Recenzje: Oyaide AZ-910

   Tak dziać się nie powinno – nie powinienem pisać jednej pod drugiej recenzji kabli, i to w dodatku od tego samego dystrybutora. I tak by się nie stało, gdybym był dobrze poinformowany. Ale nie byłem. Sam wziąłem do opisania zrecenzowany właśnie przewód zasilający Acrolinka, mając na uwadze własną ciekawość i popularność marki, a tego Oyaide podrzucili mi sami: „Bo słuchaj, to jest naprawdę wybitny kabel za te pieniądze i jeden gość, który ma bardzo drogie okablowanie, wpiął go i był zaskoczony.” No więc wziąłem, odłożyłem na półkę i żyję. Bo – „Żyj!” – zwykł mówić Robert Szklarz, właściciel Nautilusa, na zakończenie telefonicznej rozmowy, to co sobie będę żałował? Ale gdzie by tam dali pożyć. Po paru dniach dzwonią i pytają, jak długo jeszcze tego Oyaide będę trzymał, bo on już jest właściwie sprzedany (to można sprzedać niewłaściwie? – przez głowę mi przeleciało), a drugiego nie mamy. No, dobrze – powiadam – to posłucham i jeśli faktycznie jest taki dobry, to spróbuję się z nim uwinąć. Okropnie mi się nie chciało, bo nic mi się zasadniczo nie chce, ale się zmobilizowałem, podpiąłem i słucham. Zaczęło się nieszczególnie, ale po krótkiej chwili… Tak, każdy kabel musi chwileczką prąd sobą poprzepuszczać, zanim skrzydełka rozwinie, więc niech tam sobie przepuszcza, a my tymczasem o firmie.

O firmie kiedyś już było, bo były kable zasilające – dwa nawet w jednej recenzji – i to się dobrze składa, bo można z tamtej zaczerpnąć, unikając myszkowania po Internecie. Napisałem wówczas co następuje:

Oyaide Electric. Co., Ltd. była na początku, czyli w 1952 roku, zwyczajnym sklepem z kablami, będącym własnością pana Kazuji Oyaide. Biznes szedł dobrze; poszerzał się asortyment i jednocześnie pęczniał kapitał, w efekcie czego jakieś trzydzieści lat temu objęte tym asortymentem zostały także przewody audiofilskie. To się nie stało samo, ani nie wymyślił tego właściciel, tylko wymogli to na nim klienci, wchodzący albo już zanurzeni w audiofilizm, dynamicznie rozkwitający na początku lat 80-tych. Pierwszymi tego typu produktami Oyaide była listwa połączeniowa OCB-1 i kabel głośnikowy OR-800, które musiały się dobrze sprzedawać, bo inaczej o Oyaide byśmy w kontekście audiofilskim nie rozmawiali. A warto przy okazji nadmienić, że sklep pana Oyaide był położony w Akihabara Denki Gai, czyli tokijskim „mieście elektrycznym” – dzielnicy handlu elektroniką, największej takiej na świecie.

Rok 2000 to kolejna ważna data – moment wejścia Oyaide Electric. Co., Ltd. na rynki światowe, przy czym strategia biznesowa od początku była oparta na podkreślaniu, że wszystkie surowce i komponenty pochodzą od japońskiego przemysłu i japońskie jest też wykonanie. W dodatku Oyaide to nie sam montaż; firma rozrosła się i ze zwykłego sklepu stała przedsiębiorstwem z własnym zapleczem surowcowym, wykonawczym oraz badawczo-rozwojowym. Tak więc bycie japońskim oznacza w tym wypadku bycie samym Oyaide.

Skoczmy do roku 2008, w którym swój debiut miał kabel Oyaide AR-910, zakończony srebrnymi wtykami XLR i cały też ze srebra. I znów do akcji wkraczają klienci (tak w każdym razie twierdzi Oyaide), nagabujący o wersję RCA. Dość długo, trzeba przyznać, musieli nagabywać, ale ostatecznie odnieśli sukces i w roku 2011 zjawił się nasz tytułowy Oyaide AZ-910, będący tego realizacją.  

Technologia i użyteczność

Sztywne pudełko, w środku folia, a w folii nasz recenzowany.

   Z powyższej opowiastki wynika, że kabel nowy nie jest. Sam przewód obchodzi właśnie dziesięciolecie, a wersja RCA liczy sobie już siedem wiosen, czyli we wrześniu pójdzie do szkoły. Niemniej dopiero teraz polski dystrybutor doznał olśnienia i wieści jego chwałę, jako interkonektu za 2990 zł (1,0 m) zdolnego konkurować z drogimi, nawet bardzo drogimi. Na ile i w jakim sensie, to znaczy czy w stu procentach, czy tylko jako ocierający łzy zamiennik, tym się zajmiemy za moment, a teraz o technologii.

Podobnie jak japoński Acrolink, także japońskie i też tokijskie Oyaide prezentuje nabywcom przekrój. W centrum, w istocie przewodzącego jądra, kabel okazuje się splotem dwóch żył ze srebra czystości 5N o przekroju ø 1,05 mm każda. Odnośnie tego srebra, Oyaide jest bardzo dumne. To własny jego produkt, wytwarzany drogą zaawansowanych procesów technologicznych, poczynając od procesu ciągłego odlewu srebrnych prętów (przekroju ø 15 mm) w ceramicznym tyglu elektrycznego pieca zasilanego wysokoczęstotliwościowym prądem. Te są następnie poddawane aż dziewiętnastu walcowaniom na zimno, celem zmniejszenia przekroju, by na następnym etapie trafić do niskoobrotowej wyciągarki, gdzie poprzez powolne rozciąganie zyskują ostateczny przekrój 1,05 mm. Po czym zostają oszlifowane do powierzchni lustrzanej, a wszystko to w osłonie gazów obojętnych, żeby zapobiec łączeniu z tlenem. A by usunąć wewnętrzne naprężenia, powstałe podczas walcowania i ciągnięcia, następuje etap finalny, powolny proces wyżarzania silnym prądem w osobnym piecu elektrycznym, też wypełnionym obojętnym gazem. Uzyskane tam już gotowe przewody o odstresowanej, uporządkowanej strukturze trafiają do opakowań azotowych, gdzie tlen znów nie ma do nich dostępu, by czekać na ostateczny montaż.

Wracając do przekroju i jego wewnętrznych żył. Każda ma własną półmilimetrową izolację z polimeru PFA i obie zatopione są w antywibracyjnej polietylenowej piance. Na to przychodzi półprzewodzący ekran z karbonu, mający za zadanie pochłaniać wewnętrzne wyładowania, ponieważ, jak pisze producent: „Gdy sygnał płynie w kablu, generuje ultra słabe wibracje, powodujące wyładowania w koronie elektrycznej.” Na to przychodzi izolator z miki, nad niego folia miedziana do odbijania niskoczęstotliwościowych zakłóceń zewnętrznych, na to plecionka miedziano-srebrna do odbijania wysokoczęstotliwościowych zewnętrznych; i na to jeszcze zewnętrzna osłona – powłoka z poliuretanu. Producent chwali ją za twardość, odporność termiczną i mechaniczną, także za elastyczność i zdolność pochłaniania wibracji, a przede wszystkim za piękny, lśniący wygląd. Prócz nazwy interkonektu widnieją na niej strzałki, więc przewód jest kierunkowy.

Niegruby, lekki, błyszczący.

Osobny rozdział to wtyki, nazwane przez producenta GENESIS. Te też są całe ze srebra klasy 5N, formowanego na obrabiarkach CNC i łączonego z żyłami w procesie ultradźwiękowego lutowania srebrem sterlingowym SS-47 (czyli próby 925). Wyposażono je w zaawansowany, dwugwintowy system obrotowego zacisku ze smarowaniem, zapewniający jednocześnie łatwą obsługę i ochronę przed samoczynnym luzowaniem w skutek wibracji. A przede wszystkim jest to ten sam przewodnik, czyli zasada „przewód i łączówka z jednego materiału” spełniona.

Kable są śliskie, srebrzystobiałe i rzeczywiście błyszczące. Także niegrube, giętkie i lekkie, z wtykami pewnie trzymającymi, dla uzyskania efektu zaciśnięcia nie potrzebującymi wiele kręcenia. Żadnego w tym audiofilskiego zadęcia poza ładnym wyglądem, wielowarstwową izolacją i gatunkowym, odstresowanym srebrem. Żadnego napęcznienia, ciężaru i sztywności oraz cen z innej galaktyki. To samo odnośnie opakowania, w postaci foliowego woreczka w czarnym, sztywnym z lakierowanego kartonu pudełku z dodatkiem certyfikatu autentyczności oraz notką techniczną. A wszystko, jak już mówiłem, za trzy tysiące niecałe odnośnie metrowego odcinka i z okrzykami dystrybutora, że coś niesamowitego.

Brzmienie

Z wtykami z czystego srebra.

    Gdyby tak krzyczał sam tylko dystrybutor albo właściciel salonu, to bym się nie przejmował, bo oni zawsze krzyczą, ale kabel chwalił też ktoś, kto nie miał w tym interesu. Tym się kierując wziąłem i skutkiem presji zewnętrznej bez tradycyjnej zwłoki zacząłem słuchać. I jak już zdążyłem napisać, w pierwszych minutach pojawiły się wątpliwości, lecz szybko ustąpiły. Wątpliwości tyczyły tego, że kabel gra za ostro – zbyt cienko przędąc i nazbyt eksponując soprany. Ta znana cecha srebrnych przewodów nie mogła być zaskoczeniem, ale nie w sytuacji takich pochwał. To trwało jednak góra kilkanaście minut, a potem kabel się otrząsnął. Poza tym od początku prezentował istotną cechę pozytywną – podawał gładki dźwięk. A jest przykrą dolegliwością niektórych srebrnych kabli, nawet z monokrystalicznego srebra i bardzo drogich, podawanie dźwięku na szorstko. Tego nie było ani śladu, więc tylko te soprany, które się poprawiły już po paru minutach. W minutach bowiem się zebrały: nabrały przestrzenności i wypełnienia, a także ciemniejszej barwy oraz lepszej kontroli, przy wciąż ekspresyjnym charakterze obrazowania, nadającego brzmieniom wyrazistego konturu i strzelistej smukłości górze. A zatem całość jak to ze srebrem wyraźna, ale jak nie ze srebrem ciemna – urokliwa, fascynująca. I jednocześnie przestrzenna, z oddechem i swobodą płynięcia. Bas towarzyszył temu mocny, bez śladu wyszczuplenia, jak również średnica muzykalnością spełniona, a jednocześnie precyzyjna, nawet dobitna. Lecz co innego zwracało największą uwagę, mianowicie towarzyszący temu wgląd w głębię muzycznych planów.

Ta własność była ekstraordynaryjna, bez wątpienia specjalna. Potęgowana jeszcze ciemną atmosferą; jest bowiem czymś niezwykłym móc się przedzierać wzrokiem przez mrok. A tu nie było nawet przedzierania, wszystko widoczne jak na dłoni, chociaż coś niewątpliwie z pejzażu rozpostartego pod czarną chmurą. Nie tyle grozy, nadejścia burzy, co zapadającego wieczoru, który nawet niegroźne chmury nasącza fioletową czernią. Lecz pośród tego światło, połysk, wyraźność i trzeci wymiar, że śmiało rzec można: spektakularność – toteż przestałem się dziwić pochwałom. Mistyka niezwykłego pejzażu, z pełnym oddaniem obszaru, kontrastu i precyzji rysunku. A pośród tego głosy nie odchudzone i nie zniekształcone echem, tylko jakby z rzeczywistości wyjęte. Owszem, szczególnie wyraźne, wyrysowane precyzyjną kreską, a także tylko trochę ciepłe – tak aby tylko nie zimne. Ale zarazem dobrze wypełnione, w odbiorze naturalne i przede wszystkim mające naturę swobody bycia i otwartości. Nic z lepkości i dociążenia, przykuwających do miejsca, a wszystko z szumu wiatru i atmosfery raźnej. Ale nie przechodzącej w odchudzenie, mającej tkankę, krew w żyłach.

I lśniącą izolacją.

I żeby to jeszcze skomplikować, jeszcze dołożyć niezwykłość – ta wyraźność wnikliwa, momentami nawet przeszywająca, ale zupełnie pozbawiona naprężenia i zbytecznego pogłosu. Żadnej twardości, dudnienia, sybilacji i echa skażonego obcością. Najlepszy dowód, że żadna z tych cech nie pojawiła się u słuchawek Fostex TH900, które do odchudzania, schładzania i dudniącego pogłosu mają pewną tendencję. Prawdę mówiąc słuchając wcześniej przy komputerze MrSpeakers Ether Flow C i Abyss AB-1266 (z przetwornikiem Norma i Ayon HA-3) miałem poważne obawy o brzmienie tych Fosteksów, ale wypadły świetnie.. Faktem pozostaje, że słuchany porównawczo miedziany interkonekt Sulka bardziej dociążał, wygładzał  i zgęszczał, ale bardziej też spłaszczał scenę, grając przede wszystkim na pierwszym planie i bardziej też był statyczny, nie pozwalając ani przez głębię tak przenikać, ani nie oferując takiej nośności. Ogólnie biorąc okazał się bardziej zwyczajny – muzykalny, ciepły i gęsty, co zawsze jest przyjemne, natomiast nie prezentował mieszanki cech niezwykłych – mrocznej a jednocześnie na przestrzał transparentnej przestrzeni oraz podszytej sopranami wyraźności pozbawionej czynnika echowego i naprężeń.

Jest oczywiście kwestią wyboru, czy woli się brzmienia takie czy inne, natomiast nie było w tym porównaniu wątpliwości, że oba słuchane teraz są spektakularne i mają jedno przeciw drugiemu niepoślednie atuty. Szczególnie ta niezwykła, podszyta mrokiem głębia była u Oyaide imponująca, momentalnie przykuwając uwagę, kontrowana przez Sulka większą muzykalnością i większą masywnością. Z oboma kablami słuchało się świetnie, a z każdym dalece inaczej.

Dla ostatecznego zbadania sprawy przeniosłem się do drugiego toru, w którym jako źródło pracował gramofon Avida z ekskluzywną, droższą niż cały on wkładką Ortofon Windfeld Ti, o której śmiało da się powiedzieć, że jest kwintesencją muzykalności.

Wciąż chcąc bazować na porównaniu, bez którego recenzja staje się szmirą, porównywane uprzednio interkonekty wpiąłem naprzemiennie pmiędzy przedwzmacniacz a końcówkę mocy, poczynając od stanowiącego punkt odniesienia Sulka. Ten zagrał jak zwykle melodyjnie, gładko, gęsto i odpowiednio ciepło, przy czym w naturalnym rozumieniu gęstości, to znaczy bez przesadnego dociążania, które nasączając zakres średni basowym czyni brzmienie nienaturalnie gęstym. Zarazem też chropawo, więc w połączeniu z gładkością z podręcznikową ekspozycją faktur, a przy tym w swoim stylu, to znaczy z przewagą muzykalności nad ofensywą.

Nieprzypadkowo saksofon. Instrumenty dęte dzięki temu Oyaide zyskują nowe życie.

Dźwięk nie parł na słuchacza; scena zaczynała się półtora metra za głośnikami i miała charakter statyczny w sensie, że dźwięki nie pędziły ku nam, swój spektakl rozgrywając u siebie. To można nazwać też lekkim wycofaniem, obrazując sprawę różnicą między teatrem a kinem. W kinie jest wszystko na ekranie, do niego się ogranicza, podczas gdy aktorzy w teatrze mogą wejść między widzów i mogą się do nich zwracać. Tutaj tego nie było, muzyczne przedstawienia – można rzec – były wsobne, rozgrywane we własnym świecie. Trąbka Louisa grała „tam”, nie zwracając się bezpośrednio do nas. Dobrze obrazowała własną naturę i należycie była trójwymiarowa, a przede wszystkim z natury sopranowy jej dźwięk nie kaleczył uszu przesadnie ostrą, niczym stłuczona szyba płasko spiczastą nutą. Był realistycznie ostry, lecz przestrzenną różnorodnością na tyle prawdziwy i nośny, by nic w tym nie było z cierpienia, a wszystko z przyjemności. Tyle że, jak mówiłem, ta trąbka grała sobie, nie zwracając się bezpośrednio ku nam. Słuchacz był od muzyki cokolwiek oddalony – przysłuchiwał się a nie wpadał. Temperatura towarzyszyła temu umiarkowana – żadnego potu, przegrzania atmosfery; tak tylko trochę ciepło – a całość dźwięczna, popisowa, ale z lekka w duchu relaksu. Gramofonowa analogowość w połączeniu z lampowym wzmocnieniem i realistycznymi, ale spokojnymi, pozbawionymi sopranowej agresji kolumnami od Audioforma, płynąc przez także spokojny przewód Sulka trochę za bardzo się uspokajała. Dużo było w tym audiofilskiej satysfakcji, a sama muzykalność godna najwyższych pochwał, ale też pewien niedostatek pazura, sopranowej podniety i widowiska chcącego słuchaczem wstrząsnąć. Pięknie się brzmienie sączyło i upajało urodą, ale nie w mierze najwyższych podniet i całkowitego przeniknięcia w akcję. Żadnych muzycznych szałów ani zapamiętania – emocje stonowane i bardziej przysłuchiwanie się niż kontakt.

Słowo daję, to nie zostało zaaranżowane. Zwyczajnie, drogą przypadku, zwykłej koincydencji zdarzeń, znajomy podrzucił na dni parę topową wkładkę Ortofona – „bo może zdążysz opisać” – i szkoda było z niej nie skorzystać, bo jest naprawdę niekiepska. A przy okazji warto wspomnieć o obawach związanych ze współpracą tego Oyaide z Croftem, który sam z siebie jest ofensywny (dobrze uzupełniając lampy 45ʼ w Twin-Head), a ściślej się wyrażając, niezwykle szczegółowy i wyrazisty, zwłaszcza po wyposażeniu w lampy Brimara. (Patrz recenzja ECC81)  To przecież mogło się nie spodobać srebrnym przewodom Oyaide, jako że srebro zwykle zmierza w tę samą stronę, choć wcześniej przy komputerze zostało już ustalone, że te akurat nie stronią od muzykalności, ciepła i wypełnienia. Ale to nie musiało starczyć, nigdy nie ma gwarancji. Audiofilizm jest ścieżką prób i błędów a nie utartych szlaków. Czasami coś wygląda na pewnik i okazuje się porażką; kiedy indziej szanse są marne, a mimo wszystko sukces. W tym wypadku na pewno to drugie, nawet zdecydowanie. Bo na początku wiele obaw, a jako finał radość. Ale przepatrzmy rzecz po kolei.

Przy okazji na płycie rodzimy, japoński jazz.

Zjawił się dźwięk bardziej zaangażowany, ciemniejszy, oparty o czarniejsze tła. A także zdecydowanie bardziej eksponujący wokale, wydobywający je z otoczenia, między innymi poprzez bardziej trójwymiarowe formowanie, nadawanie postaciom bardziej przestrzennej formy. Ale nie tylko w taki sposób. Także poprzez mocniejszą ekspozycję głosów i większe ich zaangażowanie. Wokale przestały wprasowywać się w obraz, głosy artystów jakby się skierowały do przodu, a już na pewno mocniej docierały, zyskując przy tym byt samodzielny, to wychodzenie przed tło. To znakomicie urealnaiło obraz, czyniąc go zdecydowanie ciekawszym, co musiało przekładać się na satysfakcję słuchacza. Ale paradoksalnie trąbka Louisa była teraz mniej trójwymiarowa, mimo że bardziej zaangażowana i ciemniej niewątpliwie brzmiąca, co powinno wzmagać światłocień, głównego animatora trzeciej składowej wymiaru. Jednocześnie była jednak ostrzejsza w sposób niewątpliwie bardziej realny. Bo trąbka już tak ma, że jest naprawdę ostra. Pasmo z kolei się rozszerzyło – skraje bardziej doszły do głosu, a już szczególnie góra. Zarazem było całe dobrze związane, bez żadnych luk między podzakresami; co wcale nie jest czymś oczywistym, bo wcześniej średnica się separowała od góry.

Kabel na serio rozegrał się po jakichś dwudziestu minutach, chociaż od pierwszej zdiagnozowałem go jako lepiej dopasowany. Od pierwszej bowiem spektakl był bardziej trójwymiarowy i przede wszystkim angażujący, głównie za sprawą bardziej realistycznych sopranów, ale też mocniej zaznaczającego się basu. Znów także pojawiła się ta widoczność pośród spektakularnych czerni, a przede wszystkim każdy instrument i każdy wokalista bardziej się teraz eksponował. A po tych dwudziestu minutach dołączyło się coś jeszcze, co można nazwać zwieńczeniem dzieła. Muzyka zyskała dodatkowy szum, czyniący ją jeszcze prawdziwszą.

Nie wiem czy zwracaliście kiedyś na to uwagę, czy wszyscy mieli z tym chociaż kontakt, ale jest taki moment przełomowy na skali jakości odtwórczej (nie jedyny lecz ważny) – moment w którym muzyka przekracza próg realności w sposób tak jednoznaczny, że pytania o jakość znikają. Że staje się nie namiastką, ale muzyką samą. Jasne, że nie w stu procentach, lecz na tyle dobitnie, że trzeba się już wysilać, by znaleźć jakieś wady i iść w tym szukaniu na przekór własnym emocjom, przemożnej satysfakcji. A taki właśnie „szum” jest tej muzyki cechą. Obrazuje pełną złożoność, realistyczną formę i jednocześnie wszystko spaja, zmienia w odtwórczą prawdę. Bez niego to tylko zabawa, próby naśladownictwa; kiedy się zjawia, pojawia się też muzyka, muzyka par excellence. I tu do tego doszło, z kablem za trzy tysiące… Ktoś postronny mógłby powiedzieć – o rany, jakim drogim! Ale my dobrze przecież wiemy, jak ceny interkonektów stoją i gdzie naprawdę zaczyna się drogo.

Trzy dostępne długości. Najdłuższa trochę krótka.

Tym samym wszystko już powiedziałem, ale powinienem dodać szczegóły. Więc w ramach tego napiszę, że grało z całkowitą czystością i pełną otwartością, niczym gdyby wiatr szumiał albo też rwąca rzeka. Do tego pełna spójność sceny i jej popisowa głębokość, a na tej scenie taneczność, że nogi same do tańca. Że pełne uczestnictwo i zabawa „na maksa”, jakbyś był na koncercie a nie sam siedział w domu. Towarzysząca temu głębia barw, nasycenie, złożoność dźwięku i czernie, a masywność tak samo jak u Sulka idealna, nie przedobrzona i nie za słaba. Powietrze, życie, świeżość, rozmach – żadnego brzmieniowego „masła”. Dobrze się przysłuchałem perkusji i była realistyczna jak rzadko. Z punchem i mocą przestrzennego basu, ale przede wszystkim rewelacyjnym oddaniem ekspansywnej ekspresji dźwięków. Talerzami wychodzącymi z siebie na kształt migotliwych obłoków i werblami warczącymi trójwymiarowo, wypełniającymi cały pokój.

Podsumowanie

   Brałem ten kabel bez przekonania. Bo ileż to już było obietnic niedrogich świetnych rzeczy? Fakt, nie są ewenementem; na rynku sporo mamy audiofilskich różności za sympatyczny a nie wredny pieniądz. Niemniej w przypadku interkonektów to już prawdziwa rzadkość, zwłaszcza gdy chodzi o podkopywanie autorytetu najlepszych i dobieranie się do nich od spodu. Tymczasem trzeba uczciwie przyznać, że kosztujący niecałe trzy tysiące Oyaide AZ-910 rzeczywiście tego dokonał. Nikogo nie będę namawiał do działania na ślepo; natychmiastowego pozbywania się droższych kabli z zamiarem kupienia tego. Dany system ma swoje potrzeby, dany słuchacz swe upodobania. Tym niemniej głupio by było nie spróbować, nie skorzystać z okazji. Pożyczyć i posłuchać, bo kto wie – może akurat? W moim przypadku (czym się niemało zdziwiłem) tak dokładnie się stało. I wcale bym tego Oyaide nie oddawał, gdyby już nie był sprzedany. Jasne – Siltech Triple Crown, albo Entreq Atlantis, potrafią jeszcze więcej. A propos tego ostatniego, to ten Oyaide wydał mi się podobny. Ma w sobie dużo stylu, jaki prezentował na AVS w 2016 roku system od Destination Audio okablowany niższym o dwa oczka przewodem Entreq Challanger, kosztującym piętnaście tysięcy. On fizycznie (żyły miedziana i srebrna), a ten Oyaide brzmieniowo, łączy zalety obydwu przewodników, oferując tuż obok siebie melodyjność i naturalne wypełnienie miedzi z szybkością, przenikliwością i sopranową ekstensją srebra. W sposób sobie tylko wiadomy potrafi to wpisać w atmosferę mroku przesyconego światłem, osadzić na głębokiej scenie i postawić na niej artystów z osobowością i trójwymiarowych. A wszystko to sprawia cienki, lekki przewód bez żadnych puszek po drodze; taki sobie „błyszczaczek” w kartonowym pudełku za tysiąc dwieście na oko. Tak tanio go nie oddają, ale to samo oko bieleje, słuchając co potrafi. Mnie w każdym razie zbielało, a mam z natury czarne.

W punktach:

Zalety

  • Zalety srebra i miedzi w jednym, czysto srebrnym, niedrogim przewodniku.
  • Trójwymiarowe modelowanie.
  • I wraz z tym znakomite wyciąganie źródeł dźwięku przed tła.
  • W efekcie scena naturalna, głęboka, wieloplanowa, doskonale obrazująca muzyczny spektakl.
  • Uzupełniana ciemnym stylem brzmieniowym, sparowanym z przejrzystością i efektownie doświetlonym, dającym znakomite widzenie głębi.
  • Naturalnie dobitne, ale powodujące jedynie radość jakością, a nie przykrość ostrością soprany.
  • Wyraziste wokale, prezentujące styl zaangażowany, podkreślający brzmienie spółgłosek.
  • Mocny, trójwymiarowy bas, uzupełniany w brzmieniach perkusyjnych znakomitym oddaniem talerzy.
  • Żadnych problemów z trylem i upojnością – całą wyższą szkołą melodyki.
  • A zatem także i bardziej zwykła muzykalność, wspierana gładkością i swobodą przepływu.
  • Wysokie natlenienie, dające głosy nośne, odpowiednio propagujące.
  • Dość dobre wypełnienie.
  • Ciepło na tyle wyraźne, by zabić obcość pogłosu.
  • A przede wszystkim cała muzyka szumem, prawdziwym popisem nośności.
  • Tym szumem ogarniająca słuchacza, wsysająca go w spektakl.
  • I jednocześnie spajająca źródła, łącząca je w jedno wielorakie, eksplodujące brzmienie.
  • W efekcie żadnej nudy, nawet relaksującej formy. Wszystko żywe i naturalne, angażujące emocjonalnie.
  • Z towarzyszeniem szybkości, wyraźności i dynamiki – znanych cech srebrnych przewodów.
  • Jednocześnie bez odchudzania, ostrości, spłaszczania – także znanych ich wad.
  • Srebro klasy 5N produkcji samego Oyaide; odstresowane i pieczołowicie zabezpieczone przed utlenianiem.
  • Dotyczące nie tylko żył, ale także i styków.
  • Wielowarstwowa izolacja, pochłaniająca zakłócenia zewnętrzne i wewnętrzne.
  • Zabezpieczenie przed wibracjami i luzowaniem się w gniazdach.
  • Cienki, elastyczny i lekki.
  • Efektownie się prezentujący.
  • A przede wszystkim stosunkowo niedrogi, z rewelacyjnym stosunkiem jakości do ceny.
  • Mad in Japan.
  • Znana firma.
  • Polski dystrybutor.

Wady i zastrzeżenia

  • Mimo wszystko dość skromny wygląd, nie budzący respektu. (A że to zmyłka, inna sprawa.)
  • Brak wersji dłuższej niż 1,3 m.
  • Miłośnicy wykwintnych opakowań będą musieli przełknąć bardziej zwykłe pudełko.

Sprzęt do testu dostarczyła firma: Nautilus

Dane techniczne Oyaide AZ-910:

  • Kabel: seria FTVS-910
  • Przewodnik: 2 x srebro OCC czystości 5N (99,9995%) o przekroju ø 1,05 mm.
  • Izolator antywibracyjny: spieniony plietylen PFA.
  • Izolacja właściwa: mika + folia miedziana + posrebrzana miedź.
  • Osłona zewnętrzna: UVurety poliuretan.
  • Impedancja: 110 Ω
  • Pojemność elektrostatyczna: 72,1 nF.
  • Współczynnik tłumienia: 74,5 dB.
  • Oporność przewodnika: 25 Ω.
  • Całkowita średnica przewodu: ø 8,5 mm.
  • Złącza: GENESIS – srebrne, zaciskane śrubowo.
  • Dostępne długości: 0,7 m; 1,0 m; 1,3 m.
  • Cena: 2990 za 1,0 m.

System:

  • Źródła: PC, gramofon Avid Ingenium z wkładką Ortofon Windfeld Ti.
  • Przetwornik dla PC: Norma Audio HS-DA1 VAR.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Przedwzmacniacz gramofonowy: Octave Phono Module.
  • Wzmacniacz słuchawkowy: Ayon HA-3.
  • Słuchawki: Abyss AB-1266 (kabel Tonalium Audio), Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium Audio), Crosszone CZ-1, Fostex TH900 Mk2, MrSpeakers Ether Flow C, Sennheiser HD 800 (kabel Tonalium Audio).
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Kolumny: Audioform 304.
  • Interkonekty: Oyaide AZ-910, Sulek 6×9 i Sulek Audio.
  • Kabel głośnikowy: Sulek 6×9.
  • Listwa: Power Base High End z kablem zasilającym i okablowaniem wewnętrznym Acrolink MEXCEL 7N-PC9500.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Stopki antywibracyjne: Acoustic Revive RIQ-5010, Avatar Audio Nr1, Solid Tech Discs of Silence.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/B.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

6 komentarzy w “Recenzje: Oyaide AZ-910

  1. Tomasz P napisał(a):

    Zaintrygował mnie Pan. Do Oyaide nie trzeba mnie przekonywać bo praktycznie cały systemik mam nim okablowany (Tunami), moim zdaniem to bardzo uczciwa firma i uczciwe kable. Chyba spróbuję pożyczyć, podmienić miedzianego na srebrnego… Ciekawe co z tego wyniknie…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Ciekawe. Srebrny jest naprawdę spektakularny.

  2. deper b napisał(a):

    Troszke nie w temacie, czy zamierza Pan przetestować campfiere audio cascade?
    Miałem okazje ich posluchac naprawdę fajne brzmienie, wciagajace, biorac pod uwagę cene jestem pod wrazeniem a był to egzemplarz jeszcze nie wygrzany…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      O ile MIP ma, to nie widzę przeciwwskazań. Na razie będzie test Fostex T60RP.

  3. fon napisał(a):

    A jak sprawa z testem transportów CD, ale takich w niższej cenie,teraz np NuPrime wypuścił nowy model jest Cyrus ,AdwanceAcustic,z trochę droższych CEC,po tylu testach daców coś dla srebrnego krążka by się przydało.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Była niedawno recenzja nowego napędu Ayona. W możliwość zrecenzowania CEC wątpię, bo stosunki z RCM mam napięte. Cyrusa może, zapytam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy