Recenzja: Audeze LCD-4z

Odsłuch cd.: Przy komputerze

A padami lekko zmodyfikowanymi.

   Mam poczucie, że nie przekonałem czytelników do tych Audeze tak mocno, jak one mnie do siebie. Ale nic, brnijmy dalej, ku poziomom coraz to wyższym, choć ten przy Astell & Kern już był bardzo wysoki. I przypominam – Audeze oraz Meze dostają teraz lepszy kabel – ten sam do obu pasujący, miedziano-srebrny Tonalium. A sprzęt generujący sygnał to teraz DAC Ayon Stratos i wzmacniacz słuchawkowy Ayon HA-3.

Meze Empyrean

Zacznijmy dla odmiany od Meze. Od nich głębokie, gęste (teraz wyraźnie bardziej), ale nie przyciężkawe, nie ściągające wyraźnie ku basom brzmienie, z wyczuwalnym i także nieznacznym pogłosem oraz umiarkowanie dawkowanymi sopranowymi przyprawami: chrypką i ostrością konturów. A wszystko to bardzo z sensem i na takim poziomie, że momentalnie porywa słuchacza, każąc mu zapomnieć pod naciskiem jakości o całym bożym świecie. Pokazowa dynamika, akuratnie podane tempa, moc, nasycenie, otwartość oraz bliskość, ale bez wpierania do głowy, pozostająca na obrysie. Spojone w całość, a jednocześnie pięknie rozwarte pasmo – z misternymi i trójwymiarowymi sopranami i mocnym, objętościowym basem. Ten bas teraz o wiele lepszy, nareszcie bez śladu niedomówień, a soprany „dzwonowe” – obszerne, dźwięczne i jakością budzące respekt. Pomiędzy skrajami pasma głosy z idealnie dobranym wypełnieniem i naturalnie melodyjne (podobnie jak cła reszta), z nieznaczną – podnoszącą wrażenie nadzwyczajnej jakości – aureolą pogłosów. Śladu najmniejszego w nich utwardzenia czy przejść płaskich na konturach; wszystko obłe, z piękną dźwięcznością wypowiadane, że tylko słuchać, słuchać… Zawieszone w zupełnej transparencji medium o odczuwalnym teraz ciśnieniu i z migotkami planktonu na tłach aksamitnie czarnych, dodających wszystkiemu splendoru. Bezpośredniość zupełna, pełny kontakt z drugą osobą, a te osoby nieobojętne, ale ich nieobojętność w sam raz. Ani cienia histeryczności na bazie złych sopranów, ani śladu rozlazłej ospałości na bazie przerostów basu. Ale też nuta nostalgii dzięki tym samym sopranom, które rysują wyraźnie. Szczeknięcie w Song of White Vangelisa (to z drugiej części utworu) wyraźnie zaznaczone oraz złożone akustycznie, chociaż z najlepszych systemów (ostatnio z dużych kolumn Zingali) potrafiło być jeszcze bardziej złożone i lepiej rozpraszane na przestrzeń. Scena wysoka, otwarta i duże źródła dźwięku, a całość – muszę to jeszcze raz powiedzieć – taka że: Dawaj! Dawaj!

Final D8000

W towarzystwie najbliższej konkurencji.

U Finali bez zmian, to znaczy ten sam kabel. Ale za to zmiany brzmieniowe – i to idące po części w drugą stronę niż u Meze. Nie tyle pogłębienia i zwiększenia objętości, bo one już z odtwarzaczem przenośnym grały bardzo głęboko i najbardziej objętościowo, tylko tego eleganckiego uspokojenia i jeszcze większej otwartości, o jakich pisałem w recenzji. Gładź gładka jak masa tortu i tak samo obfita, a brzmienie pozbawione pogłosu i całkowicie otwarte oraz najbardziej bliskie. Nie tyle może bliższe, bo też nie grające w głowie, ale z jeszcze większymi źródłami dźwięku, jakby skłonione ku słuchaczowi bardziej. Sopranów mniej w przekazie, a troszkę więcej basu – i wraz z tym mniejszym kwantum wysokich tonów kontury mniej wyostrzone, a same głosy mniej napięte emocjonalnie; należące do ludzi będących w spokojniejszym stanie ducha. Grubsze (wyraźnie) struny i większe bębny o grubszych membranach, w wokalach nuta lekkiej obojętności; cośkolwiek z ducha rezygnacji, mniej zaangażowania. Ciśnienie akustyczne wyższe, mimo że struny słabiej naprężone, ale dzięki niższemu a też znakomicie nośnemu brzmieniu tak zwany „kawał dźwięku”, swoisty muzyczny  walec.

To było brzmienie walcujące przy ekstremalnej jakości, epatujące rozmiarem, potęgą, miarą grzmotu. Scena znowu wysoka, znowu w pełni otwarta, a na niej brzmienia bardziej akcentujące pudła niż struny. Lecz jednocześnie bez pogłosów, których w tych pudłach byś oczekiwał. Szczeknięcie u Vangelisa przy mniejszych sopranach bardziej wtopione w całość i niosące mniej informacji. Temperatura podobna, śladowo tylko niższa, ciągle pozostająca w ramach naturalności a nie ocieplania czy chłodu. Ogólnie znowu super, że zakochujesz się od razu; z tym, że to brzmienie dla wolących spokojniejsze i gładsze – pozbawione sopranowego drżenia duszy i wyostrzania konturów. Za to pełniejsze, potężniejsze i na mocniejszym basie, że trochę aż do przesady, lecz jakie to przyjemne…

Audeze LCD-4z

 I znów jesteśmy u celu, ponownie przy przedmiocie recenzji. Który to przedmiot najtrudniej opowiedzieć, aby utrafić w sedno. Audeze bowiem ani nie walcują, ani nie podkręcają przekazu. Przeciwnie – zachowują umiarkowanie zarówno pod względem rozmiaru dźwięków i ciśnienia, jak i ewentualnej podniety. Gram sopranów nie zostaje dodany w imię jej pobudzenia, tak samo jak gram basu na rzecz epatowania potęgą. Do tego są najcieplejsze, co jeszcze wszystko łagodzi, wprowadzając atmosferę niemalże sielską. Kontury same obłe, wypełnienie w sam raz, prosto z życia – całe brzmienie „normalne”, bliskie i dosyć ciepłe. W porównaniu z tamtymi łagodne co do emocji i wielkości, żadnego czymś przytłaczania. Swojskie, generalnie przyjazne, uciekające od ekstremów. Uchylające się od opowiedzenia po którejkolwiek stronie stylistycznej bardziej zdecydowanie – mistrzowsko celujące w złoty środek. I wraz z tym pozornie łatwe, a tak naprawdę trudne; wymagające umiarkowania i wyrobienia u słuchacza oraz maksymalnej jakości od sprzętu. W pierwszym, by nie rozminąć się z oczekiwaniami, w drugim, by tę zwyczajność przeistoczyć w muzykę. Taką bez powiększania, przybliżania, dociążania, podostrzania. Zostawić w niej samą melodykę, a soprany nawet powściągnąć, by nie powstało wrażenie nadnaturalnej zwykłej mowy.

Która nie chce ustąpić pola.

I na tej kanwie uwaga, że w dużym stopniu łagodność tę można regulować interkonektem, wiele od niego zależy. Doskonale sprawdzający się z Final, a jeszcze lepiej z Meze, łagodny i podobny stylistycznie do Audeze Siltech Empress Crown okazał się z nimi za łagodny, po przepięciu na Sulka zrobiło się ciekawiej. Z większym naciskiem na dźwięczność, minimalnym dodatkiem pogłosów, cokolwiek głębszym i ciemniejszym brzmieniem. Minimalnym też podkreśleniem konturów i nutą smutku miast obojętności – nieomylnymi oznakami mocniejszych sopranów. I druga wraz ze zniweczeniem tej obojętności rzecz istotna się stała – znikł minimalny dystans do przedmiotu. Być może tylko skutkiem obojętności powstający, bo obojętność zawsze dystansem, ale chyba też większej wyraźności. Nie odmówiłbym brzmieniu z Empress Crown znakomitych walorów, jako że neutralność i naturalizm podsuwał jako jedyne ekstremum, lecz było to brzmienie jawnie uspokojone, dla jego zdeklarowanych zwolenników. Kto zaś pragnie „wszystkiego więcej”, z Sulkiem zdecydowanie by wolał, mimo iż to kabel generalnie łagodny i bardzo melodyjny. A jednak zadziorniejszy od trzeciego teraz od góry Siltecha, pasującego rewelacyjnie do słuchawek samych z siebie bardziej wyrywnych. Brzmienie Audeze z Sulkiem stało się wysoce podobne do wcześniejszego Meze z Siltechem, niemniej wciąż łagodniejsze, bardziej wypośrodkowane, nieco dalsze i z tą zdiagnozowaną przy odtwarzaczu przenośnym wyjątkowo zachęcającą „meszkową” fakturą. Najdoskonalej też obrazujące materiał brzmieniowy jako całość i jednocześnie najbardziej spójne, obfitujące w tkankę łączną. Co nie przeszkadzało wyraźności i obfitości bitowej – szczeknięcie u Vangelisa okazało się właśnie z Audeze najbardziej nośne informacyjnie, mimo iż jednocześnie najlepiej wkomponowane w całość. Wszystkie aspekty bardzo mocne i całkowita wolność od zniekształceń: bębny prawdziwa rewelacja, wokale autentyczne, znakomicie wypłaszczająca się w perspektywicznym ujęciu scena bez podrywania dźwięków do góry. Ogólnie jakość sensacyjna, już trzecia tego wieczoru. I bardzo zmęczony porównaniami recenzent, bo takie badawcze sesje męczą.

Z gramofonem

 To miało być zwieńczenie, ale trochę nie wyszło. Flagowy dla HiFiPhilosophy wzmacniacz słuchawkowy ASL Twin-Head, niezależnie od tego, że pozostała z niego nazwa, schemat i obudowa, projektowany był w czasach, kiedy słuchawki audiofilskie miały wysoką impedancję. Mimo to dobrze radzi sobie w przypadku mających niską, ale nie skrajnie niską. Doskonale było to słychać podczas brzmieniowej wędrówki od Final D8000 (60 Ω), przez Meze Empyrean (30 Ω) do Audeze LCD-4z (15 Ω). Równolegle do linii przyrostu impedancji rozciągnęła się linia przyrostu jakość i gramofon nic na to nie mógł poradzić. Z tym, że różnica między Final a Meze nie okazała się duża i te drugie też grały rewelacyjnie, mimo iż wyczuwalnie słabiej. Natomiast Audeze już odstawały, choć wciąż była to świetna jakość w tym ich charakterystycznym stylu wypośrodkowania i popisowej muzykalności. Impedancja działała tu jednak jak tłumienie: Final przy swojej szalały, oszałamiając wręcz jakością, Meze niewiele były z tyłu, też niemal w pełnym galopie, a nie pasujące impedancyjnie Audeze już powściągane, kłusujące.

A kuferek to kufer.

Przy czym, co trzeba odnotować, ich style się nie zmieniły, aczkolwiek Final dały popis pod każdym jednym względem i wszystkie te ich gładkości czy uspokojenia przeistoczyły się w prawdziwą kaskadę szalejących jakością dźwięków. W tej sytuacji uczciwie podchodząc do sprawy powinienem był zastąpić Twin-Head’a wzmacniaczem obsługującym równie dobrze wszystkie impedancje, tym bardziej, że takim dysponuję. Zasobny w czteropozycyjny przełącznik Phasemation idealnie się do tego nadawał, ale zabrakło czasu. Umówiony już byłem wcześniej na wysyłkę używanego tu kabla Tonalium do Metrum Lab, celem poddania uszlachetnieniu, a po słuchaniu z Twin-Head zbyt zmęczony, by ciągnąć odsłuch z Phasemation. Zwłaszcza, że postać musiałby wcześniej pod prądem, a był już późny wieczór. Wszakże nic straconego, napiszę osobny artykuł jako aneks, w którym Audeze, Meze i Final zmierzą się raz jeszcze przy gramofonie, tym razem przy równych szansach. Tymczasem podsumowanie.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

10 komentarzy w “Recenzja: Audeze LCD-4z

  1. Przemysław pisze:

    Dziękuję Panie Piotrze za wspaniałą recenzję niniejszych słuchawek, na którą wiele osób czekało. Szczególnie przez zestawienie z tak znamienitymi konkurentami. Widzę, że naturalność ich brzmienia, podnoszona w ubiegłym roku przez jedną z osób, nie była bezzasadna.

    Audeze udało się wykonać kawał świetnej roboty… chociaż powinni większą uwagę przywiązać do dedykowanych swoim produktom kablom (przy LCD-4z powinien być zdecydowanie lepszy niż tylko „dobry”).

  2. Marek S. pisze:

    A Ja czekam na drugą część recenzji, bo jednak brak informacji, jak grają na dobrym stacjonarnym sprzęcie. I jak na nim wypadają w porównaniu z innymi np. D8000.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Powinna być niedługo. Kabel pojechał, najpewniej zaraz wróci.

  3. Rafał pisze:

    Słuchawki w cenie całkiem dobrego, używanego samochodu. Nakład materiałowy na słuchawki porównywalny z nakładem na zagłówek takiego samochodu. Chore.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Obawiam się, że zmiennogrubościowa membrana o średniej grubości pięciu mikronów, to nieco większy nakład techniczny i większe koszty niż najlepszy nawet zagłówek samochodowy.

    2. Przemysław pisze:

      Zadaniem samochodu jest dotarcie z punktu A do B (pomijam przy tym aspekt komfortu podróży oraz chęci zabłyśnięcia swoim wehikułem przed sąsiadem) i to spełnia każdy pojazd.

      Natomiast słuchawki mają oddać możliwie najlepszej jakości, najbliższy rzeczywistemu brzmieniu danego nagrania i tu występują wyraźne różnice między modelami za kilka oraz kilkanaście tysięcy złotych. Jak kogoś na to stać, a takie słuchawki zapewniają jemu optymalną możliwość obcowania z ulubioną muzyką to według mnie zakup, chociaż kosztowny, jest tego wart.

    3. Paweł pisze:

      Jeśli do zagadnienia samochodu używanego dołożymy kwestie emocji oraz równorzędne osiągi w swojej klasie to słuchawki te kosztują mniej niż komplet opon do całkiem DOBREGO samochodu używanego. (np. komplet opon do Nissana GTR używanego kosztuje w hurcie więcej a wystarczają na 10 tys. km przebiegu a samochód proponuję zobaczyć w internecie ile kosztuje oraz ile kosztuje jego utrzymanie rocznie nawet jak nie jeździ).
      O cenie decyduje rynek a pojęcie czegoś dobrego jest skrajnie subiektywne. Nie ma co się złościć jak nas na coś nie stać. Jeden się złości, że go nie stać na wymarzone słuchawki a inny będzie się zżymać, że na wymarzony jacht morski nie może sobie pozwolić i każdy w swoim poziomie dochodów będzie tylko krytykować.

      1. Andrzej pisze:

        Bezsensowna dyskusja.
        Są słcuhawki za 100zl i dla większości ludzi nie potrzeba nic więcej.
        Są samochody za 30k zl wielu osobm to wysatrcza, albo nie stać ich na lepsze.

        Stać kogoś i chce mieć drogie słuchawki, t otakie kupuje, dokładnie to samo jest z samochodami.

        Rafał naprawdę łudzisz się, że auto za 5mln zl, kosztuje tyle w związku z materiałami?
        Dobra luksusowe sa luksusowe bo są drogie i nie każdego na nie stać.

        Pozatym materiały to jedno, dochodzi jeszcze wartość intelektualna, prace inżynieryjno-badawcze itd.

        Pozatym rynek weryfikuje czy dany produkt ma sens.

        A wogóle ten pierwszy post Rafała ma tak mało sensu, że nawet nie chce mi sie wymieniać na jak wielu polach jest bez sensu 😉

  4. Alucard pisze:

    Muszę przyznać że jestem zawiedziony. Nie recenzją, ta była dobra, ale te brzmienie jeśli faktycznie takie jak to opisane, to za 19 kaflonów… no po prostu nie.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Dla amatorów różnego brzmienia są różne brzmieniowo słuchawki. Proste i pożyteczne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

sennheiser-momentum-true-wireless
© HiFi Philosophy