Recenzja: AUDIO-TECHNICA ATH-ADX5000

   Kolejne słuchawki z ekstraligi, kolejne od Audio-Techniki. Dla przypomnienia wymieńmy, które takie od tego producenta były już recenzowane. Za cen koleją: Audio-Technica ATH-W5000, ATH-W3000ANV, ATH-AD2000X, ATH-AD1000X, ATH-A2000Z, ATH-W1000Z, ATH-MSR7. Jak widać, było tego trochę… Które zaś, spośród sławnych, zrecenzowane nie zostały? Tu wymienić należy przede wszystkim dwa pamiętne modele jubileuszowe: ATH-W2002 i ATH-L3000, a także pochodzącą z lat osiemdziesiątych konstrukcję elektrostatyczną ATH-7. Tej ostatniej przez chwilę czułem się nawet posiadaczem, ale ostatecznie prywatny importer zmienił ją na zestaw Stax SR-5/SRD-6, z czego nie byłem zadowolony, bo mniej mi się podobał. W sumie nieduża różnica: Audio-Technica grała lżejszym ale zrywniejszym dźwiękiem, lepiej spasowując się z moim ówczesnym wzmacniaczem. (W tamtych czasach słuchawki elektrostatyczne zawsze podłączało się do kolumnowego wzmacniacza poprzez dołączany transformator dopasowujący, samowystarczalnych energizerów nie było.)

Tytułowy model ATH.ADX5000 to obecnie produkt szczytowy spośród nielimitowanych, wyprzedzający dotychczasowego flagowca W5000, wciąż pozostającego w ofercie. Który to W5000 wyraźnie jest tańszy, o ładnych parę tysięcy, mimo iż wygląd ma bardziej ekskluzywny – piękne muszle z hebanu i pady z prawdziwej skóry. W kontrze do tego nowy flagowiec oferuje wyższą technikę, tak w każdym razie zapewniają twórcy. Kto zaś marzy o jednym i drugim – zarówno o ekskluzywnym wyglądzie, jak i najnowszej technice – powinien się bardzo śpieszyć, gdyż coś takiego gwarantuje jedynie flagowy model limitowany ATH-L5000, którego ostatnie egzemplarze spośród pięciuset zaoferowanych na przełomie 2018/19 są jeszcze do nabycia, a może już nie. Znajomy z Anglii zdążył kupić, rysuje się więc szansa na i jego recenzję (modelu, nie znajomego), natomiast jedyna w Polsce sztuka sprzedała się momentalnie – gość wszedł, zapłacił i wyszedł, nawet nie oglądając.

Ekskluzywny model L5000 nawiązuje równocześnie do tego pozostającego w ofercie flagowca minionego, ale jeszcze bardziej do historycznego i też limitowanego modelu L3000 – poprzez konstrukcję zamkniętą, bycie najdroższym w stawce oraz literę L w sygnaturze (prawdopodobnie od Lether), czyli pokrycie drewnianej muszli skórą. Droga rzecz, wyceniona na £3700, wobec £1990 za recenzowane ADX5000 i £1299 za W5000. (Polska dystrybucja nie raczy podawać ceny L5000, chowając się za „na telefon”.)

Już przechodzimy do spraw technicznych, ergonomicznych  i wzornictwa, ale wpierw jeszcze przypomnieniowo – z szacunku do największego bodaj na świecie wyspecjalizowanego głównie w słuchawkach producenta – dwa słowa o samej Audio-Technice.

Firmę założył w 1962 Hideo Matsushita – specjalista od technologii nagraniowej i wkładek gramofonowych; tak więc nie słuchawki, a wkładki, były pierwszymi jej produktami. Wciąż nimi pozostają, każdy audiofil wie, że Audio-Technica to także wkładki. Słuchawki dołączyły dopiero w 1974-tym – pierwszy ich model nosił oznaczenie AT-700. Siedziba od początku znajdowała się w Tokio i dalej tam się mieści, a ważnym odłamem produkcji jest sprzęt profesjonalny. Na początku – co zrozumiałe – firma działała wyłącznie na rynku Japońskim; później rozszerzyła zasięg na USA; a Europę – co dużo mniej zrozumiałe – bardzo długo traktowała po macoszemu. Ostatecznie to się zmieniło i teraz wszystkie jej produkty, także najbardziej luksusowe, europejscy dilerzy oferują, o co przez lata trwała wojna.

Budowa

Duże pudło.

   Nazywanie modelu ATH-ADX5000 flagowym jest w sytuacji wyżej opisanej problematyczne, gdyż jest nim bez wątpienia ponad dwa razy droższy ATH-L5000. Zważywszy na jego limitowaną ilość, zapewne tylko przejściowo, lecz nie wiadomo, czy nie przerodzi się ów limit – zagrywką a la Ultrasone – w bardzo podobny model nielimitowany, który też będzie flagowym. Chwyt taki Audio-Technica zastosowała w odniesieniu do rocznicowych W2002, przeradzając je w nielimitowane W5000 o muszlach z innego drzewa, ale już nie w odniesieniu do jeszcze większymi i bardziej złotymi zgłoskami zapisanego w audiofilskich annałach modelu L3000. Ten flagowiec to niewątpliwy antenat obecnych L5000 – także obszyty luksusową skórą od brytyjskiego Connolly, analogicznie w limicie pięciuset sztuk, również najdroższy w ofercie – i nie doczekał się tańszej kontynuacji. (Rok 2007, cena $2450.) Jaki więc będzie los L5000 – powstałego po przeszło dekadzie sukcesora – przewidzieć niepodobna. Z uwagi na wielkie powodzenie, wykluczyć kontynuacji nie można, z uwagi na zaszłości historyczne, nie była ona raczej przewidywana.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że ADX5000 to flagowiec otwarty, a nawet otwarty bardzo. Otwartość była w jego przypadku jednym z głównych założeń, obok wyeliminowania wibracji i bardzo dużej membrany. Już w modelu W2002, z okazji swego czterdziestolecia, Audio-Technica, jako pierwsza, złamała barierę średnicy 50 mm, o której wtedy twierdzono, że powyżej w konstrukcjach dynamicznych zniekształcenia będą nie do opanowania. (Dla słuchawek planarnych większe membrany to betka.) A teraz dawny swój rekord poprawia – dzięki wolframowemu pokryciu mylarowego nośnika oraz super sztywnemu pierścieniowi mocującemu z kompozytu siarczku polifenylenu z włóknem szklanym, udało się dojść do ø 58 mm. Nie jest to wprawdzie nowy rekord absolutny, ten dzierżą Sony MDR-Z1R ze swą celulozowo-polimerową membraną ø 70 mm, niemniej wielkość imponująca, gwarantująca drugą pozycję. Z kolei super sztywność odnosi się nie tylko do osadzającego membranę w obudowie kompozytowego kołnierza, ale też do części napędowej, cechującej się prócz niej wyjątkową zwartością konstrukcji oraz szeregiem innowacji. Znajdujemy tam cewkę nawiniętą drutem miedzianym 6OFC i rdzenie magnetyczne z permenduru (stop żelaza z kobaltem, niobem, wanadem i tantalem), czyli mieszanki o rekordowym pod względem absorbcji gęstości magnetycznej współczynniku, rzędu 2,3 – 2,5 Tesli.

A w środku to.

Łączenie elementów zrealizowano przy tym w oparciu o niedawno opracowaną topologię powierzchni PAT.P – wynalazku na użytek redukcji drgań w bardzo długich wiertłach do wierceń profesjonalnych. Tak wykonane drajwery są jednocześnie najbardziej zwarte spośród wszystkich dotąd powstałych i generują najmniejsze z wszystkich drgania, co w połączeniu z Core Mount – sposobem montażu w muszlach zapewniającym najlepszy opływ powietrza, dawać ma szczególnie rozległe i niezaburzone pasmo akustyczne.

Ciąg dalszy to same muszle z magnezu, czyli materiału szczególnie niepodatnego na generowanie własnych i podtrzymywanie cudzych drgań rezonansowych – w tym wypadku ukształtowane w siateczkowe pokrywy „plaster miodu”, potęgującą zarówno wspomnianą antywibracyjność, jak i zapewniające zakładaną maksymalną otwartość. Jednocześnie są te siateczki okolone bardzo szczelnymi pierścieniami na obszarze łączenia z padami, tak by nie pojawiły się tam żadne przedmuchy pasożytnicze. Chwytaki pałąka i elementy przejścia od nich w regulacyjne prowadnice także wykonano z magnezu, a część nagłowna to dwie uprzyjemniająco wyścielone i obszyte alcantarą sztywne kształtki, przytwierdzone znów poprzez zaciskający element magnezowy do srebrzystych prowadnic z regulacyjnym żłobkowaniem. Chodzi ta regulacja bardzo lekko i jednocześnie trzyma pewnie – złego słowa nie powiem. Niespecjalnie grube pady o równej na całym obwodzie grubości także obszyto alcantarą, a całość jest bardzo lekka – waży zaledwie 270 gramów. Kabel w komplecie otrzymujemy jeden – odpinany, długości 3,0 m; podobnie jak cewki oparty o przewody z miedzi 6OFC. W wymiarze użytkowym jest cienki, lekki oraz mocno sprężynujący, z czego dwie pierwsze cechy są korzystne, a trzecia całkiem nie. Zakończono go wtykiem duży jack (6,3 mm) z odnośną adnotacją, iż jego obudowę wykonano ze specjalnej stali, także odpornej na wibracje. Fakt odpinania jest tu własnością dawniej u Audio-Techniki nie widywaną, realizowaną poprzez małe ale skuteczne przyłącza A2DC; takie same, jakie stosuje HiFiMan w swoich szczytowych Susvarach i HE-1000. W ofercie Audio-Techniki widnieje także kabel symetryczny, który we flagowcu limitowanym stanowi część kompletu, a dla ATH-ADX5000 pozostaje opcją zewnętrzną, wymagającą wysupłania dodatkowych $599.

A w środku tego to.

Wszystkie te skarby i innowacje lądują w eleganckiej walizeczce z tworzywa w odcieniu „kawa z mlekiem”; z nóżkami, dużym uchwytem i atłasową wyściółką. Prócz pojedynczego kabla i samych słuchawek niczego w niej nie znajdziemy – żadnych stojaków, pokrowców, zapasowych albo alternatywnych padów, ściereczek do pielęgnacji. Aby wejść w posiadanie walizeczki z zawartością, należy polskiemu dystrybutorowi (Audio Klan z siecią własnych sklepów TOP HiFi) uiścić 10 999 złotych, a co się w zamian usłyszy, tym się obecnie zajmiemy.

 

Odsłuch

Czyli…

   Zacząć muszę od przynudzania, czyli od wygrzewania. Słuchawki są pod jego względem dość trudne, to znaczy potrzebują dużo czasu. Niemniej od startu grają bardzo dobrze, zmiany nie pojawiają się zasadnicze. Przyrasta całościowa kultura, dźwięk nieco się ociepla, potęga narasta w sporym stopniu, jednak nie doświadczymy żadnych zasadniczych przeobrażeń. Styl pozostaje ten sam, jedynie umacnia się i dociera. Trudno wszakże nie zauważyć, że z nieco technicznego przeistacza w czysto muzyczny, z cokolwiek oziębłego w przyjemnie ciepły, a z dysponującego umiarkowaną siłą (ciśnienie, potęga, gęstość) w żywiołowy, żywotny i mocny.

Tyle odnośnie spraw wstępnych, a teraz w ruch komputer, przetwornik Ayon Sigma i wzmacniacz Phasemation, zamiennie z Ayon HA-3. Ale jedna jeszcze wpierw kwestia techniczna: bać się czy nie bać tych czterystu przeszło Ohm impedancji? Według mnie nie ma potrzeby. Ostatecznie super popularne Beyerdynamic T1 i Sennheiser HD 800 mają podobnie dużą i nikt się tym nie przejmuje. Na wszelki jednak wypadek sprawdziłem sytuację przy odtwarzaczu przenośnym Astell & Kern AK380 – i okazało się, że nasza Audio-Technica dla sprzętu przenośnego wprawdzie nie została stworzona, niemniej już taki średnio mocny, jak ten właśnie AK380, radzi sobie z nią całkiem dobrze i przy potencjometrze odjechanym w okolice maksimum dźwięk produkują wspólnie bardzo głośny i naładowany energią, a żadnych zniekształceń nie ma.

Wraz z tą konstatacją dochodzimy do sprawy, która przy sprzęcie stacjonarnym okazała się tego nowego otwartego flagowca Audio-Techniki signum. Każde wybitne słuchawki takie mają, dla każdych coś jest wizytówką. Dla tych jest nią mistrzowska precyzja obrazowania i odporność na zniekształcenia. Niezależnie od klasy sprzętu, przy nie najlepszych nawet torach, artykulacja będzie wyjątkowo wyraźna i wraz z nią zjawi się separacja, natomiast zniekształceń nie uświadczysz na żadnym obszarze pasma przy najtrudniejszych nawet testach. Permendurowe przetworniki o ogromnych membranach okolonych super sztywnymi kołnierzami pracują niczym mistrzowska obrabiarka, dopieszczą każdy detal. Dźwięk wielki i malutki wychodzą z tej obróbki cyzelowane z dokładnością do milimetra – dykcja budzi najwyższe uznanie, przestery są niemożliwe. Wszystko się tutaj uwyraźnia – śladu nie ma zlewania, mamrotu, buczenia – jak również nic nie idzie na żywioł. To znaczy – żywioł może być: żywiołowa muzyka nie zmieni się w spokojną (prędzej na odwrót) – ale i w trakcie szalejącej burzy atakujących dźwięków wszystko zostanie odseparowane i wyartykułowane z najwyższą starannością, i na dodatek w świetnym tempie. Nowy produkt Audio-Techniki nie ma bowiem tendencji do długiego podtrzymywania dźwięków – szybkość narastania przedkłada nad poetyckie przeciąganie frazy.

Najnowsze dziecko ze szczytów oferty Audio-Techniki.

Może od razu tu napiszę, że porównując z najlepszymi – jak Meze Empyrean,  Audeze LCD-4z, czy Final D8000, nie tknęło mnie poczucie przez tego nowego gracza odstawania. To była ta sama liga, ale z przynależnością do niej też tańszych Sennheiser HD 800 i Beyerdynamic T1. Cokolwiek by o tym sądzić, Ayon Sigma i Phasemation nie stwarzał warunków pozwalających kogokolwiek w tej stawce wyróżnić. Pozwalały natomiast odczuć mocno różnice stylów – i na tym się teraz skoncentrujemy. Ale wpierw jeszcze jeden nawrót do spraw technicznych i odnośna uwaga, że czteropozycyjny regulator impedancji w słuchawkowym wzmacniaczu  dawał bardzo wyraźne różnice dla tych o impedancji niskiej, które przy niewłaściwym ustawieniu grały wyraźnie słabiej. Natomiast wysokoomowej Audio-Technice było właściwie wszystko jedno, regulator nic dla niej nie znaczył. Nie był natomiast obojętny dwupozycyjny przełącznik „GAIN” – wolała niższe ustawienie; zyskując wraz z nim większą ogładę – tę audiofilską „muzykalność”.

Wejdźmy głębiej w charakterystykę recenzowanych, odnosząc ją do gamy produktów konkurencji. Mamy już od nowej szczytowej Audio-Techniki wyjątkową wyraźność i niepodatność na zniekształcenia – a co więcej? Może zacznę od aury. Świeży flagowiec z Tokio nie grał ciemniej ni jaśniej od pozostałych w stawce, i jeśli szukać pod tym względem różnic, to chyba jedynie to znaleźć, że Audeze LCD-4z grały bardziej w potocznym sensie miło. Trochę cieplejszym i łagodniejszym dźwiękiem, gdyż mniej naznaczonym obecnością sopranów w środku pasma; który to dźwięk całościowo był niższy, bardziej zwarty i mniej echowy. Taki bardziej przyjazny i w dobrym sensie codzienny; mniej próbujący się czymś wyróżnić i czymś zaimponować. Nie tak ostentacyjnie narzucający czarne tła i na nich zadające szyku blaski w ekscytujących oprawach echa, tylko spokojne, pastelowe barwy na bryłach dźwiękowych o większej masie i spokojniejszym, elegantszym ruchu. (Co nie znaczy, że były te LCD-4z powolne; znaczy – że spokojniejsze w odbiorze. A przy tym wyjątkowo sympatyczne i mimo braku wyrywności budzące wielki respekt klasą.)

Ale my o Audio-Technice, i w odniesieniu do niej kolejna ważna sprawa – duża scena, mimo iż z bliskim pierwszym planem. Przeważnie bywa tak, że albo duża scena, a wówczas pierwszy plan daleki, albo ten pierwszy blisko, a za nim scena bardziej kameralna lub taka niespecjalnie widoczna. Pod tym względem nowa Audio-Technica z przedziału szczytowego okazała się dość osobliwa – odchodząca w niemałym stopniu od szkoły brzmienia prezentowanej przez poprzedzającego ją flagowca zamkniętego. Tam plan pierwszy lokował się dalej i przede wszystkim operowano małymi źródłami dźwięku, co sumarycznie dawało bardziej przemożne i całościowe wrażenie ogromu. W przeciwieństwie do zamkniętego poprzednika nowy flagowiec otwarty plan pierwszy przysuwa do słuchacza i źródła prezentuje duże. Lecz niezależnie od tego także daleki horyzont; budowany jak zwykle przez echa, w tym wypadku bardzo umiejętnie wkomponowane w całość. Nie powstaje w rezultacie wrażenie obcości, czy wręcz odrealnienia – powstaje sama wielka scena o bliskim planie pierwszym. Nie tak jednak ogromna, jak u ATH-W5000, i zaprojektowana inaczej. Brak integracji z tym bliskim planem pierwszym poprzez przyłączanie się coraz dalszych, tylko wyczuwa się dwa ośrodki, z których jeden ważniejszy. Duże źródła w bezpośredniej bliskości wyraźnie dominują, ale z tyłu, hen za nimi, też mocno daje znać o sobie wielka, lecz bardziej samoistna przestrzeń.

Z magnezowym pałąkiem.

To sporo różni otwartą Audio-Technicę od głównych konkurentów dynamicznych – wzmiankowanych Sennheiser HD 800 i Beyerdynamic T1. Pierwsze swój front ustawiają trochę dalej, tym niemniej też dosyć blisko, i też mają duże źródła dźwięku, natomiast sferę akustyki wnętrz i koherencji dalszych planów z pierwszym bez wątpienia mocniej uwydatniają. Nie powstaje u nich wrażenie rozbicia na mocny front i dużo słabsze tło, tylko wrażenie spójnej przestrzeni w ramach całościowego oglądu. Z kolei u T1 pierwszy plan jest też blisko, ale dalsze z nim lepiej sklejone, mniej natomiast zauważa się ogrom. Za to co innego się zauważa – wyjątkową sferyczność bryły. Od kiedy to odkryłem (to znaczy od niedawna) ciągle robi to na mnie wrażenie; są pod tym względem T1 wyjątkowe. Żadne z dotychczas wymienionych taką bryłą nie dysponują, trzeba dopiero sięgać po Final Sonorous X albo AKG K1000. Co nie znaczy, że wszystkie wymienione nie miały dźwięków sferycznych. Miały je, ale nie w takim stopniu – dobre, ale nie zjawiskowe. Stosunkowo najbliżej zjawiskowości lokowały się Ultrasone Tribute 7, jednak też minimalnie za. Natomiast gdy chodzi o sferyczność spektaklu jako całości, to na to nacisk szczególny kładły Sennheiser HD 800 i także Meze Empyrean. I znów wszyscy o to dbali, lecz one trochę bardziej.

Wracając do recenzowanych. Kolejna dla nich kluczowa sprawa, to natura samego dźwięku. Już wiemy o nim jako o dużym, bliskim i szczególnie wyraźnym oraz dalekim od zniekształceń. Też o tym, że narasta szybko i nie jest przeciągany, a pogłosy dozuje umiarkowanie, niemniej są wyczuwalne. Uzupełnijmy ten opis o transparentność i natlenienie. Nie da się ukryć, że dźwięki proponowane przez ADX5000 stanowią (podobnie jak scena) specyficzną mieszankę i stylem się wyróżniają. Nie zaczynają od fundamentów basowych, by przejść w całym paśmie do wypełnienia; tak postępują przede wszystkim Ultrasone i w dużym stopniu Audeze. Substancjalność u Audio-Techniki nie jest filarem wszystkiego, a tylko jednym z wielu substratów budowania całości. Ich konstrukcja brzmieniowa jest lżejsza – za to duża, natleniona i nośna. Wraz z wygrzewaniem przybywało masy, kontury się wypełniały – i w pewnej chwili doszło do tego, że dźwięk stał się potężny. Lecz to potęga bardziej wichury niż głazu; czegoś przenikliwszego, ruchomego. W basowych partiach kontur i zakreślony nim obszar były ważniejsze od czynnika tonażu, który pozostawał umiarkowany.

I magnezowymi muszlami.

To samo tyczyło ciśnienia dźwięku, które bardziej owiewało niż gniotło. Ale zrozummy się dobrze – to nie są pustostany. Bas ma nie tylko obrys, ma także mocną treść. Membrana się uwidacznia, doskonale czuć uderzenie i czuć też dobrze masywność. Która nie jest jednakże dominantą, jak u Audeze LCD-4z, czy Final D8000, nie mówiąc o Tribute 7. Te ostatnie są pod tym względem szalone, momentalnie nas miażdżą. Wyraźnie je to od odróżniało od pozostałych w stawce, dawały inny spektakl. Ale ostrożnie z zachwytami – taki potencjał ciśnienia wymaga pietystycznej oprawy, inaczej będą przestery. Poza tym Ultrasone, a także Sennheisery i Beyerdynamic, grały na etapie przy komputerze z kablami Tonalim-Metrum Lab, co im dawało przewagę. Nie twierdzę, że Audio-Technica z tym kablem by zyskała, bo tego nie wie się a priori, ale są powody tak sądzić, gdyż jeszcze się nie zdarzyło, by którekolwiek nie zyskały. (Przynudzam z tym Tonalium, ale musimy siedzieć w faktach.)

 

Odsłuch cd.

A w nich super przetwornikami.

   Poświęćmy chwilę temu natlenieniu, które jest w pewnym stopniu dla Audio-Techniki surogatem masy. Daje nośność i zwiększa brzmieniowy obszar, co nie znaczy, że staje się chudo. Już się do tego odnosiłem, lecz że to newralgiczna kwestia, musimy bardziej się przyłożyć. Dla zwolenników masywności – brzmienia, jak to się mówi: „solidnego w sobie” – Audio-Technica ATH-ADX5000 nie będzie dobrym wyborem. To są słuchawki dla ceniących otwartość, nośność, precyzję i swobodę oddechu. Bardziej kruchość niż krzepkość, bardziej lotność niż osadzenie w masie. Misterność, pewna addycja pogłosu na rzecz zwiększania sceny i atmosfery niezwykłości; także pewna przymieszka sopranów do środkowego zakresu – aby tę kruchość zyskać, jako kontrast dla bądź co bądź mocnego tutaj basu – takie to są klimaty. Ale właśnie – bo basowe pomruki u ADX5000 są niewątpliwie mocne. Potrafią schodzić nisko i potrafią uderzyć. Potrafią też przycisnąć. Ale ich grzmot tektoniczny niesie się z głębi ziemi i wzbiera na powadze poprzez ogromność przestrzenną, a nie przez bezpośredni walec zgniatający na placek. Taki efekt zjawia się u tych, którzy do środka dźwięku wkładają basy jak (nomen omen) marmoladę w pączka, a Audio-Technica (w sensie firma) rzadko tak postępuje; tak grały jedynie sławne L3000. Nie słyszałem ich, lecz to powszechna opinia i zachodzi pytanie, czy sukcesor ATH-L5000 też dysponuje takim basem? To może się okaże, natomiast otwarty flagowiec woli zostać przy otwartości, a zatem prędzej dźwięk uprzestrzennić, niż zgniatać nim słuchacza. To mu bardzo dobrze wychodzi, ale potrzeba na to amatora. Skądinąd zaś wiadomo, że japoński odbiorca preferuje styl otwarty, bas mniej mu imponuje. Co nie odmienia tego, że też japońskie Final D8000 bas mają zawiesisty, dźwięk na nim w dużym stopniu bazujący.

Lecz mimo to największa odmienność w odniesieniu do partii wokalnych zarysowała się u flagowych Audeze, jako że na równi Audio-Technica, Meze, Final i Ultrasone jakąś przymieszkę sopranów miały. Coś tam się w nich podostrzało, coś z sopranowego rysunku brały (najmniej Final), a jedne tylko Audeze nie, co odebrałem jako efektowne. Jako że miały delikatność i także pewną kruchość w kontraście do basowego tłuszczu, jednak nie dało się w tym wyczuć sopranowej przymieszki. Wyłącznie u nich wysokie pasmo było tylko wysokim pasmem, nie zajeżdżającym na środek. To mi się podobało – nie powiem, podobało. Wraz z takim samym jak u Audio-Techniki kompletnym brakiem zniekształceń stanowi tych Audeze największy z wielu atutów i daje wielką dawkę przyjemności. Ale Audio-Technica ma własne awantaże – podaje większe dźwięki i lepiej je oddziela. Wyraźniej też wypowiada i mocniej odrywa od tła; przydając zarazem swobody lotu, rysu sopranowej nostalgii i mimo tych podkreślających się sopranów ani trochę nie męczy i ani trochę nie sybiluje. Żadne nie zjawia się piaszczenie, ślad żaden sykliwości – brzmienia muzyką płyną i zapadają w serce. Nie ma też ani trochę efektu naprężenia, ani nierównowagi pomiędzy strunami a pudłami. Pierwszorzędnie zrobiona muzyka, ale w manierze lotnej – nieskłonnej do przytłaczania i nie relaksującej. Przytłaczający jest sam podziw dla otwartości i precyzji, też dla wielkości spektaklu i skali zaangażowania, a zwolennicy walcowania na zimno lub gorąco muszą poszukać innych słuchawek.

 

 

 

 

Kolejna sprawa: czystość artykulacji u otwartego flagowca Audio-Techniki nawiązuje do szczytowych osiągnięć w tej dziedzinie – do najlepszych elektrostatóww i AKG K1000. Pięknie zabrzmiał saksofon tenorowy i pozostałe dęciaki w klasycznym The Pink Panther. Nie gorzej wtórująca im perkusja i elektryczne piano, a cała muzyka żyła i animowała się kocim ruchem. Jak przystawało panterze (nawet komicznie różowej i w starej animacji sztywnej) – giętka, sprężysta, falująca i fantastycznie zwinna. Uczestnictwo w spektaklu i poetyka dźwięku nie zostawiały nic do życzenia.  Żadnych także pretensji nie miałem do zejść kontrabasu i mocy dużych bębnów, a mroczny Rammstein z Lost Higway rzeczywiście był mroczny. Próżno natomiast oczekiwać tłustości, lubieżności, lepkości i ciśnień bardzo cisnących – takich efektów brak.  W zamian jest bardzo duży, bardzo otwarty i bardzo klimatyczny spektakl na bazie nośnych i napowietrzonych dźwięków. Mających w odpowiednich chwilach dużą masę, ale nie jako dominantę.

Opuszczamy komputer na rzecz toru klasycznego. Z uwagi na panujące upały zamiast odpalać dziesięć lamp własnego wzmacniacza i osiem w dzielonym odtwarzaczu, posłużyłem się gramofonem i tranzystorowym Phasemation, co tym bardziej było korzystne, że ma on regulator impedancji, przy szerokich porównaniach niezbędny. Nikogo porównania więc nie krzywdziły, a że poziom brzmieniowy się obniżył, to trudno. I tak był bardzo wysoki, naprawdę rzadko kiedy słuchawki mają okazję podłapać taki sygnał. Zacznijmy jednak nie od porównań, a od samej Audio-Techniki, bo wszak to jej recenzja. A ona się przeistoczyła, zmieniła w dużo lepszą.

I pady obszyte alcantarą.

Mam tendencję do wyrażania wpierw opinii, a potem jej uzasadniania, zamiast najpierw opisu, a potem wyciągania wniosków. Ale to na jedno wychodzi, bo sam postawiony na pierwszym miejscu opis już by musiał zawierać sformułowania wnioskujące, toteż się nie ma co droczyć. Jak więc rzekłem – Audio-Technica ATH-ADX5000 przy gramofonowym źródle zyskała, analogowy sygnał jej służył. Czego się należało spodziewać, ale szczerze powiedziawszy, zmian tak dalekich nie oczekiwałem. Jednakże – co trzeba mocno wybić – zmiany te nie polegały na jakimś zupełnym przeobrażeniu, jedynie zapełniły luki. Zrobiły to jednak w takim stopniu, że styl nabrał ostatecznego szlifu i ogromnie mi się podobał; nie trochę, ale bardzo. Od razu powiem, że w stawce przeciwko siedmiu najwyższej klasy konkurentom nie znalazłem słuchawek, które całościowo podobałyby mi się bardziej. I tylko jedne miały coś, czego ta Audio-Technica nie miała – ciśnienie i gęstość dźwięku w Ultrasonach, to była inna bajka. Ale niezależnie od tego, że Audeze i Sennheisery dość wyraźnie, a Final i Meze także trochę ciśnienie to miały większe, Audio-Technica bardzo skutecznie przeciwstawiła temu dwie rzeczy: i) u niej także ciśnienie było, ii) cały muzyczny spektakl był większy, bazując na imponująco dużych i zjawiskowo realnych brzmieniach. Zatem oczywiście też pięknych, bo piękną muzykę puszczałem.

Temu trzeba poświęcić oddzielny akapit. Gra ten najświeższej daty otwarty flagowiec z Japonii dźwiękami na pierwszym planie bliskimi i wyjątkowo obszernymi. I jedynie u niego powstawało wrażenie spektaklu nie tylko bliskiego, ale też strzelającego wysoko w górę. Coś jakbyś siedział w pierwszym rzędzie przed podwyższeniem estrady, a nie na wprost wykonawców, którzy są wprawdzie całkowicie obecni, ale zarazem trochę „nigdzie”. Pozostałe słuchawki także przywoływały obrazy scen, mniej jednak realistycznie oddziałujące; nie kreujące przede wszystkim tak ciekawie zorganizowanego najbliższego otoczenia. Zapewne dlatego, że wykonawcy u Audio-Techniki byli figuratywnie najwięksi i najbardziej realistycznie w przestrzeni osadzeni, jak również największe same dźwięki – niczym balony, nie baloniki. Przy całej oczywiście też maestrii obrazowania zdiagnozowanej wcześniej, uzupełnionej tutaj o dużo wyższe ciśnienie, gęstość, masę i jakość scenicznego opisu.

W upały Twin-Head się nie przydał, ale jeszcze do niego wrócimy.

Zadziwiającym paradoksem – ta sama scena, która przy komputerze wykazywała brak spójności, przy gramofonie okazała się najlepsza. Zarazem wypełnienie przyrosło do stuprocentowych stanów, że cięższych dźwięków już bym nie chciał, nie byłyby realistyczne. Natomiast czynnik ciśnienia oraz gęstości samego medium (wciąż bardzo większy u Ultrasonów) wymieniała Audio-Technica na popisową obszerność. Tworzyła wielki spektakl na bazie mistrzowsko przyrządzanych dźwięków w klimatach nieznacznego upiększania pogłosami i rewelacyjnego realizmu.

Treściwe i jednocześnie nośne oraz napowietrzone brzmienia o mistrzowskiej artykulacji i stuprocentowej muzykalności, z maestrią obrazujące każdy detal – tak to najkrócej można ująć. Dodając, że był to spektakl niczym z dużych kolumn, albo jak z kinowego ekranu.

Trudno odgadnąć czy konstruktorzy uwzględniali źródła gramofonowe, ale z uwagi na ich gwałtowny powrót jest to wysoce prawdopodobne. Z niekłamanym podziwem można się było w winylowej stajni przysłuchiwać pracy tych nowych przetworników na bazie permenduru i wielkich, sztywnych membran. Żałuję tylko, że nie miałem dla ADX5000 kabla symetrycznego, by sprawdzić tryb „DUAL MONO” w Phasemation. Gdyż zmieniał obraz sytuacji i znakomicie się przysłużył słuchawkom grającym najgęstszym dźwiękiem. Dopiero z nim Audeze i Ultrasone zagrały na sto procent możliwości: bez wpadania jednych dźwięków na drugie i ogólnego wrażenia natłoku. Aż po poczucie braku przejrzystości (Audeze), lub granic basowego przesteru (Ultrasone). Najmniejszych tego rodzaju problemów Audio-Technica nie miała, natomiast można podejrzewać, że w trybie DUAL MONO spektakl by jeszcze urósł. Ale i tak był ogromny, a jednocześnie nieprzytłaczający. Taki momentalnie do brania i natychmiast w podziwie – ani sekundy na adaptację: igła dotyka płyty i momentalnie: Wow! Muzyka cię napada, nie umiesz się obronić. Szczególnie, że wszystkie poprzednie uwagi odnośnie gęstości medium i samych dźwięków, mocy i wypełnienia basu, prawidłowej budowy sceny – to wszystko gramofon znosił, szczelnie zapełniał sobą. Dźwiękowe sceny układały się w całość, kontur i wypełnienie jednoczyły, obecność ciśnieniowego medium i prawidłowego basu stawała bezdyskusyjna. Zjawiał się wielki muzyczny spektakl o niecodziennej realności, a w kontekście innych słuchawek nowe drivery Audio-Techniki dowodziły, że są naprawdę czymś. Produkowały własny styl z własną magią – spektakl na swój sposób inny.

Na razie tylko wspólne zdjęcie.

Pomimo (co też należy wybić), że w torze gramofonowym wszystkie słuchawki zagrały nie tylko dużo lepiej, ale także jedne do drugich podobniej. Beyerdynamic T1 straciły wyraźną przewagę swoich konstrukcji przestrzennych, Final D8000 i Audio-Technica nie były już bardziej otwarte, a gęstość brzmienia u Audeze zrównała się z tą od Sennheiser HD 800. Jedynie Ultrasony nieodmiennie wyróżniały się zdumiewającą gęstością i ciśnieniową mocą; nikt się do nich pod tym względem nie zbliżył. (Zupełnie jakby miały wysokociśnieniowe pompy, a nie normalne przetworniki.) Ale o wszystkim tym tekst będzie odrębny, skoncentrowany przede wszystkim na porównaniu najlepszych słuchawek planarnych.

Podsumowanie

   Dwie rzeczy koniec końców się narzucają: Audio-Technica zrobiła coś naprawdę nowego, o wielkim potencjale. Jak zawsze, gdy mamy do czynienia z dźwiękiem stawiającym bardziej na precyzję i otwartość niż gęstość, właściwe brzmienie wymagało będzie pieczołowitszych zabiegów. A ściślej toru wyższej klasy z naciskiem na analogowość i wypełnienie. Słowa „gramofon” i „magnetofon” same się więc narzucają, ale nie brak przecież i odtwarzaczy cyfrowych, zarówno płytowych jak strumieniowych, dysponujących takim dźwiękiem. Kolejną sprawą wzmacniacz. I tu należy podejrzewać, że wyjątkowo dobry będzie własny Audio-Techniki AT-HA5050H – hybrydowy i w jednej obudowie z przetwornikiem. Nietania rzecz ($6000 w USA), ale o taniości nie rozmawiamy, a poza tym to rewelacyjny podobno przy okazji przetwornik, czyli rzecz bardzo poszukiwana i wszystko gotowe od razu. Niezależnie od własnej firmy zaopatrzenia, nowy flagowiec z Japonii bardzo dobrze współpracował zarówno z tranzystorowym (i też japońskim) Phasemation, jak i lampowym Ayonem HA-3. Prócz tego zauważyłem, że po sesji gramofonowej poprawiła mu się wydolność ogólna, prawdopodobnie w skutek konsumpcji sygnału oferującego nietknięte dotąd częstotliwości i całościowo o większą płynność; w efekcie czego przy komputerze grać zaczęła Audio-Technica ATH-ADX5000 wyraźnie lepiej – bardziej analogowym i tak dla niej pożądanym pełniejszym brzmieniem. Ale nie tylko to, bo bardziej się jeszcze otwarła, imponując nadzwyczajną ekstensją pasma i fenomenalną szczegółowością. Wciąż przy tym oferując podkreślanie specyfiki każdego dźwięku i sobie właściwe natlenienie, teraz przy większym całościowo ciśnieniu. Rewelacyjne w sumie brzmienie i jedynie ktoś nie uznający żadnych kompromisów w rewirze basowym powinien sięgać po inne. (Tu w pierwszym rzędzie Grado PS2000e, Ultrasone Tribute 7, AudioQuest NightHawk.) Oczywiście każde z uczestniczących w porównaniach oferowały własne przewagi i swój specyficzny styl, ale trzeba uczciwie przyznać, że nowa ATH-ADX5000 potrafi wprawiać w zachwyt, tego jej nikt nie odbierze. Nie potrzebuje do tego wymiany kabla (a większość potrzebuje), choć pewnie z lepszym byłoby jeszcze lepiej, bo zawsze tak się dzieje. Ale to już tylko w domyśle, natomiast konkret taki, że nie pomyliłem się na AVS, pisząc, że to znakomite słuchawki.

W punktach:

Zalety

  • Niezwykle efektowne brzmienie.
  • Z gatunku przede wszystkim dużych, bliskich i otwartych.
  • Duża dawka tlenu ujmująco kontrastuje z całościowo dość ciemną aurą.
  • Także połyski z czernią i lśniące powłoki z matowymi.
  • Mocne soprany działają wzbogacjąco, nigdy nie stając się uprzykrzeniem.
  • Przeciwnie – podkreślają swoistość brzmień, dodając im zadziorności, i budują ciekawe pogłosy.
  • Pogłosy też tylko wzbogacające; nigdy zbyt ofensywne i nigdy udziwniające.
  • W dodatku współtworzące dużą scenę o efektownej perspektywie i bardzo wysokim suficie.
  • Duże i bliskie postaci wokalistów cechuje zjawiskowy realizm.
  • A mimo lekkich pogłosów test naturalności zwykłej mowy zdany na wysoką notę.
  • Nie sposób z nimi się nudzić.
  • Zwłaszcza że dźwięk jest szybki a jednocześnie treściwy.
  • Wystarczające wypełnienie, by zjawiło się wrażenie potęgi.
  • Po całkowitym wygrzaniu zjawia się też ciśnieniowe medium.
  • Wysoka muzykalność z rysem niepowszedniości.
  • Wszystkie dźwięki bardzo obszerne i jednocześnie mocne.
  • To nie są najobficiej wypełniające słuchawki, ale wypełniające.
  • Z uwagi na echowość i przyjemną chropawość, atmosfera skłania się ku powadze z pierwiastkiem smutku w tle, co osobiście bardzo lubię.
  • Fenomenalna szczegółowość – brak jedynie efektów potrzebujących szczególnie długiego podtrzymania.
  • Słodycz i piękno głosów w manierze czysto realistycznej, cokolwiek refleksyjnej.
  • Do wszystkich gatunków muzyki, ale na pierwszym miejscu rozrywkowa (włącznie z jazzem), elektroniczna i poważna.
  • Rewelacyjny brak zniekształceń na całym przekroju pasma.
  • Lekkie.
  • Wygodne.
  • Nowego typu przetworniki o wyjątkowo dużych membranach udowodniają swoją klasę.
  • Wyszły obronną ręką z najtrudniejszych porównań.
  • Wielki ukryty potencjał, czekający na tor ekstremalny.
  • Pałąk i obudowa z magnezu.
  • Długi i lekki odpinany kabel.
  • Eleganckie opakowanie.
  • Najwyższa renoma marki.
  • Made in Japan.
  • Polska dystrybucja.
  • Dedykowany wzmacniacz/przetwornik.

Wady i zastrzeżenia

  • Trzeba zadbać o wypełnienie dźwięku, które nie zrobi się samo.
  • Wysoka impedancja w przypadku urządzeń przenośnych domaga się sporej mocy.
  • Do torów wysokiej klasy.
  • Dedykowany kabel symetryczny za dopłatą.
  • Elegancki stojak w komplecie byłby miłym dodatkiem.

Dane techniczne AUDIO-TECHNICA ATH-ADX5000:

  • Typ: słuchawki dynamiczne, wokółuszne otwarte.
  • Przetworniki: True Motion na bazie magnesów premendurowych (stop żelaza z kobaltem, niobem, wanadem i tantalem); zintegrowane i wentylowane (z uszczelnieniem bocznym) w oprawie magnezowej „plaster miodu”.
  • Technologia zintegrowanej konstrukcji przetwornika na bazie Core Mount – poprawy przepływu powietrza; oraz PAT.P– szczególnie niskiej wibracji dzięki specjalnemu doborowi krzywizn, wynalezionemu na użytek zmniejszenia drgań bardzo długich wierteł.
  • Niezwykle sztywny kompozytowy pierścień wokół membrany osadzający ją w muszli, wykonany z siarczku polifenylenu (PPS) i włókna szklanego, zapewniający wyjątkową stabilność.
  • Membrana: ø 58 mm z mylaru pokrytego wolframem.
  • Pasmo przenoszenia: 5 Hz –50 kHz.
  • Impedancja: 420 Ω.
  • Czułość:100 dB.
  • Moc maksymalna sygnału wejściowego: 1 W.
  • Pady: alcantara.
  • Kabel: miedź 6NOFC długości 3,0 m zakończony jackiem 6,3 mm, odpinany poprzez złącza A2DC.
  • Waga: 270 g.
  • Opakowanie: kuferek.
  • Cena 10 990 PLN

System:

  • Źródła: Astell & Kern AK380, PC z przetwornikiem Ayon Sigma, Transrotor Alto z wkładką ZYX Ultimate OMEGA i ramieniem SME Series IV (12 cali).
  • Wzmacniacze słuchawkowe: Ayon HA-3, Phasemation EPA-007.
  • Słuchawki: Audeze LCD-4z (kabel Tonalium-Metrum Lab), Audio-Technica ATH-ADX5000, Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium), Final D8000 (srebrny kabel firmowy), Meze Empyrean (kabel Tonalium-Metrum Lab), Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium-Metrum Lab), Ultrasone Tribute 7 (kabel Tonalium-Metrum Lab).
  • Interkonekty: Siltech Empress Crown, Sulek Audio & Sulek 6×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink MEXCEL 7N-PC9700, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek 9×9 Power.
  • Listwy: Power Base High End, Sulek.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Avatar Audio Nr1, Acoustic Revive RIQ-5010, Divine Acoustics KEPLER, Solid Texh „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

16 komentarzy w “Recenzja: AUDIO-TECHNICA ATH-ADX5000

  1. Michal Pastuszak pisze:

    Postanowilem sie podzielic moimi ostatnimi wrazeniami z krotkiego, prywatnego (nie moje klocki, dla jasnosci) odsluchu kilku czolowych sluchawek obecnej produkcji, jest to bardziej w formie ciekawostki i nie stanowi oczywiscie doglebnej recenzji.

    Mialem otoz przyjemnosc poobcowac z nowym Ofeuszem HE1, Abyss 1266 TC oraz serbskim wynalazkiem RAAL SR1a.

    Zaczne od Amerykancow, nowe TC , podpiete do odczepow kolumnowych jakiegos lampowca icon audio, chyba trioda, tak bardzo nie zagladalem w technikalia bo to dosc luzne spotkanie i bardziej na rozmowe nakierowane niz wlasciwe testowanie, no wiec te Abyss nowe graja znacznie przejrzystszym i szybszym dzwiekiem od tych najstarszych, jest tam tez nutka ciepla na srednicy, bardziej to organiczne, calosciowo jednak transparencja, rozlegla przestrzen, bez zadnego zlewania sie no i ich popisowa bron, pojemny, ciezki, przestrzenny bas, organowa muzyka musi tutaj wypasc swietnie. Duzo sluchania nie bylo, moze po 2 utwory, wiec sie nie bede rozpisywal. Podobalo mi sie.

    HE1 – gral z serwera muzycznego, tak samo jak Abyss i RAAL, ale z wlasnym wzmacniaczem/przetwornikiem. Dzwiek elegancki, jest wreszcie tak rzadki w sluchawkach zarys holograficzny bryl instrumentow, stabilne zawieszenie przestrzenne glosow, przestrzen okazala ale chyba mniejsza niz w Abyss, dzwiek ciemniejszy (dla mnie moze ciut za ciemny), bardzo ladny bas jak na elektrostaty (lepszy od Staxow) ale wyraznie o mniejszej mocy niz w Abyss, wzgledem Staxow brzmienie mniej rozrzedzone, bardziej zageszczone choc nie jakos nadzwyczajnie. Pieknie gladki dzwiek, taki ze mozna bez zmeczenia sluchac dlugo, wszystkie wymagane cechy najwyzszej klasy sluchawek sa tutaj spelnione. Spodziewalem sie chyba jeszcze czegos wiecej, ale to przez cene.

    RAAL – powiem tak, pomiedzy Abyss i HE1 mozna sobie argumentowac ktore daja ciekawszys pektakl, jeden ma lepsze to drugi tamto, calosciowo bardzo zblizony poziom, a cenowo ze wskazaniem mocnym na Abyss, choc wygoda jednoznacznie po stronie Sennheisera. Serbskie monitory naglowne sa jednak w zakresie realizmu przestrzennego, wielkosci scenicznej, rozdzielczosci (fakturowania), szybkosci (natychmiastowosc dzwiekow) i bezposredniosci na zupelnie innym poziomie niz dwaj poprzednicy. RAAL graly chyba ze wzmacniacza Benchmarka, bo i sam producent zdaje sie stroil je na tym urzadzeniu, calosc zdecydowanie najtansza i brzmienie najprawdziwsze. Nie podejmuje sie jednak powiedziec jak taki namacalny, sugestywny przekaz odbieralbym po 2-3 godzinach odsluchu, zapewne kwestia wlasnych preferencji (w tym i muzycznych) bedzie miala spory wplyw, choc jak ktos lubi prawde zyciowa bez zadnych upiekszen to ma ja tutaj jak chyba nigdy wczesniej. Sluchawki te potrzebuja co najmniej 100W wzmacniacza (graja przez specjalny adapter – jest w komplecie) tak sa zaprojektowane zwyczajnie, zatem to niejako wymog techniczny. Postep jednak jest i co wazniejsze nie kosztuje fortuny, bardzo pozytywna informacja oby wiecej takich konstrukcji zaczelo przybywac.

    To takie bardzo pobiezne wrazenia, zaluje ze nie moglem spedzic wiecej czasu i posluchac wlasnej muzyki. Abyss i HE1 zrobily na mnie dobre wrazenie ale zebym wrocil na nie chory to absolutnie nie, pewnie jakbym dostal taki dzwiek 10lat temu, byloby to kompletnie inne przezycie, ale obecnie juz wiele tych wspanialych cech mozna dostac za mniejsze pieniadze, choc niekoniecznie w jednym opakowaniu i jednoczesnie.

    Natomiast RAAL bede myslal czy by sobie kiedys nie sprawic, choc po namysle, to bardziej sie teraz wole skoncentrowac na wydobyciu calego potencjalu z nowej Audiotechniki ATH-L5000 bo to jednak taniej mnie wyjdzie, a jest w nich moim zdaniem sporo wciaz nieodkrytego muzycznego piekna, zwlaszcza ze po ostatnich wariacjach mam mocne watpliwosci czy sie juz wygrzaly….

    1. Piotr Ryka pisze:

      Bardzo dziękuję za ten wpis, stanowiący cenne uzupełnienie naszej wiedzy o słuchawkach najwyższych lotów, w tam zwłaszcza tych u nas niedostępnych, jak nowe Abyss i RAAL. Szczególnie na te RAAL zacząłem sobie ostrzyć zęby – ich ewentualny pojedynek z AKG K1000 byłby naprawdę czymś.

      1. Marcin pisze:

        Pierwszy raz słyszę o RAAL, ale opis poprzednika jest niezwykle ciekawy. Jako posiadacz K1000, byłbym niezwykle usatysfakcjonowany móc przeczytać o wspomnianym pojedynku. Czy na razie to tylko ostrzenie zębów, czy już może jakieś wstępne plany?

        1. Piotr Ryka pisze:

          Nie, konkretnych zabiegów jeszcze nie ma – na razie jest apetyt 🙂

  2. Alucard pisze:

    No i nareszcie się publicznie przyznałeś Michał że masz te L5000 🙂

  3. Kosq pisze:

    Ha sam jestem fanem AT, moje pierwsze słuchawki to DT770 i A700X, przy czym beyerdynamic wyewoluował do T1 a ATH najlepsze mam W1000Z. Tak jeszcze w miarę możliwości finansowych to AD2000X bym chciał do pełni sobie sprawić. Ceny tego nowego flagowca są już niestety poza zasięgiem, ale zawsze miło poczytać chociaż 🙂

    Pozdrawiam panie Piotrze!

    1. Piotr Ryka pisze:

      Też pozdrawiam!

    2. Rafał pisze:

      Mam do zbycia ATH-AD2000X w b.dobrym stanie, mało używane, z dorobionymi gniazdami SMC i znacznie lepszym od fabrycznego kablem. Mój mail to: panzeb@wp.pl
      Panie Piotrze, proszę się nie gniewać na tę mini giełdę sprzętową 🙂

  4. Marecki pisze:

    Piotrze,
    Co w trawie piszczy?

    Pozdrowienia : )

    1. Piotr Ryka pisze:

      Jaka teraz recenzja? KANN CUBE.

      1. Marecki pisze:

        Tak.
        A dokładniej;
        na jakie recenzje się zanosi?
        – kilka najbliższych.

        Może warto byłoby publikować (od czasu do czasu:) )zapowiedzi?
        Wiem że grafik napięty, także…
        Wszystko w ramach możliwości ; )

        1. Piotr Ryka pisze:

          Po KANN CUBE będzie USB Fidata, a potem porównanie czterech planarów: Audeze LCD-4z, MrSpeakers ETHER 2, Final D8000 i Meze Empyrean. Chyba, że coś się zmieni…

          1. Marecki pisze:

            Zapowiada się ciekawie 🙂
            Jakieś gramofony na horyzoncie?

          2. Piotr Ryka pisze:

            Transrotor Alto z wkładką ZYX Ultimate OMEGA i ramieniem SME Series IV (12 cali).

  5. Radzik pisze:

    ADX5000 dobrze dogadywały by się z Rme ADi 2 Pro?? Cena w promocji kusi , ale martwię się że będzie za jasno .Jakaś inna alternatywa z Rme do 7 tys ?? LCD-3 ??

    1. Piotr Ryka pisze:

      Myślę, że nie będzie za jasno. RME nie ma jasnego brzmienia. W razie ewentualnej „katastrofy jasności” zawsze można podretuszować equalizerem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy