Relacja: A vs AB w salonie Nautilus

   Nautilus przy Malborskiej po zwinięciu się Chillout Studio pozostał ostatnim dużym salonem audio w Krakowie. Podkreślam zwrot „po zwinięciu”, gdyż Chillout Studio nie zbankrutowało, a tylko jego dwaj główni udziałowcy postanowili zwinąć interes, doszedłszy definitywnie do wniosku, że ich podstawowa działalność gospodarcza przynosi większe dochody i przysparza mniej trosk. Jak widać nie jest więc tak, że handel w biznesie audio to same kokosy, oraz taka jeszcze stąd płynie nauka, że prowadzenie go jako drugiej działalności, motywowanej bardziej zamiłowaniem niż potrzebą, niekoniecznie się sprawdza.

Powiedziałem więc Robertowi Szklarzowi, właścicielowi Nautilusa, że ma teraz jak w uchu – i to nie tylko w sensie kierunku działalności, ale także warunków otoczenia. Żachnął się za to okropnie: „bo sobie sprawy nie zdajesz, jaki to ciężki kawałek chleba”. I wierzę mu nawet, bo jeśli się komuś zdaje, że wystarczy postawić budę, zaadoptować akustycznie, wypicować środek na pokaz oraz nawstawiać góry sprzętu – i wszystko samo się sprzeda – to nic bardziej mylnego. Sprzedać drogi kawałek audio, czy nawet odrobinę droższy od taniochy, to w polskich realiach ekwilibrystyczne zajęcie dla ludzi z wiedzą i doświadczeniem. Faktem jednakże też, że Nautilusa możemy póki co okrzyknąć królem krakowskiego podwórka w dziale salonowego audio, jako że konkurencja wymiękła.

 

 

 

 

Cóż jednak z tego, kiedy rynek i tak wymaga by o niego zabiegać, a w ramach tego (choć także z potrzeby ducha) organizuje Nautilus raz w miesiącu czwartkowe wieczory klubowe dla swoich sympatyków, i kiedyś już te imprezy opisywałem. Ostatnia odbyła się na kanwie tytułowego A vs AB, czyli ślepego testu porównawczego tych do tych końcówek mocy. W tym konkretnym przypadku pochodzących od sławnego japońskiego producenta Accuphase, oferującego niemal identyczne zewnętrznie takie i takie. Temat pierwotnie miał wprawdzie być inny, miano słuchać płyt szelakowych, lecz okazało się w międzyczasie, że trzeba wpierw zdobyć odpowiednią wkładkę, bo ta już pozyskana okazała się zbyt zużyta. Zamiast więc starych płyt porównywano końcówki – w ślepym teście, z przodami pozaklejanymi papierem. Dwie tury w takim razie, przedzielone wyjściem publiczności z sali odsłuchów na przekąskę i wino, by zamiana dokonała się incognito.

 

 

 

 

Rzućmy okiem na tor. Akurat składał się z rzeczy w większości wcześniej zrecenzowanych – z odtwarzacza SACD Accuphase DP-950/DC950, przedwzmacniacza Phasemation CA-1000 i kolumn Lumen White White Light Anniversary, plus okablowanie Triple Crown od Siltecha. Ale w części też z rzeczy poza recenzją –  najnowszego gramofonu Transrotora oraz gramofonowego przedwzmacniacza od Accuphase.

W sumie grał sam gramofon, bo wszyscy nastawili się wcześniej na szelaki i chęć muzyki spod igły przeważyła. Płyty same w wysokim gatunku i na ich kanwie – szczególnie że grał głównie jazz – taka uwaga techniczna, iż dawne realizacje lepsze. Odnośnie zaś meritum, to start odbył się w klasie AB, co było oczywiście tajemnicą, ale można się było domyślać, jako że A jest bardziej utytułowane i postrzegane za lepsze. Nie chcę się chwalić, ale już po paru sekundach że gra AB byłem pewien; zbyt było to oczywiste dla kogoś mającego audiofilską harówkę na co dzień. W drugiej turze zatem już samo A – i oczywiście ono bardziej się podobało, jednakże nie bez zastrzeżeń.

 

 

 

 

Tu przerwa na odskocznię. Wcale nie byłem zaproszony, tyko sam się wprosiłem. Przyjechawszy po sprzęt podsłuchałem rozmowę o spotkaniu i się dokooptowałem. Poproszono mnie jednak, bym raczej nie zabierał głosu, bo te spotkania nie są dla przemądrzałych recenzentów tylko niezawodowych słuchaczy – audiofili i osób im towarzyszących, a nawet kogoś z ulicy. (Nie są zamknięte, choć raczej za zaproszeniem a nie poprzez rozklejanie afiszy.) Więc grzecznie się nie wymądrzałem, ale teraz wymądrzę.

Jak widać nie było żadnej zmowy, bo ani Robert nie czytał moich relacji z AVS, ani ja go do niczego nie namawiałem. Nie czytał, bo nie ma na to czasu, zalatany pomiędzy klientem a producentem. Tak się jednak, całkiem przypadkowo złożyło, że nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego przykładu dla tezy zawartej we wstępie do tegorocznych relacji z AVS, szumnie zatytułowanego „Audio Video Show 2017 w bycie ogólnym, czyli wstęp”. Pośród innych wynurzeń zawarłem w nim bowiem opinię o podziale audiofilizmu na trzy główne szkoły: szkołę dźwięku umilonego, szkołę udziwnionego i szkołę realistyczną. Podziału, jak to podziały, umownego i z nieostrymi granicami, ale nieźle oddającego stan rzeczy. Ów właśnie tytułowy ślepy test był bowiem podręcznikowym przykładem różnic pomiędzy lekką dziwnością a pełnym realizmem. Bynajmniej nie bez pewnych po obu stronach przymieszek, lecz generalnie w tym kierunku.

Brzmienie z końcówek AB (a cała reszta identico) okazało się – jak to generalnie ma miejsce – twardsze oraz chłodniejsze. Ale przede wszystkim zawieszone nie w medium na kształt „zupy przestrzeni”, gdzie każdy cal sześcienny mniej czy bardziej uczestniczy w muzyce i daje się wzrokiem kroić, ale w medium próżniowym, uczestnictwa wyzbytym, gdzie głos do słuchacza z samych jedynie instrumentów jako źródeł bezstratnie dociera. Że jakby więc muzyka nie była na kształt mgły z dźwięków, a czymś w rodzaju dźwiękowego obrazu zatopionego w krysztale. Myliłby się jednak ktoś wyciągający stąd wniosek, iż w takim razie medium w klasie A uczestniczy, a w AB nie. W AB też daje się odczuć, i śmiem nawet twierdzić, że w stopniu nie mniejszym. Jednakże całkiem inaczej. Tu bowiem daje się odczuć poprzez  pogłosy. Samo medium jest krystalicznie czyste, ale wypełnia się pogłosami. I to momentalnie zmienia atmosferę, bo wypełniona echami przestrzeń natychmiast staje się większa. Słuch i myśl podążając za nimi wędrują dalej, a sam zasadniczy muzyczny klimat nie tylko rozgęszcza się w nieobecnym jako pewna substancja medium, ale dodatkowo też większym obszarem. Muzyka staje się dalsza, bardziej przejrzysta, chłodniejsza i mniej intymna. Ma za to walor laboratoryjnej, lub jeśli ktoś woli inne porównania, górskiej bądź świątynnej czystości, a także tego większego obszaru. Ma przy tym większą wyraźność swych ostrzejszych konturów, a także mocniejsze naprężenie strun i membran. Obraz staje się mniej serdeczny, bliski i ujmujący, a w zamian bardziej kliniczny i wielkoobszarowy. Ergo obecny inaczej, nastręczający mniejszego czy większego poczucia obcości. Bardziej jako nie swój a obcy; nie dla nas a dla samego siebie istniejący.

I to ma swoje walory, do niektórych rzeczy pasuje bardziej – a niektórzy w ogóle tak wolą. Wchodzić w cudze upodobania nie mam zamiaru, ani tym bardziej zabraniać komuś własnych preferencji. Chłodniejsza, wielkoobszarowa i mocniej akcentująca szczegóły a mniej obecność wibrującego powietrza muzyka daje inne zupełnie odczucia, dostęp do innych stref klimatycznych. Sam natomiast preferują chłód bardziej jako stan fizyczny otoczenia, natomiast w muzyce wolę ciepło. Nie zawsze, czasami chłodny przestwór jest bardziej inspirujący, ale zwykle tryskająca energią bliskość i roztętnione, gęste medium odpowiadają mi bardziej.

Test przeprowadzony w czwartkowy wieczór pokazał, że oba style nie zależą w głównej mierze od kolumn, kabli ani źródeł dźwięku, a przede wszystkim od sposobu wzmacniania. Przy obu źródłem był gramofon, przy obu te same kable i głośniki, a jednak różnice ewidentne, style zupełnie niepodobne. Z grona zebranych padły uwagi, że jedyny słuchany album z muzyką elektroniczną popartą wokalizą dobrze pasował do stylu AB i pewne cechy przy tym sposobie wzmacniania bardziej były czytelne, ale generalnie wszyscy woleli ciepło, bliskość i gęstość klasy A. Nie jestem zatem wyjątkowy, gust posiadam przeciętny. Ale trudno raczej by tak nie było w odniesieniu do klas A i AB.

2 komentarzy w “Relacja: A vs AB w salonie Nautilus

  1. Marek napisał(a):

    Bardzo ciekawe porównanie i test. Potwierdza to (moją) teorię, że część przestrzeni wynika ze zniekształceń. Prawdziwa przestrzeń musi być poparta dociążeniem i odpowiednią masą dźwięku i wtedy wychodzi ta smaczna zupka 🙂

  2. jafi napisał(a):

    ” Z grona zebranych padły uwagi, że jedyny słuchany album z muzyką elektroniczną popartą wokalizą dobrze pasował do stylu AB i pewne cechy przy tym sposobie wzmacniania bardziej były czytelne”
    Miałem podobny przypadek, czyli kogoś, kto twierdził, że testuje swój system i zmiany jakie w nim zachodzą płytą J.M. Jarre`a???
    Więcej, człowiek ten miał ambicje zbudowania systemu high-end.
    Nie znaleźliśmy niestety lub stety porozumienia. Wytłumaczenie, że takie podejście nie ma sensu, wykroczyło poza obszar mojego działania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy