Recenzja: Audio-Technica ATH-L5000 „the best᾽ia”

Dźwięk cd.: Przy odtwarzaczu

Kabel symetryczny w standardzie, o ile sobie zażyczysz.

  Migawkowo o torze: napęd Ayon CD-T II z przetwornikiem Ayon Stratos spięte przewodem AES/EBU i poprzez Sulka 6×9 ślące sygnał do ASL Twin-Head. A później, dodatkowo, końcówka mocy Croft Polestar1 i AKG K1000.

Migawkowo też o sekwencji zdarzeń: Rozsiałem się w fotelu, obłożywszy wianuszkiem samych szczytowych słuchawek, i pełen nadziei na niezwykłe przeżycia zapadłem w porównania. Poczynając od posłuchania Focal Stellia i Utopia, przez Grado PS2000e i Meze Empyrean, po recenzowane Audio-Technica ATH-L5000 (po drodze wiele konfrontacji i nawrotów); by w rezultacie usłyszanego poczuć przymus użycia referencyjnych AKG K1000. Tego samego dnia wieczorem wróciły pospawane na stałe z kablem Tonalium-Metrum Lab Ultrasone Tribute 7, by też dołączyć do peletonu, chociaż na nieco gorszych warunkach, bo to spawanie nieograne, co było trochę słychać.

I teraz mniej migawkowo – o tego wszystkiego efektach. Musiałem sięgnąć po K1000, gdyż z tych porównań wynikało, iż – ośmielę się to ponownie stwierdzić – Audio-Technica ATH-L5000 to najlepsze słuchawki dynamiczne z dołączeniem planarnych, jakie powstały od czasu Sony MDR-R10 (1988) i nieco niesłuchawkowych, z innej technicznej beczki wyjętych AKG K1000 (1990). Podejdę do sprawy nietypowo, ale sytuacja wymaga. Nie chciałbym bowiem w tych okolicznościach zgubić sensu zasadniczego w skomplikowanej, wielowątkowej  oracji. Dlatego rzecz ujęta zostanie w punktach, a dopiero na deser zestawienie z K1000, jako jedynym rzeczywistym rywalem, i – nie ma co ukrywać – referencją wciąż niepobitą, ale przynajmniej zmuszoną do ekstremalnego wysiłku. Na początek jednak kryteria.

To banał, ale wart przypomnienia, że z różnych rzeczy przyjemność. Ponieważ mowa o muzyce i poprzez nią słuchawkach, ograniczymy się do zbitki: „muzyka przez słuchawki”. Rzecz niby oczywista, przez które jest najlepsza; wystarczy wszak posłuchać.  Sęk w tym, że praktyka ma przykry zwyczaj gubić każdą prostotę. Czymś oczywistym się zdaje, iż taką będzie najprawdziwsza, ale nie zawsze, nie zawsze. I nie tylko dlatego, że najbardziej prawdziwa nie każdemu smakuje, ale też skutkiem ograniczenia, albowiem odtwarzana nie może być prawdziwa nawet poprzez najlepsze kolumny, a co dopiero słuchawki. W związku z czym uproszczenia i zestaw przeinaczeń, do których stosunek różny. Czy, przykładowo, ten chleb najsmaczniejszy, który najbardziej sam z siebie, czy może każdy inny, byle posmarowany masłem? Albo – czy najlepsza herbata, to ta najbardziej aromatyczna i sama z siebie „herbaciana”, czy lepsza jakaś lichsza, byle z cytryną i cukrem?

Szkoda, że to krótkie spotkanie, a nie stała współpraca.

Nie ma jednoznacznego rozstrzygnięcia, ale możemy przyjąć, że muzyka w dobrym wydaniu jest tak aromatyczna, niecodzienna i smakowita, że cukier i masło zbędne. Co faktu nie odmienia, że są zwolennicy basowego masła i niemuzycznej słodyczy – słodkiej, gładkiej i tłustej na podobieństwo tortu. Tacy, co lubią dodatkowy „basik” i ci, co addytywną lepką słodycz; nie krytykuję ich – a co więcej, nie mówię im, że ta Audio-Technica nie jest dla nich. Fakt – basem nie podbarwia, słodyczy ekstra nie serwuje, ale bas oferuje mega i słodyczy przysparza głosom, o ile ta w nagraniu. I jeszcze kwestia czysto techniczna: otóż nihil ante collatio – jednej opinii bez porównania. Gdyż jakże często zakładasz słuchawki i zdaje ci się – bosko grają. A potem bierzesz inne i zaraz po boskości. Zmówiwszy te pacierze możemy zacząć punktować.

Audio-Technica ATH-L5000 to najlepsze słuchawki dynamiczne od czasu Sony MDR-R10 i AKG K1000 ponieważ:

1. Mają najczystsze medium. (To dawało się zauważyć, pomimo iż Meze i Grado były o włosek z tyłu, a jedne i drugie Focal też grały bardzo czysto, chociaż już z minimalnym dymkiem.)

2. Dźwiękom dają największą objętość. (I znów różnica mała, ale jednak różnica. Analogicznie objętościowe są dźwięki z Final Sonorous X, ale to trochę inne słuchawki, nakierowane na sprzęt przenośny z tą swoją super niską impedancją.)

3. Lokują dźwięk na największych scenach, tak samo jak najlepsze w historii. (Ogromnych niczym z Grado GS1000, czy Stax SR-Ω, co tym bardziej zdumiewa, że przy konstrukcji zamkniętej. Tu tylko jeden precedens, te legendarne Sony; choć dużą przestrzeń oferują także zamknięte Audeze LCD-XC, flagowe JVC HA-DX1000 i Audio-Technica W5000. Ale ta z L5000 robi większe wrażenie.)

4. Inscenizacja nie tylko jest ogromna, ale też precyzyjnie wymierzona. Dystanse od poszczególnych źródeł są wyjątkowo precyzyjne, słuchacz ma pełny przegląd sytuacji i poczucie bycia na miejscu zdarzeń bez żadnej umowności.

5. W ślad za tym oczywiście holografia i pełna gama planów, na dodatek bardzo wyraźnych i mocno rozsuniętych.

6. Dosłownie oddychamy przestrzenią zewnętrzną i wewnętrzną. Obrazy przestrzenne sal i pudeł instrumentów są z całkiem innej bajki. (Gdy słucham teraz swoich Tribute 7, brak tego bardzo bolesny.)

7. We wszystkim tym rzecz bodaj najważniejsza – dźwięk jest najbardziej otwarty i nośny.

8. Najbardziej autentyczną ma więc postać, bardzo podobny się okazuje do referencyjnie prawdziwego z AKG K1000.

9. Zarazem jest też gęsty i nasycony – i w takim na dodatek stopniu, że bardziej obecny i konkretny niż ze słuchawek uważanych za realistyczne i zgęszczające.

10. Całkowicie rozwarte pasmo, i to po obu stronach.

11. To pasmo wyjątkowo zwarte.

12. Najwyższą mają szczegółowość. (Dopiero spóźnione T7 dały niemalże identyczną.)

13. Najbardziej zjawiskowy bas w sensie objętości, konsystencji i konturowania bębna, aczkolwiek nie niskości zejścia i ciśnienia. (Tutaj T7 lepsze.)

14. Najwspanialsze soprany – najbardziej wyciągnięte i najbardziej trójwymiarowe.

15. Najprawdziwsze wokale i najbardziej zróżnicowane.

16. Wspaniała aura wokół dźwięków i charakterystyczne dla diamentowych membran swego rodzaju „promieniowanie”.

17. Fantastyczne pogłosy, pięknie wzbogacające przekaz.

18. Mimo zwartości pasma największe też muzyczne kontrasty: między dźwiękami dużymi i małymi, delikatnymi i mocnymi, jasnymi i ciemnymi, bliskimi i dalekimi.

19. Największy pierwszy plan i najdalszy najdalszy, z największą też obecnością wszystkich ulokowanych za pierwszym.

20. Muzykalność z samego powietrznego ataku – żadnych przeinaczeń brzmieniowych odnośnie materialnego budulca.

21. Najlepsza propagacja.

22. Największa brzmieniowa magia.

23. Największa swoboda oddechu.

24. Ogromna bryła brzmieniowa.

25. Wywierają największe wrażenie.

26, Najznamienitsze utwory, które tak znasz i cenisz, nabierają nowego życia.

Na koniec obiecane porównanie do K1000 i przy okazji odniesienia do Ultrasone T7, które się mocno spóźniły. Jedne i drugie są moje i oczywiście nie bez powodu. Odnośnie analogicznych konstrukcyjnie Ultrasone, zdecydowanie jednak tańszych, chociaż z zafundowanym im kablem już nie tak bardzo (czternaście tysięcy przeciw dziewiętnastu), to pod względem szczegółowości i charakteru brzmienia niemal nie odbiegały – też były całkowicie otwarte i resztówki taśmowe pod symfonią Berlioza też było na nich dobrze słychać, ale na Audio-Technice lepiej. Wykazywały się przy tym jedną zdecydowaną przewagą: niżej potrafiły zejść z basem i miał on dużo wyższe ciśnienie. U najnowszego japońskiego popisu też było ono wysokie, jednak o wiele barów niższe. Cóż z tego jednak, gdy porównując jedne do drugich okazywało się, że pasmo u Audio-Techniki rozłożone jest równiej, dźwięki są o wiele bardziej objętościowe i mocniej propagujące, a cały brzmieniowy obszar dużo większy i bardziej imponujący. Mimo to z Ultrasone nie zrezygnuję, bo siła ich ciosu nie ma równej, a poza tym muszę sprawdzić, jak ostatecznie się ukształtują po zainstalowaniu na stałe kabla. Odnośnie natomiast AKG, to te wciąż nie znalazły pogromcy, a przypomnę, że w bezpośredniej konfrontacji nawet Sennheiser Orpheus nie zdołał ich pogrążyć, ani nawet naruszyć. Nie chciałbym jednak stwarzać wrażenia, że czymś przez siebie posiadanym nadrabiam własne kompleksy. Zupełnie nie tak było , że AKG to „Ooo!”, a Audio-Technica: „Eee!”. Słuchawki grały na jednym poziomie, tak samo jak kiedyś Sennheiser Orpheus, Sony R10 i Stax SR-Ω.

Konkurencja miała nielekko.

Dlatego można powiedzieć, że kto chce zakosztować tych AKG w wersji zamkniętej, ma niepowtarzalną okazję. Tyle tylko, że nie stanie się tak bez równie jakościowego toru. Faktem jednakże, że pod dwoma względami te AKG wypadły lepiej: na pierwszym planie  więcej się u nich działo, panował większy ferwor harmoniczny. Ale niewiele większy i tylko dzięki temu, że ich dźwięki były jeszcze bardziej otwarte i jeszcze bardziej propagujące. W tym jednak pewien ważny niuans i na plus dla Audio-Techniki – potrafiła lepiej zróżnicowywać głosy i aby temu dorównać, trzeba było u AKG całkiem rozewrzeć muszle. (Ciekawa rzecz, bo dotąd nie zdawałem sobie sprawy, że tak to rozwarcie działa.) Poza tym dla Audio-Techniki plus kolejny – więcej opowiada o odległych planach. AKG bardziej koncentrowały się na pierwszym i tam miały więcej do powiedzenia, ale kosztem rzeczy odległych, które bardziej się za tą pierwszoplanową burzą zatracały. Poza tym Audio-Technica lepiej dawała odczuć wnętrza i mocniejsze dawała poczucie ogromu, natomiast u AKG ludzkie głosy wydawały się jeszcze trochę prawdziwsze, co skutkowało mocniejszym poczuciem realizmu i tonacyjnej trafności. Ale, ogólnie biorąc, niemal remis. Piszę „niemal”, bo w grę wchodzi jeszcze jedno kryterium – kryterium chęci posiadania. Na pewno nie zamieniłbym AKG na ATH-L5000, ale też bym nie płakał, gdyby wbrew woli los tak zrządził. Z kolei gdyby mi ktoś zaproponował zamianę za Tribute 7, to mając AKG bym się wahał (bo jednak to ciśnienie), natomiast gdyby to miały być moje jedyne słuchawki, zdecydowane wskazanie padłoby na Audio-Technicę.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

27 komentarzy w “Recenzja: Audio-Technica ATH-L5000 „the best᾽ia”

  1. Przemysław pisze:

    „emocjonalność tych słuchawek jest całkiem przeźroczysta, tak samo jak całościowa postać brzmienia.” Mnie za recenzję wystarczą tylko te słowa. Takie coś potrafią tylko najlepsze słuchawki lub głośniki na świecie.

    1. Przemysław pisze:

      Czy będzie można wkrótce spodziewać się recenzji RAAL (Pan Michał wypowiadał się o nich w superlatywach) lub Mysphere 3 (o Stellie się nie pytam, bo widzę, że już są testowane:))?

      1. Marcin pisze:

        Też jestem ciekawy opini o MySphere. Myślę że jak będziemy cierpliwi to się doczekamy 🙂

      2. Piotr Ryka pisze:

        Stellie właśnie zacząłem opisywać, Mysphere 3 mam obiecane, ale przez twórców, więc zza granicy i nic to jeszcze pewnego, odnośnie zaś RAAL, to producent na razie nie odpowiedział.

  2. miroslaw frackowiak pisze:

    Swietna recenzja Piotrze,bardzo mi sie podobaly porownania do innych znanych sluchawek,co do Audio -Technika,to zawsze mnie interesowaly,te oczywiscie najwyzsze modele i te tylko legendarne,ciezko bylo zawsze z ich odsluchami,czyli znikoma sprzedaz na Europe przez Japonczykow.
    Ostatnio bylem na wspanialej wystawie sluchawkowej w Londynie,byly najlepsze sluchawki obecnie na swiecie,prawdziwa uczta.Odsluchy robilismy z synkiem 9-letnim, wszystko co ciekawego i godnego uwagi to przesluchalismy,czasu bylo do woli.Pierwsze miejsce na tej wystawie, zdobyly dla mnie sluchawki o mazwie RAAL SR-01 to sa nowoczesne i fantastycznie zrobione sluchawki,ktore graja jak moje K-1000 idealnie podobne i w ten sam soosob grajace,czy lepsze?to wszyscy musza sami ocenic.Potrzebuja wzm sluchawkowgo bardzo mocnego min.100W do max.150W tranzystorowego,lampa widac odpada?bo za slaba.Rozmawialem z glownym konstruktorem tych sluchawek,pochodzacym z USA a fabryka jest w Europie”sloneczny brzeg”domyslacie sie co to za kraj…Wrocilem do domu i szybko posluchalem moich K-1000 na Carym 300B i plyt z gramofonu,aby na goraco porownac,mimo ze moj znajomy kolega audiofil twierdzi ze sa zdecydowanie lepsze od dawnych K-1000 na wszystkich poziomach,to dla mnie moje K-1000 z wzm lampowym i gramofonem graly piekniejsza barwa.. sluchawki RAAL sa bardziej przejrzyste,sterylne, bez duszy no i cena parokrotnie wyzsza od obecnych cen K-1000 ,ktore mozemy kupic na Ebay…ale jak kogos stac na sluchawki RAAL to bedzie w 8-niebie…

    1. Przemysław pisze:

      „(…) sluchawki RAAL sa bardziej przejrzyste,sterylne, bez duszy(…)”

      Brzmi to mało zachęcająco, ale być może są wrażliwe jak 009 na tor i zmieniają swój charakter w zależności od niego. Wypożyczone przeze mnie 009 najprzyjemniej, z odpowiednim wypełnieniem, barwą i realizmem grały właśnie na dobrych, gęstych nagraniach z winyli. W cyfrowym poprawę przyniósł iCan od ifi (połączony z moim DACiem RCA i 007t xlr) jako preamp, wpływając pozytywnie na wspomniane aspekty. Być może RAAL mają podobnie i najlepiej czułyby się przy źródle analogowym.

  3. Marcin pisze:

    Chciałbym zadać pytanie trochę z innej beczki, jednak dotyczące słuchawek generalnie. Przez lata miał Pan styczność z mnóstwem słuchawek, a więc tysiące godzin spędził Pan z nimi na głowie. Czy ma ten fakt jakieś odbicie na Pańskim słuchu, to jest osłabienie słyszenia lub szumy uszne? Ja od około trzech lat interesuję się sprzętem audio i miałem kilka świetnych słuchawek w posiadaniu, jednak od jakiegoś czasu zdecydowanie wolę głośniki, gdyż słuchanie na słuchawkach powoduje u mnie jakiś dyskomfort. Pojawiły się też szumy uszne, które potrafią przy słuchawkach irytować, brak jest tego perfekcyjnego, ciemnego tła…

    Przepraszam za offtop i z góry dziękuję za podzielenie się doświadczeniem w niniejszym temacie.

    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka pisze:

      Ważna kwestia. Nigdy nie miałem problemów ze słuchawkami, mimo iż od najwcześniejszego dzieciństwa słuch miałem nadwrażliwy i na przykład nie mogłem znieść odgłosów wbijania gwoździa, od razu zatykałem uszy. Mimo tego braku kłopotów głośno na słuchawkach (ale też na kolumnach) staram się słuchać krótko. Poza tym mam odpowiednie słuchawki własne – AKG K1000 to praktycznie głośniki nagłowne, a Ultrasone T7 o siedemdziesiąt procent, wedle zapewnień producenta, redukują nacisk na błonę bębenkową.

      Codziennych wielogodzinnych sesji głośnego grania ani na słuchawkach, ani kolumnach nikomu nie polecam. Sam mam apetyt na muzykę średnio co trzeci dzień, więc mi to łatwo przychodzi, choć trochę kosztem częstości recenzji. Z szumami usznymi do laryngologa – inaczej zmiany będą nieodwracalne.

  4. Fon pisze:

    Świetna recenzja jak zwykle aż chce się coś takiego czytać i słuchawki też zacne oczywiście, a co do szumów to też je posiadam jak pewnie większość po 40 bliżej 50, czarne tło to przeszłość… Jak się o tym nie myśli to da się żyć

  5. Fon pisze:

    Laryngolog stwierdził, że bardzo często szumy uszne są też od za wysokiego holesterolu nie koniecznie od hałasu więc warto to zbadać

  6. Piotr Ryka pisze:

    Szum uszny, który pojawia się nagle i nie ustępuje, a wcześniej nam nie szumiało, może być objawem mikrowylewu. Usunięcie go to kwestia maksimum trzech dób od pojawienia, później zmiany nieodwracalne. Tak powiedział mi laryngolog z kliniki laryngologicznej na Kopernika w Krakowie. Sam nigdy szumu usznego nie miałem, najwyraźniej mam szczęście.

  7. miroslaw frackowiak pisze:

    Piotrze sluchalem sluchawek( Mysphere 3 )i uwierz mi to zabawki przy sluchawkach RAAL i K-1000 szkoda czasu na ich recenzje,produkt zabawkowy i do komputera,nie ma nic wspolnego ze sluchawkami profesjonalnymi i audiofilskimi,wykonanie mizerota,styl nowoczesny ale delikatne i slabe wykonanie i lekka podrobka nawiazujaca tylko do K-1000….

    1. Marcin pisze:

      Skoro jednak producent chce podesłać, to czemu by nie skorzystać?

      1. Piotr Ryka pisze:

        Ze swej strony mogę jedynie zauważyć, że Mysphere 3 zrobili ci sami inżynierowie, którzy stali za K1000. Czymś zatem z gruntu niewłaściwym byłoby odrzucenie ich prośby o recenzję. I pozostaje mieć nadzieję, że nie są aż tak słabe.

  8. Alucard pisze:

    Piotrze jestem ciekaw jak tam Twoje Ultrasone 7 Tribute. Jak średnica się zachowuje, poszła odrobinę do przodu, zdołałeś ją może jakimś trickiem trochę wypchnąć względem basów i sopranów? Wszystko pieknie i równo gra? Jak z kontrolą basów?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Słuchawki są po podłączeniu kabla Tonalium na stałe i dopóki się nie rozchodzą, dopóty opinie o nich wstrzymane.

  9. Alucard pisze:

    Dobrze, czekam 🙂

  10. Przemysław pisze:

    Dzisiaj dokonałem odsłuchu L5000 i jednak nie spełniły moich oczekiwań, choć są to świetne słuchawki, które z pamięci brzmiały tak, jak odsłuchiwane w czerwcu Utopie (dzisiaj miałem inny egzemplarz Utopii, brzmiący tylko nieco lepiej niż sprzedane przeze mnie Eleary). W porownaniu miałem jeszcze kilka modeli. W przypadku konieczności dokonania wyboru między L5000, a 009 (nawet z tym nieszczęsnym 007t) padłby on na 009, których na początku nie potrafiłem docenić i byłem autentycznie głuchy na ich delikatność, finezyjność dźwięku, piękne jego tworzenie z powietrza oraz przepełnianie go nim i podtrzymywanie za jego sprawą tych zjawiskowych brzmień. Z gramofonem są wręcz bajeczne. Marzyłem o Utopii, którą dają mi STAXy, finale oraz Cz1. Już dłużej nie jestem poszukującym, ale dźwiękowo spełnionym człowiekiem. Dziękuję Panie Piotrze za inspirujące recenzje, które mi w tym pomogły.

    1. Piotr Ryka pisze:

      L5000 pewnie były surowe. One długo się wygrzewają. Te przywiezione przez Michała wracały do niego jako inne słuchawki. Przynajmniej według mnie. A pierwszego dnia niespecjalnie mi się podobały. Nie pisałem o tym w recenzji, bo bez tego jest bardzo długa.

  11. Przemysław pisze:

    Zapewne były w takim stanie. Pan z salonu przyznał, że zapewne więcej czasu jeździły pomiędzy różnymi salonami w Polsce niż spełniały swoje dźwiękowe powinności. Nie jestem zbytnim zwolennikiem odsłuchów w salonie i wolałem brać zawsze dane modele do domu. Wczoraj dokonałem odstępstwa od tej reguły i z tego, co Pan piszę, mogłem najprawdopodobniej popełnić jeden z największych błędów. Przy muzyce filmowej było imponująco i jeśli rzeczywiście po wygrzaniu zaszłyby jeszcze zmiany… mogłoby być bardzo ciekawie. Jednak zostałem poinformowany, że jeśli ten zostanie sprzedany, to zostaną sprowadzone kolejne egzemplarze tych słuchawek. Poza tym w odsłuchu było słychać ich lepszą stronę techniczną, ale chęci ich nabycia nie miałem.

    Z opisu pod recenzją widzę, że były użyte tylko źródła analogowe. Czy jednak miały możliwość pograć tak niezobowiązująco przy gramofonie? Przynajmniej przez chwilę? Czy MDR R10 były od nich dużo delikatniejsze w sposobie propagacji wokali od tego modelu AT po wygrzaniu? Czy AT potrafiły przed odesłaniem dorównać im albo przynajmniej 009 w czułości na sygnał? Byłbym bardzo wdzięczny za odpowiedź, bo nie wiem, czy w tym względzie coś się zmieni. Jeśli tak to po ich powrocie, postaram się najwyżej dać im jeszcze drugą szansę, ale u siebie w domu.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Odnośnie Sony R10, to ostatni raz słuchałem ich wiele lat temu, w dodatku nie miałem wtedy jeszcze tak rozbudowanego aparatu badawczo-opisowego, na niektóre rzeczy nie zwróciłem uwagi. Niemniej jedna rzecz jest nie do zapomnienia – ich brzmienie to audiofilskie święto. Dokładność tworzenia brzmieniowych figur, czucie przestrzeni, poczucie obecności – to wszystko miały zjawiskowe. Do tego melodyjność, filigranowość i dźwięczność brzmień małych, oczywista też szczegółowość, holografia, budowanie emocji – coś fenomenalnego. Jedynie bas nie miał wysokiego ciśnienia i fundamentalnego zejścia – tutaj Audio-Technica jest lepsza, bardziej uniwersalna.

      Co do jej wygrzewania, to początkowo była za ostra, za sucha i za mało głęboka brzmieniowo. Znacznie jaśniejsza niż potem, dająca dużą przestrzeń i świetną szczegółowość oraz fenomenalną przejrzystość, ale niewiele więcej. Z czasem się wszystko nasyca, wypełnia i pogłębia, a osobnym i niespotykanym niemal atutem jest umiejętność budowania całościowego brzmienia z bardzo wyraźnie osobnych i mistrzowsko oddanych (a więc i zasadniczo od siebie się różniących – jak to ma miejsce w prawdziwej muzyce) brzmień składowych. Do czego dochodzi fenomenalna umiejętność opisywania wszystkiego w trzech wymiarach – od malutki dzwoneczków, po wielkie bębny i wielkie koncertowe sale. Odnośnie szczegółowości i przejrzystości – jest to ten sam poziom, co Stax SR-009, ale ich (Audio-Techniki) też szalejące soprany są łatwiejsze do poskromienia słuchawkowym wzmacniaczem. Staksy tylko przez dopasowujący transformator od Stefana albo od iFi z normalnego wzmacniacza, najlepiej z lampowym pre wysokiej klasy; inaczej pół ich potencjału.

      1. Piotr Ryka pisze:

        Zapomniałem napisać – przy gramofonie nie grały.

        1. Przemysław pisze:

          Bardzo dziękuję za obszerną odpowiedź. Dla mnie byłyby chyba tymi bardziej odpowiednimi dla mnie byłyby jednak słuchawki bliższe R10, szczególnie w budowaniu emocji i mógłbym przymknąć oko na mniej zaakcentowany bas. Ostatnio uzbierało się u mnie trochę albumów, w których nie jest on zbytnio istotny. Nie zmienia to faktu, że nawet niewygrzane L5k byłyby dla mnie pod wieloma względami wybitne, ale zabrakło mi zjawiskowości lub na nią nie natrafiłem w dobranych do odsłuchu albumach. Podejrzewam, że gramofon mógłby zadecydować o ich być albo nie być. Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!

          1. Piotr Ryka pisze:

            Ostrzegam: L5000 to podłe słuchawki. Kiedy się trochę poobcuje z nieźle już wygrzanym egzemplarzem, słuchanie potem innych może być mocno rozczarowujące. Na szczęście mamy coś takiego, jak niepamięć.

  12. PlanarFun pisze:

    Czy dobrze rozumiem, że zamknięte L5000 grają większą przestrzenią od otwartych ADX5000?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dobrze.

  13. Piotr Ryka pisze:

    Na te otwarte, zdaje się, jest do końca września duża promocja; siedem tysięcy zamiast jedenastu, czy coś około.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy