Recenzja: Audio-Technica ATH-L5000 „the best᾽ia”

Uważajcie kochani –  techniczny ten tytuł bez dodanego przeze mnie przydomka nic by nie mówił poza nazwą wytwórcy, a chodzi o wyjątkowe słuchawki. Od tego więc zaczynam, albowiem ktoś może rzucić okiem i pomyśleć: „Eee…, znowu jakaś Audio-Technica.”  Tak, znowu – ale jaka! Śmiem twierdzić, że takiej jeszcze nie było – i w ogóle takich dynamicznych słuchawek od czasu legendarnych Sony MDR-R10. Co nie oznacza, że te są lepsze. Ale mimo to wyjątkowe.

O samej Audio-Technice tyle już razy pisałem, że tylko migawkowo: Rok powstania 1962, miejsce – Tokio, założyciel Hideo Matsushita, jego specjalność – technika nagraniowa i wkładki gramofonowe, pierwsze słuchawki – model AT-700 (1974), stan obecny – wielka firma o ogólnoświatowym zasięgu, produkująca także aparaturę profesjonalną. Najbardziej pamiętne dokonania słuchawkowe to rocznicowe modele ATH-W2002 i ATH-L3000 (oba zamknięte). Obecny wyrób flagowy – ATH-ADX5000 (otwarty). Dlaczego tytułowy nie? Ależ tak, jak najbardziej, ale tylko przejściowo, jako seria limitowana (500 sztuk), która na wyczerpaniu. Cena tych nielimitowanych otwartych – 10 990 PLN; cena limitowanych zamkniętych – $4000.

No i jesteśmy w domu – ceny wszystko tłumaczą. Pisałem już trochę o tym recenzując (całkiem niedawno, w czerwcu) model ATH-ADX5000, prosząc ewentualnych reflektantów na technikę popartą luksusem, aby się pośpieszyli, bowiem flagowe i teraz tytułowe ATH-L5000 błyskawicznie znikają. No i już prawie zniknęły; nawet na rynku wtórnym nie ma. (Wczoraj przynajmniej nie było.) Jeden egzemplarz spośród tych pięciuset limitowanych przyznany polskiemu dystrybutorowi sprzedał się momentalnie; drugi w sklepie czeka. Recenzowany nie pochodzi jednak stamtąd, tylko znajomy z Anglii swój na tydzień podrzucił, za co wielkie mu dzięki. Znamy się z Michałem od lat; on stał też za możliwością zrecenzowania flagowych słuchawek Pioneera. Ale teraz nie tylko odczuwam wdzięczność, też mu zazdroszczę.

Nic to, i tak trzeba się cieszyć – cieszyć, że takie słuchawki powstały. Bo wprawdzie ich powstaje (tych potencjalnie najlepszych) z dekady na dekadę multum, ale jak pierwsze high-end dynamiczne Sony z 1988 były najlepsze w dniu debiutu, tak pozostają takimi do dziś dnia, mimo iż ich produkcja dobiegła kresu dwadzieścia lat temu. (Nie do wiary, nieprawdaż?) Trzy parametry za tą niepobitą lepszością stały: niezrównana pieszczota muzyką, niezrównana czujność na sygnał i niezrównana scena. Dwa z trzech ta Audio-Technica przywraca – też ma tę niezrównaną czujność i też zjawiskowy ogrom sceniczny. Odnośnie zaś pieszczoty, to jeszcze do niej wrócę; i mowa wówczas będzie także o rzeczach, których pamiętne Sony nie miały – o basie i ciśnieniu. Ale najpierw zajmiemy się tych nowych wyglądem, noszeniem i techniką. Wpierw tylko o ekonomii.

Cztery tysiące dolarów w USA i cztery tysiące euro w Europie to mniej niż żądano za Sony w ostatnim roku ich produkcji i mniej niż kosztują niejedne słuchawki dzisiejsze. To bowiem, z grubsza biorąc, jakieś osiemnaście, dziewiętnaście – góra dwadzieścia tysięcy. (Na stronie polskiego dystrybutora widnieje cena „na telefon”, ale koniec końców dowiedziałem się, że oficjalna w komputerowym systemie wynosi 18 990 PLN.) Dość słono, ale już się przyzwyczailiśmy i taka wysokość nie dziwi. Wszak to nawet nie dwie trzecie za popisowe planarne HiFiMAN Susvara, a kudy tam jeszcze do ich siostrzanych, elektrostatycznych Shangri-La, które solo, bez dedykowanego wzmacniacza, kosztują $18 000. Albo można powiedzieć inaczej: cena tej rocznicowej Audio-Techniki jest analogiczna z żądaną za robiące w ostatnich latach furorę flagowe słuchawki Focala; też dynamiczne ale otwarte (półotwarte dokładniej). Tyle samo kosztuje również następca sławnych AKG K1000, przez tych samych twórców zrobione Mysphere 3, a nieco więcej zeszłoroczne JPS Labs Diana Phi. Czy zatem Audio-Technica ATH-L5000 to okazja?  Według mnie tak – w każdym razie nie przepłacamy. I gdybym mógł, to bym kupił.

Budowa

Dość niepozorny, ale praktyczny neseser.

  Słuchawki są luksusowe już na pierwszy rzut oka. Tak samo jak inne rocznicowe z literą „L” w sygnaturze mają obszyte ekskluzywną skórą drewniane muszle – gdzie ta skóra pochodzi od angielskiego Connolly Leather, które w 2012-tym zbankrutowało, ale się odrodziło. Uwaga na tę skórę, ponieważ to anilina, czyli nie zaimpregnowana, przepuszczająca wodę i w razie zamoczenia zostaną plamy. Za to wygląda, że ech – i nie ma o czym gadać. Na skórze w centrach muszli wytłoczono godła Audio-Techniki, a pod nią skrywają się puszki obudów przetwornika z drzewa sykomory, czyli afrykańskiego figowca. Z którego już starożytni Egipcjanie robili skrzynie, rydwany i sarkofagi – drewno jest lekkie, dość miękkie, łatwe w obróbce, niestrzępiące i niepodatne na próchnienie. O jego zastosowaniach muzycznych dowiedziałem się tyle, iż się nadaje. (Na flety, skrzypce i gitary.)

Tą samą skórą obszyto z obu stron pałąk, który nic a nic nie jest wyścielany. Nie ma takiej potrzeby, nie on przylega do głowy, a dwie osobne stronami poduszeczki na metalowych resorach. To tradycyjne rozwiązanie Audio-Techniki, ale wariantowe, bo na przykład w dawniej flagowych i wciąż dostępnych ATH-W5000 realizowane poprzez cienkie pręciki, a nie szerokie płaskowniki. I tamto rozwiązanie było nieco bardziej wygodne, łatwiej się poddawało, ale poduszeczki potrafiły z pręcików spadać, co było wysoce irytujące. Tyle o wygodzie na czubku głowy, a wokół uszu budują ją skórzane pady z profilowaniem poszerzającym za uchem, ale już nie w odcieniu ugier jasny i nie od Connolly Leather. Skórka ich nie wydaje się tak mięciutka, jak u W5000, ale ostrożnie z ferowaniem wyroków, jako że można się naciąć. W recenzji Ultrasone Tribute 7 napisałem, że ich jagnięce obszycia padów nie są tak gatunkowe, jak w oryginalnych Edition 7, podczas gdy po kilku miesiącach noszenia dokładnie takimi się stały. Skórka się zatem wyrabia, więc i ta wyrobi się z czasem, bo przywiezione z Anglii ATH-L5000 miały niewiele ponad sto godzin pracy.

Odnośnie zaś całościowej wygody, to ta ma dwa momenty. Słuchawki po założeniu wydają się za sztywne, nie dość się układające. (Mimo że muszle są skrętne, aczkolwiek tylko przód-tył.) Więc się spodziewasz, że z czasem będzie coraz gorzej – tymczasem staje się coraz lepiej. I wraz z tym drugi moment – po pewnym czasie łapiesz się na tym, że ich nie czujesz na głowie. A przecież czuć powinieneś, ważą 480 gramów. Nie jest to dużo ani mało, ot taka słuchawkowa średnia, ale zarazem dosyć, byś je na głowie czuł. Z tym ich pod różnymi kątami postrzeganiem odnośnie cech różnorakich w ogóle jest dosyć hecnie i tylko wygląd w mig zachwyca, ale ku najważniejszym kwestiom brzmieniowym dopiero brniemy. Ze spraw zewnętrznych został kabel – a on jest odpinany i może być dwóch rodzajów; zamawia się z symetrycznym albo niesymetrycznym, różnicy w cenie nie ma. Recenzowane wyposażono w symetryczny, co było dobre dla Bartoka i dla tak samo dla Phasemation. Kabel ma barwę ciemnobrązową z rubinową na zgięciach poświatą i jest gruby, sprężynujący, ale dość elastyczny. W skąpych anonsach producenta mowa o nim jako o „4-core parallel cable/OFC6N + OFC/Elastomer sheath”, czyli czterożyłowym z miedzi beztlenowej czystości 6N i z elastomerowym wzmocnieniem. Nic zatem nadzwyczajnego, ale musi być jakościowy, skoro takiej jakości brzmienie przezeń się uprzystępnia. Uzupełnieniem w przypadku symetrycznego przejściówka na duży jack – firmowa, cieńsza niż sam kabel i nie brązowa, a czarna.

Wewnątrz którego skarb.

Obszedłszy karoserię i spróbowawszy siedzeń pora zajrzeć pod maskę. Nie zajrzymy pod nią naprawdę – słuchawki są szczelnie zamknięte od zewnątrz, a od środka osłonięte tradycyjną dla wyższych modeli Audio-Techniki dziurkowaną maskownicą. Nie ma też żadnych zdjęć przetwornika, ani nawet schematu technicznego. Zakładać jedynie należy, że jest on w dużym stopniu pokrewny temu z flagowego modelu otwartego, gdyż to przy jego okazji szumiała Audio-Technica o nowatorskiej konstrukcji i bardziej się wywnętrzała, a średnice u obu są różne od wcześniejszych i identyczne. Ze spraw ściśle technicznych mowa była wówczas o napylonej wolframem membranie ø 58 mm, a więc o osiem milimetrów szerszej od największych dotychczas. Także o wyjątkowo potężnych premendurowych magnesach, osadzeniu w pierścieniu z siarczku polifenylenu i włókna szklanego oraz użyciu technologii PAT.P, czyli szczególnego, na superkomputerach wyliczonego profilowania powierzchni. Wszystko to, aby zagwarantować wyjątkową moc magnetyczną, wyjątkową sztywność konstrukcji i wyjątkowy brak drgań własnych, plus oczywiście wyjątkowość samej membrany – co w praktyce bardzo dobrze się sprawdziło.

Czy zatem ATH-L5000 to tylko zamknięta wersja ATH-ADX5000, w przypadku której puszki z sykomory i skóra jak z Rolls-Royce᾽a daje podwójną cenę? Ano, nie całkiem. Dwie bowiem ważne różnice raczyła Audio-Technica wyartykułować: jedna to zawieszenie membrany z CFRP (Carbon Fiber Reinforced Plastic), a druga – i ważniejsza – tyczy samej membrany. Ta jest nie tylko bardziej istotna, ale też niewątpliwie droższa, jako że ATH-L5000 to pierwsze w dziejach słuchawki z membranami pokrytymi sztucznym diamentem.

Niektórzy czytelnicy pamiętają zapewne, ile nabiedził się Focal nad zrobieniem w swoich topowych Utopiach membran berylowych. Kosmiczne skafandry chroniące przed toksycznym pyłem, wyjątkowa biegłość manualna operatorów, specjalne piece do spiekania i przede wszystkim cena-cena-cena… Bo ten beryl nie tylko toksyczny, ale też strasznie drogi. W zamian straszliwie twardy, mogący jako jedyny obok diamentu naturalny surowiec rysować szkło. No ale właśnie diament – ten dużo jeszcze twardszy. Tweetery z diamentowymi kopułkami podnoszą ceny głośników o wielotysięczne kwoty, a jedyna firma używająca głośników większych niż tweeter napylonych DLC (Diamond-like carbon), to Raidho. Takie napylenie jednej membrany trwa przeszło dobę, ale w zamian brzmienie jak z marzeń. Tak samo jak w przypadku berylu, ta jakość jednak kosztuje – mające tylko po jednym diamentowym głośniku szerokopasmowym (wysokotonowy to wstęga) podstawkowe Raidho kosztują przeszło osiemdziesiąt tysięcy. Z kolei mające berylowe membrany o średnicy 40-mm Focal Utopia kosztują osiemnaście tysięcy. A mająca membrany diamentowe 58-mm Audio-Technica ATH-L5000 kosztuje dziewiętnaście. (W euro dokładnie tyle samo.)

I luksus pełną parą.

Dostajemy te wyjątkowe membrany wraz z całą ich oprawą w wymyślnie skomplikowanym pudle, w którego styropianami obłożonym wnętrzu spoczywa czarna walizeczka. Ze sztucznej skóry, ale ładna i łatwo się otwierająca. W środku wiadomo co, plus tylko papier, kabel i przejściówka. Ale jest tam także coś więcej – jest historycznie nowatorska technika i poprzez nią muzyka.

 

 

 

 

 

Dźwięk: Z Astell & Kern AK380

Aż trochę strach dotykać…

  Specjalnie zatytułowałem rozdział „Dźwięk”, a nie „Odsłuchy”, z szacunku dla tego dźwięku. On jest specjalny, niezwykły, inny – z gatunku bardzo rzadko spotykanych. Pewnie nie wszystkim się spodoba, ale mnie spodobał się strasznie. Jego opis chciałem zacząć od charakterystyki ogólnej, ale zmuszony byłem się wstrzymać. Powinien bowiem uwzględniać odniesienie do moich Ultrasone Tribute 7, zwłaszcza że też są zamknięte i też drogie, a one miały problem z odpowiednim zamocowaniem kabla Tonalium-Metrum Lab, gdyż samo Ultrasone postanowiło je zaopatrzyć w nitkowate świństewko zamiast porządnego przewodu – świństwo o wyjątkowo malutkich i na dodatek specyficznych przyłączach. Porównanie zatem dopiero po naprawie, jak się technicy uporają, a tymczasem o współpracy testowanych z DAP-em i porównaniach do innych. Te inne z kolei otwarte, ale też topowe i drogie; to Grado PS2000e i Focal Utopia, do których na etapie sprzętu stacjonarnego dołączą Meze Empyrean. Dysponuję, co prawda, także innymi konkurencyjnymi – wychwalanymi pod niebiosa przez użytkowników i recenzentów Focal Stellia, ale z tym porównaniem zaczekamy do ich recenzji.

Focal Utopia

Wyjątkowo gatunkowa to była muzyka, czego oczywiście się należało spodziewać. Utopie nie są wprawdzie z założenia do odtwarzaczy przenośnych, ale z dobrym nie stwarzają problemu. Współpraca układała się znakomicie – brzmienie popłynęło otwarte, czyste, obszarowe i nośne.  Z perfekcyjnie (jak zawsze u nich) dopieszczonymi detalami i plastycznością form brzmieniowych, ale (czym byłem zaskoczony) nie w manierze domykającej ich powierzchnie, a przeciwnie – otwartej. Lepiej więc, a przynajmniej jak dla mnie, grało to niż z niejednym stacjonarnym torem – bez docieplania i zamykania się w brzmieniowych powłokach. A że słuchawki to referencja, jak chodzi o brzmień kształtowanie, ale też i poprawność melodyczną oraz odległość od zniekształceń, to sumarycznie poezja i nic, tylko słuchać. Srebrzyście iskrzyły się soprany, pogłos wyłącznie jako wsparcie, gęstość stuprocentowa, obszerny i ze znakomitym rysunkiem oraz wypełnieniem bas. Do tego dźwięczność na miarę zjawiska oraz magia wielkich obszarów, z odczuwaniem przestrzeni jak na DAP znakomitym. Ogólna zaś atmosfera często z nutą tęsknoty – zupełnie jak nie one, z tą ich wypełzającą nieraz obojętnością perfekcji. Tymczasem tutaj muzyka nie odbębniana na świetną jakościowo lecz monotonną nutę, tylko bez reszty zaangażowana i całkowicie pochłaniająca. Nie sposób było jej nie lubić i nie podziwiać, nie sposób rozglądać się za inną. Kontakt z wykonawcami całkowity, wejście w muzyczny teatr pełne.

Grado PS2000e

Ale nierozglądanie nierozglądaniem, a robić trzeba swoje. Przeskok w flagowe Grado także pokazał coś zaskakującego, a mianowicie większą ich sprawność melodyczną. Zapewne to za jej sprawą dają ten specyficzny dotyk piękna, szczególnie ujmujący w muzyce tkniętej smutkiem. Mimo iż nautykane berylem Utopie to melodyczna referencja, dźwięk z wentylowanych membran Grado PS2000e był jeszcze bardziej giętki i rozfalowany – wędrujący wzdłuż gładszych, bardziej amplitudowych i bardziej widocznych krzywizn. W tym zdawał się perfekcyjny – nie dało się wyobrazić sobie, by mógł stać się jeszcze melodyjniejszy, choć pewnie to możliwe. Prócz tego pierwszy plan się przybliżył, dając większe postaci, a jednocześnie zaznaczała o wiele większa brzmieniowa i przestrzenna odrębność poszczególnych dźwięków, a także dużo też większy dystans pomiędzy pierwszym planem a następnymi. Ogólnie biorąc dźwięki – i tu znów zaskoczenie – u Grado nieco bardziej się domykały, ale tylko na obszarze średnicy, natomiast soprany bardziej z kolei sypały śniegiem i były bardziej nośne. To, wraz z tym rozsunięciem planów, powodowało więcej kontrastów – srebrzeń na czerniach tła, ciepła głosów w kontrapunkcie do chłodu tych śnieżynek, przybliżania się przodu i uciekania dali. Dźwięk sumarycznie większy i bardziej różnorodny, w tym z bardziej zaznaczającym się basem i większą dynamiką, z czego by wynikało, że Grado do DAP-ów bardziej. Toteż i je na pewno bym wybrał, ale ze świadomością, że kto inny Utopie.

Audio-Technica ATH-L5000

Ta sama skóra na pałąku.

Oto jesteśmy u celu. Zdążyłem już zaanonsować, że dźwięk od tej Audio-Techniki jest najbardziej niezwykły, na co się składa więcej rzeczy niż jedna, na przykład to, że jest z największym frontem i najbardziej obszerny. Zarówno sufit okazał się mieć najwyższy, jak i dal w dal sięgającą. Ale nie tylko poprzez samą odległość; też to, że te dalekie plany najsłabiej były obecne w Utopiach, dużo już bardziej u Grado, ale u L5000 jeszcze o sporo bardziej. To z tyłu potrafiło u nich wybuchać jak atomową chmurą, a nie tylko docierać, czy się ledwie zaznaczać. Było największe, najbardziej zróżnicowane i z najwyraźniejszym obrazem.

Idźmy dalej w te porównania. Dlaczego najwyraźniejszym? To też już zdążyłem odnotować – przez ekstremalne soprany. To sopran zwiększa obszarowe pokrycie i przede wszystkim jest tym piórkiem, które kreśli wszystkie kontury i wszelkie inne krawędzie. Mając za sobą najmocniejszy strzał sopranowy – i to z sopranów tych najlepszych – dają też Audio-Techniki wielkie obszary i najwyraźniej obrazowane, oraz najlepiej opisują wnętrza. Wszelkie pudła rezonansowe i wszelkie kubatury pomieszczeń były u nich najmocniej obecne i odtworzone najwyraźniej. Ale to jedna strona sopranowego medalu, a jest i strona druga. Przed chwilą mowa była o tym, że flagowe Grado okazały się bardziej od flagowych Focali melodyjne, podczas kiedy flagowa Audio-Technica w ogóle melodyjna nie jest. Ma oczywiście własny aspekt melodyczny, ale budowany w odmienny sposób. Słuchając wokalu poprzez Grado dosłownie widziałem melodie produkujące linie swego przebiegu. Zarazem głosy domykały się w zwarte formy o super gładkich powierzchniach, przejawiały też jawną słodycz, mocny tryl oraz widomą giętkość, po której szła melodia. Można nawet powiedzieć, że były dobrze naoliwione, jakby artysta właśnie kogla-mogla.

W Focalach zdecydowanie bardziej były chropawe i nie miały ani tych samoczynnie rysowanych linii, ani domykających powierzchni. Postacią bardziej przypominały obłok, ale skupiający się, a nie rozwiewający. Tymczasem u Audio-Techniki wokal się przeistaczał. Nie tylko stawał bliższy i większy (chociaż nie jakoś bardzo, trochę), lecz przede wszystkim łączył wzięte od Grado mocne poczucie substancji z całkowitą otwartością brzmieniową, dużo mocniejszą niż w Utopiach. Przybierał formę całkowicie konkretną, ale w odczuciu zbudowaną z samego zgęszczającego się powietrza i pozostającą w propagacji. Okazywał się więc syntezą – miejsce bycia i istnienie konkretne, ale bez bryły i powierzchni, a nawet bez zwartości chmury. Wyłącznie sama promieniująca akustyka, sama muzyczna ekspansja. W efekcie większy autentyzm, prawdziwsza postać brzmienia. W dodatku nawiązująca do tej, którą opisywałem odnośnie najlepszych lamp Telefunkena: bez połyskliwych powierzchni, w ogóle nie ma lśnienia; światło jest pastelowe, powierzchnie ledwie się zaznaczają i są natury meszkowej, a całe brzmienie autentyczne – z powietrza pozostającego w ruchu. Co nie przeszkadza postaciom wykonawców i instrumentom być in persona sua – przeciwnie, autentyczniejszymi były. Gdyż autentyczniejsza zarówno konsystencja dźwięku, jak i jego plasowanie w przestrzeni. Wszystko miało objętość i definicję odległości w relacjach do innych dźwięków i słuchacza. Lepsza przeto i strona materiałowa, i całościowa topologia sceny. Natomiast nie było to brzmienie miłe w sensie głaskania jedwabiu, bo jedwabiu nie było. Zero dźwięków podobnych do filmowego Flubbera z głupawej komedii z Robinem Williamsem, jakimi przy odtwarzaczu przenośnym były wokale z Grado; ani nawet głaskania puszystych kotków, jakimi były z Utopii. Sam podmuch, a postaci artystów, to już twe czyste wyobrażenie ze świadomością tego faktu. Tak wolę, choć nie odmawiam tamtym podejściom wielkiej przyjemności słuchania. Niezależnie jednak od tego z L5000 i prawdziwiej i więcej się działo. Przywoływały świat relacji i propagacji, a nie ograniczonego mniej czy bardziej sztucznego brzmieniowego ciała.

Na niej tłoczone emblematy.

Na koniec jeszcze o barwie, paśmie i temperaturze. Kiedy zacząłem ich u tych L5000 szukać, przyłapałem się na tym, że w ogóle mnie wcześniej nie zaprzątały, tak było autentycznie. Temperatura i światło prawdziwe, pasmo na całość rozciągnięte. Nie szukałem też wypełnienia, bo dźwięk wybrzmiewał prawdą. Więc jeśli na upartego do czegoś się przyczepić, to najwyżej do tego jednego, że Ultrasone Tribute 7 dają wyższe ciśnienie. U ATH-L5000 także się zjawia, ale tak duże nie jest. A już na pewno nie z odtwarzaczem przenośnym, bo z aparaturą stacjonarną, to nieco inna sprawa. I przy okazji dodam, że nie ma w ATH-L5000 nastroju innego niż w utworze – emocjonalność tych słuchawek jest całkiem przeźroczysta, tak samo jak całościowa postać brzmienia.

 

 

 

Dźwięk cd.: Przy komputerze

Tradycyjny u Audio-Techniki brak kontaktu pałąka z głową.

  Przy komputerze to co zwykłe, to znaczy Ayon Sigma przetwornik i Ayon HA-3 słuchawkowy wzmacniacz. Zmiana względem ostatnich recenzji jedynie ta, że zamiast kabla USB Fidaty nowy iFi Gemini3.0 z odnośnym agregatem iUSB3.0, plus dodatkowe wsparcie iPurifiera3. (Bo ten Gemini przed porównaniem ze starszą wersją się wygrzewał, a od Fidaty słabszy nie jest, natomiast nieco droższy.)

Nie można powiedzieć, by różnica między dźwiękiem ze stacjonarnego zestawu za circa sześćdziesiąt tysięcy (wliczając wszystkie komponenty poza słuchawkami i komputerem) była względem DAP-a za szesnaście wielkości buldożera. Niemniej wspomniane już ciśnienie, a także głębia brzmieniowa, wnikanie w treść i sczytywanie powierzchni dawały istotne różnice.

Focal Utopia

Za koleją, tak samo jak poprzednio, zaczynam od flagowych Focal. Mimo że stylistycznie nie przesadzały z różnicowaniem nagrań, to jednak te wzorcowe – z dysku, kupowane za spore kwoty – prezentowały się dużo lepiej i przede wszystkim w bardziej otwartej manierze brzmienia. Tylko te słabsze przejawiały tendencję do koncentracji dźwięków przy źródłach, choć nie aż na miarę brzmieniowych bąbelków, co stałoby się niechybnie, gdyby aparatura wspomagająca odczyt USB zastąpiona została zwykłym kablem. Też gdyby lamp we wzmacniaczu i przetworniku nie zastąpiono lepszymi lub coś innego niedomagało. A tak brzmienie nie tylko było otwarte i jednocześnie gęste, ale też ciemne, nasycone esencją mroku, chropawe, bardzo głębokie i odpowiednio sferyczne. Należycie sopranami obfite, częstowało też dość mocnym pogłosem, dodającym całości trzeciego wymiaru i niecodziennej atmosfery. Nic nie było tu całkiem gładkie, wszystko natomiast aktywne. Melodyka, tak samo jak u ATH-L5000 budowała się samą otwartością i różnorodnością dźwięków, chociaż w sposób nie tak doskonały. Gdzieś, pod jej spodem, niczym pod ciałem szkielet, coś zostawało z twardego jądra, ale jedynie w domyśle, bez jawnego się narzucania. Tylko nie mylić proszę tego szkieletu z chudością, bo całkiem nie o to chodzi. Chudości było zero, a tylko gdzieś głęboko, w samych trzewiach brzmieniowych, pewna twardość – innego coś niż samo powietrze, co trochę się odczuwało.

I odchylające muszle pady.

Zapewne w anatomię za bardzo wchodzę, robi się nieintuicyjnie, więc bardziej standardowo napiszę, że brzmienie z Focal Utopia było ciemne, mokre, natlenione, gęste i temperaturowo neutralne, a także powierzchniowo otwarte i chropawe, z mocnym pogłosem i odpowiednią wagą. Doskonale też wypośrodkowane i rozciągnięte bas-sopran oraz trójwymiarowe. Bliskie i dotykowe oraz z wysokim (chociaż nie ekstremalnie) ciśnieniem, dawało obraz muzyki, o którym bez wahania można powiedzieć: tak właśnie wygląda high-end.

Grado PS2000e

Grado natomiast inaczej – już tylko poprzez to, że z mocniej zaznaczonym szumem tła. I znów bardziej kontrastowo i bardziej dynamicznie. Co w brzmieniu małe i dalsze – bardziej u nich dalekie i mniejsze; co duże albo głośne – to głośniejsze i większe. Więcej szumu, muzycznej zawieruchy, całościowego zapamiętania. Nie tak całościowe i spójne, a bardziej dynamiczne i ekspresyjne. Zmieniło się w torze stacjonarnym dużo bardziej, bo znikały całkiem lub prawie (w zależności od jakości nagrania) te rysowane poprzednio linie melodyki i flubberowe kształty – wszystko pięknie się rozdmuchało, przeistoczyło w formę wietrzną. Znikła też całkiem gładkość – wszystkie powierzchnie schropowaciały w niezwykle przyjemny sposób. Powiew, drapanie, ekspresja i ekspansja, a jednocześnie, tak samo jak z Focalami – ciemno, gęsto i w wyważony sposób przy neutralnej temperaturze. Z tym, że soprany bardziej się zaznaczały, a pogłosy okazały, o dziwo, słabsze. Więcej wraz z tymi sopranami iskrzenia kontrastującego na ciemnych tłach i rzecz chyba najważniejsza – ogólnie większe ciśnienie dźwięku. Bardziej wraz z tym dojmująca obecność przestrzeni, która to przestrzeń też bardziej holograficzna i z bardziej rozsuniętymi planami. W sumie różnice bardzo podobne do poprzednich, jeśli pominąć gładkoliniową wcześniej melodykę oraz gładzenie samych tekstur. Nic teraz z takich rzeczy – cały dźwięk gęsty, ciśnieniowy, ale zarazem bardziej jeszcze rozproszeniowy niż z Focali; bez tego pod spodem szczątkowego szkieletu.

Audio-Technica ATH-L5000

I znów przy przedmiocie recenzji, i znów nie inaczej jak z pochwałą. Co można o brzmieniu flagowej Audio-Techniki powiedzieć pozytywnego w kontekście tamtych dwóch? Są takie rzeczy i ich sporo. Poczynając od tego, że przekaz okazała się mieć wyraźniejszy i bardziej zróżnicowany. Wszystkie brzmienia bardziej dopracowane i mocniej w słuchacza się wciskające wspaniałej jakości zróżnicowanym tłoczeniem; coś jakbyś do czytania założył potrzebne ci okulary. W szczególności odnośnie dalszych planów, na których te dźwięki  większe, mimo iż jednocześnie dalsze. (Podobny efekt daje się zauważyć u starych i nowych Omeg Staksa.) Zarazem bardziej też różnorodne i bardzie prawdziwe swą czysto powietrzną formą – jak lepszym skanerem odwzorowane. Weźmy jeden przykładzik, ale za to drastyczny.

Szersze po tylnej stronie.

W przywoływanej już kiedyś Symphonie fantastique Berlioza pod batutą Sergiu Celibidache jest na początku dwudziestej trzeciej minuty długa pauza między częściami. Przechodziłem przez nią na Meze Empyrean i na dwóch teraz używanych. Na żadnych poza Meze nie było słychać, że taśma nagraniowa nie została użyta nowa i pozostały na niej z poprzedniego nagrania niezmazane nawet wirującą głowicą resztki. Ale na Meze jedynie jako minimalny śladzik, a na Audio-Technice słychać je było doskonale – nie sposób nie usłyszeć, że to kobiecy wokal. Zresztą takie przebitki słyszalne były wyraźnie też parę minut dalej – przebijały się na Audio-Technice tak mocno, że aż zaczęły irytować. Takie są te diamentowe membrany i takie ich zawieszenie z permendurowym napędem. Na Stax SR-009 też powinno być mocno słychać, lecz może nie? – nie miałem jak sprawdzić. (Tak przy okazji: w Audio-Technice względem Meze są dużo bardziej rozbudowane soprany, dające większą bezpośredniość, ale trudniejszy w zamian odbiór.W efekcie Meze napędzać łatwiej i są do słuchania łatwiejsze; nie trzeba im tak jakościowego toru.) Dnia kolejnego wróciły Ultrasone i na nich też było dobrze słychać, lecz odrobinę słabiej.

Dźwięk cd.: Przy odtwarzaczu

Kabel symetryczny w standardzie, o ile sobie zażyczysz.

  Migawkowo o torze: napęd Ayon CD-T II z przetwornikiem Ayon Stratos spięte przewodem AES/EBU i poprzez Sulka 6×9 ślące sygnał do ASL Twin-Head. A później, dodatkowo, końcówka mocy Croft Polestar1 i AKG K1000.

Migawkowo też o sekwencji zdarzeń: Rozsiałem się w fotelu, obłożywszy wianuszkiem samych szczytowych słuchawek, i pełen nadziei na niezwykłe przeżycia zapadłem w porównania. Poczynając od posłuchania Focal Stellia i Utopia, przez Grado PS2000e i Meze Empyrean, po recenzowane Audio-Technica ATH-L5000 (po drodze wiele konfrontacji i nawrotów); by w rezultacie usłyszanego poczuć przymus użycia referencyjnych AKG K1000. Tego samego dnia wieczorem wróciły pospawane na stałe z kablem Tonalium-Metrum Lab Ultrasone Tribute 7, by też dołączyć do peletonu, chociaż na nieco gorszych warunkach, bo to spawanie nieograne, co było trochę słychać.

I teraz mniej migawkowo – o tego wszystkiego efektach. Musiałem sięgnąć po K1000, gdyż z tych porównań wynikało, iż – ośmielę się to ponownie stwierdzić – Audio-Technica ATH-L5000 to najlepsze słuchawki dynamiczne z dołączeniem planarnych, jakie powstały od czasu Sony MDR-R10 (1988) i nieco niesłuchawkowych, z innej technicznej beczki wyjętych AKG K1000 (1990). Podejdę do sprawy nietypowo, ale sytuacja wymaga. Nie chciałbym bowiem w tych okolicznościach zgubić sensu zasadniczego w skomplikowanej, wielowątkowej  oracji. Dlatego rzecz ujęta zostanie w punktach, a dopiero na deser zestawienie z K1000, jako jedynym rzeczywistym rywalem, i – nie ma co ukrywać – referencją wciąż niepobitą, ale przynajmniej zmuszoną do ekstremalnego wysiłku. Na początek jednak kryteria.

To banał, ale wart przypomnienia, że z różnych rzeczy przyjemność. Ponieważ mowa o muzyce i poprzez nią słuchawkach, ograniczymy się do zbitki: „muzyka przez słuchawki”. Rzecz niby oczywista, przez które jest najlepsza; wystarczy wszak posłuchać.  Sęk w tym, że praktyka ma przykry zwyczaj gubić każdą prostotę. Czymś oczywistym się zdaje, iż taką będzie najprawdziwsza, ale nie zawsze, nie zawsze. I nie tylko dlatego, że najbardziej prawdziwa nie każdemu smakuje, ale też skutkiem ograniczenia, albowiem odtwarzana nie może być prawdziwa nawet poprzez najlepsze kolumny, a co dopiero słuchawki. W związku z czym uproszczenia i zestaw przeinaczeń, do których stosunek różny. Czy, przykładowo, ten chleb najsmaczniejszy, który najbardziej sam z siebie, czy może każdy inny, byle posmarowany masłem? Albo – czy najlepsza herbata, to ta najbardziej aromatyczna i sama z siebie „herbaciana”, czy lepsza jakaś lichsza, byle z cytryną i cukrem?

Szkoda, że to krótkie spotkanie, a nie stała współpraca.

Nie ma jednoznacznego rozstrzygnięcia, ale możemy przyjąć, że muzyka w dobrym wydaniu jest tak aromatyczna, niecodzienna i smakowita, że cukier i masło zbędne. Co faktu nie odmienia, że są zwolennicy basowego masła i niemuzycznej słodyczy – słodkiej, gładkiej i tłustej na podobieństwo tortu. Tacy, co lubią dodatkowy „basik” i ci, co addytywną lepką słodycz; nie krytykuję ich – a co więcej, nie mówię im, że ta Audio-Technica nie jest dla nich. Fakt – basem nie podbarwia, słodyczy ekstra nie serwuje, ale bas oferuje mega i słodyczy przysparza głosom, o ile ta w nagraniu. I jeszcze kwestia czysto techniczna: otóż nihil ante collatio – jednej opinii bez porównania. Gdyż jakże często zakładasz słuchawki i zdaje ci się – bosko grają. A potem bierzesz inne i zaraz po boskości. Zmówiwszy te pacierze możemy zacząć punktować.

Audio-Technica ATH-L5000 to najlepsze słuchawki dynamiczne od czasu Sony MDR-R10 i AKG K1000 ponieważ:

1. Mają najczystsze medium. (To dawało się zauważyć, pomimo iż Meze i Grado były o włosek z tyłu, a jedne i drugie Focal też grały bardzo czysto, chociaż już z minimalnym dymkiem.)

2. Dźwiękom dają największą objętość. (I znów różnica mała, ale jednak różnica. Analogicznie objętościowe są dźwięki z Final Sonorous X, ale to trochę inne słuchawki, nakierowane na sprzęt przenośny z tą swoją super niską impedancją.)

3. Lokują dźwięk na największych scenach, tak samo jak najlepsze w historii. (Ogromnych niczym z Grado GS1000, czy Stax SR-Ω, co tym bardziej zdumiewa, że przy konstrukcji zamkniętej. Tu tylko jeden precedens, te legendarne Sony; choć dużą przestrzeń oferują także zamknięte Audeze LCD-XC, flagowe JVC HA-DX1000 i Audio-Technica W5000. Ale ta z L5000 robi większe wrażenie.)

4. Inscenizacja nie tylko jest ogromna, ale też precyzyjnie wymierzona. Dystanse od poszczególnych źródeł są wyjątkowo precyzyjne, słuchacz ma pełny przegląd sytuacji i poczucie bycia na miejscu zdarzeń bez żadnej umowności.

5. W ślad za tym oczywiście holografia i pełna gama planów, na dodatek bardzo wyraźnych i mocno rozsuniętych.

6. Dosłownie oddychamy przestrzenią zewnętrzną i wewnętrzną. Obrazy przestrzenne sal i pudeł instrumentów są z całkiem innej bajki. (Gdy słucham teraz swoich Tribute 7, brak tego bardzo bolesny.)

7. We wszystkim tym rzecz bodaj najważniejsza – dźwięk jest najbardziej otwarty i nośny.

8. Najbardziej autentyczną ma więc postać, bardzo podobny się okazuje do referencyjnie prawdziwego z AKG K1000.

9. Zarazem jest też gęsty i nasycony – i w takim na dodatek stopniu, że bardziej obecny i konkretny niż ze słuchawek uważanych za realistyczne i zgęszczające.

10. Całkowicie rozwarte pasmo, i to po obu stronach.

11. To pasmo wyjątkowo zwarte.

12. Najwyższą mają szczegółowość. (Dopiero spóźnione T7 dały niemalże identyczną.)

13. Najbardziej zjawiskowy bas w sensie objętości, konsystencji i konturowania bębna, aczkolwiek nie niskości zejścia i ciśnienia. (Tutaj T7 lepsze.)

14. Najwspanialsze soprany – najbardziej wyciągnięte i najbardziej trójwymiarowe.

15. Najprawdziwsze wokale i najbardziej zróżnicowane.

16. Wspaniała aura wokół dźwięków i charakterystyczne dla diamentowych membran swego rodzaju „promieniowanie”.

17. Fantastyczne pogłosy, pięknie wzbogacające przekaz.

18. Mimo zwartości pasma największe też muzyczne kontrasty: między dźwiękami dużymi i małymi, delikatnymi i mocnymi, jasnymi i ciemnymi, bliskimi i dalekimi.

19. Największy pierwszy plan i najdalszy najdalszy, z największą też obecnością wszystkich ulokowanych za pierwszym.

20. Muzykalność z samego powietrznego ataku – żadnych przeinaczeń brzmieniowych odnośnie materialnego budulca.

21. Najlepsza propagacja.

22. Największa brzmieniowa magia.

23. Największa swoboda oddechu.

24. Ogromna bryła brzmieniowa.

25. Wywierają największe wrażenie.

26, Najznamienitsze utwory, które tak znasz i cenisz, nabierają nowego życia.

Na koniec obiecane porównanie do K1000 i przy okazji odniesienia do Ultrasone T7, które się mocno spóźniły. Jedne i drugie są moje i oczywiście nie bez powodu. Odnośnie analogicznych konstrukcyjnie Ultrasone, zdecydowanie jednak tańszych, chociaż z zafundowanym im kablem już nie tak bardzo (czternaście tysięcy przeciw dziewiętnastu), to pod względem szczegółowości i charakteru brzmienia niemal nie odbiegały – też były całkowicie otwarte i resztówki taśmowe pod symfonią Berlioza też było na nich dobrze słychać, ale na Audio-Technice lepiej. Wykazywały się przy tym jedną zdecydowaną przewagą: niżej potrafiły zejść z basem i miał on dużo wyższe ciśnienie. U najnowszego japońskiego popisu też było ono wysokie, jednak o wiele barów niższe. Cóż z tego jednak, gdy porównując jedne do drugich okazywało się, że pasmo u Audio-Techniki rozłożone jest równiej, dźwięki są o wiele bardziej objętościowe i mocniej propagujące, a cały brzmieniowy obszar dużo większy i bardziej imponujący. Mimo to z Ultrasone nie zrezygnuję, bo siła ich ciosu nie ma równej, a poza tym muszę sprawdzić, jak ostatecznie się ukształtują po zainstalowaniu na stałe kabla. Odnośnie natomiast AKG, to te wciąż nie znalazły pogromcy, a przypomnę, że w bezpośredniej konfrontacji nawet Sennheiser Orpheus nie zdołał ich pogrążyć, ani nawet naruszyć. Nie chciałbym jednak stwarzać wrażenia, że czymś przez siebie posiadanym nadrabiam własne kompleksy. Zupełnie nie tak było , że AKG to „Ooo!”, a Audio-Technica: „Eee!”. Słuchawki grały na jednym poziomie, tak samo jak kiedyś Sennheiser Orpheus, Sony R10 i Stax SR-Ω.

Konkurencja miała nielekko.

Dlatego można powiedzieć, że kto chce zakosztować tych AKG w wersji zamkniętej, ma niepowtarzalną okazję. Tyle tylko, że nie stanie się tak bez równie jakościowego toru. Faktem jednakże, że pod dwoma względami te AKG wypadły lepiej: na pierwszym planie  więcej się u nich działo, panował większy ferwor harmoniczny. Ale niewiele większy i tylko dzięki temu, że ich dźwięki były jeszcze bardziej otwarte i jeszcze bardziej propagujące. W tym jednak pewien ważny niuans i na plus dla Audio-Techniki – potrafiła lepiej zróżnicowywać głosy i aby temu dorównać, trzeba było u AKG całkiem rozewrzeć muszle. (Ciekawa rzecz, bo dotąd nie zdawałem sobie sprawy, że tak to rozwarcie działa.) Poza tym dla Audio-Techniki plus kolejny – więcej opowiada o odległych planach. AKG bardziej koncentrowały się na pierwszym i tam miały więcej do powiedzenia, ale kosztem rzeczy odległych, które bardziej się za tą pierwszoplanową burzą zatracały. Poza tym Audio-Technica lepiej dawała odczuć wnętrza i mocniejsze dawała poczucie ogromu, natomiast u AKG ludzkie głosy wydawały się jeszcze trochę prawdziwsze, co skutkowało mocniejszym poczuciem realizmu i tonacyjnej trafności. Ale, ogólnie biorąc, niemal remis. Piszę „niemal”, bo w grę wchodzi jeszcze jedno kryterium – kryterium chęci posiadania. Na pewno nie zamieniłbym AKG na ATH-L5000, ale też bym nie płakał, gdyby wbrew woli los tak zrządził. Z kolei gdyby mi ktoś zaproponował zamianę za Tribute 7, to mając AKG bym się wahał (bo jednak to ciśnienie), natomiast gdyby to miały być moje jedyne słuchawki, zdecydowane wskazanie padłoby na Audio-Technicę.

Podsumowując

 Pomimo tylu pochwał dla przedmiotu recenzji nie chciałbym jeszcze czegoś. Tak jak czymś z gruntu niewłaściwym byłoby wywyższanie AKG, tak też niesłusznym pogrążanie innych. Meze Empyrean, weźmy, były tylko o włos z tyłu – nie aż w tym stopniu rozproszeniowe, wielkie scenicznie, sopranowo aktywne i szczegółowe, ale dzięki niższej tonacji (mniej sopranów) bardzo satysfakcjonujące i niemal tak samo otwarte. Ogólnie biorąc to wszystko, za co chwaliłem inne, nie przestaje być ważne. Flagowe Grado wciąż zniewalają smutku pieszczotą, flagowe i wiceflagowe Focal pozostają zjawiskowo plastyczne (i proszą o lepsze kable), Final D8000 wciąż dają poczucie niebytu słuchawkowych  muszli i z gramofonem grają tak, że dech zapiera z wrażenia. Także Final Sonorous X wciąż mają niepowtarzalną brzmieniową „pianę” i niepobitą trójwymiarowość brzmienia, a znikłe już z rynku i w porównaniu jakże tanie NightHawk to ciągle popis basu, melodyki i gęstości. Niemniej spośród teraz produkowanych słuchawek dynamicznych i planarnych ta Audio-Technica w moim odczuciu zajmuje pierwszą lokatę. Czy na długo, to inna sprawa, bo już się czają RAAL SR1a oraz Mysphere 3, ale póki co nie słyszałem lepszych.

 

Dane techniczne Audio-Technica ATH-L5000:

  • Typ: słuchawki dynamiczne, wokółuszne, zamknięte.
  • Przetworniki: True Motion na bazie magnesów premendurowych (stop żelaza z kobaltem, niobem, wanadem i tantalem).
  • Zawieszenie membrany: CFRP (carbon fiber reinforced plastic) z technologią PAT.P – szczególnie niskiej wibracji dzięki specjalnemu doborowi krzywizn układu mocującego, wynalezionych na użytek zmniejszenia drgań w bardzo długich wiertłach.
  • Kompozytowy pierścień wokół membrany osadzający ją w muszli, wykonany z siarczku polifenylenu (PPS) i włókna szklanego, zapewniający wyjątkową stabilność.
  • Membrana: ø 58 mm z mylaru pokrytego sztucznym diamentem DLC. (Diamond-like carbon).
  • Pasmo przenoszenia: 5 Hz –50 kHz.
  • Impedancja: 45 Ω.
  • Czułość: 100 dB.
  • Moc maksymalna sygnału wejściowego: 1 W.
  • Pady: naturalna skóra.
  • Kabel: miedź 6NOFC długości 3,0 m zakończony 4-pin XLR lub jackiem 6,3 mm, odpinany poprzez złącza A2DC.
  • Waga: 480 g.
  • Opakowanie: kuferek.
  • Cena: 18 990 PLN; europejska: 4000 

System:

  • Źródła: Astell & Kern AK380, PC, Ayon CD-T II.
  • Przetworniki: Ayon Stratos, Ayon Sigma, dCS Bartok.
  • Wzmacniacze słuchawkowe i przedwzmacniacze: ASL Twin-Head, Ayon HA-3, dCS Bartok, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: AKG K1000 (kabel Entreq Atlantis), Audio-Technica ATH-L5000, Final D8000 (srebrny kabel firmowy), Focal Utopia & Stellia, Grado PS2000e, Meze Empyrean (kabel Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab).
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Interkonekty: Siltech Empress Crown, Sulek Audio & Sulek 6×9, Tellurium Q Black Diamond XLR.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9700, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Texh „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

27 komentarzy w “Recenzja: Audio-Technica ATH-L5000 „the best᾽ia”

  1. Przemysław pisze:

    „emocjonalność tych słuchawek jest całkiem przeźroczysta, tak samo jak całościowa postać brzmienia.” Mnie za recenzję wystarczą tylko te słowa. Takie coś potrafią tylko najlepsze słuchawki lub głośniki na świecie.

    1. Przemysław pisze:

      Czy będzie można wkrótce spodziewać się recenzji RAAL (Pan Michał wypowiadał się o nich w superlatywach) lub Mysphere 3 (o Stellie się nie pytam, bo widzę, że już są testowane:))?

      1. Marcin pisze:

        Też jestem ciekawy opini o MySphere. Myślę że jak będziemy cierpliwi to się doczekamy 🙂

      2. Piotr Ryka pisze:

        Stellie właśnie zacząłem opisywać, Mysphere 3 mam obiecane, ale przez twórców, więc zza granicy i nic to jeszcze pewnego, odnośnie zaś RAAL, to producent na razie nie odpowiedział.

  2. miroslaw frackowiak pisze:

    Swietna recenzja Piotrze,bardzo mi sie podobaly porownania do innych znanych sluchawek,co do Audio -Technika,to zawsze mnie interesowaly,te oczywiscie najwyzsze modele i te tylko legendarne,ciezko bylo zawsze z ich odsluchami,czyli znikoma sprzedaz na Europe przez Japonczykow.
    Ostatnio bylem na wspanialej wystawie sluchawkowej w Londynie,byly najlepsze sluchawki obecnie na swiecie,prawdziwa uczta.Odsluchy robilismy z synkiem 9-letnim, wszystko co ciekawego i godnego uwagi to przesluchalismy,czasu bylo do woli.Pierwsze miejsce na tej wystawie, zdobyly dla mnie sluchawki o mazwie RAAL SR-01 to sa nowoczesne i fantastycznie zrobione sluchawki,ktore graja jak moje K-1000 idealnie podobne i w ten sam soosob grajace,czy lepsze?to wszyscy musza sami ocenic.Potrzebuja wzm sluchawkowgo bardzo mocnego min.100W do max.150W tranzystorowego,lampa widac odpada?bo za slaba.Rozmawialem z glownym konstruktorem tych sluchawek,pochodzacym z USA a fabryka jest w Europie”sloneczny brzeg”domyslacie sie co to za kraj…Wrocilem do domu i szybko posluchalem moich K-1000 na Carym 300B i plyt z gramofonu,aby na goraco porownac,mimo ze moj znajomy kolega audiofil twierdzi ze sa zdecydowanie lepsze od dawnych K-1000 na wszystkich poziomach,to dla mnie moje K-1000 z wzm lampowym i gramofonem graly piekniejsza barwa.. sluchawki RAAL sa bardziej przejrzyste,sterylne, bez duszy no i cena parokrotnie wyzsza od obecnych cen K-1000 ,ktore mozemy kupic na Ebay…ale jak kogos stac na sluchawki RAAL to bedzie w 8-niebie…

    1. Przemysław pisze:

      „(…) sluchawki RAAL sa bardziej przejrzyste,sterylne, bez duszy(…)”

      Brzmi to mało zachęcająco, ale być może są wrażliwe jak 009 na tor i zmieniają swój charakter w zależności od niego. Wypożyczone przeze mnie 009 najprzyjemniej, z odpowiednim wypełnieniem, barwą i realizmem grały właśnie na dobrych, gęstych nagraniach z winyli. W cyfrowym poprawę przyniósł iCan od ifi (połączony z moim DACiem RCA i 007t xlr) jako preamp, wpływając pozytywnie na wspomniane aspekty. Być może RAAL mają podobnie i najlepiej czułyby się przy źródle analogowym.

  3. Marcin pisze:

    Chciałbym zadać pytanie trochę z innej beczki, jednak dotyczące słuchawek generalnie. Przez lata miał Pan styczność z mnóstwem słuchawek, a więc tysiące godzin spędził Pan z nimi na głowie. Czy ma ten fakt jakieś odbicie na Pańskim słuchu, to jest osłabienie słyszenia lub szumy uszne? Ja od około trzech lat interesuję się sprzętem audio i miałem kilka świetnych słuchawek w posiadaniu, jednak od jakiegoś czasu zdecydowanie wolę głośniki, gdyż słuchanie na słuchawkach powoduje u mnie jakiś dyskomfort. Pojawiły się też szumy uszne, które potrafią przy słuchawkach irytować, brak jest tego perfekcyjnego, ciemnego tła…

    Przepraszam za offtop i z góry dziękuję za podzielenie się doświadczeniem w niniejszym temacie.

    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Ważna kwestia. Nigdy nie miałem problemów ze słuchawkami, mimo iż od najwcześniejszego dzieciństwa słuch miałem nadwrażliwy i na przykład nie mogłem znieść odgłosów wbijania gwoździa, od razu zatykałem uszy. Mimo tego braku kłopotów głośno na słuchawkach (ale też na kolumnach) staram się słuchać krótko. Poza tym mam odpowiednie słuchawki własne – AKG K1000 to praktycznie głośniki nagłowne, a Ultrasone T7 o siedemdziesiąt procent, wedle zapewnień producenta, redukują nacisk na błonę bębenkową.

      Codziennych wielogodzinnych sesji głośnego grania ani na słuchawkach, ani kolumnach nikomu nie polecam. Sam mam apetyt na muzykę średnio co trzeci dzień, więc mi to łatwo przychodzi, choć trochę kosztem częstości recenzji. Z szumami usznymi do laryngologa – inaczej zmiany będą nieodwracalne.

  4. Fon pisze:

    Świetna recenzja jak zwykle aż chce się coś takiego czytać i słuchawki też zacne oczywiście, a co do szumów to też je posiadam jak pewnie większość po 40 bliżej 50, czarne tło to przeszłość… Jak się o tym nie myśli to da się żyć

  5. Fon pisze:

    Laryngolog stwierdził, że bardzo często szumy uszne są też od za wysokiego holesterolu nie koniecznie od hałasu więc warto to zbadać

  6. Piotr Ryka pisze:

    Szum uszny, który pojawia się nagle i nie ustępuje, a wcześniej nam nie szumiało, może być objawem mikrowylewu. Usunięcie go to kwestia maksimum trzech dób od pojawienia, później zmiany nieodwracalne. Tak powiedział mi laryngolog z kliniki laryngologicznej na Kopernika w Krakowie. Sam nigdy szumu usznego nie miałem, najwyraźniej mam szczęście.

  7. miroslaw frackowiak pisze:

    Piotrze sluchalem sluchawek( Mysphere 3 )i uwierz mi to zabawki przy sluchawkach RAAL i K-1000 szkoda czasu na ich recenzje,produkt zabawkowy i do komputera,nie ma nic wspolnego ze sluchawkami profesjonalnymi i audiofilskimi,wykonanie mizerota,styl nowoczesny ale delikatne i slabe wykonanie i lekka podrobka nawiazujaca tylko do K-1000….

    1. Marcin pisze:

      Skoro jednak producent chce podesłać, to czemu by nie skorzystać?

      1. Piotr Ryka pisze:

        Ze swej strony mogę jedynie zauważyć, że Mysphere 3 zrobili ci sami inżynierowie, którzy stali za K1000. Czymś zatem z gruntu niewłaściwym byłoby odrzucenie ich prośby o recenzję. I pozostaje mieć nadzieję, że nie są aż tak słabe.

  8. Alucard pisze:

    Piotrze jestem ciekaw jak tam Twoje Ultrasone 7 Tribute. Jak średnica się zachowuje, poszła odrobinę do przodu, zdołałeś ją może jakimś trickiem trochę wypchnąć względem basów i sopranów? Wszystko pieknie i równo gra? Jak z kontrolą basów?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Słuchawki są po podłączeniu kabla Tonalium na stałe i dopóki się nie rozchodzą, dopóty opinie o nich wstrzymane.

  9. Alucard pisze:

    Dobrze, czekam 🙂

  10. Przemysław pisze:

    Dzisiaj dokonałem odsłuchu L5000 i jednak nie spełniły moich oczekiwań, choć są to świetne słuchawki, które z pamięci brzmiały tak, jak odsłuchiwane w czerwcu Utopie (dzisiaj miałem inny egzemplarz Utopii, brzmiący tylko nieco lepiej niż sprzedane przeze mnie Eleary). W porownaniu miałem jeszcze kilka modeli. W przypadku konieczności dokonania wyboru między L5000, a 009 (nawet z tym nieszczęsnym 007t) padłby on na 009, których na początku nie potrafiłem docenić i byłem autentycznie głuchy na ich delikatność, finezyjność dźwięku, piękne jego tworzenie z powietrza oraz przepełnianie go nim i podtrzymywanie za jego sprawą tych zjawiskowych brzmień. Z gramofonem są wręcz bajeczne. Marzyłem o Utopii, którą dają mi STAXy, finale oraz Cz1. Już dłużej nie jestem poszukującym, ale dźwiękowo spełnionym człowiekiem. Dziękuję Panie Piotrze za inspirujące recenzje, które mi w tym pomogły.

    1. Piotr Ryka pisze:

      L5000 pewnie były surowe. One długo się wygrzewają. Te przywiezione przez Michała wracały do niego jako inne słuchawki. Przynajmniej według mnie. A pierwszego dnia niespecjalnie mi się podobały. Nie pisałem o tym w recenzji, bo bez tego jest bardzo długa.

  11. Przemysław pisze:

    Zapewne były w takim stanie. Pan z salonu przyznał, że zapewne więcej czasu jeździły pomiędzy różnymi salonami w Polsce niż spełniały swoje dźwiękowe powinności. Nie jestem zbytnim zwolennikiem odsłuchów w salonie i wolałem brać zawsze dane modele do domu. Wczoraj dokonałem odstępstwa od tej reguły i z tego, co Pan piszę, mogłem najprawdopodobniej popełnić jeden z największych błędów. Przy muzyce filmowej było imponująco i jeśli rzeczywiście po wygrzaniu zaszłyby jeszcze zmiany… mogłoby być bardzo ciekawie. Jednak zostałem poinformowany, że jeśli ten zostanie sprzedany, to zostaną sprowadzone kolejne egzemplarze tych słuchawek. Poza tym w odsłuchu było słychać ich lepszą stronę techniczną, ale chęci ich nabycia nie miałem.

    Z opisu pod recenzją widzę, że były użyte tylko źródła analogowe. Czy jednak miały możliwość pograć tak niezobowiązująco przy gramofonie? Przynajmniej przez chwilę? Czy MDR R10 były od nich dużo delikatniejsze w sposobie propagacji wokali od tego modelu AT po wygrzaniu? Czy AT potrafiły przed odesłaniem dorównać im albo przynajmniej 009 w czułości na sygnał? Byłbym bardzo wdzięczny za odpowiedź, bo nie wiem, czy w tym względzie coś się zmieni. Jeśli tak to po ich powrocie, postaram się najwyżej dać im jeszcze drugą szansę, ale u siebie w domu.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Odnośnie Sony R10, to ostatni raz słuchałem ich wiele lat temu, w dodatku nie miałem wtedy jeszcze tak rozbudowanego aparatu badawczo-opisowego, na niektóre rzeczy nie zwróciłem uwagi. Niemniej jedna rzecz jest nie do zapomnienia – ich brzmienie to audiofilskie święto. Dokładność tworzenia brzmieniowych figur, czucie przestrzeni, poczucie obecności – to wszystko miały zjawiskowe. Do tego melodyjność, filigranowość i dźwięczność brzmień małych, oczywista też szczegółowość, holografia, budowanie emocji – coś fenomenalnego. Jedynie bas nie miał wysokiego ciśnienia i fundamentalnego zejścia – tutaj Audio-Technica jest lepsza, bardziej uniwersalna.

      Co do jej wygrzewania, to początkowo była za ostra, za sucha i za mało głęboka brzmieniowo. Znacznie jaśniejsza niż potem, dająca dużą przestrzeń i świetną szczegółowość oraz fenomenalną przejrzystość, ale niewiele więcej. Z czasem się wszystko nasyca, wypełnia i pogłębia, a osobnym i niespotykanym niemal atutem jest umiejętność budowania całościowego brzmienia z bardzo wyraźnie osobnych i mistrzowsko oddanych (a więc i zasadniczo od siebie się różniących – jak to ma miejsce w prawdziwej muzyce) brzmień składowych. Do czego dochodzi fenomenalna umiejętność opisywania wszystkiego w trzech wymiarach – od malutki dzwoneczków, po wielkie bębny i wielkie koncertowe sale. Odnośnie szczegółowości i przejrzystości – jest to ten sam poziom, co Stax SR-009, ale ich (Audio-Techniki) też szalejące soprany są łatwiejsze do poskromienia słuchawkowym wzmacniaczem. Staksy tylko przez dopasowujący transformator od Stefana albo od iFi z normalnego wzmacniacza, najlepiej z lampowym pre wysokiej klasy; inaczej pół ich potencjału.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Zapomniałem napisać – przy gramofonie nie grały.

        1. Przemysław pisze:

          Bardzo dziękuję za obszerną odpowiedź. Dla mnie byłyby chyba tymi bardziej odpowiednimi dla mnie byłyby jednak słuchawki bliższe R10, szczególnie w budowaniu emocji i mógłbym przymknąć oko na mniej zaakcentowany bas. Ostatnio uzbierało się u mnie trochę albumów, w których nie jest on zbytnio istotny. Nie zmienia to faktu, że nawet niewygrzane L5k byłyby dla mnie pod wieloma względami wybitne, ale zabrakło mi zjawiskowości lub na nią nie natrafiłem w dobranych do odsłuchu albumach. Podejrzewam, że gramofon mógłby zadecydować o ich być albo nie być. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!

          1. Piotr Ryka pisze:

            Ostrzegam: L5000 to podłe słuchawki. Kiedy się trochę poobcuje z nieźle już wygrzanym egzemplarzem, słuchanie potem innych może być mocno rozczarowujące. Na szczęście mamy coś takiego, jak niepamięć.

  12. PlanarFun pisze:

    Czy dobrze rozumiem, że zamknięte L5000 grają większą przestrzenią od otwartych ADX5000?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dobrze.

  13. Piotr Ryka pisze:

    Na te otwarte, zdaje się, jest do końca września duża promocja; siedem tysięcy zamiast jedenastu, czy coś około.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy