Recenzja: Beyerdynamic T1

Opublikowano: luty 2010

Beyerdynamic_T 1_0  Jak już kilka razy przy okazji poprzednich recenzji pisałem, świat słuchawkowy zdobył się ostatnimi czasy na rzecz bezprecedensową, kiedy oto zdecydowana większość uznanych producentów jeden po drugim wprowadziła na rynek nowe modele szczytowe, albo dotychczasowe (jak Stax) poddała modyfikacji. Proces taki trwa oczywiście nieprzerwanie i na przykład obecnie wszyscy wyglądają nowego flagowca od Audio-Techniki, co ma tym silniejszą motywację, że w 2012 roku firma ta obchodzić będzie okrągłą rocznicę powstania, a dotychczas z takiej okazji nowe modele flagowce z reguły rok wcześniej się pojawiały.
Taka niebywała czasowa komasacja nowych okrętów flagowych miała według mojego podejrzenia w istocie jedną przyczynę – od dawien dawna zapowiadany nowy wyrób szczytowy firmy Sennheiser. Bo nie ma co kryć, od czasu kiedy Sennheiser pokazał zdumionemu światu Orfeusza, jego pozycja w branży stała się wyjątkowa i wszyscy zaczęli go traktować jak lidera. I jak to z liderami bywa, zogniskowały się na nim spojrzenia oraz wszyscy pod jego dyktando zaczęli się zachowywać. Gdy więc odpowiednie komórki wywiadu gospodarczego donosić jęły swoim prezesom, że Sennheiser faktycznie pracuje nad nowym flagowcem i rzuci go za czas jakiś na rynek, nie pozostało nic innego jak uprzedzić ten ruch albo przygotować się na ripostę. Skalę paniki ukazuje fakt, że nawet firmy dysponujące flagowcami świeżej daty, jak Denon czy Grado, zdecydowały się je zastąpić jeszcze nowszymi, a Beyerdynamic, który tak naprawdę nigdy flagowca z prawdziwego zdarzenia nie posiadał, postanowił zmienić dotychczasową politykę.

No właśnie, docieramy tym samym do przedmiotu naszej recenzji – nowego Beyerdynamica T1. Jego producent to firma wielce szacowna, w sensie długowieczności nawet najszacowniejsza, a przy tym pod żadnym względem Sennheiserowi nie ustępująca, jako że także Beyerdynamic jest wytwórcą sprzętu profesjonalnego, mającym duży udział w rynku słuchawek zarówno audiofilskich jak i profesjonalnych, a poza tym podobnie jak Sennheiser także on umieszcza na swoich wyrobach dumny napis „made in Germany” – czy się to komuś podoba, czy nie, przydający wszystkiemu co go nosi technologicznego splendoru. Tak więc niewątpliwie mielibyśmy marketingowy remis, gdyby nie jedno – gdyby nie Orfeusz. Takiego propagandowego produktu Beyerdynamic nigdy nie stworzył, skutkiem czego pozostawał chcąc nie chcąc w propagandowym cieniu. Lecz mimo to wszystko wydawało się być w najlepszym porządku. Jego słuchawki przez recenzentów były bardzo chwalone i dobrze się sprzedawały, a firma prosperowała. Jednakże bolesna zadra musiała pozostać, a lekcja została zapamiętana. Dowód na to mam właśnie przed oczami. Oto pierwszy w dziejach firmy Beyerdynamic autentyczny flagowiec, odpowiedź na nowego flagowca konkurenta zza niemieckiej miedzy i próba zapobieżenia powtórce z historii. Zanim jednak do niego przejdziemy, parę słów o sytuacji poprzedzającej jego powstanie.

Jak już napisałem, przed pojawieniem się modelu T1 Beyerdynamic nie miał modelu flagowego. Oczywiście jakiś najwyższy katalogowo posiadać musiał, jednakże niczym specjalnym się on nie wyróżniał, a nawet był w sytuacji cokolwiek dwuznacznej.
Tym modelem szczytowym były słuchawki Beyerdynamic DT 990, kosztujące nieco ponad tysiąc złotych i znajdujące się w produkcji od niepamiętnych niemal czasów. Słuchałem ich kiedyś bardzo krótko i mogę potwierdzić obiegową o nich opinię; były to (a właściwie są, jako że produkują je nadal) bardzo dosadnie i szczegółowo grające nauszniki, nieco przy tym pozbawione romantyzmu i muzykalności. I właśnie ten jakże istotny brak stał się zarzewiem wspomnianej dwuznaczności, albowiem model o oczko niższy i tylko trochę tańszy – DT 880 – wręcz przeciwnie, właśnie muzykalnością epatował, skutkiem czego przez wielu, także przeze mnie, był uważany za wartościowszy i siłą rzeczy pełniący rolę autentycznego a nie tylko katalogowego lidera. Można do tego jeszcze dodać, że największą renomę w dziejach firmy Beyerdynamic zdobyły dwa inne modele. Profesjonalny i produkowany nieprzerwanie  po dziś dzień od 1937 roku w parę razy zmienianym wariancie DT 48 oraz od dawna już pozostający poza produkcją DT 931. Ponieważ żadnego z nich nie słyszałem, na samej tej wzmiance poprzestanę.

Wszystko to należy już jednak do przeszłości, bo oto nastały czasy modelu T1.

Budowa i ergonomia

Beyerdynamic_T-1_4 Tradycyjnie zacznijmy od tych zagadnień, by wiedzieć z czym w sensie użytkowym i finansowym mamy do czynienia.
Pod względem wyglądu i ceny nowe słuchawki Beyerdynamica niczym specjalnym się nie wyróżniają. Kosztują u nas z grubsza tyle samo co konkurenci, czyli jakieś cztery tysiące złotych i prezentują bardzo solidny poziom wykonania. Moim zdaniem od HD 800 wyglądają lepiej, bo okrywy muszel i pałąk nagłowny wykonano z metalu, nie ma zatem powodu do wymyślania im od plastikowej tandety, za co nowym Sennheiserom nieźle się oberwało, a na dodatek te metalowe elementy okazują się bardzo efektowne. Są matowe ale z poświatą, mają trudny do określenia, nietuzinkowy, popielato-złotawy kolor i na dodatek zadbano o ich niepowszedni wygląd. Na zdjęciu widać, że obejmy nagłownego pałąka są w zmyślny sposób ażurowe, a okrywy muszel to drobna prążkowana siateczka, bardzo zgrabnie przeciwbieżnymi ściegami ukształtowana. Wraz z czernią aksamitnych padów i skórzanej okrywy pałąka tworzy to nader przyjemny widok, całkowicie pozbawiony wrażenia przeciętności czy nudy. Jedyny zarzut stanowi fakt zakończenia uchwytów mocujących muszle plastikowymi zaciskami, tak niefortunnie ukształtowanymi, że po zdjęciu słuchawek nie można ich złożyć by przylegały jedna do drugiej. Rozwiązanie takie bywa o tyle użyteczne, że można dzięki niemu uzyskać ściszenie dźwięku, czego sytuacja czasami wymaga, podczas gdy tutaj tak zrobić się nie da. Niby nic wielkiego, no ale. Za to o słaby punkt wielu słuchawek – kabel – zadbano starannie. Mimo iż kończy się on standardowym dużym jackiem (od Neutrikna) jest symetryczny, 6-żyłowy, gruby i solidny.
Sercem słuchawek nie jest wszakże kabel, nagłowny pałąk, czy pokrywy muszel – jest nim przetwornik. Kiedy Sennheiser wprowadzał swój szczytowy model, nie omieszkał szeroko się chwalić, w jak zaawansowane technologicznie przetwornikowe cudo go wyposażył. Beyerdynamic nie pozostał dłużny. W jego materiałach reklamowych czytamy, że sercem nowych T1 jest układ zupełnie nowatorski pod względem konstrukcyjnym, dumnie noszący imię jednego z największych w dziejach wynalazcy, nierozerwalnie związanego z powstaniem i rozwojem całej branży elektrycznej – Mikołaja Tesli.

Beyerdynamic_T 1_5Na czym to nowatorstwo polega?
Przede wszystkim na efektywności. Jak utrzymuje producent, skonstruowane specjalnie dla T1 ultralekkie przetworniki 600 ohmowe mogą grać dwukrotnie głośniej od stosowanych dotychczas, zapewniając jednocześnie niespotykane odczucia w sensie ilości podawanych szczegółów oraz swobody produkowania nasyconego rozedrganym powietrzem dźwięku. Sztuka ta okazuje się mieć źródło przede wszystkim w decentralizacji położenia neodymowego magnesu na powierzchni przetwornika, dzięki czemu można było ów magnes powiększyć i wkomponować w trójwymiarową a nie płaską powierzchnię, co zapewniło zwiększony obszar i większą skuteczność powstawania dźwięku. W rezultacie zastosowany magnes ma współczynnik indukcji magnetycznej równy około 1,2 Tesli, co jest ewenementem. Ponadto, podobnie jak wcześniej u Sennheisera, przetwornikowi temu zaimplementowano otwór zapobiegający formowaniu się fal zakłócających. Cała ta elektryczno-geometryczna ekwilibrystyka sprowadza się też do tego, że podobnie jak u Sennheisera przetworniki w T1 są ustawione pod kątem, a nie równolegle do głowy słuchacza, co jest bardzo dobrze widoczne gdy zajrzymy do wnętrza muszli. Takie kątowe podanie dźwięku powoduje wstępne jego rozproszenie na małżowinie usznej w miejsce bezpośredniego wstrzykiwania go do kanału słuchowego, co ma walor naturalnej prezentacji i jak zapewnia producent zwiększa możliwości akomodacyjne użytkownika.
A więc uwaga! – powinno się tu pojawić większe niż zazwyczaj przyzwyczajenie do tego typu prezentacji, związane być może z dłuższym okresem oswajania, w związku z czym z wydawaniem opinii o T1 (podobnie jak o E8, E9, HD 800 czy ATH-W5000, które też podobnymi wynalazkami rozporządzają) nie należy się spieszyć, bo wymagają pewnego okresu przystosowawczego.
Trzeba jeszcze dodać, że kąt przetwornika względem głowy słuchacza jest u T1 zdecydowanie większy niż u HD 800 czy W5000 i jedynie w regulowanych muszlach AKG K1000 może osiągać jeszcze większą wartość.
Uwagę zwraca też rzadko spotykana aż 600 ohmowa oporność. Przekonany byłem, że w połączeniu z dużą skutecznością (102 dB) pozwoli ona wysterowywać słuchawki z dużą łatwością. Tymczasem nic podobnego. Pod tym względem T1 są trudne, nawet jedne z najtrudniejszych, konsumując na swój użytek całą masę potencjału nawet silnego słuchawkowego wzmacniacza.

Beyerdynamic_T 1_7Pozostaje jeszcze odrobić lekcję z wygody noszenia.
Słuchawki są w odczuciu dość lekkie i w miarę wygodne. Jednakże ucisk pałąka daje trochę znać o sobie, a muszle wydają się mieć odrobinę za mały obwód. W efekcie czujesz, że masz je na głowie, toteż nawiązania do wygody z HD 800 czy Staxa Omegi nie ma. Najkrócej mówiąc, wygoda jest tutaj raczej przeciętna. Na osłodę słuchawki dostajemy zapakowane w bardzo eleganci aluminiowy neseser, tak sporych rozmiarów, że słowo kuferek przestaje pasować. Wyścieła go czarna pianka, bardzo twarda i bardzo gęsta, z wyglądu przypominająca aksamit. Pod względem całościowym jest to jedno z najładniejszych opakowań słuchawek jakie widziałem, choć może szkoda, że nie ma uchwytu ułatwiającego noszenie.

Wrażenia odsłuchowe

Beyerdynamic_T 1_2  Zacznijmy od tego, że słuchawki mają konstrukcję półotwartą. Powinna zatem teoretycznie rzecz biorąc ograniczać nieco ich możliwość budowania dużej, otwartej sceny, aczkolwiek przykłady całkowicie zamkniętych Sony MDR-R10 i Audio-Techniki ATH-W5000 dowodzą, że wcale tak być nie musi. Sony wprawdzie osobiście nie słyszałem, ale opinia o ich wspaniałej scenie jest jednozgodna, a Audio-Technikę posiadam i nie mam wątpliwości, że jej scena jest obszarowo wybitna.
Ze swej strony pod względem wielkości scenicznej T1 jednak nieco rozczarowują, nie nawiązując do tamtych spektakularnych osiągnięć.
Ich scena nie jest mała, ale też i nie wielka. Może trochę większa od średniej powierzchni słuchawkowego metrażu i potrafiąca powędrować z dźwiękiem czasami naprawdę daleko, wszakże bliżej jej pod tym względem do flagowych Ultrasonów niż Sennheiserów HD 800 czy AKG K701.
O takiej scenie mówi się często na pociechę, że jest koherentna. I faktycznie, ta taka jest. Bardzo wyraźnie odgięte od osi głowy przetworniki okazują się formować obraz muzyczny dużo bardziej na wprost słuchającego niż ma to miejsce zazwyczaj i tworzą widok o niepowszedniej spójności. Pod względem głębokości i koherencji nawet także odgięte HD 800 i W5000 pozostają wyraźnie w tyle. Jest to zatem scena – aczkolwiek mniejsza – idąca podobnie w głąb co scena z AKG K1000 i jednocześnie głębsza niż także ukierunkowane ku przodowi sceny z obu szczytowych Ultrasonów – E8 i E9. Nie jest zatem źle, aczkolwiek jak dla mnie ta z HD 800, mimo iż cokolwiek rozrzucona na boki, jest jednak co najmniej o klasę lepsza.
Co w zamian?
W zamian powinno być to co producent tak reklamował, czyli dźwięk niebywale mocny, pozbawiony zniekształceń, swobodny, szczegółowy, nasycony powietrzem oraz detalami. Szczęściem lubiących słuchawki, a przede wszystkim szczęściem samej firmy Bayerdynamic, ten dźwięk rzeczywiście taki jest.

Powiem co następuje: takiego dźwięku jeszcze nie słyszeliście. Owszem, były już podobne, zwłaszcza Staksa 4040 i Ultrasonów E8, ale takiej szybkości narastania i propagacji fal dźwiękowych nie dane Wam było słyszeć. Te same utwory na T1 wydają się krótsze niemal o połowę. Powie ktoś – bzdura! Przecież licznik czasu na odtwarzaczu zawsze pokaże to samo. Rzeczywiście, pokaże, ale tu nie chodzi o czas wirowania płyty tylko sumaryczną długość zawartych na niej wybrzmień, a te same dźwięki ciągnące się i ścielące niczym dym na takiej dla przykładu Audio-Technice, Beyerdynamic T1 skraca bardzo wydatnie. W efekcie muzyczny obraz staje się bardzo czytelny, wyrazisty no i przede wszystkim piekielnie szybko się zmieniający.
Napisałem w pierwszej recenzji HD 800, że swym uprzestrzenniającym stylem spowolniają muzykę, dzięki czemu powolne, zamyślone utwory stają się na nich jeszcze bardziej refleksyjne. Później okazało się, że wraz z wygrzewaniem HD 800 nabierają jednak prędkości, a kiedy połączyć je z bardzo dynamicznym źródłem, stają się wcale szybkie. W tym sensie Beyerdynamic T1 jest jednak przeciwieństwem swojego konkurenta, bo u niego szybkość jest naturalną dominantą, a nie trudną do zaszczepienia właściwością zapożyczoną od systemu. Nie jest jednak tak, że te dwa flagowce nie mają punktów wspólnych. Mają je jak najbardziej, a w pierwszym rzędzie wspaniałą czystość dźwięku i wybitną szczegółowość. Łączy je także trafność uchwycenia całej tonacji, choć pod tym względem T1 wydają mi się odrobinę lepsze. To słuchawki grające dźwiękiem z natury jasnym, jasnym wszelako w tym sensie, że po prostu nie przyciemnionym. Nie łączy się to na szczęście z żadnym zubożeniem bogactwa kolorystycznego i głębi brzmieniowej. Oto więc kolejne punkty styczne z HD 800; dźwięk jest nadzwyczaj barwny i głęboki.
Beyerdynamic_T 1_6Beyerdynamic_T 1_6Beyerdynamic_T 1_6Beyerdynamic_T 1_6Beyerdynamic_T 1_1Poza formatem sceny są jednak i inne przeciwieństwa. Przede wszystkim górne rejestry są w T1 bardziej otwarte, a także przyrządzone i podane z większą maestrią. Może wynika to z ich szybkości, a może z braku dodanego echa, w każdym razie wydają się piękniejsze. Najpiękniejsze obok tych z Orfeusza i K1000.
Co do reprodukcji średnicy i oddania ludzkich głosów, moim zdaniem jest remis, choć są to dwie zupełnie różne średnice i dwa zupełnie różne podejścia do ludzkiego głosu. To oczywiste następstwo wyrażania wszystkiego przez HD 800 w aurze pogłosowej, a przez T1 w otoczeniu szybko zmieniającej się dźwiękowej scenerii. Mimo tych różnic jedne i drugie brane z osobna wydają się brzmieć bardzo naturalnie, z łatwością stwarzając miraż obcowania z żywą muzyką i żywymi wykonawcami.
Różnica zaznacza się też na obszarze niskich częstotliwości. Tu jednak HD 800, choć trochę bardziej od T1 w bas zaopatrzone, także nie epatują słuchacza jakąś nadzwyczajną ilością najniższych rejestrów i głębią w nie zejścia. Prawdziwy kontrast dla T1 stanowi na tym odcinku nowy flagowiec Grado – PS-1000. Kwantum przydanego mu basu jest wręcz wstrząsające, tworząc obrazy nacechowane potęgą i mocą, a jednocześnie spowite wszechobecnym niemal basowym łoskotem. Tymczasem T1 niczego w tym zakresie nie wyróżniają.
Podkreślmy – nie one się nie wyróżniają, tylko one nie wyróżniają niczego – bo to nie jest to samo. Traktują bas jako nie wymagający żadnego specjalnego podejścia fragment spektrum, tak samo jak cała reszta wyróżniający się u nich szybkością i czytelnością obrazu. Wydawać by się przeto mogło, że dla miłośników rockowego grania i nisko wibrujących syntezatorów muzyki elektronicznej są to słuchawki stracone. Tymczasem nic podobnego. Bo oto w rockowej muzyce nie liczy się jedynie fizjologiczny huk bębnów, a powiem nawet, że on wcale nie jest tam najważniejszy. Najważniejszy jest drajw. A takiego drajwu jaki mają T1 nie mają żadne inne słuchawki.
By się o tym przekonać puściłem płytę „Pulse” Pink Floyd i możecie mi wierzyć albo nie, ale słuchanie jej na T1 stanowi przeżycie jedyne w swoim rodzaju. To zdumiewające połączenie czystości, energii i piękna. Nasycenie medium powietrzem jest zaiste fascynujące, a cała muzyka staje się jakby falującą przed wami ścianą o hipnotycznych właściwościach. Żadnych przymgleń, żadnego ściemniania, żadnych przeciągniętych fraz. Wszystko widoczne jest jak na dłoni a zarazem nie odczuwa się nawet śladu zmęczenia dosłownością – jakimiś zbyt poszarpanymi sopranami, przeostrzonymi krawędziami czy naporem zbytecznie akcentowanych szczegółów. Ta muzyka jest jak holograficzny ekran o nie stwarzającej żadnych fizjologicznych ograniczeń rozdzielczości; trójwymiarowy, barwny, nasycony i czytelny, akcja na którym rozgrywa się z oszałamiającą prędkością.

Wrażenia odsłuchowe cd.

Beyerdynamic_T-1_3  Tak więc T1 nie są słuchawkami dla osób lubujących się w mrocznych, zawiesistych, długo wybrzmiewających klimatach. To słuchawki pełne wigoru i energii, fascynujące szybkością połączoną z nadzwyczaj wysoką kulturą brzmienia. To drajw w najczystszej postaci dla tych, którzy go kochają i pragną.

Nasuwa mi się w tym miejscu porównanie z Ultrasonami E9. One początkowo także cięły wybrzmienia i nie bawiły się w echa, a potem, po kilku miesiącach, okazało się, że potrafią nawet przeciągać frazy. Nie wiem czy z T1 może być podobnie. Te które posiadam pracowały u swojego właściciela od około miesiąca, toteż co nieco na liczniku już mają. Jednak dopiero za czas jakiś będzie się można o tym przekonać. Gdyby tak się stało, ich charakter uległby niewątpliwie dość radykalnej przemianie, jednakże dzisiaj nic o tym wiedzieć nie możemy.

Ale, ale, zaraz kochani. Kiedy to piszę mam oczywiście T1 na głowie, a przygrywa mi cały czas właśnie Pink Floyd i jego „Pulse”. I wiecie co, w miarę jak tego słucham dociera do mnie coraz wyraźniej, że ta scena staje się holograficzna w sposób całkowicie autentyczny. Że wszystko naprawdę koncentruje się na wprost poza głową słuchającego i tworzy wiele dźwiękowych planów. No, moi drodzy, to już zaczyna być magia. Na HD 800, E9 ani E8 nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłem. Nie chcę z tego robić reklamowego fajerwerku, bo wrażliwość poszczególnych osób na taką holografię może być różna, ale samo zjawisko jest intrygujące, wyraźnie je odczuwam i grzechem byłoby o tym nie wspomnieć. Trzeba przy tym zaznaczyć, że scena nie staje się tutaj większa w sensie zasadniczym, tylko głębsza i bardziej wieloplanowa. Zamykając oczy można przy odrobinie wysiłku przywołać wrażenie słuchania prawdziwych kolumn. Może nie takich daleko postawionych, ale czegoś w rodzaju odsłuchu monitorów bliskiego pola na pewno. No, no…

Przy okazji słuchania muzyki stanowiącej taki przeciwbiegun dla kameralistyki jak „Pulse”, warto wspomnieć, że wcześniej słuchałem na T1 także muzyki symfonicznej, a wkładając do odtwarzacza pierwszy orkiestrowy krążek przekonany byłem, że nie usłyszę niczego specjalnie interesującego, bo już wcześniej wiedziałem, że ta scena do wielkich nie należy. Pomyliłem się bardzo. Właśnie taka muzyka na T1 robi największe wrażenie. Odwzorowanie orkiestry poprzez połączenie wyrazistości wszystkich jej składników, swobody kreowania najbardziej nawet złożonego muzycznego obrazu i całkowitego braku zniekształceń – czemu w sukurs podążają zjawiskowe piękno wysokich tonów oraz szybkość i spójność całościowego przekazu – robi piorunujące wrażenie. Być może także tam pojawiła się holografia, tylko nie zwróciłem na nią uwagi.
Probierzem możliwości odwzorowania wielkiej muzycznej złożoności jest niewątpliwie płyta „Verdi Choruses” (Fim), na której bez owijania w bawełnę wydawca sam napisał, że jest dla aparatury audio wielkim wyzwaniem, podobnie jak była nim wcześniej dla realizatora. Płytę tę T1 łyknęły z tą samą dziecinną łatwością co najlepsi zawodnicy w słuchawkowej stawce – Orfeusz, K1000, czy Omegi. Tak więc ich spójność i kultura brzmienia są naprawdę najwyższej próby.
Puściłem sobie też płytę pokazową Staksa nagraną systemem sztucznej głowy i wypadła na T1 bardzo obiecująco.

Słuchałem oczywiście także wiele muzyki o bardziej audiofilskim rodowodzie – kameralistyki, jazzu, czy poezji śpiewanej. Na etapie wygrzewania i mojego z nimi oswojenia na jakim (z wielką niechęcią) je oddaję, nie są w stanie nawiązać w całej rozciągłości jakością reprodukcji ludzkich głosów do AKG K1000 i minimalnie także odstają pod tym względem od PS-1000. To się może wprawdzie zmienić, ale nie będziemy przecież zgadywali. Co się zaś tyczy muzyki instrumentalnej, to niewątpliwie wypada fascynująco, oczywiście prezentując się w stylu, który opisałem. Kameralny pierwszy plan jest bardzo bliski i zmysłowy. Dotyka nas niemal. Faktura saksofonu Stana Getza była kapitalna, z wszystkimi należnymi jej składnikami i jeszcze dodatkową porcją powietrza na dokładkę. To samo odnosi się do trąbki Milesa. Struny kontrabasu? Palce lizać. Właśnie puściłem „Kind of Blue” i wiecie co, znowu jest ta holografia. Ja pierniczę… Jeszcze chwila i się załamię, że ich nie mam. Do czego ta droga prowadzi?
A ponieważ złapałem już holografię za nogi, włożyłem jeszcze do odtwarzacza „Stratosfear” Tangerine Dream, bo to płyta której reprodukcja nie podoba mi się na żadnych słuchawkach. No i… bingo. A niech mnie!

Podsumowanie

Beyerdynamic_Logo  Starczy tych zachwytów. Chyba poniosło mnie późną nocą audiofilskich objawień. W każdym razie słuchawki naprawdę robią wrażenie, zwłaszcza po jakiejś godzinie od założenia. Być może ktoś z nimi zżyty potrzebuje na to znacznie mniej czasu, ale ja ten holograficzny miraż dopiero dziś, trzeciego dnia słuchania załapałem, a jutro słuchawki wracają do właściciela i żadnych więcej eksperiencji ani objawień nie będzie.
Cóż rzec? Na pewno T1 to coś tchnącego autentycznym nowatorstwem, którego wymiar i ostateczne przebadanie stanie się udziałem przyszłych użytkowników. Tak więc na definitywne konkluzje jest na razie stanowczo zbyt wcześnie i musimy poprzestać na tym, że coś już o nich wiemy, lecz najpewniej dalece jeszcze nie wszystko. To zaś co wiemy wielce obiecującym się zdaje i przyszłości niecierpliwie wyglądać każącym, bo być może, bo a nuż, narodziło się właśnie coś nowego, czego dotąd nie było i co tylko na płytach specjalnie dla słuchawek nagranych dawało się posmakować.
Mam nadzieję, że ta holografia mimo wszystko tylko mi się nie przyśniła i inni ją także odnajdą, by w niej się osiedlić i zamieszkiwać, ku wielkiej swojej audiofilskiej radości.

Konkluzja

Zwróćcie uwagę, jak życie bywa przewrotne. Recenzja zaczyna się od tego, że scena jest najsłabszą stroną T1, a kończy tym, że jest najsilniejszą.

Uwarunkowania systemowe

System był ten co zawsze, toteż nie ma się nad czym rozwodzić. Chciałem wprawdzie wypożyczyć Ayona CD-5, ale na odsłuchy pojechał. Słowo jednak o lampach i przyzwyczajeniu. Słuchawki początkowo wydały mi się grać dźwiękiem zbyt lekkim i zbyt naprężonym. Zmuszony przeto zostałem do doboru lamp brzmiących gęsto i substancjalnie, co sprowadziło się do zastosowania CCa Simens & Halske oraz nade wszystko GZ-34 Mullard. Tak oprawione T1 na trzeci dzień mnie zachwyciły, co nie zmienia faktu, że z bardziej gęstym i bardziej zmysłowo brzmiącym odtwarzaczem niż Cairn zapewne byłoby jeszcze dalece lepiej.

Dane techniczne

Słuchawki dynamiczne o budowie półotwartej.
Pasmo przenoszenia: 5 – 55 000 Hz
Oporność: 600 Ohm
Skuteczność: 102 dB
THD: poniżej 0,05%
Nominalna moc obsługiwania: 300 mW (Zgodnie z normą IEC.)
Nacisk pałąka: 2,8 N
Waga bez kabla: 350 g
Kabel 6-żyłowy, symetryczny, długości 3m.

Podziękowanie

Za przekazanie słuchawek do odsłuchu jestem niezmiernie wdzięczny i zobowiązany koledze Gasolinowi z forum audiohobby. Panie Marku, ogromne dzięki.

Pokaż artykuł z podziałem na strony

25 komentarzy w “Recenzja: Beyerdynamic T1

  1. Tomek napisał(a):

    Słuchawki niezwykłe, klasę zaczęły pokazywać po 100h grania. Pobiły u mnie takie słuchawki jak LCD 2 , D7100, HE500,D7000. Usłyszałem je kiedyś parę minut i juz wiedziałem że to jest to COŚ! Dzisiaj mam je na własność i tylko zastanawiam się czemu tak późno je kupiłem.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      A czym je napędzasz? Bardzo jestem ciekaw jak grałyby z Bakoonem, który wyraźnie preferuje słuchawki o wysokiej impedancji.

      1. Tomek napisał(a):

        Witaj Piotrze! Obecnie T1 podłączam pod Asusa One Muse, który ma podobny przekaz jak te słuchawki, gra przestrzennie ale neutralnie z dobrym basem.Góra jest lekko złagodzona, nawet łagodniej zagrał ten Asus od Perły Majkela. Pewnie dla tego przekaz T1 wypada u mnie gładko an górze.
        Swoją drogą warto by rozważyć recenzję tego Asusa w wersji Muse,dobry sprzęt mimo że rodowód od firmy komputerowej.

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Z daleka Tomaszu jesteś? Nie wybrałbyś się do mnie przypadkiem posłuchać tych T1 z Bakoonem, bo bardzo mi ich brak doskwiera. On się strasznie lubi z wysokoohmowymi słuchawkami a tylko z HD 800 go słyszałem.

          1. Tomek napisał(a):

            Mieszkam niedaleko Warszawy, chyba Piotrze dobrze kojarzę że jesteś z Krakowa? Trochę za bardzo nie jestem chętny rozstawać się akurat teraz z T1 bo mam je od niedawna a niewygrzane do końca też bo raptem ponad tydzień je mam. Ale za jakiś czas mógłbym pożyczyć…

  2. Piotr Ryka napisał(a):

    Nie, nie, jak jesteś z daleka to absolutnie nie chcę Cię fatygować. Gdybyś był z Krakowa albo okolic to mógłbyś podjechać i razem byśmy posłuchali. Mnie by wystarczyło parę minut. Ale żadne tam wysyłanie.

  3. Mario napisał(a):

    Ja mam nie daleko do Krakowa,mógłbym podjechać z T1.Sam jestem ciekawy jak zagrają z Bakoonem

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      W tej chwili nie mam Bakoona, ale jest nadzieja, że niedługo przyjedzie, a wówczas zapraszam. Zasygnalizuję gdyby przyjechał.

      1. Mario napisał(a):

        Fajnie,czekam

  4. Kamil napisał(a):

    Panie Piotrze, czy Pana zdaniem mój Sonic Pearl (dac to cs4396 na lampie) da radę dobrze wysterować T1? Myślę nad dobrymi słuchawkami stacjonarnymi do klasyki/opery. Obecnie do tego służą mi HE-500 i DT880, ale ciągle czegoś mi brakuje jeśli chodzi o separację i rozmieszczenie instrumentów. Czy T1 by się do tego nadawały?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Mam Sonic Pearl i mam też T1. Brakuje tylko odrobiny czasu. Postaram się jutro posłuchać tego duetu i porównać z możliwościami HD 800, które też mam. Zobaczym jak to wypadnie z klasyką i operą.

  5. Piotr Ryka napisał(a):

    Posłuchałem dzisiaj Sonic Pearl z NuForce DAC-9 i doskonale napędzał zarówno T1 jak i HD 800 oraz K812. O nowych AKG nie chcę się wypowiadać przed ich recenzją poza stwierdzeniem, że tamtym nie ustępują, a co do pozostałej dwójki, to T1 grają bliżej słuchacza i mają dźwięk bardziej połyskliwy, a HD 800 są prezentacyjnie teatralne i bardziej pastelowe. Jedne i drugie znakomicie uchwytują prawidłową tonację i grają bez zniekształceń. Tak więc co się woli.

    1. Kamil napisał(a):

      Dziękuję Panu bardzo. Bardzo dobre porównanie. Nie ma to jak opinia eksperta, a właśnie na takiej mi zależało.

      1. Kamil napisał(a):

        Ostatnio kupiłem wspomniane T1. Jeszcze raz bardzo dziękuję za recenzję. Słuchawki są właśnie takie, jak Pan opisywał. Jeśli chodzi o klasykę, to nigdy czegoś takiego nie słyszałem na słuchawkach. Jestem bardzo zadowolony.

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Cieszę się, że mogłem pomóc. T1 to niezwykłe słuchawki. Potrafią oczarowywać.

  6. Łukasz napisał(a):

    Piotrze,

    Współpracę T1 z którym wzmacniacze z Twojej stajni oceniasz najlepiej ? ASL Twin Head?

    pozdrawiam!

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Tak, zdecydowanie Twin-Head. Ale on jest najlepszy nie tylko z T1, tylko tak ogólnie, tak więc to żadne zaskoczenie. Lampa to lampa, ma bogatsze brzmienie.

  7. Maciej napisał(a):

    Tak się zastanawiam dzisiejszego wieczora czy aby nie dać T1 drugiej szansy…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      A czemu nie dać? Pewnie, że dać.

      1. Maciej napisał(a):

        Ale romantyzmu w nich uświadczę? Czy zasługują ostatecznie na miano flagowca?

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Jak dla mnie, to te słuchawki mają szczególnie dużo romantyzmu, o czym pisałem w recenzji AKG K812. Faktem jest jednak, że grają wyjątkowo pięknie z moim wzmacniaczem i głównie na podstawie tego je oceniam. Na miano flagowych z całą pewnością zasługują, ale na przyszły rok Beyerdynamic zapowiada nowego flagowca. Na razie tylko nieoficjalnie.

          1. Maciej napisał(a):

            No tak, nisza słuchawek w przedziale 2000 Euro czeka na wypełnienie, w ślad za AKG, Ultrasone i Audeze..

  8. Bogusław napisał(a):

    Chciałbym zapytać o wnętrze muszli BeyerdynamicT1. Na prezentowanych przez Pana zdjęciach osłona przetwornika jest ażurowa. Na zdjęciach prezentowanych przez blog „Audiofanatyk” osłona jest nietransparentna, jakby trochę błyszcząca. O co chodzi, zastanawiam się?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      W mojej recenzji wystąpiły słuchawki z samego początku produkcji. Po kilku latach Beyerdynamic dokonał modyfikacji, która nie znalazła odzwierciedlenia w cenie i nazwie – i to pewnie takie zmodyfikowane są na zdjęciu Audiofanatyka. Na dniach ma się pojawić wersja jeszcze nowsza, która niestety będzie też zdecydowanie droższa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy