Recenzja: Austrian Audio The Composer   

Design, technika, ergonomia

     Słuchawki wyglądają znajomo, miałem już z podobnymi do czynienia. Nazywały się Sony Qualia 010-MDR1 i były szczytem luksusu. Luksusu w stylistyce nawiązującej do późnego art moderne i technicznego zaawansowania, którego maksymalizacja miała je wynieść do rangi następcy kultowych Sony MDR-R10. Zadanie jakże trudne, ale jak wiele obiecujące. Zaplecze materiałowe i wkład innowacyjności rzeczywiście okazały niepoślednie, a co do następstw sonicznych, zjawiła się skrajna ambiwalencja – jedni te Qualia wynosili pod niebiosa, inni nie kryli rozczarowania. Nieraz bardzo znacznego – i sam do takich się zaliczałem, ale to zamierzchła historia, tamte słuchawki były oferowane w latach 2004 – 06. Powstały w ilości zaledwie dwustu kilkudziesięciu sztuk i w swoich czasach były najdroższe, kosztowały 3300 dolarów. Z półki można je było nabywać wyłącznie w ojczystej Japonii a z USA zamawiać, natomiast potencjalni europejscy klienci zostali zlekceważeni. Recenzowałem też inne słuchawki o zbliżonym wyglądzie; nazywały się ENIGMAcoustic Dharma i też na swój sposób były osobliwe, oprócz zwykłego przetwornika dynamicznego dysponujące elektrostatycznym tweeterem.

      Cóż to w takim razie za wygląd, od wielu lat już znany? Trochę, ale jedynie trochę podobne były jeszcze wcześniejsze (1991) AKG K400 i K500, cała też gama innych AKG, dla których wyróżnikiem nieduże wypiętrzenie w centrum muszli i przytwierdzony doń pałąk. Lecz tamte muszle były najczęściej okrągłe, a wypiętrzenia niewielkie obszarem, cała zaś konstrukcja sztywniejsza i same słuchawki jakościowo nie aż tak wysilone.  

      Dobrze, zostawmy historię, bo niewiele nam wnosi. Austrian Audio The Composer okazują się podobne do niektórych dawniejszych, a najbardziej tych jakościowo naj, naj, że klękajcie narody. Flagowy produkt wiedeńskiego laboratorium ma jednak swoją specyfikę i własne patenty, więc wygląd mimo wszystko taki, iż zaraz byś rozpoznał.

      Przede wszystkim to duże wokółuszne słuchawki otwarte. Muszle mające bardziej podłużne niż te maksymalistyczne Sony, a pałąk od nich węższy i nieco inny koncepcyjnie. Ale też całe są perforowane i aluminiowa siateczka ich osłon także wypiętrza się, przechodząc w płaskie, okrągłe centrum, obiegane u Sony przez jeden, a tutaj przez dwa jeden nad drugim pierścienie, z których niższy to integralna część maskownicy, a wyższy kołysze się nad nim, podtrzymywany przez dwie podpórki wnikają w głąb muszli. To on przechodzi w pałąk, a przez siateczkę widać sworznie pozwalające mu na kołysanie w osi pionowej i tylko tej. Na ruchomość w poziomej pozwalają obrotnice przy łączeniu z sekcją nagłowną, która ma identyczną jak u Sony formę dwóch równoległych płaskowników, tyle że położonych dużo bliżej i nie z rozpiętą między nimi, a podwieszoną opaską. Zaraz za obrotnicami trafiamy na dobrze fiksującą ustawienia suwakowo-zatrzaskową regulację rozpiętości pałąka, ale to nie kres regulacji. W kołyskowy pierścień zewnętrzny wkombinowano czteropozycyjną, też zatrzaskową regulację pochylenia bocznego muszli, pozwalająca ustawiać ich podługowatość pod czterema kątami, w poszukiwaniu optymalnej pozycji nad uchem. To rzadko spotykane rozwiązanie, zastępujące niekoniecznie przyjemne jeżdżenie pałąkiem po głowie, w przypadku muszli tak podłużnej wydające się czymś potrzebnym.    

     Podsumowując trzeba napisać, że cała ta regulacyjna złożoność, siateczkowość i zdwojona pierścieniowość to popis estetyki, funkcjonalności i inżynierii materiałowej – wszystko pasuje i jest lekkie, w odniesieniu do wyglądu dopracowane i w użyciu przyjemne.

      Ale i na tym osobliwości się nie wyczerpują, dołącza do nich mocowanie kabla. W komplecie otrzymujemy trzy; wszystkie wyglądające identycznie, mające tylko różne wtyki i długości. (Pentaconn – 1,2 m, 4-pin – 3,0 m i mały jack – 3,0 m z gwintowaną nasadką na duży.) Osobliwość na drugim końcu, gdzie do plejady istniejących sposobów spajania z muszlą dołącza taki przez dwa małe jacki; ale nie całkiem mikro i położone obok siebie, tylko większe i jeden nad drugim. Podpięcie wchodzi od góry w kołyskowy pierścień i dociera do przetwornika poprzez tylną podpórkę, a wzrok dociera do przetwornika też tylko od tej strony – przez siateczkę okrywy muszli widać srebrny pierścień magnesu i wewnątrz niego rubinowy emblemat marki ze stylizowanym A. Od strony ucha, zatem od przetwornika frontu, niczego natomiast nie będzie widać, bo całe wnętrze mocowanych magnetycznie, podługowatych padów ze skóry proteinowej wypełnia nieprzenikniona dla wzroku gąbczasta osłona z dużymi literami „L” lub „R” orientacji stronowej.

      W witrynie internetowej Austrian Audio przekroju słuchawek próżno szukać, nie ma go też w dołączonej broszurze, ale jest na YouTube relacja z CanJam, podczas którego przedstawiciel firmy opowiadał o trzymanym w ręce przetworniku, jako mającym 49 mm średnicy w oprawie karbonowej. Grubość membrany tam nie pada, lecz specyfikę jej tworzywa przybliża strona internetowa, nie bez słuszności chwaląca się powłoką diamentową na łukowatym żebrowaniu oraz centralnej wypukłości. Dokładając do tego odpowiedzialne za siłę napędową magnesy z neodymu N52, czyli najlepszego dziś magnetyku[2], otrzymujemy odpowiedź na pytanie, co w tych słuchawkach jest takiego, żebyśmy chcieli je wybrać.

      Nauszniki są ekskluzywne. Może nie aż tak marketingowo wyolbrzymiane, jak dawne Sony Qualia, ale mające znakomity wiedeński rodowód, historię AKG za tło i bycie wysilonym technicznie flagowcem za oręż. Rozumie się samo przez się, że Austrian Audio przy ich tworzeniu nie mogło popełnić błędu; powinięcie się nogi na tym etapie wzrostowym oznaczałoby katastrofę. Musiano więc zaoferować nie ustępujące najlepszym a tańsze, zdecydowano się też wyłamać z popularnego trendu na odnawialne opakowania ekologiczne, wkładając „The Composer” do drewnianej kasety podkreślającej ekskluzywność. Na rzecz doskonałości użytkowej dano im lekkość i nadprzeciętną pulę dopasowań ergonomicznych, mających zadowalać każdą głowę. Dano zwiększone o 5 mm względem dawniejszych AKG diamentowe membrany, mające sycić każde uszy. Dano też bardzo wysoką skuteczność plus trzy kable, pozwalające obsługiwać każdy sprzęt, w tym nawet goły smartfon.

     Impedancja wynosi 22 Ω, skuteczność 112 dB, pasmo przenoszenia pokrywa zakres 5 Hz – 44 kHz, a rzadko podawana moc wyjściowa to 160 mW. THD udało się zepchnąć poniżej 0,1%, a wagę ograniczyć do 385 g. Wyposażając słuchawki w innowacyjny przetwornik Hi-X49 DLC o napylonych sztucznym diamentem membranach udało się, przynajmniej potencjalnie, nawiązać równą walkę z forpocztą konkurencji; tym bardziej, że cena nowego popisu techniki audialnej w polskim salonie i Internecie to trzynaście tysięcy bez pięciu złotych, czyli jak za flagowe i najprawdopodobniej jedne z wiodących mało. Tyle uznane marki żądają teraz za produkty środka stawki, flagowe są dwa albo więcej razy droższe. Pozycja wyjściowa zatem dobra, jest pole do ataku.

 

[2] Z wyczerpanego kilkadziesiąt lat temu afrykańskiego złoża niklu o unikalnych właściwościach produkowano doskonalsze od powstających obecnie magnesy typu Alnico, uważane za w zastosowaniach głośnikowych od neodymowych lepsze, pomimo że mniej mocne. (Historia analogiczna do stali damasceńskiej, magnetyt na surowiec której wyczerpał się jeszcze w średniowieczu i dziś nawet nie wiadomo gdzie były jego złoża, podejrzenie pada na Indie.)

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

8 komentarzy w “Recenzja: Austrian Audio The Composer   

  1. Marcin pisze:

    Czy mógłbym poprosić o porównanie w kilku zdaniach recenzowanych tu do niedawnego odkrycia – Moondrop Venus?

    pozdrawiam!

    1. Piotr+Ryka pisze:

      The Composer są bardziej precyzyjne, a z najlepszym w recenzji wzmacniaczem po prostu wyraźnie lepsze. To słuchawki z ekstraligi, których brzmienie nie musi się podobać, bo nie jest basowe czy nadgęste, ale to rasa i klasa.

  2. Piotr+Ryka pisze:

    Słuchałem dzisiaj efektów pracy tego w krakowskim Nautilusie: https://www.nirvana-audio.com/en

    I tą są czyste jaja, ale wpływ na dźwięk duży i pozytywny. Poza tym drogie jak cholera, bo podobno opracowanie kosztowało miliony dolarów. Na czym polega działanie, chronione jest tajemnicą. Może na czystej sugestii, lecz jeśli tak, to głębokiej.

    1. Sławek pisze:

      A ile to cudo kosztuje?
      Pewnie generator fal Schumanna jest tańszy: https://tomanek.net.pl/wyprzedaz-tomanek-generator-fal-schumanna.html, tyko bez obudowy, trzeba włożyć do jakiegoś pudełka.

      Przeczytałem tą recenzję i nie wiem, czy ta Nirvana działa na ludzi czy na sprzęt…
      Słuchając na słuchawkach też jest różnica?

      1. Piotr+Ryka pisze:

        – Jedna sztuka kosztuje 4 tys. dolarów (wariactwo) i wystarcza na pomieszczenie do 25 metrów kwadratowych, dla większych trzeba dwóch.
        – Działanie dotyczy akustyki sali, nie poprawi więc odsłuchu słuchawkowego.
        – Na czym dokładnie polega nie wiadomo, to tajemnica.
        – Od dawna mam generator fal Schumanna i na mnie kompletnie nie działa – ani względem słuchania, ani ogólnego samopoczucia.
        – Natomiast (i niestety) działanie tego tajwańskiego szpeja jest porażająco duże. Takie w każdym razie odniosłem wrażenie na krótkim wyjazdowym odsłuchu.
        – Wg. Roberta Szklarza, właściciela Nautilusa, całe targi w Monachium to były nudy, nic nowego godnego uwagi. Ciekawe i oblegane było jedynie to.

        1. Sławek pisze:

          No, grubo!
          Dziękuję za uwagę co generatora fal Schumanna. A podobno są różnice pomiędzy tymi generatorami – słyszałem opinię, że ten od Acoustic Revive (około 1500 zł)działa pozytywnie, od Tomanka to nie wiem, a w necie są i takie za 50 zł, strach się bać. No chyba, żeby uznać, że np. 200 zł to można zaryzykować.

          1. Piotr+Ryka pisze:

            Mam właśnie ten od Acoustic Revive. Na niektórych podobno działa, na mnie nie. (O ile nie liczyć tego, że drażni wściekle błękitną diodą.)

  3. Piotr pisze:

    Panie Piotrze,

    Czy można liczyć na jakieś porównanie/test słuchawek portable, czyli tych mniejszych, by móc poza poza domem cieszyć się muzyką w dobrej jakości dźwięku? Kiedyś testował Pan i chwalił Grado SR 60, ale upłynęło już trochę czasu, pojawiły się nowe, a te zostały zastąpione przez Grado SR 60x Prestige. Sam planuję kupić jakieś portable do swojej podróżniczej kanapki odtwarzacz/wzmacniacz pod muzykę klasyczną, a Pańska rekomendacja pomogła by mi i wielu innym osobom.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy