sorry słuchałem Dian V2 i nawet Staxy L300 gniotą je jak zardzewiałą puszkę, ale są tacy co jedynie cena wpływa na jakość dźwięku. Jak zajmowałem się motoryzacją, biznesem, awiacją wojskową to w żadnym hobby nie było awersji do poszerzania wiedzy, jak tutaj, bo przecież „gra? gra! to po co wiedzieć więcej” i potem masz tandetę w cenie złota i klaszczących uszami naiwniaków, co dali się omamić, bo niestety niewiedza kosztuje
I tylko spróbuj się bawić w 100% adwokata Hi-endu, że wszystko będziesz bronić jako piękne i cudowne to po prostu zakończę z dyskusję i pójdziemy w swoją stronę
Ja już nie mam sił do tego hobby, do tych ludzi i tego podejścia opartego na skrajnym dojeniu krowy. Co mi ze Dan Clarka, Staxa skoro są łyżką miodu w beczce dziegciu, bo producenci zauważyli, że mogą sprzedawać sprzęty warte maks parę stów za kilkanaście tysi i jeszcze klienci będą bronić jak Częstochowy.
Ehhhh
A więc ogólnie rozgoryczenie, lecz mimo wszystko jaki był najlepszy słuchany via słuchawki dźwięk?
STAXy SR-X9K oraz AKG K1000. Z tych co chciałbym przesłuchać zostały mi Tungsteny, Raale SR1a oraz HE-1. Niestety z tego co obserwuje, to w jakim hobby nie jestem to jak się zaczyna pojawiać duży pieniądz, to to hobby zaczyna się psuć. Najgorsze jest to, że widzę postawę ludzi, która jest bierna i nic z tym nie robią, przez co pozwalają na to, że producenci oferują mniej za więcej. Nie ma wielu projektów, w których faktycznie starano się tworzyć coś przełomowego jak SR1a, jak K1000, jak Dan Clarki, gdzie tańszy sprzęt potrafi być lepszy niż droższy (E3 vs Stealth), tylko częściej widzę powielanie tego samego jak Abyss z Dianami, jak Beyery, jak Sennheiser, który według słów Axela Grella wywalili cały dział R&D, więc powoli zaczynają podzielać los AKG, jak Hifimany, co mielą ten sam koncept drivera w różnych słuchawkach. Po co pracować nad próbami rozwinięcia słuchawek w stylu K1000, po co testować i się trudzić nad nowymi driverami jak Raal czy HEED, skoro i tak ludzie wybiorą rozklekotane HFM czy DIY Abyssy? Po co się silić na innowacje, skoro to jest nieopłacalne, a prościej jest zrobić to samo tylko odpowiednio zareklamować (aż mi się przypomniał jak Headphones.com robił hype na odgrzewane kotlety HD560S czyli HD505 i HD550). Być może marazm, brak innowacji, podejście ludzi, które kompletnie kłóci się z moim podejściem powoduje, że czasami mam wrażenie, że to hobby nie jest dla mnie. Ja mam bardzo słabą tolerancję na słabe produkty wyceniane jak złoto, a tu jest tego od groma i jeszcze jest multum ludzi co uważa inaczej, bo trochę boli się przyznać, że wydało się kilkanaście tysi na coś co nawet nie jest wart 10% tego. Aż mi się przypominają XK audio Serenę, które mają uderzająco podobne drivery do Susvar, ale kosztują mniej niż 5k zł, a używki pewnie chodzą po 3k zł (obstawiam), więc prawdopodobnie Susvary w produkcji są obstawiam warte mniej niż 1000 zł. Na pewno tańsze i prostsze w produkcji niż Utopie czy SR-X9K, są gorzej wykonane, gorzej brzmią, ale to HFM ma posłuch, którego nie powinien mieć. A tymczasem Stax dalej se dycha i nawet nie osiąga takich wyników jak HFM, chociaż subiektywnie i obiektywnie są lepsze. Słuchałem obu Susuw i nie wiem co w nich jest lepsze względem HE-6 czy jajkowych HFM – nie chcę słyszeć jakichkolwiek argumentów cenowych, bo z tego co widzę to psychologia ceny w tym hobby działa niezwykle mocno. Zresztą z tego co widzę łatwiej zrobić kabel niż słuchawki czy kolumny, a jeszcze trudniej zrobić to dobrze, to potem jest wylew producentów akcesoriów w cenie całych zestawów stereo i kompletnie irracjonalne bronienie tego… No na pewno kabel zrobi mi większą różnicę niż staranne zamontowanie paneli wytłumiających w pokoju… A widziałem kabelkowiczów z podstawkami, pseudowzmakami czy polepszaczami dźwięku co ani jednego panela nie wstawili…
Susvary nie są gorzej wykonane od Utopii, a już szczególnie tych model 2022, gdzie nowe włókno węglowe pałąka zastąpiono prasowanym z odzysku. Nie są też gorzej od DC STEALTH, u których jeden pad mi klapnął. (Znasz historię kradzieży innowacji Zgliszcza, nawiasem?) Jedne, drugie i trzecie mają trudność ze znalezieniem idealnie pasującego wzmacniacza, a nie wiem jak u Susvar, ale Utopie mają bardzo ciężkie życie techniczne przez te swoje toksyczne w produkcji berylowe membrany. (Dużo odrzutów, chociaż nie tyle co kiedyś w Stax SR-Ω.)
Generalnie odnośnie innowacyjności, to jest to zawsze wyprawa w nieznane. Ostatnim jej przykładem słuchawki NUR Harmonia powstałe na uniwersytecie „La Sapienza”. A historycznie biorąc Wielkie Życie Słuchawek już startowało od konstrukcji drogich, a nie dopiero w ostatnich czasach do nich doszło. Pierwsze Staksy (1960) z finałem w SR-Ω (1993), Yamaha YH-1000 (1078), Grado HP1000 (1989), Sony MDR-R10 (1988) i Sennheiser Orpheus (1991) nie były przykładami taniości. Co nie znaczy, że świetnych słuchawek bez wielkich cen nie da się zrobić, czego przykładem AudioQuest NightHawk, a koronnym wcześniej AKG K1000. No ale co poradzić? Dróżki świata są kręte.
Jeszcze odnośnie paneli. Są pomieszczenia, którym żadne nagromadzenie ich nie pomoże. I takie, wstawianie do których paneli byłoby świętokradztwem.
Jest i śmiesznie, i strasznie. Śmiesznie, bo przecież to bzdury, strasznie, bo przez niektórych traktowane serio. Bzdura coraz bardziej się wdziera, np. wczoraj pewien przez wielu traktowany poważnie „ekspert” z pozycji eksperckiej oznajmił, że Amerykanie nie lądowali na Księżycu, ponieważ technicznie było to niemożliwe. Tutaj natomiast okazuje się, iż technicznie jest niemożliwe odmienne brzmienie między kablami, na rzecz czego przywołuje się pomiar aparaturą całkiem nieadekwatną. I w kroku następnym twardo broni konstatacji w stylu argumentacji scholastycznej „Arystoteles tak ustalił i to ostatecznie rozstrzyga”. Z tym, że rolę autorytetu Stagiryty przejmuje autorytet eksperymentu, bo przecież eksperyment i wykresy, a że od czapy, to co z tego? I na dokładkę banialuki w postaci ad hoc rzucanych domysłów odnośnie materiałów przewodzących, już dwóch producentów mnie poinformowało, że to są błędne oceny, całkowite wymysły. Ale najważniejsza konkluzja, że kable marki Audiofanatyk są naj-naj najlepsze na świecie, gdyż lepsze nie są możliwe. W dodatku tanie, ładne i giętkie – kupujcie Panowie, Panie! Ktoś podsuwa sugestię, że były kiedyś próby ich sprzedawania za granicą w o wiele wyższej cenie, ale może to tylko złośliwość, o niczym takim sam nie wiem. Ze swojej strony natomiast wystosowałem propozycję sprawdzenia u mnie tak/nie odmienności brzmieniowej między słuchawkowymi kablami, ale została odrzucona. Nie ma przecież potrzeby dalszej weryfikacji, sprawa już jest rozstrzygnięta.
Przeczytales ten tekst, do ktorego sie odnosisz? To nie jest test odsluchowy, tylko pomiarowy. To fajnie, ze ty slyszysz kable, ale jak juz cos komentujesz, to warto najpierw przeczytac.
Czy ja naprawdę muszę odpowiadać na głupie pytania okraszane kąśliwą uwagą? Czy tam nie jest w tej recenzji na koniec napisane, cytuję:
„Tenże test wykazał obiektywnie, że taką samą jakość dźwięku, jak w kablach audiofilskich z krocie, dostaniemy w dobrze zrobionym kablu za 350 zł. Niepotrzebne są zaklęcia, szamańskie obrzędy, węże ogrodowe, techniki wielożyłowego zaplatania, rodowane wtyki, rasowe przewodniki. Tak samo cyna z domieszką naszego królewskiego srebra zrabowanego przez Szwedów.”
Ta JAKOŚĆ DŹWIĘKU ci umknęła? Nie jednakowy wynik jakiegoś pomiaru, tylko JAKOŚĆ DŹWIĘKU. Capisci?
Szkoda, ze tu nie wiadomo kto komu odpowiada na co.
Ale zakladam ze to komenatrz do tego, co napisalem.
No wlasnie w tymze tescie byla porownywana JAKOSC DZWIEKU, a nie subiektywne nie bardzo mierzalne odczucia tego czy innego sluchacza, ktory TWIERDZI, ze slyszy roznice.
To byl test pomiarowy, a nie odsluchowy.
I wyszlo ze ta jakosc dzwieku w kablach za x PLN jest taka sama jak w kablach za 10x czy 100x PLN.
Rozumiem, czyli jakość dźwięku ustalamy pomiarem. I dlatego np. najlepsze są te wzmacniacze albo słuchawki, które przenoszą wg danych najszersze pasmo akustyczne, słuchanie w ogóle się nie liczy. Tym samym wróciliśmy do dyskusji sprzed kilkudziesięciu lat. Przy okazji przypomnę bronione zajadle twierdzenie, w myśl którego: „Wszystkie poprawnie zbudowane CD i wzmacniacze grają stuprocentowo identycznie!” oraz przytoczę pogląd z popularnego na YouTube cyklu audycji pt. „Reduktor szumu”, zdaniem autora których kable głośnikowe, wbrew pojawiającym się nierzadko sugestiom, mają oddziaływanie na jakość dźwięku, natomiast zasilające w żadnym razie. A ponieważ, jak mi się chyba słusznie wydaje, kable słuchawkowe to odłam głośnikowych, aktualne poglądy napływające od strony Audiofanatyka wprost kolidują z poglądami skądinąd bardzo zaangażowanego w stronę techniczną p. Krzysztofa Bielewicza, prześmiewcy audiovoodoo, twórcy serialu „Reduktor szumu”. Poniekąd zatem spór w rodzinie.
Nie wiem dlaczego, pod ostatnim komentarzem (30/07/2025, 13:30) nie ma opcji odpowiedzi, wiec wrzucam to tutaj.
„Rozumiem, czyli jakość dźwięku ustalamy pomiarem.”
Dokladnie tak.
Jest to lepszy, bardziej obiektywny sposob ustalenia stanu rzeczywistego niz czyjes osobiste odczucia.
Tak samo jak np predkosc samochodu ustalamy na podstawie pomiaru odpowiednim urzadzeniem, a nie tak na oko.
„I dlatego np. najlepsze są te wzmacniacze albo słuchawki, które przenoszą wg danych najszersze pasmo akustyczne, słuchanie w ogóle się nie liczy.”
Ale – po raz kolejny to powtorze – ten test nie dotyczyl sluchania.
Nie dotyczyl tego, co jest lepsze a co gorsze.
Dotyczyl tego, czy sa mierzalne roznice miedzy roznymi, tanszymi i drozszymi, kablami wykorzystanymi w tym konkretnym tescie.
Test nie wykazal takich roznic. I tyle.
Zakładka „Odpowiedź” jest tylko dwustopniowa. Odnośnie kryteriów jakości, to oczywiście każdy może mieć własne. Jedni więc będą kupować na podstawie pomiarów, inni odsłuchów. Serdecznie życzę samych sukcesów tym, którzy wg. pomiarów. Co by nie mówić, świat jednak jest zabawny. Zwłaszcza, że kiedy nie da się odnotować różnic pomiarowych, sprzęt MUSI być tej samej jakości. Na marginesie opinia pewnego pianisty, który zamienił bezbłędną technicznie Yamahę na Steinwaya, ponieważ Yamaha „nie miała duszy”. Ciekawe czym mierzy się duchowość?
I jeszcze dodatkowo w temacie wyższości pomiarów nad słuchaniem opinia już nie moja. Warto ten film obejrzeć do końca: https://www.youtube.com/watch?v=PrAGH05hn6A
Artykuł Pana Jakuba nic nie zmienia. Jest jednym z setek, o ile nie tysięcy recenzentów na świecie. Wpisał się na listę ludzi nie słyszących kabli (kilku lub kilkunastu recenzentów z tej stawki pewnie się znajdzie). W życiu przerobiłem z kilkadziesiąt modeli i jak słyszę za każdym razem że kable nie mają sygnatury, to pojawia się uśmiech na mojej twarzy. Także jeszcze nie jeden recenzent się znajdzie, który obwieści podobne przemyślenia i pomiary. A świat kręci się dalej.
Pan Jakub miał już taki epizod – twierdził przez jakiś czas kategorycznie, że wszystkie op-ampy między sobą kompletnie dźwiękowo się nie różnią. A potem zmienił zdanie i przepraszał. (Tak w każdym razie mi powiedziano, bo sam nie byłem świadkiem.) I tego rodzaju zdania można sobie zmieniać do woli, w odróżnieniu od tych poprawnych politycznie. Bo tych już zmieniać nie wolno, niech no ktoś tylko spróbuje…
Panie Ryka – pozwoli pan że się odniosę w sposób całkowicie obiektywyny do Pana dywagacji o słyszeniu wszystkiego i szukania jakości wszędzie.
Zacdam tylko jedno prose pytanie – zakładając że jest Pan co najmniej w moim wieku (52 lata) czy aby srawdzić Pana instrument badawczy czyli uszy wykonał Pan jakieś testy – mtu wprost – ADIOGRAM u audiologa?
Ja takowy wykonywałem po tym jak stwierdzono u mnie broksizm i zaczęło mi iszczeć w uszac – zarówno przed leczeniem jak i po.
Piszę to dlatego że sam wiem jakiemiałem preboje porównawcze kiedy wydawało mi się że na jednym sprzęcie słyszałem genialnie a na innym całkowicie do bani. Efkt ten ustąpił po leczeniu (tak jak i szumy uszne). Dodam że Audiogram wykazł że słysze powyej średniej dla mojego rocznika.
Zadam również takie hipotetyczne pytanie – czy byłby Pan skłonny razem z Panem Tonem Składowym i Panem Audiofanatykiem wykonać Audiogram w jednej leżącej mniej więcej korzystnie dla wszystkich Panów dojazdowo Placówce?
Wyjasniłoby to wiele Pańskich jak dla mnie dziwacznych wypowiedzi, które byc możę(choć to dla mnie mało prawdopodobne) są prawdziwe.
Pozdrawiam Serdecznie
Rafał Lalik
Dla Tonu Składowego i Audiofanatyka okienko na wizytę u mnie było otwarte, ale się zamknęło. Po ich reakcjach i insynuacjach doszedłem do wniosku, że nie mam ochoty z nimi się spotykać. Ale Pan może przyjechać i posłuchamy sobie razem, przekonamy się jak słyszymy.