Relacja: Audio Video Show 2017 – Golden Tulip

   Złoty Tulipan został sam. Bristol wypadł bowiem z imprezy i teraz jest tylko jedno miejsce, w którym na jednym poziomie galeria dużych sal zapewnia dobre warunki, co mocni gracze, grający najlepszymi systemami, rokrocznie wyzyskują. Nieinaczej było w tym roku, ale pośród dużych i średnich jest tam jedna stosunkowo niewielka i od niej rozpoczniemy.

Na końcu korytarza po lewej, w miejscu nazwanym Krokus, grały szwajcarskie Boenicke Audio, czyli coś od wybitnego producenta; coś, co naprawdę lubię. Sam Sven Boenicke był podobno obecny, a przynajmniej jego obecność anonsowano, ale nie miałem przyjemności. Pozostawało więc słuchać, a do słuchania były stosowne rozmiarowo względem sali niewielkie monitory Boenicke W5 SE. Ale czy faktycznie stosowne? Te W5 są tak małe, że można spokojnie stawiać na biurku. Czy spisałyby się w tej lokalizacji równie dobrze jak małe Zingali i Master Oslo, tego nie wiem, ale należy przypuszczać, że nie gorzej. Natomiast w sali Krokus prezentacja posiadała pewną istotną skazę – dźwięk dudnił. Sam z siebie był bardzo dobrej jakości, ale jakieś odbicia go zniekształcały. Niemniej jego skala z tak małych kolumienek wciąż robiła wrażenie; był to klasyczny wielki format zrodzony z małego formatu. Kontrast zatem i zaskoczenie, zwłaszcza dla osób nie znających możliwości kolumn tej marki. Niemniej brzmienie większych Boenicke, grających parę lat wstecz też w Golden Tulip, lecz w dużo większej sali, wspominam zdecydowanie lepiej.

Drzwi w drzwi, ale w większym pomieszczeniu komnaty Dalia, panoszył się, jak co roku, Arek Sveda; tym razem z czymś od poprzednich razów większym. Tym czymś były postawione na sobie spodem sekcja niskotonowa modułu Chupacabra (3 x 23 cm ScanSpeak w układzie aktywnym po 700W w kolumnie) i wierzchem monitory aktywne Blipo (2 x 18 cm ScanSpeak + Mały Rewelator; 300W + 80W aktywności na każdą). Źródłowo  naprzemiennie zasilał to gramofon AVID lub komputer z majestatycznym przetwornikiem Lampizator Pacyfic, przy okablowaniu sygnałowym samego Lampizatora oraz zasilającym od Verictum. Zagrało? Tak, zagrało. Obfitość dobrze wcalonych w muzykę szczegółów, doskonale wyczuwalna, dojmująca wręcz obecnością przestrzeń. Żywość i dynamika, a jednocześnie pełna porcja muzyczna. Membrany zdolne oddawać wszelkie niuanse, a nie tylko ujednolicać i upiększać. W ślad za tym wyraźny „dotyk” wokalu i w widoczny sposób ruchome medium. Autentyzm i realizm, a jednocześnie poetyka. Coś zatem rzeczywiście godnego miejsca (mówię tu o całym hotelu), w którym w latach minionych grywali najlepsi z najlepszych.

Przez ścianę, w sali Magnolia, jak co roku paradował warszawski Grobel Audio. A w jego defiladzie kolejny raz wirtuozowskie kolumny Franco Serblin Ktema i potężny system lampowy od francuskiego la société Jadis: przedwzmacniacz JP80MC z końcówkami mocy JA200 MkII. Za źródło gargantuiczny gramofon, zgrabny jak hipopotam DaVinciAudio Labs AAS Gabriel MK2 z własnym ramieniem i wkładką, wspierany oldskulowo wyglądającym stopniem gramofonowym Thöress Phono Equalizer. Okablowanie sygnałowe dało temu samo Jadis, natomiast całe zasilanie – kable, listwy, kondycjonery – zapewniło, podobnie jak obok u Svedy, mocno atakujące w tym roku Verictum. Zagrało? Pewnie, lecz nie bez małych ale. Bo ogólnie biorąc szczyt wyrafinowania i na takim metrażu już lepiej nie można. Można inaczej; można tubowo, albo w inny sposób rozkładając akcenty, ale co do samego stopnia szczegółowości i wyrafinowania, to tu, na miejscu, był szczyt szczytów. Odnośnie tych akcentów. System grał ofensywną górą, bez najmniejszego odjęcia. W pewnych przypadkach cokolwiek zbyt ofensywną, chociaż tu można dyskutować. Bo rzec można jak mistrz Beethoven: – Co mnie obchodzą pańskie skrzypce? Jak płyta stara lub źle nagrana, to albo to przyjmij do wiadomości, albo kup sobie lepszą. Tak właśnie zdawał się mówić system u Grobel Audio.

Nie doczekałem się niestety na żadną świetną technicznie i miarodajną płytę, bo pierwsza była publiczności, z typowym materiałem w stylu „Teraz wam, kurwa, pokażę!”, a po niej sam prowadzący puścił stare nagranie koncertowe II Rapsodii Węgierskiej Liszta w aranżacji na całą orkiestrę i pod batutą Stokowskiego; i owszem, niezwykłym poziomem grało, ale nie w sposób ułatwiający przełykanie staroci i samo ocenianie. Upajające momenty i fantastycznie zobrazowane wnętrze filharmonii, ale też dawka nieuniknionych muzealnych odczuć w nagraniu. Nie umiem zatem powiedzieć, jak system grać mógłby w optymalnym układzie dźwiękowym, ale zapewne genialnie, bo i bez tego obdarzał holografią, dojmującym poczuciem realizmu i maestrią brzmieniową. Niewątpliwa magia spektaklu; prawdziwy audiofilski teatr – z widocznym ruchem powietrza i wszystkimi pozostałymi atrakcjami. Więc dynamika przytłaczająca i przytłaczająca wierność odtwórcza, a bez taryfy ulgowej. Zatem coś dla koncertowych uszu, a nie tych lubiących głaskanie.

Warto, podsumowując ten korytarz, dodać też, że wszystkie trzy opisane sale były oblegane, z czego wniosek, że publiczności się podobało.

W drugim, o wiele szerszym korytarzu, przy którym większe sale, zaraz w pierwszej coś niezwykłego i zarazem debiutant. Z Włoch przyjechały ogromniaste kolumny, do których może nawet pasowałby ogromniasty wzmacniacz ze Stadionu Narodowego, który w roli wystawowego brachiozaura miał przyciągać publikę. (Oryginalny brachiozaur, z Muzeum Humboldta w Berlinie, robi dużo większe wrażenie.) Kolumny nazywają się Sigma Acoustics MAAT i wbrew sugestii wyglądu okazują się bardzo skuteczne (102 dB), mimo iż to nie papierzaki, nie wstęga i nie tuba. Skutecznie też odstraszają ceną, opiewającą na 800 tys. złotych, a wstawić ich do czegoś mniejszego niż sala balowa, także raczej się nie da. Estetykę mają przy  tym problematyczną, bo skosami próbowano je czynić lżejszymi we wzrokowym odbiorze, ale nie za bardzo to wyszło. Furda jednak wyglądy, ważniejsze samo granie. Za napęd dostały te wielgusy brytyjski gramofon Vertere SG-1 i szwajcarski system wzmocnienia, z przedwzmacniaczem FM Acoustics 245 i FM phonostage 123 oraz końcówkami mocy FM 108. Do tego okablowanie Faberʼs Cables, którego nie znam, ale w teorii system, że proszę siadać i nie gadać, bo zaraz będą czary. Wygląd przytłaczające i kraje audiofilsko uznane, elitarne wręcz nawet. Więc? Więc dźwięk pasujący do wyglądu, to znaczy festiwalowy. Ogromny jak same głośniki i wprawdzie nie do końca uprzyjemniony, ale też nie realistyczny, nie dożylny, nie jak ten od Grobel czy u Svedy. Wyczuwalny wprawdzie nie sam bas i nie sama nawet średnica, bo wyczuwalne także soprany, niemniej daleko od możliwości powiedzenia, że ten tor wychwytywał i oddawał wszystkie muzyczne składniki. Wyraźne upiększanie i umilenie życia – czesanie z brylantynką. Do tego format niemożliwy do wejścia w intymny kontakt, i przede wszystkim odczucie „bycia tam” mocno zredukowane. Toteż faktycznie sala balowa, tak żeby wirować walca. Ale nie z prawdziwą orkiestrą, tylko taką odfiltrowaną. Są chętni na takie brzmienia, ale ja nie gustuję.

Obok, przez ścianę, Nautilus z cyfrowo-masteringowym wykładem, ale o nim osobno. A dalej, za Nautilusem, w narożnej Azalia 1, jak przed rokiem RCM Katowice. Katowania tam nie urządzali, katowni żadnej nie było. Ale żeby mi się podobało, to też w ten sposób nie powiem. Znów grały tam Gauder Acoustics, ale mniejsze niż w roku poprzednim i inaczej brzmieniowo przyrządzone. Te zeszłoroczne mi zaimponowały, te w tym roku nie bardzo. Debiutujące Gauder Acoustics DARK5 zasilane były potężnymi monoblokami Vitus SM-103 i pre SL-103, biorąc sygnał od popisowego gramofonu dystrybutora, japońskiego TechDAS Air Force One z ramieniem SAT Pickup Arm. Grało to wielce muzykalnie i wielce dynamicznie, ale zabrakło w uszach tego czegoś, co można nazwać wyrafinowaniem smakowym. Wyrażając się po winiarsku – bukiet był jedwabisty, bez najmniejszego urozmaicenia w postaci udziału łodygi, a do tego zbyt wąski smakowo, zbyt ujednolicony. Ciepły i gładki dźwięk o dużej rozpiętości skali zjednywał słuchacza dynamiką i niepowszednią muzykalnością, ale już nie bogactwem niuansów i wertowaniem szczegółów. Za bardzo łubu-dubu, za mało bum-cyk-cyk. Skonstatowawszy ten stan rzeczy, poprosiłem zarządcę prezentacji o jakąś mniej big-bandową a bardziej wytworną muzykę. I tu muszę z przykrością dygresję, pierwszą taką w historii.

W niedzielne południe nie było tam żadnych „wielkich osób”, których przybyciem na wystawę dystrybutor gromko się szczycił. Był jeden jego pracownik, który okazał się niewychowany. Rzucił mi pogardliwie przez ramię, że ta muzyka w zupełności wystarcza do ukazania zalet, więc nie zawracać mi tu głowy. Brawo, panie Adamek! Roger – mówiąc slangowo. Ale zdaje się generalnie, to nie o to w tym audiofilizmie chodzi. Albo może to jakaś nowa forma kultury, promieniująca z Katowic? Taka proletariacka. I co wam po tych sławnych gościach, gdy dzień dobry nie umiecie powiedzieć…

Obok, w Azalii 2, produkował się system sygnowany przez niemieckiego producenta elektroniki AVM, wspierającego się francuskimi głośnikami Davies Acoustics MV One i polskim okablowaniem Audiomica Laboratory. O tym graniu zanotowałem, że było pokazowe; to znaczy wielkie, wyczynowe, uprzestrzennione, dynamiczne. Także imponująco gładkie i imponująco głębokie, tyle że nieprawdziwe.O prawdzie już napisałem we wstępie do wszystkich relacji, że nikt jej dobrze nie zna, ale w intuicyjnej przymiarce do żywo granej muzyki w tym pokoju odbywało się coś innego. Styl tego czegoś mógł pretendować do rozrywkowego ubarwiania życia, albo do rockowego łojenia, w którym nie pojawią się bolesne momenty. Daleko od realizmu, ale blisko do przyjemności. Audiofilski tort czekoladowy w bardzo dobrym gatunku.

Na samym końcu korytarza, w sali Azalia 3, grał jak co roku od paru lat polski Avatar Audio. I od niego rozpocznę osobne artykuły.

11 komentarzy w “Relacja: Audio Video Show 2017 – Golden Tulip

  1. Sławomir S. napisał(a):

    Czytam sobie o nowej proletariackiej formie kultury promieniującej z Katowic, a w tle mruga telewizor, gdzie jedna z ogólnopolskich stacji telewizyjnych pokazuje wywiad z Krystianem Zimmermanem (ur. w Zabrzu, wieloletni mieszkaniec Katowic), który to wywiad ma temat wiodący, a jest nim uznawana za jedną z najlepszych na świecie sala koncertowa NOSPR. Właśnie odłożyłem lekturę, a jest nią biografia Wojciecha Kilara, wieloletniego mieszkańca Katowic, notabene po sąsiedzku mieszkał Henryk Mikołaj Górecki, wieloletni mieszkaniec Katowic. Zastanawiam sie jak Oni ‚promieniowali’. Są przecież z Katowic, to pewnie proletariacko.
    Mam wrażenie, że przytyk do RCM-u z celowym podkreśleniem lokalizacji jest zbyt łatwą próbą utrwalania pewnych stereotypów, niegodną Intelektualisty na naszego ukochanego Grodu Kraka.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Nic nie mam przeciw Katowicom. Wielokrotnie tam pomieszkiwałem i byłem na przykład światkiem znakomitych przedstawień teatralnych, jak choćby „Zmierzchu długiego dnia”, czy „Szwejka”, z fenomenalnym Brusikiewiczem. Mam tam także paru bliskich znajomych, a w relacjach z AVS parę lat temu przywoływałem wysoką kulturę kierowców ze Śląska, której uczestnicy ruchu drogowego w stolicy mogliby się od nich uczyć. Więc proszę nie brać tego do siebie, ani do miasta; po prostu RCM jest z Katowic, więc niby skąd ma promieniować?

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        I jeszcze, żeby nie było wątpliwości: przeciwko proletariuszom też nic nie mam; chciałem się jedynie wyrazić oględniej, nie przywołując z imienia jednego z synów Noego.

      2. Sławomir S. napisał(a):

        Ależ nic nie borę do siebie. RCM promieniuje z RCM-u. W tym rzecz.
        Kontekst geograficzny (jakikolwiek by nie był) jest po prostu niepotrzebnym środkiem ekspresji literackiej w tym przypadku.
        A tak wracając do głównego nurtu -zastanawiam się jaki pożytek z tej wystawy czerpią Wystawcy ?
        No bo Zwiedzający pewnie tak- w jednym umownie miejscu mogą dokonać przeglądu znacznego kawałka branży, ale czy to doświadczenie z wystawy przekłada się na decyzje zakupowe ?
        Koszt wynajęcia pewnie spory, zorganizowanie się na wystawę rozwala codzienną działalność niewielkich firm. Czy nie jest tak, że staje się to obowiązkowym rytuałem towarzyskim bardziej, potwierdzającym istnienie w środowisku?
        Ciekawe, czy Ktoś to badał.

        1. Tommypear napisał(a):

          Proste ,reklama, promocja. Pokazanie marki, bezposredni kontakt z klientem i to w wiekszej ilosci jak w sklepie stacjonarnym. A nie w kazdy miescie jest taki sklep, wiec mysle ,ze taka wystawa ma bardzo duzy wplyw na identyfikacje pozniejsza marki, zainteresowanie nia jak i na sama sprzedaz.

        2. Piotr Ryka napisał(a):

          Dla mniejszych firm to możliwość szerszego zaistnienia. Dla większych obowiązek i oklazja promowania nowości. Nieobecność mogłaby być odczytana jako wyraz słabości. Ale są też tacy, którzy nic sobie z tego nie robią i nie przyjeżdżają. Poza tym niektórzy producenci na dystrybutorów cisną, domagają się bycia na wystawie. Samo zaś bycie jest bardzo kosztowne – za mały pokoik płaci się organizatorowi 4 tys. PLN. A to wszak niejedyne koszty.

          1. tommypear napisał(a):

            Czekam na wpisy o avatar audio. Czy o lampizatorze cos wiecej bedzie ? Czy poprostu dobrze gral i tyle ? 😉

          2. Piotr Ryka napisał(a):

            O Avatar Audio będzie artykuł i mam nadzieję niedługo czegoś od nich recenzja. Lampizatory były w wielu miejscach i wszędzie dobrze grały, ale na recenzję już nie liczę, bo pan Fikus tyle razy mi obiecywał przysłać i za każdym razem nic z tego.

  2. tommypear napisał(a):

    Kurcze ja nie mam z tym problemu 😉 fakt ,ze czasami trzeba uzbroic sie w cierpliwosc, ale predzej czy pozniej sprzet trafia do odsluchu 😉 Szkoda ,bo chetnie bym poczytal recenzje.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Też bym chętnie napisał, ale przecież nikogo nie mogę zmuszać do przysyłania. Lampizator gros sprzedaży ma w USA i polskie recenzje nie bardzo go nęcą.

      1. tommypear napisał(a):

        A szkoda…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy