Topowe kable zasilające – porównanie

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_006_HiFi Philosophy   O kablach pisałem już kilka wstępów, także jeden o zasilających, tak więc nie widzę powodu raz kolejny wprowadzać w tematykę. Ale że temat to wciąż kontrowersyjny, mimo iż ostatnimi czasy polemiki trochę przygasły, pozwolę sobie rzucić jedną uwagę. Otóż zanim przystąpiłem do porównań, zadzwoniłem do Zakładu Fizyki Ciała Stałego Uniwersytetu Jagiellońskiego i odbyłem rozmowę na temat ewentualnego wpływu na brzmienie przewodów zasilających z jednym z tamtejszych profesorów. Zacząłem od przedstawienia problematyki i wiążących się z nią wariacji cenowych, a także od pytania o stosunek do muzyki. Pan profesor okazał się miłośnikiem muzyki poważnej, a sam temat był mu, o dziwo, dobrze znany. Po konkrety związane z przewodzeniem prądu oraz jego jakością w różnych przewodach odesłał mnie wprawdzie do wydziałów elektroniki AGH i Politechniki Krakowskiej, jako że sam zajmuje się nadprzewodnictwem wysokotemperaturowym – a ta z kolei problematyka jeszcze do audiofilskiego sprzętowego repertuaru nie weszła – ale ze swej strony zauważył, że wpływ kabla zasilającego na brzmienie jest oczywisty i wiąże się z dwoma zagadnieniami: samą jakością przewodzenia, oraz przenikaniem zewnętrznych zakłóceń. Tak więc, wbrew opinii niektórych „znawców”, wpływ kabli zasilających na jakość odtwarzanej muzyki jest dla naukowców sprawą oczywistą, jak się mój rozmówca wyraził, a nie jakąś bzdurą.

Z wydziałami elektroniki już się wprawdzie skontaktowałem, ale że okres mamy noworoczno-karnawałowy, pora na spotkania i wywiady nie jest odpowiednia i ten temat musimy odłożyć do następnej okazji. Czas teraz przystąpić do konkretów i przedstawić uczestników porównań. Przedstawienie odbędzie się w kolejności alfabetycznej.

 Acoustic Zen Gargantua II

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_007_HiFi Philosophy

No i jest – kablowe Verdum na łamach HiFi Philosophy.

Wiele lat temu czytałem w polskiej prasie branżowej recenzję pierwszej wersji tego przewodu, która była tak entuzjastyczna, że już chyba bardziej nie można. Wynikało z niej, mówiąc rubasznie, że kto nie powiesił swego wzmacniacza na Gargantui, sam się powinien powiesić z rozpaczy. A zauważmy, że rubaszność i Gargantua to niemal synonimy, bowiem jest to imię rubasznego olbrzyma-sybaryty, bohatera średniowiecznych powiastek ludowych, uwiecznionego w skandalizującej powieści François Rabelais Gargantua i Pantaqruel. Słyszałem też prywatne o tym kablu opinie, a choć audiofile w rozmowach zwykli częściej krytykować niż chwalić, to jednak także prywatne na jego temat wypowiedzi były wielce pochlebne. Zwracano wprawdzie uwagę, że nie do końca jest neutralny, ale przyjemność słuchania niewątpliwie wzmaga. A słyszałem też takie, że jest najlepszy z najlepszych.

Co do samego przewodu. Kosztuje niemal siedem tysięcy za liczący 1,8 metra odcinek i nie jest najwyższym lecz drugim licząc od góry kablem zasilającym w ofercie amerykańskiego Acoustic Zen. Model wyższy i o jedną trzecią droższy to Acoustic Zen Absolute, a obiegowa opinia głosi, że siły rozkładają się w ten sposób, iż ten najwyższy – wykonany z cieńszych przewodów o przekroju 9AWG – ma przeznaczenie dla źródeł, podczas gdy Gargantua dla wzmacniaczy. Plus niewątpliwy to dla niego, bo właśnie przy wzmacniaczu będziemy testowali.

Przewód jest wymyślną plecionką o nazwie Constant Air Twist, sporządzoną ze specjalnej mieszanki miedzi i srebra o czystości 6N, mającej tajemniczą sygnaturę „Zero Crystal” i powierzchnię przekrojową 7AWG, czyli 3.665 mm². (Im mniejsza liczba przy AWG, tym średnica przekroju większa.) Kabel jest gruby, ale w miarę jeszcze giętki, tak więc da się go wygiąć, choć nie jest pod tym względem specjalnie uległy. Wtyki to Neotech o rodowanych stykach, a izolacja została podwojona i nosi oznaczenie TPO klasy CL3. Połączenie przewodów z wtykami zrealizowano za pomocą potężnych, śrubowo skręcanych obejm, pozwalających unikać degradacji sygnału związanej z lutowaniem albo niedostatkiem powierzchni stykowej, a sam producent kładzie szczególny nacisk na eliminację zakłóceń związanych z częstotliwością samego prądu, czyli w Europie dla pasma 50 Hz.

 

Acrolink 7N-PC9500

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_002_HiFi Philosophy

Polem bitwy będzie listwa zasilająca PowerBase HighEnd.

Oto najnowsze wcielenie topowego kabla zasilającego od japońskiego Acrolinka, poprzedzonego co do obecności rynkowej wywołującymi wokół siebie wiele szumu modelami 9100 i 9300. Nie brakuje opinii, że jest to godny ich spadkobierca, będący najlepszym kablem zasilającym na świecie, ale spośród tutaj testowanych jedynie Harmonix tak o sobie nie twierdzi, grzecznie ustępując miejsca własnej firmy modelowi szczytowemu. (O Gargantui niektórzy utrzymują, że jest lepszy niż szczytowy Acoustic Zen, a nie ulega wątpliwości, że jest lepszy dla wzmacniaczy.) Przewód PC-9500 wykonano z kabli miedzianych czystości 7N, określonych jako powstałe w uszlachetniającej technologii „stress-free” i we współpracy z Mitsubishi Cable Industries Ltd., z wykorzystaniem technologii kosmicznych i militarnych, w których firma ta się specjalizuje. Wtyk i gniazdo to najwyższe karbonowe Furutechy, a reszta pozostaje tajemnicą, jeśli nie liczyć ceny, która opiewa na 20 tys. PLN.

 

Harmonix X-DC350M2R

Testowany tu przewód Harmonixa, podobnie jak Gargantua, nie jest najwyższy tylko drugi w ofercie, ale od najwyższego modelu X-DC Studio Master „Million” dzieli go nie trzydzieści procent, ani nie tytułowy milion, tylko siedmiokrotność ceny. Harmonix „Million” jest bowiem chyba najdroższym kablem zasilającym na świecie (a przynajmniej o droższym nie słyszałem), kosztującym 39 tysięcy PLN za odcinek długości 1,5 metra, choć to i tak taniej niż jeszcze niedawno, jako że wszystkie przewody Harmonixa staniały ostatnio o ponad 20 procent, co jak na dzisiejsze czasy cen wędrujących nieustająco w górę, jest nader korzystną odmianą. Zarazem podobno jest ten „Million” kablem rewelacyjnym, bijącym wszystkie inne, jak utrzymywał pewien tester, ale osiągalnym w sensie pełnego okablowania systemu raczej jedynie dla miliarderów. Recenzowany X-DC350M2R ma się jednak także czym szczycić, albowiem jest używany w studio nagraniowym JVC, w którym powstają szeroko znane najwyższej jakości płyty XRCD. Stanowi owoc wieloletnich prac rozwojowych i najbardziej popularne kablowe dziecko japońskiej Combak Corporation, skupiającej sławne marki Harmonix i Reimyo.

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_004_HiFi Philosophy

Rozpiętość cenowa jest ogromna – od 5,5 tyś. złotych, do aż 31… Ale każdy z nich uchodzi za legendę w tym segmencie, więc szanse są wyrównane.

Kosztuje obecnie, po obniżce, 5650 PLN za 1,5 metra, a wykonany jest z miedzi beztlenowej (OFC) z użyciem rodowanych wtyków amerykańskiego Wattgate. Więcej o konstrukcji wewnętrznej ani sposobie izolacji się nie dowiemy, bo główny konstruktor i właściciel Combak Corporation – Pan Kazuo Kiuschi – nie zdradza swoich sekretów. Parodiując Szekspira można powiedzieć – reszta jest słuchaniem.

Shunyata Anakonda ZITRON

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_015_HiFi Philosophy

O wyniku starcia rozstrzygać będą niezawodne AKG K1000…

Amerykańska Shunyata to marka-supernowa, powstała stosunkowo niedawno, chociaż licząca już trzynaście wiosen. Ale przede wszystkim mająca wyjątkowo spektakularny debiut dzięki kondycjonerom Hydra, które momentalnie zawojowały rynek i zdobyły światową sławę. W dodatku sławę okrytą nimbem tajemniczości, jako że był w tych Hydrach odpowiedzialny za poprawę brzmienia tajemniczy, magiczny proszek kosmiczno-militarny, co niczym pył ze skrzydeł wróżki Dzyń w przygodach Piotrusia Pana umożliwiał czarodziejskie wzloty, tyle że w tym wypadku dźwięku. Wraz z ową mityczną Hydrą pojawiły się też kable sieciowe Anaconda, co w swych wężowych splotach podobnie czynić jęły prąd dla dźwięku bardziej przyjaznym, na czym poznało się wielu, tak więc są to teraz kable używane przez między innymi takie firmy jak Audio Research, Jeff Rowland, JM Lab oraz Wilson Audio, a także przez studia nagraniowe Sony Music, Philips i Lucasfilm.

Recenzowana tu Anakonda ZITRON to najnowsza, trzecia już, wersja sławnego pierwowzoru Helix Alpha, przy czym w odróżnieniu od Harmonixa producent nie szczędzi szczegółów technicznych. Dowiadujemy się zatem, że jest to przewód wykonany z miedzi o czystości CDA-101, czyli najszlachetniejszej spośród szlachetnych, a następnie całościowo poddany kriogenizacji. Najważniejsza jest jednak sama nowo opracowana technologia Zitron, pozwalająca rugować wewnętrzne interakcje pól magnetycznych oraz efekt naskórkowości, dzięki czemu sygnał pierwotny nie ulega żadnemu osłabieniu ani zakłócaniu. Jest to zatem coś w rodzaju próby uzyskania nadprzewodnictwa bez samego nadprzewodzenia, co dokonuje się dzięki tak zwanej geometrii VTX, dzięki której pola elektryczne i magnetyczne pochodzące od różnych warstw przewodzących nawzajem się znoszą, a o czym można poczytać szerzej na stronie producenta. Specyficzne są także wtyki Venom, produkowane na zamówienie i ekskluzywne dla marki Shunyata, pozbawione jakichkolwiek ferromagnetyków, gdyż w całości wykonane z z poliwęglanu i mające styki z litego mosiądzu pokrytego galwanicznie mieszanką rodu i srebra. Za wszystko to przychodzi dość słono zapłacić, ale i tak o ponad połowę mniej niż w niektórych innych przypadkach, jako że mierzący 1,8 metra odcinek Anacondy Zitron kosztuje 14 tysięcy PLN. O samym przewodzie trzeba jeszcze dodać, że jest gruby, jednak niezbyt ciężki, a przy tym elastyczny, dzięki czemu implementacja okazuje się łatwa. Uważać trzeba jedynie na sporą sprężystość, bo mocno odgięty potrafi przy wyjmowaniu wystrzelić.

 

Siltech Royal Signature Ruby Double Crown

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_013_HiFi Philosophy

…regulowane docelowym urządzeniem naszych wijących się oponentów – Twin-Headem Mark III.

Siltech Royal Double Crown to jak na razie najwyższy model kabla zasilającego holenderskiego Siltecha, chociaż zapowiadana jest już wyższa seria Triple Crown. Nazwę ma bezdyskusyjnie najdłuższą, a cenę spośród porównywanych najwyższą, bo za 1,5 metrowy odcinek przychodzi zapłacić 7233 euro, czyli licząc po kursie bieżącym 31 tysięcy PLN. Przewody także ma wyjątkowe, sporządzone ze stopu srebra ze złotem, przy czym srebra jest w nich o wiele więcej i ma ono strukturę krystaliczną przy czystości samego surowca aż 8N. Przewody są wielożyłowe, splatane i opatulone wyjątkowo grubą izolacją pochodzącą od Du Pont. Kilkanaście centymetrów przed obiema wtyczkami pojawiają się metalowe puszki, prawdopodobnie z magnezowego stopu, za którymi kabel staje się cieńszy i wpada do najwyższych spośród oferowanych, karbonowych wtyków Furutecha. Wyróżnikiem jest grubość, łącząca się, o dziwo, z dużą elastycznością, a także wyjątkowa ciężkość, każąca domyślać się sporej ilości tego srebra ze złotem.

Testy

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_016_HiFi

Elektryzujące starcie czas zacząć!

   Piątka topowych kabli zasługiwała na szacunek w podejściu testowym, tak więc sięgnąłem po system odsłuchowy z tych maksymalistycznych. Wiele osób wyznaje pogląd, że test taki powinien się odbywać w oparciu o listwę a nie kondycjoner, a choć nie widzę powodu by się tego trzymać (po cóż w takim razie te kondycjonery?) sięgnąłem właśnie po listwę. Tak dla świętego spokoju, żeby nie było uwag, bo w końcu wszystko jedno i liczy się przede wszystkim sam kabel, a nie to co go poprzedza, byłe tylko to coś poprzedzające było odpowiedniej jakości i nie preferowało któregoś z zawodników. Listwa w tym wypadku była nie byle jaka, bo kosztująca 15 tysięcy, a produkowana na zlecenie i w dystrybucji krakowskiego Nautilusa. Zwie się Power Base High-End i frezowana jest z aluminiowego monolitu oraz kablowana wewnętrznie tymi samymi przewodami Acrolink 7N-PC9500, których przedstawiciel wziął udział w konkursie. Zaopatrzono ją także w najlepsze gniazda i wtyk Furutecha, a waży, bagatela, ponad pięć kilogramów i jeszcze posiada specjalną antywibracyjną podstawę od  Acoustic Revive. Jako toru odsłuchowego użyłem słuchawek AKG K1000 z kablem Entreq Atlantis, napędzanych przez własny system wzmacniający, czyli znany do znudzenia wszystkim czytelnikom HiFi Philosophy przedwzmacniacz ASL Twin-Head Mark III i końcówkę mocy Croft Polestar1 (oba urządzenia gruntownie zmodernizowane), czemu służył za dawcę sygnału odtwarzacz Accuphase DP-700, postawiony nie tylko na stoliku Power Base, ale dodatkowo na platformie antywibracyjnej ROGOZ AUDIO  3RP1/BBS, co w przypadku słuchania na słuchawkach nie miało wprawdzie większego znaczenia, ale ładnie wyglądało, a w przyszłych odsłuchach głośnikowych przyda się z pewnością. Tor był zatem ten sam, poza źródłem i listwą, co w przypadku testu kabla zasilającego KBL Sound.

Trzymajmy się kolejności alfabetycznej, tak więc na pierwszy ogień rusza przewód od Acoustic Zen. Nim to jednak nastąpi, muszę się na początek poskarżyć. Strasznie dużo zachodu kosztowało zgromadzenie tej piątki, a właściwie szóstki, jako że listwa podpięta była do ściany także kablem Acrolink 7N-PC9500. Nie będę wchodził w szczegóły, ale efekt był taki, że wszyscy przebywali u mnie jednocześnie raptem przez jeden dzień. Okazuje się bowiem, że kable tego rodzaju są rozchwytywane, a z uwagi na cenę dystrybutorzy nie mają wielu. Tymczasem klienci często okablowują całe systemy i życzą sobie kilku egzemplarzy. W efekcie niektóre przewody przyjeżdżały i zaraz musiały wybywać, a potem, po powrocie, innych z kolei nie było. I trwała taka przepychanka dość długo, ale na koniec wszyscy się zeszli i jeden dzień raczyli przebywać. A to oznaczało odsłuch totalny, pod koniec którego zataczałem się ze zmęczenia. Ale co to czytelników obchodzi? Chciałeś, to masz. Obchodzi ich za to czym pospinany był sam system, bo przecież i on musiał mieć kable zasilające, a zapomniałem napisać. No więc Accuphase był podpięty kablem Shunyata Alpha Digital ZITRON, specjalnym dla źródeł cyfrowych, który muszę mocno pochwalić, ponieważ spisał się wyśmienicie. To kabel obiektywista, który skutecznie ujął znanemu z ciepłego grania odtwarzaczowi nadmiaru ciepła, a jego brzmienie uczynił wyjątkowo eleganckim i naturalnym, co przyjąłem z wielką satysfakcją. Croft natomiast podpięty został kablem Harmonix X-DC2-R AC, przede wszystkim dlatego, że ma ograniczony dystans pomiędzy gniazdem zasilającym a gniazdami interkonektów, tak więc największe wtyki się tam nie mieszczą. Trzeba będzie to kiedyś przerobić, ale ten kabel jest w porządku i na pewno nie psuł całości. Twin-Head był zaś głównym aktorem testów od strony sprzętu, jako że to jemu podpinane naprzemiennie były testowane przewody, tak więc w jego przypadku problem znalezienia kabla zasilającego nie istniał. Na koniec rzucę jeszcze, że wypadałoby też użyć jako punktu odniesienia zwykłego kabla komputerowego, ale to uczyniłem w teście KBL Sound, i kto chce poznać na temat tego rodzaju kabli moją opinię, powinien tam zajrzeć. A teraz zaczynajmy kablowe Verdun.

Acoustic Zen Gargantua II

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_019_HiFi Philosophy

Acoustic Zen Gargantua II

   No więc alfabetycznie, a zatem Gargantua, sprytnie poprzedzona nazwą firmy na A. To właśnie ten olbrzym-sybaryta sprawił, że test musiał się odbyć jednego dnia, bo ktoś zamówił aż cztery sztuki, wyczytawszy, że szczególnie pasują te kable do elektroniki T+A, którą też nabył. Trudno, jeden dzień też będzie dobry. Gorzej, gdyby żadnego nie było. Ktoś powie: Co za problem? W ten dzień trzeba było Gargantuę przerobić, a resztę sobie potem. Ale nie ma tak łatwo w recenzenckim świecie. Kolejnego dnia inne urządzenie musiało wejść na tapetę, bo też zawitało na chwilę, a do tego miało swoje nadzwyczajne wymogi, jako że wymaga specjalnego programowania. O tym będzie w teście następnym, a teraz, po gorzkich żalach, Gargantua.

W momencie gdy siadałem do odsłuchu, nie wiedziałem jeszcze, że na wszystko będę miał dzień jeden, i myślałem jak wyżej, że resztę sobie potem. A potem zamiast reszty zadzwonił telefon – i trach, zmiana planu. Ale rano jeszcze tego nie byłem świadom, tak więc odczekawszy aż się system rozgrzeje rozsiadłem się z Gargantuą. Piszę to tylko po to, by powiedzieć, że są trudności, ale jest i nagroda. Bo zasiadłem i się zasłuchałem. To naprawdę nieczęsto się zdarza, bo chociaż stale słucham czegoś ciekawego, to jednak co ciekawe, to ciekawe, a co niesamowite, to niesamowite. Jest taki moment przejścia, a w każdym razie sam go doświadczam. Moment dotarcia do niesamowitości, za której progiem pytania przestają być ważne i aż zmuszać do nich się trzeba. Bo tak gra, jak narkotyk. Człowiek znajduje się w innym świecie, samym dźwiękiem przeniesiony w inny wymiar. Nie tylko wymiar muzyki, ale wymiar całej obecności gdzie indziej. Obecności całkowitej, perfekcyjnej, spełnionej. No i to właśnie dopadło mnie tamtego poranka i parę godzin trzymało. A potem rozdzwonił się telefon i wytrzeźwiałem.

Jak gra Gargantua? Czy gra w ogóle? Czy taki kabel coś zmienia? Otóż zmienia kompletnie i potrafi przenieść od niechęci do całkowitego zapamiętania. Ale to potrafili wszyscy uczestnicy testu bez wyjątku, chociaż każdy w inny sposób. Bo powiedzmy od razu: nikt nie zawiódł, wszyscy spisali się znakomicie, a jednocześnie każdy zaprezentował co innego. Czasami te różnice były zasadnicze i natychmiast oczywiste, a czasami tego rodzaju, że chociaż słychać było odmienność, nie można było jej zdefiniować. A wówczas trzeba się długo wsłuchiwać, by oczywistość sensoryczna mogła zamienić się w językową i racjonalną. Ale o tym za chwilę, a teraz o własnościach samego Gargantui, który bardzo przewrotnie końcówkę ma żeńską, a naprawdę jest wielkim samcem.

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_022_HiFi PhilosophyGargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_028_HiFi PhilosophyGargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_011_HiFi Philosophy

 

 

 

 

Gargantua ma jedną rzecz absolutnie rewelacyjną, a w każdym razie miał taką w testującym systemie. Otóż sprawia, że wykonawcy zyskują temperaturę dokładnie 36,6 ºC. To się znakomicie wyczuwa. Pojawiający się ludzie są dokładnie tacy jak w życiu. Nie rozgorączkowani, ani nie wyziębieni, tylko tacy jak my sami. Kiedy się wsłuchać i im się przyjrzeć, jasne to jest i oczywiste. Ale i bez wsłuchiwania, z samego powierzchownego kontaktu z pominięciem racjonalizacji, odczuwa się tę naturalną obecność i przekłada się ona na rewelacyjny odbiór. Żaden z pozostałych kabli nie trafiał w temperaturę z taką dokładnością.

Prócz tego Gargantua świetnie nasyca muzykę barwą i substancją. Nie przesadza z tym, tylko także jest naturalna. Pierwszy plan stawia blisko, dźwięki czyni dużymi i dynamicznymi, a to wszystko co składa się na niuansowość i perfekcję techniczną wynosi na czysto high-endowe wyżyny. Z wielką satysfakcją przysłuchiwałem się oklaskom i sam miałem ochotę zaklaskać, bo rozbicie na dłonie i wizualizacja tych dłoni były na mistrzowskim poziomie. Ale największe wrażenie robił wokal. Żadna nowina, skoro zostało już powiedziane, że temperaturę ciała ustawiał ten kabel najdokładniej. A wraz z tym pojawiał się autentyzm, bo ani nie grzało kaloryferowym ciepłem, ani nie wiało od otwartego okna. W efekcie pojawiała się wyjątkowa obecność, a słuchacz czuł całym sobą, że to jest właśnie to, że tak wygląda ideał odtwórczy ludzkiej postaci. Wraz z tym odchodził na bok dylemat smutku i radości, tak często przeze mnie rozpatrywany. Nie było problemu z oddaniem jakiegoś nastroju, tylko dominował autentyzm. Bo tak utrafiona temperatura oznacza brak czegokolwiek pogłębiania. Ani smutek nie stawał się przesadnie smutny i do innych nastrojów się nie mieszał, ani radość nadmiernie egzaltowana, rażąca przesadą i psująca efekt nostalgii czy zadumy. Cały czas miało się przeświadczenie: Oto żywy człowiek i taką w tej chwili przejawia nastrojowość.

Jednocześnie kabel Gargantua bardzo jest zaangażowany, czy mówiąc dokładniej, jest taki system nim się posiłkujący. Nic tu nie ma z laboratoryjności, obiektywizacji, samych popisów technicznej dokładności. Wszystko jest ludzkie i po ludzku przekazane. Ma podmiotowy i uczuciowy charakter. A jednocześnie żadnej przesady, żadnej nadmiernej ekscytacji. Test normalnej mowy kabel zdał celująco.

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_017_HiFi PhilosophyGargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_020_HiFi PhilosophyGargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_023_HiFi Philosophy

 

 

 

Ponieważ od Gargantui zaczynałem słuchanie, mogłem się przy jego udziale przysłuchiwać zmianom zachodzącym w systemie podczas kolejnych godzin pracy lamp. Tu obserwacja jest taka, że w pierwszej godzinie było trochę za ciepło, tak więc dopiero z czasem ustala się ta idealna temperatura. Poza tym początkowo było w przekazie za mało powietrza. Saksofon wspaniale wibrował i miał piękną chropawość, a praca ustnika była pokazana na medal, ale sam podmuch miał nieco za mało właśnie dmuchania. I to się jednak z czasem zmieniło, co oczywiście odebrałem z wielką satysfakcją, bo właśnie na to czekałem i na to miałem nadzieję. Pojawiło się powietrze, i to w dużej ilości, a temperatura ustaliła w punkcie optimum.

Poza tym pasmo odwzorowywał Gargantua spójnie i bardzo szeroko; z popisowymi sopranami o naturalnej ostrości i piękną artykulacją przestrzeni wewnętrznej bębnów. No i przestrzeń. O niej to trzeba powiedzieć, że pierwszy plan był bliski, ale jednocześnie doskonale zachowana umiejętność ukazania jak dźwięki odchodzą i gubią się w dali. Inni potrafili ukazać lepszą holografię, ale samą dal i szeroki horyzont potrafił Gargantua odtwarzać bardzo dobrze. Poza tym przestrzeń ta była organiczna i spójna. Bardzo ożywiona i z zachodzeniem na siebie dźwięków a nie separowaniem źródeł. Pojawiała się na niej jednolita muzyka a nie muzyczne to tu, to tam. Wraz z osobowym charakterem tego wszystkiego tworzyło to fantastyczną całość, której nie sposób było się oprzeć. Chcę Gargantuę! Natychmiast! Ale że życie jest przekorne, ten kabel wybył jako pierwszy.

Acrolink 7N-PC9500

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_032_HiFi Philosophy

Acrolink 7N-PC9500

Z Acrolinkiem była przygoda. Zgodnie z alfabetem sięgnąłem po niego w następnej kolejności i zrazu pokazał diametralną inność. Chłodniejszy był, zdystansowany, gładki i perfekcyjny, a nade wszystko obojętny. Ale to się szybko zaczęło zmieniać, a wyczuwszy zmiany pozwoliłem mu pograć godzinę, wykonując w międzyczasie telefon do dystrybutora z pytaniem o wygrzanie. Bo z kolei Acrolink najdłużej kazał na siebie czekać, gdyż z jakichś odsłuchów wracał, a listwa dopiero powstawała. Okazało się, że grał już trochę, ale niewiele, tak więc trzeba to mieć na uwadze. Niewątpliwie z wszystkich uczestników porównań przebieg miał najmniejszy, a to na pewno nie było bez znaczenia. Ale czasu na grzanie nie było i godzina musiała wystarczyć. Nie wiem czy to wszystko ma związek z wygrzewaniem, czy też system musiał chwilę ograć się z nowym przewodem; faktem jest, że po godzinie Acrolink się przeistoczył, zastępując chłodnawą, gładką obojętność ciepłem i chropowatością. Powiedzmy dokładniej: on przede wszystkim gra gładko, dając poczucie wypolerowania dźwięku, ale jednocześnie, gdy trzeba, potrafi nadać teksturom bardzo wyraźnej chropowatości i jest to bardzo interesująca mieszanka, rzadko spotykana. Ów melanż gruzełkowatości i gładzi szczególnie jest miły w odbiorze i na duży plus go trzeba przypisać. Pod tym względem Gargantua jest bardziej jednolity i gdy go słuchać, nie myśli się o fakturze.

Kiedy już – nazwijmy to – Acrolink się rozegrał, jego przekaz do tego co prezentował uprzednio Gargantua bardzo się zbliżył, tak więc spore przeciwieństwo zamieniło się w spore podobieństwo. Temperatura okazała się bardzo zbliżona, podobne było operowanie światłem, choć u Acrolinka odrobinę bardziej było ono połyskliwe. Ale przez to wcale nie jaśniejsze, a z różnic dawał się zauważyć minimalnie dalszy u Acrolinka pierwszy plan, silniejsze akcentowanie tego co na planach dalszych i nieznacznie większa całościowa przestrzeń, głównie za sprawą tego właśnie mocniejszego akcentowania tła zdarzeń. Ale nie tylko. Acrolink jest odrobinę chłodniejszy; i już to wystarczyło, żeby głosy stały się mniej uczuciowo zaangażowane, a całościowa atmosfera nabrała cech plenerowych a nie klubowo-intymnych. Te same produkcje brzmiały bardziej jak w kościele albo teatrze, przemawiając z większego dystansu i przenosząc widza do większych wnętrz. Trochę to było całościowo podobne do różnic między nowym a starszym odtwarzaczem  flagowym Accuphase. Gargantua był jak DP-800, z jego ciepłym, bardziej swojskim klimatem, a Acrolink jak perfekcyjny DP-900.

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_044_HiFi PhilosophyGargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_045_HiFi PhilosophyGargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_046_HiFi Philosophy

 

 

 

 

Towarzyszyło temu to przejawiające się często poczucie wypolerowania dźwięku, a także śladowo większa rozdzielczość. Naprawdę śladowo, ale rozbicie na poszczególne dłonie i separacja klaszczących były u Acrolinka mocniejsze, a także ogólna separacja źródeł. U Gargantui dominowało poczucie koherencji i organiczna więź obejmująca całą scenę, a Acrolink bardziej źródła separował, mocniej ukazując między nimi dystans. Trzeba też pamiętać o jeszcze jednej różnicy. Gargantua to kabel tylko do wzmacniaczy, podczas gdy Acrolink jest kablem uniwersalnym, doskonale pasującym także do źródeł. I jeszcze jedno – Acrolink mocniej akcentował soprany i nieznacznie wyżej pod względem tonacji stawiał średnicę. Ale największa różnica dotyczyła relacji między pierwszym a drugim planem. Acrolink, tak samo jak na przykład Omegi Staxa, doskonale obrazował to co dalsze, czyniąc te dalekie zdarzenia większymi i bardziej czytelnymi. Nie skupiał się głównie na pierwszym planie, ale mocno akcentował też dalsze.

Generalizując opinię o tym kablu można powiedzieć, że w sposób bardzo udany łączy walory subiektywne z obiektywnymi. W porównaniu z nim Gargantua to przewód głównie subiektywny, stawiający na osobowy charakter muzyki i bezpośredni kontakt emocjonalny z odbiorcą. Acrolink też to potrafi, ale jednocześnie za sprawą większej separacji źródeł, większej podzielności uwagi w odniesieniu do dalszych i bliższych muzycznych planów, a także dzięki wygładzaniu dźwięków i śladowo, ale jednak większej rozdzielczości, daje często poczucie laboratoryjnej precyzji i boskiego oglądu. Jego przekaz nie jest wyłącznie osobisty, lecz posiada też akcent obiektywizującej perfekcji, która ma nie tylko ludzki ale i bardziej absolutyzujący wymiar. Jest w nim coś z pomnikowości czy matematycznej perfekcji, a nie tylko sama żywa muzyka i same emocje. Bywa namiętny, ale bywa także wyniosły. Pisząc to oczywiście przesadzam, używając za dużych słów. Ale to są w tych kierunkach idące różnice, a mniejszych słów na ich opisanie nie mam.

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_047_HiFi PhilosophyZ tym wszystkim okazał się Acrolink rewelacyjny do muzyki rockowej. Wspaniała rozdzielczość i separacja podnosiła jakość słabo zwykle nagranych rockowych płyt, a lekki uczuciowy indyferentyzm potęgował nastroje wrogości i buntu. Do tego bas-gigant (tak samo jak u Gargantui), a wyśrubowane soprany podkreślały gitarowe sola. Słuchałem i się nie mogłem oderwać. Taki rock mieć zawsze na zawołanie … Chcę Acrolinka!

Harmonix X-DC350M2R

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_033_HiFi Philosophy

Harmonix X-DC350MR2

   Harmonix i Gargantua to kable wyraźnie tańsze od reszty, a jednak nie ustępujące. Oba miały przy tym ten sam rys osobistego związku słuchającego z wykonawcami, podczas gdy wszystkie droższe wykazywały jednoczesną tendencję do obiektywizacji. Czy coś takiego pojawia się wraz z bardziej oczyszczoną miedzią i srebrem, tego nie wiem, ale na podstawie tych akurat porównań można się kusić o taki wniosek. Bowiem Harmonix znów stawiał na osobisty kontakt i emocjonalną bezpośredniość. Kabel jest świetny i zdecydowanie lepszy od swego tańszego brata, tego wpiętego w Crofta. Tak więc jeżeli ktoś rozważa zakup tego lub tego, dywagując cenowe różnice, to moim zdaniem warto wykosztować się na droższego Harmonixa.

O samym kablu można powiedzieć, że wraz z nim wracamy do gorącej atmosfery i bezpośredniej bliskości. Z porównywanych był najcieplejszy. Ale jakże przyjemnie. Bo nie tylko ciepły, a czasami nawet gorący, jakby rozpalała go żądza, ale także znakomity ogólnie. Samo  ciepło jest bowiem puste emocjonalnie; i kiedy zostaje tylko ono, staje się okropnie. Jak ciepła woda – nie nadaje się to do picia. Trzeba być naprawdę spragnionym, żeby się za nią brać, bo żadna z tego nie wynika przyjemność poza samym fizjologicznym gaszeniem pragnienia albo żądzy słuchania muzyki. Można te pragnienia takim pustym ciepłem gasić, kiedy nic innego nie pozostaje pod ręką, ale kiedy jest wybór, odrzuca się te opcje w pierwszej kolejności. Bo nawet czysta woda jest dużo przyjemniejsza, gdy chłodna. No chyba, że kogoś zagnało akurat pod biegun. Ale nie rozmawiamy tu przecież o wodnistej muzyce, tylko o winach z najlepszych apelacji, bo po to są te kable za wiele tysięcy, by bukiet był przebogaty oraz smakowo pełny. I taki bukiet od Harmonixa dostajemy. Nie tylko samo ciepło, ale także bogactwo i esencję.

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_036_HiFi PhilosophyGargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_037_HiFi PhilosophyGargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_038_HiFi Philosophy

 

 

 

 

Że świetny to kabel, słychać momentalnie, i nie ma co do tego cienia wątpliwości. Dalekie plany nie są wprawdzie tak dalekie jak na Acrolinku, ale wciąż bardzo czytelne i z dobrą perspektywą. Nie ma śladu tendencji do obiektywizacji i zobojętnienia. Jest wyłącznie ciepło i zaangażowanie. A także podobna jak u Gargantui koherencja dźwięków, bardziej ciągnąca je ku sobie niż rozsuwająca źródła. Przy tym bas znów potężnie wyrażony, soprany strzeliste i przestrzenne, a cała tonacja osadzona na mocnej, wyeksponowanej i przyjemnie ciepłej średnicy. Jednocześnie znów fantastyczna rozdzielczość; o włos tylko słabsza niż u Acoustic Zen, a więc zgodnie z prawem przechodzenia, słabsza też niż u Acrolinka, ale to wszystko bliżej niż dalej granicy percepcji. Naprawdę mocno się trzeba skupić i uważnie wsłuchiwać, by wyłapać jakiekolwiek pod tym względem różnice. Za to słychać od razu, że rozdzielczość jest w wypadku każdego z tych kabli popisowa, choć faktycznie najlepsza u Acrolinka. W słuchaniu innym niż badawcze się na to jednak nie zwróci uwagi. Widać tylko będzie, że Acrolink bardziej eksponuje to co dalsze i odsuwa od siebie źródła. Czuć też będzie, że ma minimalnie niższą temperaturę niż Gargantua i wyraźnie niższą niż Harmonix. Ale wcale nie zimną. Ani trochę. Pół może stopnia niższą niż idealnie trafiający w punkt Acoustic Zen. Poza tym Acrolink był za mało grany, więc nie wiadomo jak jest z nim w stanie ostatecznym. Może jest nawet gorący?

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_039_HiFi PhilosophyGdy zaś chodzi o Harmonixa, to dominantą jest ciepło i atmosfera przyjaźni: Gorące klimaty, namiętne wokalistki, wir, żywioł, złociste połyski trąbek. W efekcie świetny jazz i świetna muzyka rozrywkowa. Zarazem bez słodzenia. Żadne tam ciasteczka. Muzyka jest przejrzysta, a dźwięki nie z cukrowej waty. Tyle że sama atmosfera gorąca, przy zachowaniu wszystkich atrybutów high-endu. Ze znakomitą umiejętnością łączenia delikatności z potęgą, jako że dobre wypełnienie i dociążone dźwięki nie stoją tu w żadnej sprzeczności z budowaniem delikatnych kobiecych głosów czy misternych dzwoneczków. Nic a nic najtańszy z porównywanych nie ustąpił pola. Miał tylko swój styl. Jak wszyscy pozostali. Także jego bardzo będzie szkoda, kiedy odjedzie. No a stosunek jakości do ceny miał najlepszy ze wszystkich. Nie da się ukryć.

Shunyata Anaconda ZITRON

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_039_HiFi Philosophy

Shunyata Research Anaconda ZITRON

   Jak chodzi o style, nikt nie zaznaczył swojego mocniej niż Anaconda. Ten kabel wiedzie w inny muzyczny świat. A wiedzie zawiłą ścieżką, łącząc na swoisty sposób style pozostałych i dorzucając własną osobowość. Od Gargantui okazał się minimalnie chłodniejszy, może o ćwierć stopnia, i z bliskim pierwszym planem jak u Harmonixa, a wielką sceną jak u Acrolinka. Pod innymi względami też był podobny do Acrolinka, bo też pokazywał gładkość i pomnikowość, biorące się z technicznej perfekcji. Jednocześnie był gładki, w miarę ciepły i obiektywny. Od siebie natomiast wrzucał w to wszystko przede wszystkim rozdzielczość. Tę miał najlepszą ze wszystkich, choć znów to nie była różnica makroskopowa, a poza tym w części biorąca się z separacji źródeł. Bo odwrotnie niż Acoustic Zen i Harmonix, a podobnie jak Acrolink, odsuwała Anaconda od siebie źródła dźwięku, co oczywiście czyniło obraz bardziej czytelnym. Tym jednak wszystkiego nie da się wytłumaczyć, bo pokazała też pewne dźwiękowe ślady – zarówno w liniach melodyki jak i tłach – których u innych po prostu nie było. Tak jakby paletę szarości miała minimalnie bogatszą, a pewne ślady bitowe umiała najlepiej przetworzyć w muzykę. I znów to było bardzo nieznaczne, ale kiedy się wsłuchiwać i dobierać odpowiednie fragmenty, można było coś takiego wyłapać. Lecz nie to chyba było  najważniejsze. Najważniejsza była całościowa atmosfera, a ta miała silny akcent niesamowitości. Coś było w muzyce zorganizowanej elektrycznie tym kablem, co kazało odbierać ją jako niezwykłą. Po części z tej rozdzielczości, po części z tła najbogatszego w odcienie, a po części może największej z tego, że podobnie jak Acrolink potrafi Anaconda to tło uczynić spokojnym. Ono się u niej nie mrowi, nie ma futra jak u Gargantui i Harmonixa, tylko jest niczym tafla rtęci gładkie, a zarazem otchłanne.

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_021_HiFi PhilosophyGargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_024_HiFi PhilosophyGargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_031_HiFi Philosophy

 

 

 

 

Niesamowity w sumie kabel, najgłębiej przenikający w nagrania, choć trochę nieludzki w swojej perfekcji. Nie stwarza wrażenia przyjaźni na wzór Harmonixa, ani nie oddaje personalizacji z taką naturalnością jak Gargantua, a jednocześnie wsysa słuchacza z hipnotyczną siłą. Aż się nie można oderwać, takie się budzą fascynacje i tak ten spokój połączony z perfekcją jest działający. Anaconda to nie jest wąż jadowity, co hipnotyzuje wzrokiem, ale coś z wężowej natury niewątpliwie zostało mu dane. Nie można się wyzwolić z jego muzycznych oplotów, taką ma moc działania. Odrealnioną w swej doskonałości, nadludzko doskonałą, a jednak w mierze chęci słuchania nieprzezwyciężoną. To wytrawny dyktator, niepostrzeżenie odbierający wolność. Acrolink też ma tę moc, ale poczucie niesamowitości jest u niego słabsze, bo bliżej mu do normalności, charakterystycznej dla Harmonixa i Acoustic Zena. Także z Acrolinkiem czuć gładź, super rozdzielczość i uspokojenie tła, stającego się przepastną taflą, ale chropawe ciepło i ludzkie ułomności przejawiają się z nim częściej.

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_030_HiFi PhilosophyNa bazie tego wszystkiego można dokonać rozdzielenia, o którym już wspominałem. Anaconda i Acrolink są bardziej skupione na oddaniu przestrzeni i przejrzystości, a Harmonix i Acoustic Zen na samych wykonawcach, zwłaszcza na wokalistach. Na ich materializacji i poczuciu obecności, a nie przestrzeni, w której się znajdują. Harmonix i Acoustic Zen są też cieplejsze, a tamte nieznacznie chłodniejsze, grające poprzez medium, a tym samym bardziej zdystansowane, oddając piękno o formie w większym stopniu transcendentnej i absolutnej, a nie głównie subiektywnej i interpersonalnej. To i to ma swoje zalety, jedne i drugie nastroje budzą zachwyt. Nie ma mowy o ustalaniu wyższości. Jedni bardziej są boscy i katedralni, drudzy ludzcy i bezpośredni. A jaki rodzaj prezentacji wolimy, to inna sprawa. Sam mam upodobanie do obu, tak więc tym bardziej nikogo nie będę wskazywał. Poza tym cały czas mówimy o sytuacji w pojedynczym systemie; bardzo dobrym, nawet wybitnym, ale z pewnością nie pretendującym do omnipotencji wyrokującej. Sama zaś Anaconda jest po prostu niesamowita. Siła spokoju, spokój perfekcji i mistyka transcendencji. Kosmos. Kabel dla filozofów, a więc znowu coś dla mnie, choć próbowana w innych systemach potrafiła grać ciepło i przyjaźnie. Nie da się jej rozgryźć. To kabel zagadka. Kiedy poproszą o zwrot, powiem, że już odesłałem. A nuż się nie połapią?

Siltech Royal Signature Ruby Double Crown

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_034_HiFi Philosophy

Siltech Royal Signature Ruby Double Crown

   Siltech gra we własnej lidze, bowiem nawet od Acrolinka o jedną trzecią jest droższy. A gra tam na swój sposób, nie tak bardzo swoisty jak Anaconda, ale też specyficzny w łączeniu cech. Nie wygasza tła, tylko pozostawia jego mrowienie, czyniąc szum dobrze słyszalnym, a jednocześnie jest ciepły, ówdzie chropawy, ówdzie gładki, jak również zawiesisty i gęsty. Pokazuje w równym stopniu wykonawców co otaczającą ich przestrzeń, nie wpychając ich w tę przestrzeń z taką siłą i nie tracąc tym samym z oczu; czyli mówiąc ogólnie, perfekcyjnie realizuje relacje słuchacz-wykonawca-przestrzeń.  Osoby zawieszone w jego przestrzeni wciąż pozostają indywidualnościami, nie tracąc charakteru na rzecz depersonalizacji w wielkich kubaturach. To pożyteczna umiejętność, pozwalająca łączyć obszerność z bezpośrednim kontaktem.

W całościowym odbiorze daje się jednak Siltech odczuć przede wszystkim jako ciepły, gładki w sensie gładkości samych dźwięków i intymny, wszakże najsilniejszą z jego cech jest holografia. Trójwymiarowy obraz sceny należy tutaj do podstawowych przymiotów i pod tym względem był na pewno najlepszy ze wszystkich. Zarazem zaznaczyła się rzecz dla mnie zaskakująca. Mam ten kabel u siebie od dość dawna i pamiętam go z innych konfiguracji jako nie tylko holograficzny, ale także wyjątkowo wydatny obszarowo, to znaczy nie tylko budujący popisową wieloplanowość, ale także wielki i nieograniczony areał dźwięku. Tymczasem w zestawie testującym holografia została w całej rozciągłości podtrzymana, natomiast brak było odchodzenia dźwięków w dal nieskończoną. Nawet Gargantua miała taką ekstensję, a u Siltecha nie była ona widoczna. Dźwięki zamykały się na dużym obszarze; naprawdę ogromnym, ale skończonym. Widać tak akurat to wygląda we współpracy z Twin-Head. Być może wystarczyłoby zmienić któryś interkonekt, ale na to nie było czasu.

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_040_HiFi PhilosophyGargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_041_HiFi PhilosophyGargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_042_HiFi Philosophy

 

 

 

 

Inna jeszcze rzecz się przejawiła. Otóż dźwięk był wyjątkowo dociążony i barwny. Aż po krawędź przesady. Acrolink całościowo był ciemniejszy, ale z lżejszym dźwiękiem i wyższą tonacją. Mocniej też ciągnął soprany, a przy okazji średnicę także tonacyjnie podwyższał. Nie były to istotne różnice, ale też i nie z samych granic percepcji. Siltech grał nieco niżej i średnicę miał mocniej dociążoną, a światło jaśniejsze. To światło u niego jest pastelowe i bardzo przyjemne, a kolory na które pada wyjątkową gęste i chyba bardziej pasujące do lamp innych niż triody 45ʼ. Prędzej do 300B albo EL-34 i tranzystorów. Trzeba jednak podkreślić, że kolorystykę miał Siltech z porównywanych najgłębszą, co ładnie komponowało się z tym jego jasnym światłem. Przy czym jasnym w sensie jaśniejszym niż u Acrolinka czy Anacondy, ale w żadnym razie za jasnym czy natarczywym. To było przejrzyste światło jasnego dnia, padające na wyjątkowo głębokie barwy. Z lampami 45ʼ aż za głębokie, a przez to trochę przyciężkie, w każdym razie na tle porównań. Acrolink miał samą atmosferę ciemniejszą, a kolory mniej nasycone i wyższą tonację, co budowało inny nastrój. Bardziej żywy i migotliwy, a jednocześnie dwuznaczny tym przyciemnieniem ogólnym i mniej nasyconymi barwami. Przeciwstawny, jak się okazuje, do Siltecha, operującego na odwrót – jasnym światłem i ciemniejszą barwą.

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_043_HiFi PhilosophyZ tym wszystkim wydawał się Siltech najmniej pasujący do testowego urządzenia, a ściślej wszystkich trzech testujących urządzeń, bo nie tylko triody Emission Labs 45ʼ w Twin-Head, ale też Telefunkeny ECC801S w Crofcie, jak również odtwarzacz Accuphase, to wybitni koloryści, także operujący głębokimi barwami. Trochę tego stawało się w efekcie nadto, do czego zapewne szło by prędko przywyknąć, a wówczas inni wydaliby się zbyt mało nasyceni, ale piszemy jak było w samych testach, a nie jak w domysłach. Warto jednak pamiętać, że gdy pojawiają się w torze kłopoty z mocą barw i dociążeniem dźwięku, a chcemy by jednocześnie nie stało się mroczno, Siltech będzie najlepszym wyborem. To oczywiście rada dla milionerów, bo tylko do nich jest kierowany. Poza tym generuje świetną przestrzeń i holografię, co przy wielu okazjach miałem przyjemność podziwiać, tak więc i pod tymi względami powinien okazać się pomocny. A całościowo znów okazuje się perfekcyjny na swój jedyny taki sposób, który wiele razy przy różnych sprzętowych okazjach potrafił dźwigać systemy na zdecydowanie wyższy poziom. Ta jego holografia naprawdę jest popisowa, a umiejętność zachowania osobowości przez wykonawców osadzonych w wielkich przestrzeniach lepsza niż u wszystkich pozostałych.

Podsumowanie

Gargantua_II_Studiomaster_350_Rubby_Hill_7N9500_Anaconda_029_HiFi Philosophy   Kto jeszcze nie opadł z sił i ma chęć czytać podsumowanie, może się raz jeszcze dowiedzieć, że wszystkie kable, niezależnie od w wielokrotność idących różnic cenowych, spisały się znakomicie i nikt ani trochę nie rozczarował. Jednocześnie ich przewaga nad takimi kosztującymi od tysiąca do czterech była bezdyskusyjna, a mam takich trochę i nieraz mogłem porównywać. Nie ulega przeto wątpliwości, że jeśli tylko kogoś stać, inwestycja w kable zasilające odpłaci się lepszym dźwiękiem. Drastycznie nieraz lepszym, bo różnice potrafią szokować. Długo powstrzymywałem się od opinii na temat wpływu kabli zasilających na brzmienie, nie prowadząc w tym zakresie żadnych badań, ale obecnie mam pewność, że świat z dobrym przewodem zasilającym jest zdecydowanie piękniejszy. Zarazem nie jest tak, że kupić można pierwszy lepszy, by po prostu lepiej zagrało. Lepiej będzie zapewne, ale wytrawnego audiofila nie zwalnia to z obowiązku odsłuchowych porównań w poszukiwaniu optimum. Bowiem niezależnie od ogólnej lepszości różnią się wysokiej klasy przewody zasilające między sobą nieraz bardzo znacznie i każdy wyznacza inne pole popisu. Nie podejmuję się przy tym ocenić, jak bardzo różne efekty potrafią dawać te same z nich przy podpinaniu do różnych urządzeń, ale przypadki Siltecha i Anacondy pokazują, że potrafią w tym względzie niemało. Tak więc paleta możliwych zachowań jest ogromna, a znalezienie prawdziwego optimum w tym stanie rzeczy niemożliwe. To jednak żadna nowość, bo tak jest w przypadku wszystkich składników toru. Boski opiekun audiofilizmu – Apollon, Orfeusz, a może Mitra – wie zapewne, który z możliwych zestawów audio odtwarza najwierniej muzykę, ale my tego wiedzieć nie możemy. Możemy jednak wiedzieć, który z będących w naszym zasięgu wydaje się grać naprawdę dobrze i takiego powinniśmy szukać. Oczywiście pod swój gust, bo on tu jest najważniejszy.

Chciałem jeszcze zwrócić na koniec uwagę na kwestię techniczną, a właściwie językową. Otóż prosiłbym brać pod uwagę, że wszelkie takie jak te tutaj opisy kładą z konieczności nacisk na uwypuklanie różnic, podczas gdy w słuchaniu różnice te przeważnie okażą się mniejsze niż wynikałoby z tekstu. Trudno jednak w każdym zdaniu wracać do tego, że różnice są małe. Odmienności pomiędzy kablami zwykle były licząc zwykł miarą niewielkie, a przynajmniej większość z nich, choć czasami faktycznie okazywały się duże. Nie ma jednak sensu na bieżąco w kółko tego powtarzać, ale proszę o tym pamiętać.

Dorzucić też muszę słowo o cenach. Te wymienione w teście, skutkiem ostatnich zawirowań kursowych, uległy niestety dezaktualizacji i jak to przy takich okazjach zwykle bywa, poszły w górę. Nie jestem w tej chwili w stanie podać który kabel o ile zdrożał, tak więc zostawiam stare ceny jako punkt odniesienia i wyznacznik relacji. O nowe trzeba pytać dystrybutorów.

Sprzęt do testu dostarczyły firmy: Eter Audio, Audiofast, Moje Audio, oraz Chillout Studio.

 

System:

  • Źródło: Accuphase DP-700.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Słuchawki: AKG K1000 (kabel Entreq Atlantis).
  • Interkonekty: Crystal Cable Absolute Dream, TaraLabs Air1.
  • Listwa: Power Base High-End, zasilana kablem Acrolink 7N-PC9500.
  • Kable zasilające w teście: Acoustic Zen Gargantua II, Acrolink 7N-PC9500, Shunyata Anaconda ZITRON, Harmonix X-DC350M2R, Siltech Royal Signature Ruby Double Crown.
  • Kable zasilające dla urządzeń: Shunyata Alpha Digital ZITRON (Accuphase), Harmonix X-DC2-R AC (Croft).
Pokaż artykuł z podziałem na strony

63 komentarzy w “Topowe kable zasilające – porównanie

  1. Roman napisał(a):

    Ciekawe jak sprzedają się u nas kable za 5 tyś zł,o tych drorzszych nawet nie wspominam.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Dobrze się sprzedają. Dlatego na test trudno je było pozbierać. Dobre systemy spina się i zasila dobrymi kablami. To reguła.

  2. Maciej napisał(a):

    Piotrze a ja chciałem zapytać o rzecz prozaiczna acz bardzo istotną. Który z kabli ma najlepiej siedzący w gnieździe wtyk IEC? Częstą przypadłością drogich sieciówek jest to że siedzą te wtyki za luźno…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Na tym poziomie tego rodzaju problemy nie występują. Wszystkie kable bardzo mocno siedziały w gniazdach urządzeń i z dużą siłą trzeba je było wpychać w listwę. Ale jako ciekawostkę mogę podać, że najmocniej siedziała Anaconda. Ją wepchnąć w gniazdo urządzenia jest naprawdę niełatwo, a siedzi potem jak przymurowana.

  3. Marcin napisał(a):

    A propos nowych hifimanów; cena to 2499 $, więc dosyć dużo; jak się doda do tego cło, VAT, prowizję dystrybutora, wahania dolara to wyjdzie już bardzo dużo, a jeśli weźmie się pod uwagę zakup dedykowanego wzmacniacza i powyższą uwagę to suma będzie spora. No trudno, jeśli mają grać na miarę Orfeusza to też muszą kosztować; poza tym trudno mieć pretensje do hifimana, że ceny nie ustala jedynie pod polskiego klienta.

    1. Maciej napisał(a):

      Na pewno będą gorsze od Orfeusza 🙂

    2. Piotr Ryka napisał(a):

      Myślałem, że będą droższe. Zapowiadano cenę z tych najwyższych, a więc zanosiło się nie na 2500, tylko 5000. Zatem pułap cenowy ustalony został dużo poniżej progu, powyżej którego cena przestaje być motywacją lub demotywacją zakupu. A jak grają, to się okaże. Podobno genialnie. Sam o wzmacniacz dbać na szczęście nie muszę.

      1. Marcin napisał(a):

        Ze wzmacniaczem w Polsce będą pewnie kosztować ok. 30 tyś zł, więc w sumie to dużo, ale jeśli mają być takie super-hiper to cena jest dobra, jeśli się zważy na cenę słuchawek, z którymi mają konkurować. Tyle, że R-10, Orfeusz czy Omega były ładne, te są brzydkie.

  4. Przemek napisał(a):

    Tu można sobie kupić Siltecha za 700 euro :
    http://www.aliexpress.com/item/Siltech-Ruby-Double-Crown-power-cable-1-5m-cable-Rhodium-Carbon-FURUTECH-FI-50-M/1935213169.html

    Ciekawe ile takich kabli jest sprzedawanych w Europie na giełdach za połowę ceny oryginału.

    1. Maciej napisał(a):

      Ciekawe ile z nich to oryginały…

      Jeszcze inną inszością jest na ile oryginał lepszy od podróby 🙂

    2. Piotr Ryka napisał(a):

      Taki Siltech to na pewno podróbka. Jak torebka Vuittona albo zegarek Rolexa. Nie ma problemu ich kupić w super cenach. Wystarczy skoczyć do Tajlandii.

      1. Przemek napisał(a):

        Oczywiście ,że podróbka.Widać ,że bardzo dobrze wykonana.
        Zastanowiło mnie to tylko ,że kupno przewodów z drugiej ręki obarczone jest ryzykiem ,że ktoś moża nas oszukać.
        Jeśli nigdy nie słuchałem takiego przewodu i nigdy go nie miałem nie jestem wstanie zorientować sie ,że ktoś sprzedał mi podróbke.
        Sam widziałem kilka podróbek Audioquest Sky a wiedziałem,że jest to podróbka tylko dla tego ,że mam oryginał.
        Ostatnio zaczeli robić tak dobre podróbki tego kabla ,że już nawet grają dość dobrze i wyglądają prawie identycznie,dopiero test na srebro który zrobił nasz znajomy złotnik pokazał jednoznacznie dużo gorszej jakości srebra i na wtykach i dużo cieńszą srebrną powłokę.
        Dla firm kablarskich nie musi to być wcale zła sytuacja gdyż dużo więcej osób decuduje się na zakup nowych przewodów w obawie przed ogromną ilościa krążacych po rynku podróbek wszelakich drogich kabli.

  5. Przemek napisał(a):

    A zobacz jakie maja tam zajebiście wyglądające wtyki domkabli zasilających ,banany,widełki i splitery do kabli głośnikowych Acrolinka.

    Mój brat zamawiał z tamtąd wiele rzeczy i je oglądałem.Wykonane pierwsza klasa a serwis dużo,dużo lepszy niż na naszym złodziejskim Allegro a wszystkie małe rzeczy jak te wtyki itp. wysyłają za free.

  6. Adam napisał(a):

    Panie Piotrze, a jak się ma sprawa ze wzmacniaczem słuchawkowym Marantza, o który kilka tygodni temu pytałem? Pojawił się u Pana, czy dalej ani widu, ani słychu?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Sprawa ma się tak, że po pięciu rozmowach telefonicznych w stylu „zaraz przyślemy” przestali odbierać telefony. Klasyka.

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        Dostałem wiadomość, że Maranz jutro rusza w moją stronę.

  7. Adam napisał(a):

    A już chciałem napisać, że bardzo mnie Pan zasmucił. Tymczasem taka miła niespodzianka:)

  8. Mel Faja napisał(a):

    niezdziwił bym sie gdyby wielce osłuchany i wszystko słyszący audiofil, nie rozpoznał originalu siltecha od podróbki, nie mówiąc już o wylapaniu roznic w slepym teście buhahahaha

  9. Piotr Ryka napisał(a):

    Najbardziej lubię to buhahaha, ono jest zawsze rozpoznawalne.

  10. Towaroznawca napisał(a):

    W przypadku tego marantza przydałby mu się godny konkurent do testów w postaci Pioniera U- 05 , Hegla hd-12,lub Youlonga. Kiedyś ktoś opisywał że również Teac wypuścił coś interesującego. Już w niedalekiej przyszłości tzw. „przetwornikowzmacniacze” będą stanowiły w większości przypadków główny element toru słuchawkowego.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Z pewnością wnet będą miały udział większościowy. A Hegla może się uda pozyskać. Tyle że Marantz jeszcze nie przyjechał.

  11. Marek napisał(a):

    Ja pozwolę sobie jeszcze skomentować kwestię wpływu kabli zasilających. Temat jest kontrowersyjny z oczywistych względów – nie każdy jest w stanie czy ma możliwość zaobserwowania tego wpływu. Dlaczego? Jestem z wykształcenia elektronikiem i opiszę to z tego punktu widzenia. Każdy przewód posiada oprócz rezystancji, także pojemość oraz indukcyjność, a więc zachowuje się jak układ połączonych ze sobą rezystora, cewki i kondensatora. W dodatku, jeśli taki przewód jest słabo ekranowany, to jest także anteną (anteną są też kable doprowadzające prąd do naszego gniazdka). Nie wnikając w szczegóły, taki układ nie tylko tłumi przechodzący przez niego prąd, a także go filrtuje, niektóre jego składowe wzmacnia oraz (jako antena) wychwytuje różnego rodzaju fale magnetyczne ze środowiska. To, co dociera do urządzenia jest prądem zmiennym o częstotliwości 50Hz częściowo zniekształconym, zawierającym także prądy o innych częstotliwościach (prąd docierającyh do naszych gniazdek też nie jest idealną sinusoidą). Co sie dalej dzieje z tym prądem zależy od konkretnego urządzenia. Teoretycznie powinien on zostać dokładnie odfiltrowany przez zasilacz, ale jakość tego filtrowania jest różna. I tu dochodzimy do sedna problemu. Sprzęt High End (ogólnie mówiąc) jest na tyle czuły, że każda niedoskonałość toru zasilającego (włącznie z kablami) jest przekazana dalej i wzmacniona dociera do uszu słuchacza. Sprzęt gorszej jakości wprowadza dodatkowo swoje zniekształcenia sygnału, które mogą być większe, niż te przychodzące z zasilacza. A więc na sprzęcie niższej jakości wpływu kabla zasilającego nie zauważymy, bo i tak zostanie on „zagłuszony” przez zniekształcenia pozostałych składników systemu. Na sprzęcie High End można to usłyszeć o ile: cały tor jest najwyższej(?) jakości oraz… słuchacz ma wyjątkowo wrażliwe ucho, aby te zmiany usłyszeć. Nasuwa się pytanie, dlaczego w sprzęcie High End, pomimo jego „high-endowości”, zakłócenia przenikające z toru zasilającego jednak słychać? Czy to znaczy, że nie są wystarczająco dobrze odfiltrowane w zasilaczu? Ale to już pytanie do konstruktorów… ale też pole do popisu dla „tuningowców” (poprawiaczy) sprzętu 😉

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Dziękuję za cenne i fachowe uwagi. Sam doszedłem do wniosku, że kabel zasilający musi być swego rodzaju filtrem odcedzającym zakłócenia z sieci, bo inaczej jego działania nie da się wytłumaczyć. O jakości transformatorów nie będę się wypowiadał, nie będąc fachowcem, a szeroki to temat, choćby z uwagi na różne ich konstrukcje. Twin-Head ma transformator bardzo skomplikowany, który przewijała swego czasu polska firma specjalistyczna. Nawinięcie jest wyjątkowo staranne.

  12. jactr napisał(a):

    Niech mi ktoś wytłumaczy, jak to działa – z jednej strony gniazda sieciowego 1,5 m superprzewodu wykonanego w supertechnologii z super-kosmicznych materiałów za kilka, kilkanascie tys. zł., a po drugiej stronie tegoż gniazda sieciowego kilometry zwykłego, taniego drutu biegnącego do źródła zasilania. Czy to końcowe 1,5m ma moc „uzdrawiania” energii elektrycznej? Przecież kabel to nie filtr…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Filtr też w pewnym stopniu, a także swego rodzaju kondensator.

    2. Tomek napisał(a):

      Krótko: nie ma znaczenia. Jeśli działa jak kondensator, to pojemność jest na tyle mała, że nie ma znaczenia przy prostowaniu napięcia w zasilaczu. Zresztą jak tu prostować napięcie, skoro to jeszcze sinus. Jeśli jest filtrem, to równie dobrze można wrzucić jakiegoś ceramika piko do zasilacza 😀 Jeśli z kolei ma idealnie przewodzić, to sam sobie odpowiedział Pan na pytanie.

      Kable głośnikowe mają znaczenie, z kolei kable zasilania do wyciąganie kasy od naiwnych.

      1. PIotr Ryka napisał(a):

        A założymy się?

        1. Tomek napisał(a):

          Czekam na konkretne wyjaśnienie sposobu działania takiego kabla. Mogę się założyć.

          1. PIotr Ryka napisał(a):

            Konkretnie, to dzwoniłem w tej sprawie do Instytutu Fizyki Ciała stałego UJ i proponuję też tam zadzwonić i zapytać profesora, który akurat jest też melomanem, czy kable zasilające mają znaczenie dla brzmienia. A praktycznie, to proszę do mnie przyjechać i zrobimy porównanie zwykłej komputerówki z np. Acoustic Zen Gargantuą. Gwarantuję mocne przeżycia.

        2. Tomek napisał(a):

          Przy okazji prosze napisać, dlaczego zasilacz radzi sobie ze skokami kilkanaście wolt, a nie radzi sobie z uVoltami. Tylko konkrety.

    3. Tomek napisał(a):

      Ogólnie rzecz biorąc, jeśli nie słyszy się skoków napięcia sieci 230V rzędu kilka-kilkanaście woltów, to trudno by wyłapać różnice mikro woltów wynikające z użycia różnych kabli zasilających.

      1. PIotr Ryka napisał(a):

        Oczywiście, że takie różnice się słyszy. Wystarczy sprawdzić jak gra na przykład wzmacniacz lampowy zasilany o kilkanaście woltów wyższym napięciem. A już szczególnie przy lampach Full Music.

        1. Tomek napisał(a):

          Jasne, że ma znaczenie napięcie zasilania lampy. Chociaż zmiana punktu pracy może niwelować różnice. Zresztą projektuje wzmacniacze. Tyle, że skaczące napięcie sieciowe nie skacze na prostowniku, bo po to jest prostownik. Kabel sieciowy 2m może mieć wpływ na napięcie wejściowe rzędu – dajmy na to miliVolty. A w sieci mamy wahania kilku-kilkunastu wolt. Jeśli te kilka miliwoltów ma takie znaczenie, to czemu skoki napięcia sieciowego nie uniemożliwiają Wam słuchania muzyki?

          1. PIotr Ryka napisał(a):

            Skoki napięcia nam nie przeszkadzają, bo jak ktoś ma w sieci wyraźne skoki napięcia, to kupuje aktywny kondycjoner od PS Audio.

            http://hifiphilosophy.com/ps-audio-power-plant-premier/

          2. Tomek napisał(a):

            Czyli konkretów brak 🙂 Jest tam za to wysublimowany sygnał 230V. Pozdrawiam.

          3. PIotr Ryka napisał(a):

            A co to, mam na zawołanie pisać artykuły wyjaśniające? Proszę sobie zadać trud i samemu poszukać wyjaśnień. Najogólniej biorąc lepsze kable szybciej przewodzą prąd i pozwalają unikać interakcji między elektronami a przewodnikiem. Tak nawiasem prąd w kablu nie płynie, tylko przypomina działanie wahadła Newtona. Poza tym lepszy kabel szybciej potrafi reagować na chwilowe wzrosty zapotrzebowania na energię. Co zaś się tyczy najdrobniejszych detali, to odsyłam do QED – będzie się czego uczyć.

          4. Tomek napisał(a):

            Rozmawia Pan z doktorantem. To co Pan pisze, świadczy, że nie za bardzo zna się Pan na elektronice, jak i QED. To ostatnia wiadomość, bo widzę, że nie odpowiada Pan na pytania, tylko przeskakuje z tematu na temat, rzucając przy tym nazwy produktu, by lepiej pozycjonować stronę. Jedno trzeba przyznać, na marketingu się Pan zna.

          5. PIotr Ryka napisał(a):

            Tą rejteradę z pogróżkami na odchodnym przerabiałem już setki razy. Dezynwoltura czasami pomaga, ale szacunek dla innych i więcej pokory wobec złożoności świata też nie zaszkodzą.

          6. Adam J. napisał(a):

            7 grudnia 2016 o 23:41 PIotr Ryka napisał: „Najogólniej biorąc lepsze kable szybciej przewodzą prąd”.
            O ile szybciej ?
            Śpieszę panu donieść, że prąd elektryczny w metalach płynie z prędkością światła.
            Tworzy pan fizykę alternatywną, a to już nie są subiektywne odczucia melomana, tylko jawne wprowadzanie ludzi w błąd.
            A teraz powiem panu jak się mierzy zakłócenia we wzmacniaczu.
            Zwiera się wejście i mierzy poziom sygnału na wyjściu.
            W idealnym przypadku, jeśli na wejściu jest zero, to na wyjściu też powinno być zero.
            W rzeczywistości zawsze na wyjściu jest jakiś szum i wyłapane z otoczenia zakłócenia, mogą one, ale nie muszą być słyszalne.
            Tylko problem polega na tym, że jeśli chce pan słuchać przewodu zasilającego, to powinien pan to robić przy zwartym wejściu wzmacniacza.
            Teoretycznie powinien pan wtedy słyszeć ciszę, w praktyce może być inaczej.
            Absolutnie się z tym zgadzam, że jeśli komuś opłaciło się przewód przywieźć z Chin i sprzedać za dwa złote, to taki przewód nie ma prawa prawidłowo działać, ale pomiędzy przewodem za sto złotych i przewodem za sto tysięcy złotych nie powinno już być różnicy, i żadne ballady o „temperaturze muzyków” tego nie zmienią.
            A w anonimowego profesora z Uniwersytetu Jagiellońskiego wierzę tak samo jak w UFO i krasnoludki …

          7. PIotr Ryka napisał(a):

            Jeżeli prąd w metalowym kablu płynie z prędkością światła, to z równań Einsteina wynika, że tworzące go elektrony, mające przecież niezerową masę, osiągają masę nieskończoną. To chciałeś Adamie powiedzieć?

          8. Adam J. napisał(a):

            Przeczytałeś wiele książek, ale żadnej nie zrozumiałeś …
            Prąd w metalach płynie z prędkością światła i czyni to zupełnie niezależnie od tego czy w to wierzysz.
            Zapytaj o to swojego profesora z UJ i napisz co ci odpowiedział.

          9. PIotr Ryka napisał(a):

            Prąd w przewodniku przemieszcza się wprawdzie na zasadzie wahadła Newtona, niemniej jest ruchem elektronów (skądinąd de facto w odniesieniu do konkretnego elektronu bardzo wolnym), a to oznacza, że nie może być równy c. W praktyce przyjmuje się, że wynosi 0,65-0,8 c. Dla najlepszych przewodów wynosi powyżej 0,9 c – przynajmniej według deklaracji producentów.

          10. Adam J. napisał(a):

            Prąd w metalu płynie z prędkością trzystu tysięcy kilometrów na sekundę, półtorametrowy odcinek przewodu pokonuje w pięć nanosekund, gdyby taki kabel wpadł w rezonans, to by generował falę o częstotliwości dwustu megaherców.
            Krótko mówiąc są to zjawiska, których w żaden sposób nie da się usłyszeć.
            Dlatego robienie żył o przekroju kilku milimetrów kwadratowych ze srebra, złota czy „kosmicznych stopów” nie ma absolutnie żadnego sensu, no chyba że chodzi o samopoczucie posiadacza.
            Natomiast faktycznie warto mieć porządnie wykonane i dobrze zaekranowane przewody zasilające, ale da się je zrobić za sto złotych.
            I co najważniejsze, złe przewody da się usłyszeć, dobrych nie da rady.

          11. PIotr Ryka napisał(a):

            Trzy sprawy: 1. Tak jak mówiłem, żaden obiekt mający masę nie może osiągnąć prędkości światła. 2. Jeżeli kable zasilające nie różnią się brzmieniem, to zapraszam do siebie i posłuchamy. 3. Telefon do Instytutu Fizyki Ciała Stałego UJ jest ogólnie dostępny, proszę sobie zadzwonić.

          12. Adam J. napisał(a):

            Uparcie usiłujesz tłumaczyć zjawisko którego nie rozumiesz.
            Prąd elektryczny nie ma masy.
            Prąd to przepływ ładunku elektrycznego, ale ładunek nie ma masy.
            Ty się zafiksowałeś na elektronie, który ma masę i ładunek, dlatego tworzysz herezje.
            A za zaproszenie dziękuję, ale nie skorzystam.
            Doskonale wiem czego nie jestem w stanie usłyszeć, tym się różnię od audiofilów.

          13. PIotr Ryka napisał(a):

            To w takim razie inne trzy rzeczy:

            1. Zjawiska prądu elektrycznego dogłębnie nikt nie rozumie. Być może stoi za nim symetria E8, ale to tylko hipoteza.

            2. Prąd elektryczny ma charakter dryfu drgających elektronów o łącznej prędkości mniejszej niż 1mm/s, spowalnianego właściwościami danego kawałka metalu – obecnymi w nim zanieczyszczeniami, strukturą włókien, temperaturą podnoszącą się wraz z natężeniem przepływu, efektem naskórkowym, dyfuzją magnetyczną i całą gamą innych zjawisk, w tym zewnętrznych zakłóceń elektromagnetycznych. Dlatego zjawisko konkretnego przepływu prądu w danym kawałku metalu nie jest tożsame z idealnym, abstrakcyjnym ruchem światła (fali elektromagnetycznej) w próżni. Sama obecność Słońca i ziemskiego magnetyzmu czyni to niemożliwym.

            3. Brak woli, by zadzwonić na UJ i do mnie przyjechać na odsłuch, czyni oczywistym to, czego przez grzeczność nie będę nazywał.

  13. roman napisał(a):

    Wpływ kabli zasilających jest słyszalny już od najtańszych urządzeń w sytuacji kiedy gratisowy kabel zastępujemy jakimkolwiek grubszym kablem ,nawet takim za stówę .Na tanim urządzeniu natomiast nie słychać zazwyczaj różnicy między kablem za stówę a takim za tysiąc.To tak z własnego doświadczenia.

  14. roman napisał(a):

    Ciekawe jest to że słychać różnice (na wysokiej klasy sprzęcie)między odcinkiem 1,5m a 2m. Dłuższy odcinek daje więcej powietrza między instrumentami.

  15. Przemek napisał(a):

    Jak ktoś nie słyszy zawsze można mu powiedzieć że ma zbyt niskiej klasy sprzęt :-).

    Jak by tak dać z 10 metrów takiego kabla to prawie człowiek z domu by nie musiał wychodzić :-).

  16. Normalny Inaczej napisał(a):

    Pytanie do „słyszączych” kable sieciowe: Zdradzcie mi co palicie – też chciałbym spróbować 😉

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Nie trzeba nic palić, wystarczy samemu przeprowadzić porównanie. Gwarantuję usłyszenie różnic.

  17. Greg napisał(a):

    Tez w to nie wierzyłem, dopóki wielokrotnie nie usłyszałem.
    Nauka jeszcze wielu zjawisk nie opisała i to jest jedno z nich. Dla wszystkowiedzacych taka rada – trochę pokory i dystansu do nauki.

    W większości przyoadkow odkrycia naukowe polegają na tym ze najpierw obserwuje sie nowe zjawisko, a pozniej opisuje matematycznie.

  18. Przemek napisał(a):

    Kable oczywiście grają, kto zaprzecza ten nie robił nigdy próby… albo
    ma bardzo słaby słuch 🙂 co wcale nie jest rzadkością. Dotyczy to moim zdaniem KAŻDEGO sprzętu, że tak to ujmę od „HIFI” w górę. Mnie jednak interesuje co innego. Ze względu na fizykę kabla długość ma tu kluczowe znaczenie. Pytanie czy jest jakaś długość optymalna?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Niektórzy twierdzą, że 1,8 metra, ale ja tego nie potwierdzę, jako że najlepszy kabel sieciowy jaki dotychczas słyszałem – Siltech Triple Crown – był 1,5-metrowy.

      1. Przemek napisał(a):

        To już jest coś 1.5-1.8m wiadomo, że za krótki nie działa (sprawdzone) lub działa w mniejszym stopniu. Może zależy to cech przewodnika np. przekroju

  19. Kuba napisał(a):

    Panowie panowie. Spotyka się Pan TEORIA z Panem Praktyka. Toć wiadomo że się nie dogadają. A kto powiedział z jaką prędkością płynie prąd?? Czy ktoś tutaj zmierzył?? A wiadomo na UJ powiedzieli z jaką teoretyczną prędkością płynie prąd. Porzućmy teorie akademickie bo to jest teoretyczny narzut tzw. uczonych. Co do Pana Einsteina też można mieć ale, gdyż jak ktoś wniknie głębiej dowie się że ten Pan był pracownikiem Urzędu Patentowego działającego na rzecz pewnej grupy władzy finansowej, znanej rodziny i w obecnych czasach.
    Prawdziwym geniuszem był NIKOLA TESLA, twórca i wizjoner ponad czasowy.
    Co do przewodów chyba normalne że jest różnica słyszalna. Idąc dalej ważniejsze jest ostatnie ogniowo czyli podłączone do przewodu urządzenie. Im bardziej urządzenie jest dokładniejsze (wyższej klasy) tym różnica jest bardziej słyszalna. To że niektóre przewody kosztują dużo pieniążków, to też się nie dziwie gdyż wiedza i pomysł kosztuje.
    Ja sam jestem praktykiem, i sam wynalazłem pewne urządzenie które teoretycznie nie powinno działać, a działa.
    Ludzie czasem bywają zbyt leniwi aby sprawdzić samemu, trochę więcej otwartości umysłu bez automatycznego nastawienia NIE TO NIE MOŻLIWE.

  20. Kuba napisał(a):

    Dodając na koniec chodź byśmy mieli najlepsze przewody świata, pozostaje kwestia urządzeń audio nawet tych super HiEnd. Jest to moja teoria, jednocześnie oparta na doświadczeniach praktycznych. A konkretnie pisząc gromadzenie się pasożytniczych ładunków elektrycznych oraz magnetycznych wewnątrz urządzeń. W obecnych czasach ma to większe znaczenie niż 20lat temu ze względu na pęd technologiczny gdzie zakłócenia są wszech obecne.
    Każdy element (rezystor, kondensator, tranzystor, lampy elektronowe, transformator), każdy z tych elementów układanki pod wpływem czasu i ciepła oddziaływują na siebie. Lekiem na to jest pewne urządzenie, gdzie podczas prezentacji sprawdza się, lecz ja nie jestem żadnym autorytetem i ludzie nie słuchają. Jest nazwa przyporządkowana dla ludzi jak kondycjoner masy, gdyż inna prawdziwa by była nie przyjęta jak np. masa wirtualna. Masa odbiorcza zgromadzonych ładunków elektro i magneto statycznych. Zmiany jakie są wprowadzone, a szczególnie słyszalne to w lampach elektronowych gdzie raczej najbardziej oddziaływają w sensie promieniowania na resztę układu. Najbardziej zbliżoną technologię posiadają Japończyki. Urządzenie to było też sprawdzane w super systemie z oddzielną linią dla sprzętu audio, gdzie sam właściciel był zaskoczony działaniem. To że mamy super prąd, z super uziemieniem oki ale zapomina się o interferencjach wewnątrz.
    Powracając do kabli zasilających, są pewne nadprzewodniki gdzie można by wykorzystać lecz w chwili obecnej są (a raczej jest) bbbbardzo drogi.
    Panie Piotrze z pewnością nie jeden przewód Pan słyszał i nie jeden raz ktoś pisał że to voodoo, w obecnych czasach wydaje mi się że ludziom brak pokory do życia. Niby mamy postęp technologiczny, i mamy bezmiar informacji na wyciągnięcie ręki. Ale jest jeszcze więcej dezinformacji w sieci. Życzę zdrowia przede wszystkim, oraz dobrej muzyki.

  21. Patryk napisał(a):

    Mozna kupowac najlepsze kable na swiecie, dlaczego nie jak jest gotowka. Niestety wiele osob (wiekszosc) zapomina o akustyce pomieszczenia, ktora ma 10x wiekszy wplyw niz najlepszy kabel na swiecie lub glosniki. Akustyka to 70% calej naszej zabawy. Jestem pewny, ze to wlasnie z tego powodu wiele osob poddaje sie i przerzuca na sluchawki.

    1. Kuba napisał(a):

      70% ?, ja obstawiam 50% na akustykę.
      20lat temu mając system klasy budżetowej, po modyfikacji akustyki był upadek szczęki z podłogi 🙂 .
      Na dzień dzisiejszy w celu eliminacji niedoskonałości akustyki i braku możliwości modyfikacji, po latach przestawiłem się z kolumn dynamicznych na Magnepany. Które uważam za pełno pasmowe i bez sub potrafią szybą w oknach poruszyć. Nie są idealne, gdyż do muzyki metalowej się nie nadają.
      Jazz, Blues,Poważna, Wokal… coś pięknego z Magnepanów.

  22. Patryk napisał(a):

    P.S: ….a dla milosnikow Jazz`u podaje bardzo dobra plyte:

    https://www.jpc.de/jpcng/jazz/detail/-/art/Paolo-Fresu-Omar-Sosa-Alma/hnum/2293167

  23. Patryk napisał(a):

    „20lat temu mając system klasy budżetowej, po modyfikacji akustyki był upadek szczęki z podłogi 🙂 .”
    Wlasnie o to chodzi!

    Patryk.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy