Recenzja: CSPort TAT2

Konstrukcja, pneumatyka, wygląd

Oryginalnie bez maty.

   Gramofon nie jest flagowy i ma wobec tego prostszą konstrukcję tradycyjną, to znaczy talerz, silnik i ramię są przytwierdzone do wspólnej płyty nośnej. Ta waży siedemnaście kilogramów i jak opcjonalna podstawa jest z granitu. Ramiona do niej można podłączać trzy naraz i dziać się to będzie za pośrednictwem aluminiowych bloczków nośnych przykręcanych w narożach. Urozmaicenie, i tak już duże, może być jeszcze większe, ponieważ jedno z ramion może mieć prowadzenie liniowe. To właśnie takie oferuje samo CSPort i zwie się ono AFU1. Może przenosić wkładkę o wadze łącznej z head-shellem  20 –100 gramów i toleruje nacisk igły z przedziału 1,5 – 5 g. Samo waży równy kilogram i daje regulowany przeciwwagą nacisk mniejszy lub równy 0,5 grama, a clou całego przedsięwzięcia stanowi unoszenie tego ramienia przez pompę pneumatyczną. Półkolisty, aluminiowy nośnik, przytwierdzony do jego spodu na poziomie środka ciężkości, wodzi je wzdłuż chromowanej belki z pneumatycznym wylotem, pomiędzy którą a nim tworzy się poduszka powietrzna. Za prowadzenie odpowiada sama igła kierowana przez rowek, a za poduszkę nośną firmowa pompa POU1, podobniej jak to ramię produkcji samego CSPort. Jak ono oferowana oddzielnie za 15 tys. złotych, czyli bardzo niedrogo, zważywszy że to ramię to wydatek 97 tys. złotych. Pompa jest zasilana nagniazdkowym zasilaczem 12V/DC, sama zaś oferuje poprzez dwa cienkie pneumatyczne przewody pulsacyjne ciśnienie nośne, osobne dla talerza i ramienia. Pulsację (bardzo słabą) wygładza do całkowitej gładkości dolnoprzepustowy filtr typu π, a pompa wraz z filtracją ma obudowę podwójną, aby też była bezgłośna. (I rzeczywiście jest.)  Bezgłośna – owszem, ale duża – to duże, czarne pudełko. Matową czernią obleczony spory prostopadłościan stawiamy obok gramofonu, przy czym te kable pneumatyczne kable są dosyć długie, nie wymuszając ograniczeń miejsca. Krótkie natomiast jest samo ramię, jak wszystkie ramiona liniowe. Aluminiowa rurka dłużni mierzy 80 milimetrów i kładzie igłę dokładnie w centrum rowka na idealnie prostopadłym przecięciu swojej osi ze średnicą poprzeczną płyty. To wielki atut, gdyż ta prostopadłość zostaje zachowana podczas całego odczytu – między ramieniem a rowkiem nie następuje w trakcie żadne przesunięcie kątowe. (A ileż nocy nie przespano, w poszukiwaniu szlifu igły mogącego takie przesunięcia neutralizować najlepiej.) Ramię jest niemechaniczne: opuszczanie i podnoszenie realizujemy przytwierdzoną do jego podstawy dźwignią, która pracuje bez zarzutu. Sam sygnał elektryczny między ramieniem a podstawą przewodzi cienka jak bibułka miedziana taśma; prawie nic nie ważąca, aby go nie obciążać. Z podstawy do przedwzmacniacza wiedzie już gruby kabel, który można użyć z kompletu, a można mieć też swój, o ile będzie lepszy. (Ten od kompletu jest średni, nietrudno będzie o lepszy.) CSPort oferuje także lampowy przedwzmacniacz gramofonowy o sygnaturze C3EQM2, ale w teście był nieobecny. Obecny był za to inny jej produkt – jonizator/demagnetyzer IME1.

Pompa (po lewej) jest konieczna. Widoczny nad talerzem demagnetyzer nie.

Za sześć tysięcy złotych wchodzimy w posiadanie metalowego stojaka z przeciwwagą, którego zadaniem jest dźwiganie z możliwością zmiany kąta i wysokości sporego czarnego bloku z dwoma podświetlanymi przyciskami i własnym zasilaczem nagniazdkowym. Zadaniem tej konstrukcji o sporych gabarytach jest odsączanie z powierzchni płyty jonów, by chronić przed trzaskami wyładowań i osiadaniem kurzu. To nam uruchamia przycisk zielony, dający pracę ciągłą; czerwony zaś na dwanaście sekund (z towarzyszącym sygnałem dźwiękowym) aktywuje mocniejszy układ demagnetyzacji, zdolny usuwać namagnesowanie głębokie. Efektem działania obu redukcja szumu tła, a więc poprawa S/N – i znów muzyka z większej ciszy, a przy okazji wyraźniejszy obraz dźwiękowy, powiększona scena i większy na niej porządek, do tego jeszcze możliwość odkrywania „niewidocznych” dotychczas dźwięków.

Demagnetyzer kupujemy albo nie (podobno można go też użyć do demagnetyzacji płyt CD), natomiast ramię prowadzi nas do niezbywalnego u gramofonów talerza. Ten nie jest odlewany na gotowo z żeliwa, tylko wytoczony z bloku nierdzewnej stali i waży 19 kilogramów. Oszlifowano go z mikronową precyzją, jest idealnie wyważony i naniesiono nań znaczniki dla stroboskopu, nie ma natomiast maty. (Taki jest pomysł producenta.) Ma za to cieniutki frez dokładnie w połowie wysokości obwodu, w którym osiada kewlarowa nić przenoszenia napędu. Odporna na rozciąganie i tak mocna, że w filmie Ridleya Scotta „Adwokat” podobną ucinają motocykliście głowę. Że talerz unosi się jak poduszkowiec, już mówiłem, trzeba natomiast dodać, że się rozpędza pomału, toteż opuszczanie ramienia i używanie stroboskopu wymaga odczekania więcej niż parunastu sekund. Wymaga też położenia prawie dwu i pół kilogramowego docisku, który stosowałem zamiennie z kosztującym nieskromne pięć tysięcy bardziej wymyślnym od Synergistic Research. (Bywają dociski jeszcze droższe, ale lepszych podobno nie ma.)

Główka silnika w oprawie metalowego dysku wystaje jedynie trochę nad płaszczyznę granitowego chassis, a dwiema śrubami w tym dysku możemy ją luzować, by móc założyć nić napędu, co do której, to prędzej poucinasz sobie nią palce, niż ją zdołasz naruszyć. Sam silnik też jest wyciszająco obudowany i podwieszony od spodu, minimalnie jedynie unosząc się nad płaszczyzną podłoża za sprawą czterech srebrzystych walców przeszywających na wskroś plintę. Walce są z regulacją wysokości, można więc, i oczywiście należy, talerz idealnie wypoziomować, po czym należne ustawienie fiksujemy trzpieniowym kluczem, który przed nową regulacją musi znów być użyty. (Klucz, podobnie jak zapasowa linka, znajduje się w zestawie.) O przyciskach funkcyjnych już było, także o braku serwa, zostaje kwestia tyłu. Plinta ma wymiar 44 x 32 x 5 cm i jest jednolitym blokiem marmuru, pełni więc tylko rolę nośną. Wszystkie elementy obsługi znajdują się z tyłu obudowy silnika, to znaczy gniazdo zasilania (normalne, trójbolcowe) i mały włącznik główny, a także zawór pneumatyczny do podłączenia pompy i zaraz obok drugi, z którego wężyk do ramienia. (Ten dostajemy wraz z ramieniem.) Jest oprócz tego zacisk uziemienia, w razie gdyby jakiś zakłócający brum, którego sam nie uświadczyłem.

Założenie kewlarowego paska umożliwiają dwie śruby luzujące.

Całość masywna, monumentalna nawet, i gdy wyposażona w liniowe ramię, wyglądająca bardziej niezwykle. Szarość marmuru rozświetlają srebrzenia nóżek, obwiedni talerza i elementów ramienia, osładza zaś pomarańczowa osłona tego ramienia nad belką prowadnicy oraz rozświetla różnokolorowy zestaw sześciu różnobarwnie podświetlanych przycisków. Optycznej symetrii brak – podwieszony po lewej silnik ciągnie masę na swoją stronę i nawet duże, daleko wysunięte na prawo liniowe ramię całkiem go nie równoważy. Tym bardziej wygląd „maszynowy”. Gramofon nie usiłuje być ładny poprzez wdzięczenie się symetrią i przytulanie obłościami. Nie usiłuje też być retro, ani awangardowy. To urządzenie przede wszystkim gotowe do pracy, tym bardziej, że duża pompa zaraz obok. Ma jednak laboratoryjny a nie fabryczny charakter – pracuje całkowicie bezgłośnie, pomimo, a raczej właśnie z powodu, że dobywanie idealnego dźwięku jest jego jedynym celem.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

5 komentarzy w “Recenzja: CSPort TAT2

  1. Marcin pisze:

    No, w końcu jakiś porządny sprzęt na który mogę sobie pozwolić. Nie rozumiem tylko czemu producent podaje cenę w starych polskich złotych? 🙂

  2. Sławek pisze:

    W starych polskich złotych, to po przeliczeniu na nowe PLN wychodzi 30 zł.
    Jak by nawet taki gramofon istniał to musiałby to być superbubel, szkoda płyt…

  3. Sławomir S. pisze:

    Płyta nośna jest granitowa czy marmurowa? Padają tu chyba równolegle te dwa określenia.
    Czyżby nie było żadnych eksperymentów z podstawkami antywibracyjnymi w tym przypadku?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Ściśle biorąc jest z jakiegoś specjalnie spajanego kruszywa, którego polska nazwa ani odpowiednik nie istnieje. Tak mi wyjaśniał dystrybutor.

  4. Piotr Ryka pisze:

    Po tygodniach goryczy, ciągnących się od połowy lipca, we wtorek powinno nadejść słuchawkowe wynagrodzenie. Ciekawe to będą słuchawki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy