Recenzja: Woo Audio WA5-LE

   Wzmacniacze słuchawkowe od Woo Audio jak nie wchodziły, to nie wchodziły, ale jak już weszły, to weszły. Bardzo więc kiedyś żałowałem, że ich u nas nie ma, a teraz bardzo się cieszę, że są. Wielu jeszcze wprawdzie uznanych producentów tych urządzeń na naszym rynku brakuje, by wymienić choćby włoskiego Rudi Stora czy amerykańskiego Eddie Currenta, ale oferta Woo Audio szczególnie jest duża, poczynając od skromnego WA3 za $600, a na w pełni zbalansowanym WA33 za $15 000 i monoblokach WA234 MONO za $16 000 kończąc.

W tym towarzystwie recenzowany WA5-LE, ze swoimi $3700 za podstawową wersję i najtańsze lampy, lokuje się w okolicach środka, ale już po stronie urządzeń najlepszych, na uświadomienie czego jeden rzut oka wystarczy. Dziewięć tańszych modeli ma pod sobą, a pięć droższych nad sobą, w tym po jednym tu i tu dla elektrostatów. Sam zaś jest, jak te najdroższe, symetryczny, dwuczęściowy, bardzo pokaźny i w obu częściach z dużymi triodami. W części zasilania parą prostowniczych 274B/5U4G, a wzmacniacza właściwego parą najbardziej klasycznych lamp mocy 300B.

Obie pary, a już szczególnie ta druga, powinny u potencjalnych nabywców wywołać uśmiech zadowolenia, jako że obie znaczą potencjalną zabawę w wymiany; zabawę zwykle kosztowną, ale jakże ekscytującą. Nie zmuszającą też do pośpiechu, pozwalającą sobie uzbierać, a także pożyczać na próbę od audiofilskich kolegów przed ostatecznym wyborem. Sam mam paru znajomych z dobrymi 300B, ale w okresie świąteczno-noworocznym nie chciałem ich nękać prośbami o wizyty, bo przecież sami też by chcieli porównać. Test będzie więc jedynie w oparciu o lampy sprzedażowe, ale to żadna ujma, gdyż te nie należą do najtańszych. Jedne i drugie duże triody w przysłanym do recenzji Woo pochodziły od chińskiej Psvane, wytwórni aspirującej do bycia ekskluzywną; znaczącej swe wyroby pawimi ogonami, że niby tacy dumni. A wszystko za sprawą tego, że wersja recenzowana to model z audiofilskimi poprawkami za dodatkowe $1200, na które składają się oprócz wyższego standardu lamp także kondensatory stopnia wejściowego V-Cap CuTF, bajpas lamp sterujących 6SN7 z kondensatorów BlackGate i dwie pary wyjściowych kondensatorów Jensena. To wszystko czyni różnicę niestety także cenową, składając się na cenę w naszych realiach wynoszącą 22 tys. złotych. Lądujemy więc w okolicach klasycznego Cary CAD 300 SEI i powyżej dużego Pathosa, ale na osłodę dużo poniżej recenzowanego niedawno Octave V16, nie wspominając o Fostex HP-V8. Octave miał jednak wyjścia głośnikowe, a ten Woo nie ma, gdyż jego wersja z takimi wyjściami jest o dwa tysiące dolarów droższa. On za to jest dwuczęściowy, a wszyscy tamci pojedynczy.

Tytułem wstępu dodam jeszcze, że Woo Audio WA5-LE też zmierza ku staniu się klasykiem, ponieważ z nieuchronnymi po drodze modyfikacjami oferowany jest od 2008 roku, czyli w tym obchodzi dziesięciolecie. I dodam może także, że wraz z firmami Eddie Current i Ray Samuels wypełniło Woo Audio lukę po spektakularnym i na bolesny dodatek oszukańczym bankructwie najbardziej popularnego ongiś dostawcy drogich słuchawkowych wzmacniaczy dla amerykańskiego rynku – mającego rosyjskie korzenie sławnego i niesławnego zarazem SinglePower.

Budowa

Prawą i lewą marsz.

