Recenzja: Avatar Audio Receptor №1

Weryfikacja brzmieniowa

Ale do pracy tylko czerń.

   Zacznijmy od przetwornika, potem przejdziemy pod wzmacniacz, na koniec pod odtwarzacz. Przetworniki to u mnie nieustanna zmiana, jedne następują po drugich. A że Receptory №1 mam u siebie od dawna, kolejno pod wieloma były próbowane. Leżały pod Sigmą Ayona, Auralikiem Vega, dzielonym Audiobyte Hydra Vox i Hydra Zap, pod Prima Luną EVO 100 i dCS Bartokiem. Tam wszędzie się testowały, teraz zbierzmy to w całość.

Działanie kulkowych podstawek wszędzie było podobne i niosło cechy korzystne dla tych, którzy lubią w dźwięku świeżość, napowietrzenie, więcej chropawości i bardziej widoczny trzeci wymiar. W odniesieniu do ludzkich głosów powodowało też lekkie ich podwyższenie, lekkie wraz z tym odmłodzenie i pewną dozę przyjemnej chropawości, zastępującą gładź. Też lepsze oświetlenie oraz wspomniane dotlenienie, co wszystko razem układało się w całość ciekawszą, ale nie dla tych, którzy lubią brzmienia gładsze i cięższe, jak również atmosferę bardziej mroczną. W sumie zatem dwa dość różne klimaty, bo ten bez podstawek Avatara bardziej lampowy w sensie gęstym, niemal przejrzałym i całkiem gładkim, podczas kiedy na podstawkach bardziej świetliście i mocniej zaznaczająca się przestrzeń. Dla muzyki klubowej było to w sumie obojętne, o ile oba style się trawi, najlepiej lubi tak samo. Natomiast dla muzyki elektronicznej i symfonicznej lepszość stawiania na podstawkach nie ulegała wątpliwości, tam bowiem rozległość sceny, w dal dźwięków wędrowanie oraz tych dźwięków większa nośność wraz z wyczuwalną addycją sopranów i dodatkową dawką tlenu, to bardzo ważne składniki całościowego zadowolenia.

Nie, nie – tak to nie działa.

Problematyczne natomiast użycie było w przypadku ciężkiego rocka, ponieważ bez podstawek bas schodził niżej, bardziej też był skumulowany i gęsty, a znowuż na podstawkach objętość bębnów – jako forma tworząca dźwięku –  zaznaczała się dużo mocniej, skutkiem czego te bębny stawały się prawdziwsze. Rzecz najogólniej ujmując można powiedzieć, że po ustawieniu na podstawkach Avatara przetworniki oferowały brzmienia bardziej wyrafinowane, lecz w związku z tym mniej łatwe do takiego trochę mimo uszu percypowania i mniej podobne do tych, które uważa się za dobre w przypadku torów średniej jakości. Albo – inaczej mówiąc – by w pełni wykorzystać pozytywne cechy podstawek, trzeba się postarać o tor nieco wyższej jakości niż ten dla przetwornika stojącego na własnych nogach. Bez podstawek podwójnie jest zatem taniej (raz one same, raz reszta toru), ale możliwości są mniejsze – i tak to w życiu bywa. Albowiem niewątpliwie stawiane na podstawkach przetworniki czerpiące sygnał dyskowy bądź z Internetu bliższe były brzmienia toru ze źródłem płytowym – toru najwyższej jakości. To jeszcze nie był cały tamten smak, pełne to wyrafinowanie, lecz smaku tamtego pewna znacząca część, dająca lepszy wgląd w doskonałość. Ale jak ktoś lubi gęste i gładkie brzmienie w mroczniejszym otoczeniu – takie „dobre ale łatwe” – to podstawki mu niepotrzebne, w każdym razie nie te od Avatar Audio. Z tym że, bo jeszcze o tym nie napisałem, bezpośredniość zbliżenia z wykonawcami na podstawkach na pewno większa – dźwięk prawdziwszy, mniej uproszczony – i wraz z tym także bardziej tajemniczy, zadumany, bardziej predestynowany do pobudzania fantazji. Zależy więc, co się woli.

Tak też nie.

Przenieśmy się pod wzmacniacze. Ten słuchawkowy od Ayon a o sygnaturze HA3 nadaje się do użycia jednego lub dwóch kompletów, o ile byśmy sobie zażyczyli podłożenia pod obie części skonfigurowane jako stojące oddzielnie bądź na sobie. Zacznijmy jednak od malutkiego Divaldi 02, który też jest dzielony, ale rozdzielanie go byłoby już przesadą. Przyznam, że go dotychczas nie sprawdzałem jako miernika antywibracji, więc dosyć mnie rozśmieszyło kiedy wyłonił dokładnie te same różnice brzmieniowe grając bez podstawek i na nich. A ściślej identyczne, ale mniej intensywne. Także on stojąc na dwóch Avatarach pod swym malutkim brzuszkiem (albo na czterech pod nóżkami – na trzy jego spodnia płyta jest za mała) zaoferował brzmienie troszkę wyższe i trochę bardziej wyrafinowane. Więcej zaśpiewu i zadumy, więcej też chropawości i więcej złożoności harmonicznej, a mniej jednolitości. A zatem znów to samo odnośnie ewentualnych działań ze strony audiofila – można spokojniej oraz łatwiej wraz z brzmieniem niższym, gęstszym i bardziej jednolitym, a można sobie uprzyjemniać życie dodając brzmieniowej złożoności za czterysta dziewięćdziesiąt złotych. Być może wówczas brzmienie staje się trudniejsze dla słabych interkonektów (nie posiadam) oraz słabych słuchawek (też nie), ale kogo stać na Divaldi Amp 02, ten takich raczej nie używa.

Lampowy Ayon, którego odsłuchu już nie dzieliłem na porównania z jednym kompletem oraz dwoma, raz stanął całkiem bez podstawek, a raz na dwóch kompletach. I znów ta sama sytuacja, na którą byłem już przygotowany, ale tym razem różnice znowu większe i lepsze na pewno granie na antywibratorach. Tym bardziej, że akurat w tym przypadku nie tylko więcej sopranów i wraz z nimi więcej wyrafinowania na różnych brzmienia płaszczyznach (zwłaszcza wszelakiej przestrzeni), ale też lepsze ogniskowanie dźwięku, większa precyzja rysunku sceny. W ogóle od dawna na dwóch kompletach gra u mnie ten Ayona, toteż wyjęcie spodeń antywibratorów tylko mnie rozzłościło. Naszarpać musiałem się z tym trochę tylko po to, ażeby móc usłyszeć o ile bez nich gorzej. Dużo gorzej, nie ma co mówić – mniej dokładnie i mniej ciekawie. Dźwięk zredukował się jakościowo i zatracił ostrość ogniskowania, stając się niepotrzebnie taki, do jakiego nie jestem przyzwyczajony.

Dopiero tak.

Na finał pod odtwarzaczem. Ponownie Ayon, znów lampowy, i też mający cechy przetwornika. Ale potrafiący cyfrowy sygnał pobierać także z płyt, chociaż cyfrowe wejścia dla plików też posiada. Konkretnie Ayon CD-10 II Signature jako źródło dla głośnikowego toru z dużymi Zingali na finiszu. Ogólnie nic nowego, aczkolwiek jedno novum. Ponownie bowiem więcej sopranów na podstawkach, burzących z jednej strony styl brzmienia bardziej relaksujący, oparty na niższym – zaokrąglonym na górze dźwięku. Sam odtwarzacz nie ma takiej tendencji i reszta toru też nie, niemniej za sprawą Avatar Audio Receptor №1 więcej sopranów i w dobrym sensie. Wraz z nimi więcej wyrafinowania, delikatności, kolorytu. Odchodzenia od stanu uczuciowego samozadowolenia, zmierzania bardziej ku refleksji i zadumie. I sprzyjająca temu nie tylko większa smukłość góry, ładnie rozciąganej na trzeci wymiar, ale także zabijająca sztuczność, ergo umacniająca realizm, narzucająca się chropawość pewnych dźwięków, w widoczny sposób głębsza scena, w słuchaczu więcej zaangażowania a mniej obojętności. Więc w sumie nic nowego, ale wspomniałem o novum. To miało sens dwuznaczny, ale bardziej pejoratywny. Jako że w naszych kolekcjach płytowych przeważają realizacje umyślnie tak zrobione, aby dysponujący aparaturą słabszą słuchacz mógł poczuć satysfakcję. Ta słabsza teraz ma wymiar raczej marginalny, ale tak z dziesięć lat temu i dawniej zalegała półki sklepowe, potem dręczyła posiadaczy. Sprzętu straszącego za ostrą górą było wtedy bez liku i realizatorzy płyt CD – wówczas nowości przechodzącej w standard – chcąc nie chcąc dbać musieli, by dało się ich słuchać. Cięli więc górę że aż miło, kompensowali dynamikę, obrabiali naturalne ostrości. Efektem chicagowska orkiestra Fritza Reinera na płycie XRCD wypadająca pod względem wiarygodności muzycznej gorzej od katowickiej pod Rowickim w wydaniu Polskich Nagrań. (Które to Polskie Nagrania się tak nie bawiły – być może z braku możliwości, a może wręcz przeciwnie – tak czy owak wychodzi na to, że jak najbardziej słusznie.) Wracając do naszych baranów: podstawki Avatara dobrze kompensowały dawne zabawy z dźwiękiem. Owe niemiłosiernie oskrobywane z naturalnej ostrości i prane z dynamiki płytowe realizacje CD dzięki ich sopranowemu pobudzaniu odzyskiwały naturalną postać. I to jest duży plus, i tak się dzieje przeważnie. Niemniej z recenzyjnego obowiązku zmuszony jestem napisać, że płyty tak nie obrabiane, a sam muzyczny materiał czerpiące z nagrań archiwalnych, wypadały z receptorami pod odtwarzaczem gorzej, ponieważ kłuły górą i narastały w nich sybilacje. Bardziej szczypały i szeleściły, co podkreślało ich archiwalność, ale z Ayonem na jego własnych (gumowych) nogach słuchało ich się łatwiej.

I pod czymś takim.

Ogólnie zatem lepiej, ale czasami gorzej, przy czym lepiej dla wolących realizm, a niekoniecznie dla wybierających relaks. Muzyka jako zjawisko „lekkie, łatwe i przyjemne” w naturze występuje pod dosyć rzadką postacią, na przykład mruczanki z gitarą. Ale już skrzypce czy saksofon temperament mają odmienny i inny narzucają styl. W ogóle muzyka jako coś łatwego to zjawisko dość sztuczne, ukształtowane bardziej przez stare radia lampowe niż naturalny stan rzeczy. Podstawki Avatara nam o tym przypominają, wzbogacając wszelkie nagrania, co w przypadku dobrych bądź złagodzonych będzie miało skutek korzystny, natomiast w przypadku dawnych ostrych albo na ostro zremasterowanych (to też zjawisko nierzadkie oraz prawdziwa plaga) utrudni nam słuchanie, podkreśli ich słabości.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

9 komentarzy w “Recenzja: Avatar Audio Receptor №1

  1. Sławek pisze:

    Panie Piotrze, a te Receptory to pod gramofon można też podłożyć z dobrym skutkiem?
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Tego nie sprawdzałem, ale obiecuję to zrobić. Może nie dziś, ale jak skończę następną recenzję. (Też będzie o podstawkach, lecz zasadniczo droższych.)

      1. Marcin pisze:

        Czy te zasadniczo droższe będzie można porównać w recenzji z tymi tutaj zasadniczo tańszymi?

        1. Piotr Ryka pisze:

          To znaczy MiG SX z Receptorami?

    2. Piotr Ryka pisze:

      Sprawdziłem wczoraj działanie przy okazji recenzji gramofonu. Receptory spisały się pierwszorzędnie poprzez dodanie sopranów i poprawę definicji. Te drogie podkładki jeszcze były skuteczniejsze.

      1. Sławek pisze:

        Dziękuję za odpowiedź, zatem zapewne zaryzykuję i też sobie sprawię. Muszę wejść w „antywibrację” bo po uzyskaniu zezwolenia małżonki kupiłem sobie monitorki (Pylon Audio Ruby Monitor). Po 10 latach używania jedynie słuchawek przypomniałem sobie przy okazji co to jest akustyka pomieszczenia odsłuchowego, a przy pierwszej próbie odsłuchu tak mi pięknie wpadły w jakiś rezonans z gramofonem, że filtr subsoniczny w preampie gramofonowym trzeba było włączy…

        1. Piotr Ryka pisze:

          Ale gramofony to jest to. Nie ma to jak analog.

          1. Sławek pisze:

            Całkowicie się zgadzam. Odkryłem ten dźwięk na nowo. Ze dwa miesiące temu padł mi preamp ifi iphono2. Potestowałem Audiokulturę Iskra1 (ni przypadła mi do gustu) i Pro-ject tube box S2, w którym wymieniłem lampy na Full Music (to chyba Sophia Electric). Gra to teraz świetnie, choć to tylko tani gramofon TEAC TN 300, ale z wkładką AudioTechnica AT 440 Mla. I mam ochotę na lepszy gramofon…
            Albo lepszy transport CD (a najlepiej jedno i drugie). Tak poważnie to teraz z gramofonu jest lepszy dźwięk niż z CD.

          2. Piotr Ryka pisze:

            Tanie gramofony potrafią grać lepiej od drogich CD – bez wątpienia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy