Dźwięk
Karta pamięci znalazła się w doku, na niej cały materiał używany do testów. Jeszcze raz mogę napisać, bo ponownie tak wyszło – odtwarzacz na sto procent możliwości grał dopiero po kilkunastu minutach, gdy już całkiem się rozgrzał. A wtedy…
Sennheiser HD600
Pełny brzmieniowy wolumen, super wyraźność i spora dawka substancjalnego nasycenia plus wypukła gładkość obrysów. Mocne wyciąganie obiektów z tła i trójwymiarowe obrazowanie, ciemny aranż, super dokładna dykcja, szybkość, rytm, dynamika, werwa, siła basu budząca uznanie i duża jego objętość z wyraźnym zaznaczaniem konturów i wizualizacją membran. Pełne otwarcie góry i wyważone pasmo. Styl ani lampowy, ani tranzystorowy, a przy tym dużo tlenu i popisowa separacja. Żadnych problemów z głośnością – wszystko zostaje pod kontrolą i zachowuje jakość nawet przy niszczącej dla słuchu. Medium sprawiające wrażenie pełnej transparentności i gładkiej konsystencji – zupełny brak jarzenia czy jakiejkolwiek granulacji. Czyściutko jak na akademii i odrobina deficytu zgęszczenia brzmieniowego, ale raczej z winy słuchawek. W efekcie troszkę za sterylnie, za mało muzycznego wiru. Neutralna temperatura, brak długiego ciągnienia wybrzmień, niewyczuwalna obecność miąższości i aromatu. Tak trochę jak w laboratorium – mogłoby zjawiać się więcej muzycznego skłębienia.
AudioQuest NightHawk
Wyraźnie lepsze pasowanie. Żywiej, gęściej, cieplej, prawdziwiej i bardziej bezpośrednio. Lepsza kooperacja między dźwiękami bardziej zachodzącymi na siebie, mocniejsze przywoływanie muzycznego faktu, bardziej stajemy się świadkami czegoś dziejącego się wokół, a nie tylko odtwarzanego. Głosy bardziej liryczne i prawdziwsze, w jaźń głębiej zapadające. Lepiej też osadzone na scenie i pracujące w żywszym medium. Znikło wrażenie pewnej kliniczności i sztucznego porządku. Muzyczne wirowanie na całego, muzyczny pył wypełniający przestrzeń, czucie papierowości membran, niezwykłości ich piękna.[3] Wszystko lepsze – w tym także głębsze brzmienie, bardziej mieniące się soprany, wyraźnie też głębsza duchowość i mocniejsze emocje przekazywane przez muzykę. I wszechobecna nuta prawdziwości, ona w tym najważniejsza.
Wyczuwalnie więcej pogłosu przy niższej temperaturze i mocniejszym zaznaczaniu konturów. Poprzez to nie aż tak już prawdziwie, trochę podobnie do Sennheiserów. Ale wir muzyczny mocniejszy i lepsza kooperacja na linii dźwięki przestrzeń. Sama przestrzeń też bardziej ożywiona i brak wrażenia kliniczności. Głosy trochę bardziej uwypuklane twardością membran i energią, wielkoskalowa muzyka potężniejsza, potęga basu w innej lidze. Ciężki rock, można powiedzieć, znalazł się w swoim domu, wszystko na jego usługach – i bas, i brak ocieplenia i szorstki posmak życia z elementami grozy. Wyraźność rysu bębnów na referencyjnym poziomie, soprany pod kontrolą – niezdolne wyrwać się i dokuczać. Byłbym zapomniał, że te Ultrasone potrzebują przynajmniej dziesięciu minut przywyknięcia, po którym cieplej i prawdziwiej, w rezultacie dużo mocniejsze różnicowanie klimatu poszczególnych utworów. Zacząłem się wżywać i utożsamiać, i stało się ciekawie. Wjechała też chropawość i przeciągane wybrzmienia, wjechały miąższość i aromat, a przede wszystkim znów prawdziwość. Prawdziwość nagraniowa, nie usiłująca być inną, niemniej mocna prawdziwość, bardzo przekonująca. No i ta podskórna energia potrafiąca wychodzić na skórę… Coś niczym dużo potężniejsze głośniki, całe ciało w muzyce. Znów bardzo mi się podobało, zwłaszcza że zjawił się tlen. Zrobiło się popisowo, można było słuchać i słuchać.
Dan Clark Audio STEALTH
Recenzując niedawno drogi wzmacniacz stacjonarny kręciłem nosem na Dan Clarki, a ściślej na ich kabel. Że nie taki, bo za dużo sopranów a nie dość wypełnienia. Nie wiem czy taki był plan producenta odnośnie tego kabla, ale z flagowym DAP Astella żadnych takich problemów nie było, tak jakby to okablowanie właśnie było dla DAP-ów. Brzmienie składało się z pięknej czystości obrazu, świetnej głębi scenicznej i muzycznego ujmowania w ramach dobrze postawionego pasma, należytej, a nawet romantycznej melodyjności, głębi też samych dźwięków, a przede wszystkim u słuchającego przemożnej chęci słuchania. Dawno, naprawdę dawno tych DC nie słuchałem z tak dużą przyjemnością, a przede wszystkim od bardzo dawna nie podobał mi się ich kabel. Tym niemniej tak bywało, bywałem z niego zadowolony, chociaż nie umiem w tej chwili przytoczyć systemów, w których to miało miejsce. Ale to przecież bez znaczenia, ważne, że tu tak było. Zarazem po raz pierwszy miałem do czynienia z brzmieniem, które nie było klimatycznie przyciemnione, a mimo to jego klimat bardzo mi odpowiadał. Przejrzysta jasność oświetlenia, niewielka nuta ocieplenia, jak zawsze super precyzja, separacja i szczegółowość, a głosy rozczytane aż do najgłębszych warstw, pomimo tego żywe i jak najbardziej naturalne. Elvis i członkowie ansamblu na wyciągnięcie ręki, jeszcze bardziej obecna nielubiana przez mnie Diana, z Divertimentem K136 (Mozart-Marriner) nawet poszybowałem, Fantasia Suite brzmiała tuż i w mierze wizualizacji strun naprawdę była świetna. Bas nie aż rangi Ultrasone, ale precyzyjnie wyrysowany i konkretnie bijący, a stare nagrania z Ellą też miały namacalność – urealniona obecność „First Lady of Song” nie zostawiała wątpliwości. Z uwagi na brak mrocznego, potęgowego basu trochę gorzej wypadła wielka symfonika i nie do końca ciężki rock, ale reszta była na medal. I jeszcze jedna sprawa – przecież te Dany Clarki naprawdę trudno napędzić, a tutaj cienia problemów, bez trudu można było słuchaczowi urwać głowę.
HiFiMAN Susvara Unveiled
Dany Clarki w jednej cenie z tym DAP-em, sięgnijmy po dwa razy droższe. Na miejscu było wprawdzie kilka tańszych ciekawych, ale wszystkie przed recenzjami, nie można było sięgać. A te Susvary także trudne odnośnie napędzania, ale i z nimi żadnego problemu z tym nie było.
Nic nie poradzę na to, że te słuchawki są laboratorium dźwięku, tak precyzyjnie odtwarzają. A jednocześnie brak popadania przez nie w same techniczne aspekty; te można obserwować z uwagą i najstaranniej odczytywać, ale aspekt muzyczny wcale na tym nie traci, wciąż pozostaje sobą. Jedna odnośnie tego uwaga: jako jedyne wyraźnie bardziej podobały mi się z domyślnym filtrem Sharp Roll-Off, zyskując z nim na bezpośredniości bez utraty walorów muzycznych. Tak samo jak Dany Clarki przenikały w najgłębsze warstwy, lecz w odróżnieniu od nich nie przejawiały uskromnienia basu. Tu już nie było wahnięć względem repertuaru, wszystko jechało środkiem drogi, grało na cały regulator.
Na koniec ważne odróżnienie od SP3000. Brzmienie poprzedniego flagowca bardziej mnie ujmowało z włączonym Crossfeed i Equalizerem (w moim przypadku zupełnie wyjątkowa sytuacja), następca już nie przejawiał tej tendencji, można z nim było używać albo nie. W sumie od pojedynczego nagrania (jak to uważnie sprawdziłem) zależało to podobanie „z” lub „bez”, przy czym „bez” było stanem częstszym odnośnie obu poprawiaczy. W każdym niemal przypadku nie podobało mi się natomiast użycie cyfrowego remasteru, i to zarówno odnośnie podbicia próbkowania PCM do 384 kHz, jak transformacji PCM w DSD.
Porównanie z Astell & Kern KANN ULTRA
Nie mając SP3000, zmuszony byłem porównać do tego, czym dysponowałem. I tu sprawy jak następuje: flagowiec podawał brzmienie kładące większy, znacząco większy nacisk na wyraźność, odcinanie od tła, separację, trójwymiarową obróbkę, kontrast i brzmieniową dosadność. W zauważalnie większym stopniu posługiwał się też pogłosami, jako narzędziem opisu pozwalającym modelować, podkreślać i na wszelkie inne sposoby wyzyskiwać efekt dodatkowego wymiaru, trochę też przy okazji zaciekawiać poprzez lekkie odrealnianie. W porównaniu z tym brzmienie o przeszło połowę tańszego KANN ULTRA jawiło się jako bardziej scalone postaciowo, nie szukające takich kontrastów, tak wybijającej się separacji, takiego malowania echem i tak radykalnej wyraźności. Okazywało się bardziej malarskie niż fotograficzne w obrazowaniu konturów, nie dramatyzowało tak czernią tła i na nią rzucaną mocną barwą. Dźwiękowe plamy bardziej się scalały, koherencja jako jedność brzmieniowa nie czuła obowiązku ustąpienia drastycznie ostrej, separowanej i kontrastowej wizualizacji, sama stanowiąc wartość artystyczną. I nie powiem, to bardziej jednolite wyrazowo brzmienie o mniejszej dozie dosadności jak najbardziej do mnie trafiało, nie czułem konieczności przenoszenia się zaraz na SP4000, nie czułem nawet takiej potrzeby.
Być może gdybym użył słuchawek mniej obiektywnych i perfekcyjnych od Susvara Unveiled, taka potrzeba by zaistniała, ale ponieważ, jak na razie, one są referencją, wyrokuję na ich podstawie. Tak, owszem SP4000 miał swoje niezaprzeczalne atuty wyliczone powyżej. Do czego dochodziło nie tylko poczernienie, ale także uspokojenie tła w stylu tak zwanej aksamitnej ciszy, która nie miała aż wymiaru podawanej onegdaj przez bateryjny wzmacniacz Bakoon, lecz niewątpliwie przejawiała siebie w dającym się dostrzec stopniu. Tym niemniej spójność i malarskość wizji muzycznej u KANN ULTRA też miała swoje walory, zależy co się woli.
[3] Przymiotnik „papierowy” kojarzy się pejoratywnie – papierowy bohater czy ktoś blady jak papier to nie są komplementy. Podobnie źle się kojarzy cokolwiek istniejącego wyłącznie na papierze, dobrze natomiast się kojarzą papierowe pieniądze. W rewirze audiofilskim niedawno zaistniały papierowe pady słuchawek ze specjalnego papieru washi – i one dobrze się sprawują. Od dawien dawna zaś istniały papierowe membrany głośników, których brzmienie, obok tubowego i wstęgowego, najbardziej mnie fascynuje.


















Ciekawa recenzja. Czy tak z pamięci jest Pan w stanie ocenić postęp w jakości dźwięku pomiędzy SP 1000 / 2000 / 3000 / 4000 ?
Nie wiem czy jestem. Wydaje mi się, że pomijając siłę wzmocnienia nie jest on jakiś spektakularny, choć pewien niewątpliwie jest. Już AK100 bardzo mi się podobał, nie zostawiając gigantycznego obszaru na dalszą poprawę. Ale może za bardzo lgnę do stylu lampowego i nie umiem docenić.