Recenzja: Circle Labs AS100

     Wzmacniacze to wzmacniacze, że sparafrazuję wypowiedź popularnego zbieracza O. odnośnie analogu. Odtwarzacze CD i plikowce poszeptują cicheńko, a gramofony jeszcze ciszej, ktoś to musi nagłaśniać. W odniesieniu do gramofonów nastała moda robienia tego dwuetapowo – najpierw specjalnym wzmacniaczem wstępnym, dopiero potem głównym, gdy kiedyś tak nie było, taki wstępny każdy miał w sobie, ale to były inne czasy, era poprzedzająca CD. Potem na jakiś czas gramofony zniknęły i zdały się przeszłością, a teraz powróciły i dla odmiany modą. No ale my nie o tym, nie o tym zasadniczo, więc prędko tylko dodam, że moda na gramofony wróciła, a ściślej stała modą, poprzednio będąc koniecznością doposażaną tunerami i magnetofonami dwóch rodzajów. Wróciły zatem gramofony, ale nie wróciły wzmacniacze obsługujące je kompletnie – i ten również nie będzie taki.

     Circle Labs AS100 to klasyczny wzmacniacz dzisiejszy z czterema wejściami RCA i pojedynczym zestawem przyłączy głośnikowych; wzmacniacz będący najtańszym od tego producenta i ukierunkowany (jak w tym stanie rzeczy natychmiast się domyślacie) na bycie możliwie tanim i zarazem świetnym. Od razu powiem, iż sarkazmy sarkazmami, a zdaniem wielu to się tym razem rzeczywiście udało, z tym że Circle Labs to producent aparatury ekskluzywnej, zatem u niego tanio to nie jak ceny z warzywniaka, a cokolwiek słuszniejsze. Konkretnie do Circle Labs AS100 doczepiono karteczkę z wyceną 19 900 PLN, która dobrze pasuje do wzmacniacza ekskluzywnego, ale takiego z tańszych.

     Przypomnieniowo o tym, kto zacz ten Circle Labs. Według relacji osób w przedsięwzięciu uczestniczących, było z tą firmą tak, że sprzęt audio od zawsze stanowił przedmiot zainteresowań ex gitarzysty rockowego i inżyniera Krzysztofa Wilczyńskiego, którego firma o tej nazwie przez lata zajmowała się czymś całkowicie odmiennym, prowadząc działalność na obszarze projektowania i produkcji specjalistycznej aparatury do badań naukowych z dziedziny mikrobiologii. Wyposażenie laboratoryjne od Circe Labs można odnaleźć w czołowych ośrodkach badawczych krajowych i zagranicznych, z branżą audio ta firma poza przeszłością założyciela nie maiła zrazu nic wspólnego. Ale w 2019 roku rozwijana w tle działalności zasadniczej – w osobnej i niezwiązanej odnodze kategorii wzmacniania dźwięku – autorska technologia Circle Power przyciągnęła uwagę jednego z czołowych polskich producentów high-end, co zaowocowało ostatecznym opracowaniem i wdrożeniem monobloków opartych na innowacyjnym, nieznanym wcześniej rozwiązaniu. Tak doszło do rozwoju firmy na audiofilskim obszarze i jej produkcji dla tego rynku.

     Uzupełniająco dorzucę, że „czołowym polskim wytwórcą” pchającym sprawę do finału był Łukasz Fikus z Lampizatora, a za obwodem elektronicznym wzmacniacza stał sam Krzysztof Wilczyński, który zainteresowanie elektroniką wywiódł z tego bycia gitarzystą rockowym, ipso facto bycia użytkownikiem gitarowych wzmacniaczy. Wzmacniacz taki na własny użytek gitarzysta Wilczyński stworzył, kwestię wzmacniania dźwięku od tamtej pory drążył. Obecnie konsultuje swe pomysły z inżynierem Jackiem Kopczyńskim, adiunktem Politechniki Krakowskiej, a zadanie przyoblekania finalnych opracowań w piękną powierzchowność łączoną z wygodą użytkową powierzono designerowi Krzysztofowi Lichoniowi. Firma działa w Krakowie, osoby są mi znane, ale tylko przelotnie.

Zbudowaliśmy wzmacniacz 

      Nie ja, ma się rozumieć, a Wilczyński z załogą. Podobnież było to zawiłe, zmierzało zrazu w inną stronę. Kombinowano nad wzmacniaczem kosztownym, dopiero w trakcie zrodził się pomysł przeobrażenia go w tańszy. Rozwiązania mające uformować drogiego zastosowano w ekonomicznym – i zrobiła się chryja, bowiem ten grał za dobrze. No ale trudno, jak już grał, to tak mu zostawiono, nie postarano się jedynie, żeby grał jeszcze lepiej, by nie rozkręcać draki.  

     Podobno tak to było z tworzeniem tytułowego AS100, ale sam nie brałem udziału, o oceny mnie nie proszono, relację tylko odebrałem. I bardzo dobrze, że nie proszono, bo dzięki temu jestem teraz recenzentem zewnętrznym: nie moje dziecko, nie mój rewir, ja tylko opisuję.

     Opis autorstwa samych twórców okazał się dość wyczerpujący, nie mamy do czynienia z producentem chcącym skrywać się w cieniu, stroniącym od uszczegółowień. Na producenckiej stronie czytamy, że to wyjątkowa topologia – od regulacji głośności aż po końcowy stopień mocy zaprojektowana i wdrożona z myślą o maksymalnej neutralności i perfekcyjnym odwzorowaniu dźwięku. Owa regulacja odbywa się za pośrednictwem drabinki rezystorów o 63 krokach z tolerancją precyzji do 0,1%, co uzyskano poprzez posłużenie się wysokiej klasy przekaźnikami, zapewniającymi dokładność i niezawodność jakiej nie oferują nawet najlepsze tradycyjne potencjometry. Prócz tego AS100 został wyposażony w funkcję sterowania głośności z pilota, zapewnia zatem pełny komfort, a przy okazji każdy krok opatruje stuknięciem, tak by nie było wątpliwości, że został wykonany. 

     Wzmacniacz oparto na autorskiej technologii wzmocnienia Circle Power, łączącej najlepsze cechy topologii niesymetrycznej z symetryczną. Najnowsze ultra-niskoszumne tranzystory J-FET firmy Burr-Brown w stopniu wejściowym gwarantują absolutną czystości sygnału, z kolei tranzystory bipolarne LAPT (Large Area Parallel Transistor) od japońskiego Sanken Electric w stopniach końcowych gwarantują wydajność z zapasem mocy wystarczającym do niezawodnej obsługi nawet wymagających zestawów głośnikowych. Wszystko w układzie dual-mono, na rzecz czego osobne dla każdego kanału toroidalne transformatory o łącznej mocy 400 W oraz osobne zasilacze wyposażone w kondensatory o pojemności 200 000 µF, co sumarycznie pozwala AS100 wysterować niemal każdą domowego użytku parę głośnikowych kolumn z gwarancją wyjątkowo niskich zniekształceń i najwyższej jakości brzmieniowej. 

    Odnośnie tego dual-mono sprawa jest oczywista: zaglądając do wnętrza momentalnie rozpoznajemy dwa monobloki scalone w jednej obudowie. Po każdej stronie toroid i para wielkich kondensatorów Kemet oraz płytka obwodu w montażu powierzchniowym, pomiędzy, na samym środku, wspólna krokowa regulacja głośności z rezystorami schowanymi pod płytką ochronną. Porządek panuje tam taki, jakby od tego miały zależeć dalsze koleje świata, a skuteczne odprowadzanie ciepła powierzono potężnym radiatorom aluminiowym na całych ściankach bocznych. Dodać należy, że nominalna moc wyjściowa, z oszacowaniem na 65W/8Ω, została mocno zaniżona, tak aby chwilowe skoki poboru zawsze były w pełni zaspokajane na rzecz wydajności dynamicznej i unikania zniekształceń. Tak naprawdę wzmacniacz jest więc znacznie mocniejszy i rzeczywiście dużo może, formalnie zaś czysto tranzystorowy w klasie AB i oczywiście dual-mono.

     Gdyby to miało być wszystko, już byłoby genialnie, a przynajmniej niczego sobie, ale dochodzi powierzchowność. Przedni panel to elegancko sfazowane na krawędziach pancerne szkło grubości 18 mm, a nie żaden pleksiglas; szkło lśniące ale nieprzezierne, raczące widza czernią. Ta czerń w centrum zaburzona motywem akustycznej fali uformowanej drapieżnie z dużych ale stonowanie świecących kafelkowych pikseli, nieznacznie tylko od czerni skoczną mozaiką się odcinających. Z kolei na tle harców fali mocniej odcina się od czerni z tych samych, ale silniej świecących kafli ułożony cyfrowy poziom głośności (0 – 99), któremu za pośrednictwem pilota możemy zadać jedną z trzech jasności albo go całkiem zgasić. Stronami względem niego po dużym, czarnym, identycznego rozmiaru pokrętle, jakby na potwierdzenie tej w środku architektury dual-mono. Ale to nie, jak w moim przedwzmacniaczu, osobne potencjometry kanałów; potencjometr jedynie z prawej, po lewej czteroprzystankowy wybór wejść. Aby nie było czarnej monotonii oraz zawitało więcej przepychu (chociaż to szkło, to już), popisem estetycznym jest również panel wierzchni – aluminiowy, z układem podłużnych kratek wentylacyjnych o półkolistym ułożeniu wzorowanym na estetyce retro. Na jego przodzie estetyczne clou: pyszni się złota wstawka z nazwą wzmacniacza na wierzchu i tamże przyciskiem włącznika, nazwą marki z kolei wywieszoną od frontu. To stanowiąca najmocniejszy akcent wizualny winieta ze szczotkowanego mosiądzu, położona na wierzchu ale zachodząca wyraźnie na fronton, złocistym blaskiem korespondująca z węższą, już wyłącznie ozdobną naprzeciwko u dołu oraz złotymi obwódkami gałek i otokami podstawek. Sumarycznie jest zatem czarno ze złotym akcentowaniem i nienarzucającym podświetleniem. Jest masywnie i symetrycznie, lśniąco i z autentycznym przepychem – estetycznie na korespondujący z formą złoty medal.   

     Z tyłu zaś prosto i użytecznie: w centrum u góry cztery identyczne komplety wejść RCA, stronami pojedyncze pary przyłączy głośnikowych, pomiędzy gniazdo zasilania. Zaciski łatwe do zakręcania i złocone, złocone gniazda RCA – nic, tylko brać się za słuchanie.

     Gabaryty to 430 × 380 × 150 mm, waga 15,5 kg, pasmo przenoszenia 3,0 Hz – 500 kHz (-3 dB), pobory mocy od stand by 0,1 W od 300 W maksimum, przy średnim szacowanym na circa 50 W. 

     Dostajemy to wszystko w wielkim pudle z dobrze zaprojektowanymi profilami podtrzymującymi zawartość od wierzch i spodu, sam wzmacniacz w brezentowym pokrowcu. Dostajemy oczywiście z pilotem, który jak on, cały aluminiowy, instrukcję tylko w Internecie.

Odsłuch

     Uff, to na szczęście nie słuchawki, gdzie słuchać trzeba tu i tam i wykonać masę porównań, gdy tutaj raz a dobrze. Nie ma wbudowanego słuchawkowego wzmacniacza, brak też funkcji obsługi gramofonu, ewentualnie, na upartego, można byłoby próbować podłączenia nagłownych monitorów AKG K1000, lecz rozstaw głośnikowych przyłączy okazał się zbyt szeroki. A zatem wszystko w jednym – jednopodejściowa potyczka z brzmieniem, o wszystkim rozstrzygająca.

    Zanim rozsiadłem się wygodnie, musiałem spiąć recenzowanego z CD, do czego posłużył Sulek RED, kosztowniejszy od samego wzmacniacza; z czterodrożnymi kolumnami Audioform 304 połączył ułożony na rozłożystych podkładkach Rogoz Audio głośnikowy Sulek 6×9; a skoro tyle już Sulków, do zasilania użyłem jeszcze Sulka 9×9, który wydał mi się pasować o włos lepiej od Acoustic Zen Gargantua. Kolumny postawiły wymóg stania niemalże bez odgięcia i możliwie daleko od ściany za sobą (zmierzyłem, wyszło 1,6 metra pustej przestrzeni), sam od tych kolumn usiadłem w odległości trzech metrów – czyli wszystko jak zwykle i w trakcie żadnych korekt.

     Za oknem bezlistna noc przechodzącego w wiosnę przedwiośnia, we wnętrzu spektakl czystej krwi audiofilskiego brzmienia. Nie mogę rozpocząć inaczej niż od kolejny raz spostrzeżenia, że dźwięk zdający się nie mieć nic wspólnego ze stojącymi jakby na niepotrzebny pokaz głośnikami – dźwięk zjawiający się tam, gdzie zupełnie ich nie ma – to chyba w całym audiofilizmie najbardziej frapująca część spektaklu. W tym wypadku dystans wynosił jakieś półtora do dwóch metrów: tyle wstecz dzieliło linię głośników od linii scenicznego pierwszego planu. Gdzie brzmienie bez ocieplenia, ale stuprocentowo naturalne, jedynie poprzez to bez narzucania optymizmu, takie z nutką zadumy, ale bez nuty obojętności. Zarazem świetnie przyswajalne. Żadnych specjalnych wyzwań dla słuchającego w następstwie przedobrzenia czegoś i konieczności akceptacji, a potem niwelacji adaptacyjnej – naturalność stuprocentowa, wszystko od pierwszej sekundy gotowe do bezproblemowego przyswajania; i do tego ta scena, całkowicie autonomiczna, jakby w ogóle fizycznie nie powiązana z membranami. (Ależ lubię to słyszeć!) 

    Źródła dźwięku od średnich po duże, rosnące wraz z podnoszeniem głośności, w typie raczej rozproszeniowe, a nie soczewkowo skupiane, co w odbiorze też naturalne, jako bardziej się rozpościerające i słuchacza otaczające – powszechną aktywacją przestrzeni wszędzie docierające i bardziej spontaniczne, a nie jak wymierzane linijką. Naturalne, ale też i magiczne: scena tylko nieznacznie szersza od rozstawu głośników, natomiast na głębokość przepastnie głęboka. Każdorazowo używany w odsłuchach fragment chóralny opery Mozarta ustawił chór tak głęboko, że aż nie chciało się wierzyć… Spektakularność zdumiewająca, podobnie jak siła holografii, same zaś głosy, w tym bliższych kontaktowo solistów, dokładnie takie, jak być powinny, łączące silnie eksponowany indywidualizm timbre z naturalnością odbioru i analogową postacią; tak więc i tu żadnej przesady, a jednocześnie interesująco z przechodzeniem w intrygująco; tym bardziej, że w ramach tego u niektórych grasejacje i chrypki – nie wszyscy likierują jak Frank Sinatra, Tom Waits także śpiewa.  

     A w odniesieniu do całości brzmienie głębokie i nadprzeciętnie trójwymiarowe, pod względem tego ostatniego spektakularnością dorównujące wspomnianej magii scenicznej. Co zawsze, gdy ma miejsce, łatwo poznać wsłuchując się w oklaski – w tym wypadku trójwymiarowość dłoni klaszczących nie zostawiała nic do życzenia, podobnie jak drugi czynnik – wyważenie pomiędzy sopranowymi a niższymi składnikami owacji. To samo w odniesieniu do stepowania, gdzie mimo wszystko zostałem zaskoczony siłą trzaśnięć, spodziewając się przewag głuchej odpowiedzi podłogi, podczas gdy metalem podkute podeszwy równie mocno się zaznaczały. 

     W tej sytuacji brawo! – łatwość odbioru i pierwszorzutowa naturalność okazały się nie być realizowane kosztem tłumienia sopranów: te zawsze pod kontrolą i odpowiednio intensywnie wpompowywane w trzeci wymiar, przy tym obfite – zero prób dominowania przekazu przez tony średnie na rzecz banalizacji w imię łatwości. W tym wypadku więc naturalność naturalnością prawdziwą, bez taniej sztuczki przenoszenia akcentu na centrum i na dół, w sytuacji kiedy soprany nie wyrabiają się z jakością. Tutaj się wyrabiały, nie było więc potrzeby jakiegoś powściągania, oferowały pełną skalę i pełną kulturę.    

    To samo w odniesieniu do pogłosu – też fascynującego głębią i jednocześnie doskonalącego obrazowanie przestrzenne bez śladu wnoszonego poczucia obcości, nie mówiąc o odrealnianiu. W tej sytuacji przestrzeń, jako jeden z dwóch głównych wyznaczników jakości, nie miała słabych punktów: trójwymiarowość, głębia sceny, klarowność źródeł dźwięku, holograficzne rozwarstwienie i oprawa pogłosem – wszystko w wymiarze high-end i bez żadnych ubytków. I nie wyłącznie poprzez jakości oddzielne, ale skomponowane w odpowiednią całość – i to zarówno łatwą przyswojeniowo, w konsekwencji intuicyjnego naturalizmu, jak i fascynującą poprzez techniczną biegłość i spektakularność poddanych analizie przymiotów.

    Zanotowałem w trakcie słuchania kilka nasuwających się refleksji:

„Holografia powszechna, obecna nawet tam, gdzie zwykle jej się nie dostrzega.”  

„Żadnej agresji własnej, czysto muzyczny, znaczony poetyką tok narracji – sama agresja czerpana wyłącznie z nagrań, ale gdy już obecna, to nie jakaś stłumiona.”  

„Więcej liryzmu niż dramatyzmu, więcej miękkości niż ostrości.”  

„Często sam z siebie nachodzący refleksyjny sposób odbioru.” 

„Muzyka z pozycji widza a nie uczestnika, dziejąca się gdzieś tam, a nie tuż obok.”  

„Wzorcowa naturalność wypowiedzi słownych, całkowicie wolnych od sztucznego podostrzania czy dodawania pogłosu.” (Zarazem stanowiących dużo łatwiejszy do oceny pod kątem autentyzmu materiał spostrzeżeniowy względem produkcji muzycznych, będących czymś znanym z codzienności jedynie dla muzyków.)  

„Znakomity, można powiedzieć gramofonowy i lampowy wymiar płynności – zupełne przeciwieństwo cyfrowo-tranzystorowego obrazowania w sensie ich potocznej krytyki.”      

„Rytmiczność bez zarzutu.”

„Tak samo siła dźwięku.” 

„Znakomita, a przy tym bardziej scalana niż analizowana dźwięczność.”

„Ten wzmacniacz w ogóle nie analizuje – nie analizuje, a śpiewa.”

„Oś stereofonii dokładnie na poziomie oczu i daleko za linią kolumn.”

„Dźwięki w teście stereofonii przemieszczające się prawo-lewo po prostej, najkrótszą drogą, a nie łukiem ku górze czy łukiem wgłębnym, jak czasami się zdarza.”

   Oddzielnego analitycznego skupienia wymagał rewir basu, tak istotny dla wielu. Poddałem go więc analizie i okazało się – w dopasowaniu do pozostałych ustaleń – że Circle Labs AS100 nie ma zamiaru szukać popularności poprzez uwydatnianie basu, traktując go tak samo jak całą resztę pasma. Nie dominował ten bas sobą, ale też się nie chował i nie karlał. W razie potrzeby się zjawiał i zaznaczał, bezproblemowo podporządkowując sobie scenę, a w przypadku dużej głośności potrafił boksować słuchającego, przyduszając mu mostek. Zarazem nie był to bas zjawiający się jako zalewająca bezkształtność, tylko starannie zobrazowany podziałem na kontury, pracę membran i pałek, czynnik wypełniający i kubaturę; jak wszystko tutaj zarówno sam prawidłowo wewnętrznie skomponowany, jak i dobrze komponujący się z resztą.

     Na osobny akapit zasługuje też opis całościowego aranżu i przez niego tworzony klimat, o ile takowy się pojawiał w tle tej od razu zauważonej całościowej naturalności, dającej z jednej strony łatwość słuchania, a z drugiej fascynację prawdziwością. Taki klimat się uobecniał; opisany zestaw urządzeń i kabli oferował nastrojowe ściemnienie, pogłębienie brzmieniowe i jeszcze większe sceny, a poprzez to uduchowienie bardziej wyraźne niż przeciętnie. Muzyka nie zjawiała się jako „taka po prostu” – jako po raz kolejny wzięta z płytowej półki któraś ze znanych kompozycji, aby, jak to się mawia „została dobrze odtworzona”. Już napisałem, że towarzyszyła temu tendencja do samego z siebie nachodzącego refleksyjnego odbioru, co okazało się motywem rzeczywiście często powracającym pod postacią dodatkowego ładunku emocji, szczególnie w odniesieniu do muzyki samej z siebie nasyconej refleksją, przez wzmacniacz AS100 niewątpliwie tym mocniej. Czy było to ważniejsze niż całościowy naturalizm? Nie, nie było, ale pojawiało się i ważyło, a nie tylko mi się zdawało. 

    Przeczytawszy, co napisałem wyżej, w skórę odziany w wyobraźni, trzymający tam elektryczne wiosło albo pałeczki perkusji zjadacz hard rocka myśli sobie: „E, to nie dla mnie takie klimaty!”. I tu się grubo myli, bowiem wypróbowany hard rock okazał się, jak zanotowałem: „Z ciemnego piekła – mocny, wyrazisty, zły”. Co nie powinno zaskakiwać, zważywszy, że konstruktor Wilczyński to ex gitarzysta rockowy, sprawę znający z pierwszej ręki. Też znam, jako ojciec rockowego perkusisty stawałem nieraz między tymi, co rock akurat produkowali, wzmacniacz Circle Labs AS100 potrafi oddać te klimaty z całym ładunkiem furii. 

   Wypróbowałem też fortepian, rzadko do rocka się mieszający, ale taki na przykład Jethro Tull używa go czasami dla kontrastu, podobnie jak używa fletu. Wziąłem wszakże fortepian z jego własnego świata, by nie był jedynie kontrastem, wziąłem spod palców szalejącego György Cziffry, znajdując nisko nastrojonym, potężnie brzmiącym, gładkim, głębokim i harmonicznie rozbudowanym. 

    – No to czego chcieć więcej? 

Podsumowanie

    Skoro wszystko aż takie dobre i może tylko zwolennicy gorącego albo szczególnie wyrazistego brzmienia nie będą do ostatka spełnieni, to na cóż inne, droższe wzmacniacze, dlaczego samo Circle Labs ma takie w swej ofercie?

     Pomijając aspekt mocowy, jako że tamte mocniejsze, o przeznaczeniu także dla stawiających wyższe bariery energetyczne głośników, można wskazywać dwa czynniki: tamte głębiej analizują i są bardziej zniuansowane. 

     Aspekt zniuansowania wraca w odniesieniu do wszystkich składników toru i zawsze tyczy nie samego zróżnicowania barwy, ale również umiejętności oddania na jednym biegunie subtelnej delikatności, na drugim druzgocącej potęgi. Im doskonalsza aparatura audio, tym dystans między więcej stanów obejmujący, a Circle Labs AS100 pokazał dystans duży, ale jeszcze nie maksymalny. Dlatego mamy Circle Labs A200 i zwłaszcza dwie konstrukcje dzielone; mamy je też dlatego, że głębiej przenikają w zawiłości harmonii, co im pozwala uzyskać bardziej złożoną formę muzyczną.

     Gdyby natomiast ktoś preferował w podobnej cenie i tak samo tranzystorowy, ale bardziej gorącym dźwiękiem operujący wzmacniacz, ten może zwrócić się ku Heed Lagrange, o ile jeszcze jest oferowany.

     O recenzowanym powiem na koniec, że w konstrukcji tranzystorowej zawarł to, co zwykło się łączyć przede wszystkim z brzmieniem lampowych. Stawiam dolary przeciw orzechom, że z zawiązanymi oczami nikt nie poczyta brzmienia Circle Labs AS100 za w typie tranzystorowe – podobnie jak wzmacniacz serbskiego SAEQ (choć tamten nie tak purystyczny, ma lampę w stopniu wejścia), oferuje Circle Labs AS100 lampowy sznyt wspierany tranzystorową siłą. I to jest w nim najlepsze.

 

W punktach

Zalety

  • Tranzystorowa energia, lampowa elegancja.
  • Może służyć za wzorzec wszechstronnego wzmacniacza-integry w cenie poniżej trzydziestu tysięcy.
  • Poza gorącym typem brzmienia – wybierając typ bardziej wyważony – ma bowiem w arsenale wszystko, co rasowy wzmacniacz ma mieć.
  • Z dużej mocy i potężnych kondensatorów wyprowadzoną szybkość, drajw, dynamikę i konkret materialny.
  • Z autorskiej architektury Circle Labs, bez lamp udziału, lampowy sposób tworzenia dźwięków o analogowej, ujmującej elegancją i duchową głębią postaci.
  • Co jeszcze wzmaga znakomitość potencjometru, tutaj w formie rozbudowanej, najwyższej jakości drabinki rezystorów. 
  • Efektem połączenie żywości, szlachetności i analitycznej dogłębności.
  • W rezultacie możliwość skupiania się zarówno na emocjonalnej, jak technicznej stronie obrazu muzycznego.
  • Wywierający szczególnie silne wrażenie naturalizm ludzkiego głosu.
  • Jeszcze silniej działające na wyobraźnię głębia sceniczna i holografia.
  • Oraz, chyba najbardziej owocne dla posiadacza, połączenie naturalności dźwięku z chęcią jego słuchania.
  • Bo na cóż komu naturalizm, co nudzi powszedniością? – tutaj takiego nie ma, jest prawdziwość która zachęca.
  • Wyjątkowo zachęcający jest także wygląd urządzenia.
  • Można się chwalić tym wyglądem i można się napawać.
  • Bardzo solidna konstrukcja w oparciu o jakościowe elementy.
  • Front z pancernego szkła to swoisty unikat, autentyczny jakościowy wyróżnik.
  • Znany i ceniony producent o laboratoryjnym rodowodzie.
  • Zarazem główny konstruktor powiązany z muzyką.
  • Jest pilot, a to trudno przecenić. 
  • Jest też możliwość wygaszenia świecącego wskaźnika głośności.
  • Made in Poland
  • Znany, sprawdzony dystrybutor.
  • Wyróżnienie „Ryka Approved!”

 

Wady i zastrzeżenia

  • Zwolennicy symetryzacji tu będą musieli się zadowolić samą architekturą dual-mono.
  • Nie jest to także wzmacniacz w klasie A, acz wątpię, byś usłyszał.
  • Żadnych ekstra dodatków prócz pilota – nie ma słuchawkowego wzmacniacza ani pre gramofonowego. (W zamian jest przystępniejsza cena, a tamte i tak lepiej mieć gatunkowe oddzielne.)

 

Dane techniczne

  • Moc wyjściowa (RMS):  65 W/ 8 Ω; 110 W/ 4 Ω
  • Pasmo przenoszenia:  3 Hz – 500 kHz (-3 dB)
  • Współczynnik tłumienia:  DF>250 (8 Ω)
  • Stand by:  0,1W
  • On Const:  50 W
  • ON max:  300 W
  • Bezpieczniki:  T5A x1, T2A x 2, T400 mA x 1
  • Wymiary: 430 × 380 × 150 mm
  • Waga 15,5 kg

Cena: 19 900 PLN

System :

  • Źródła: Cairn Soft Fog V2
  • Wzmacniacz zintegrowany Circle Labs AS100
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1
  • Kolumny: Audioform 304
  • Interkonekt: Sulek RED
  • Kabel głośnikowy: Sulek 6×9
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One,
  • Sulek 9×9 Power.
  • Listwa: Sulek Edia.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Divine Acoustics KEPLER, Solid Tech „Disc of Silence”.
  • Ustroje akustyczne: Audioform.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© HiFi Philosophy