   Przejdźmy do bliższego oglądu. Wzmacniacz jest duży i dwuczęściowy, ale tak trochę nietypowo. Nietypowo, bo z obiema częściami rozciągniętymi nie wszerz a w głąb, co u słuchawkowych wzmacniaczy spotyka się dosyć rzadko. Jednak podobnie rozciągnięte na głębię są też słuchawkowy Trilogy i Ayon HA-3, a u lampowych końcówek mocy ten fason to wręcz norma. Niemniej słuchawkowe lampowce zwykle są szersze niż głębsze i zwykle jednoczęściowe. Suma obu części u Woo jest jednakowoż nie wydłużonym na głębię prostokątem a kwadratem, jako że nie należy WA5-LE do dwuczęściowych urządzeń lampowych pozwalających stawać część właściwą na zasilaczu. Możemy tak postąpić w przypadku Ayona HA-3 i możemy też w ten sposób zaoszczędzić miejsce w przypadku bardzo drogiego Woo Audio WA-33, ale nie u WA5-LE. Tak samo jak mój Twin-Head ma duże lampy wierzchnie w obu częściach i o piętrowym stawianiu mowy nie ma. Tak więc dzięki rozciągnięciu do tyłu zyskujemy oszczędność obszaru, czyli ergonomiczna logika jednak górą. Bardzo logiczne i zarazem wolne od głupich oszczędności okazuje się też przystosowanie do przenoszenia. Wąskie obudowy, ciążące mocno ku tyłowi ciężarem transformatorów, byłyby bardzo nieporęczne przy przestawianiu, czemu zapobiegają solidne, zintegrowane z obudową obustronne uchwyty. Poprawiające  humor już przy wypakowywaniu, a potem za każdym razem przy wszelkich przemeblowaniach.

Obie części spaja krótki, wielopinowy przewód o wtykach z mocującymi zakrętkami. Wtykach nie ulokowanych centralnie, wymuszających więc wobec tej krótkości lewostronną orientację części z lampami 300B. Żaden to problem poza faktem, że nowy właściciel może tego nie wiedzieć i musieć podczas próby łączenia zamienić części miejscami, gdyby tę z lampami mocy widział chętniej po prawej. Tym łatwiej tak może się zdarzyć, że to w tej mieszczą się słuchawkowe gniazda i potencjometr, łatwiejsze do obsługi prawą ręką, o ile się nie jest mańkutem. W sumie to jednak drobna sprawa, a odrobina ćwiczeń lewej ręce na pewno nie zaszkodzi. Tym częstsze ku temu okazje, że poza głównym włącznikiem wszystkie regulatory lokują się przy gniazdach.

Potencjometr nietypowo po lewej, bo zamienić miejscami się nie da.

Same kwestie regulacyjne zacznijmy od tego, że jest daleko idącą wygodą mieć je wszystkie na przodzie. Woo Audio WA5-LE ma dla nas tę wygodę, albowiem włącznik główny nie jest z tyłu a z przodu. Nie dla samej wygody, ale też symetryzacji wyglądu, jako że jego centralnie umieszczona duża gałka na froncie części zasilającej stanowi lustrzany odpowiednik potencjometru na drugiej. Ona jest jednak samotna, a potencjometr w licznym towarzystwie. Okalają go dwa identyczne z wyglądu przełączniki, z których lewy jest obsługą Hi/Low mocy wzmacniacza, a prawy to trzypozycyjny selektor wejść. Trzy są bowiem – dwie pary niesymetrycznych RCA i jedna symetrycznych XLR; tak więc źródła mogą być trzy, akurat by podpiąć jednocześnie gramofon, odtwarzacz i czytnik plików, albo coś jeszcze innego, dajmy na to sprzęgnięty z komputerem przetwornik.

Całkiem po obu stronach zewnętrznych są zaś słuchawkowe gniazda – po lewej symetryczny 4-pin, a z prawej niesymetryczny duży jack; przez które jednoczesne słuchanie powoduje bardzo tylko nieznaczny ubytek jakości. To znamionuje dużą moc, i nie ma się czemu dziwić, gdyż lampy 300B oddają nominalnie 8 watów. Tyle dokładnie dostajemy, co znaczy, że nie kombinowano z mocą, nigdzie po drodze jej nie redukując. Tak więc lampy pracują na full, aczkolwiek nie w trybie OTL, tylko przez  transformator. Jedni więc będą się zżymać, że jednak to zaburza, a drudzy powiedzą, że przeciwnie, bo mocy więcej a zniekształcenia mniejsze. Jako posiadacz wzmacniacza, w którym oba tryby zainstalowano równolegle i można je przełącznikiem wybierać, mogę z doświadczenia powiedzieć, iż OTL zwykle dostarcza więcej piękna, ale o łagodniejszym wyrazie i z mniejszą dynamiką, a poza tym do niektórych słuchawek wyraźnie gorzej pasuje, na przykład do znakomitej Audio-Techniki ATH-W5000.

Na słuchawkowych gniazdkach, potencjometrze i dwóch przełącznikach sprawy się jednak nie kończą, bo mamy jeszcze nad nimi stronami po małym pstryczku, z których lewy to Hi/Low impedancji, a prawy dodatkowo zwiększa lub redukuje moc. Od razu w tym miejscu zaznaczę, że moc poprzez skobelek możemy sobie zmieniać w biegu, natomiast stanowczo zabraniam takich prób w przypadku dużego regulatora, którego użycie generuje w obu kierunkach potężny trzask.

Lampy prostownicze udało się pozyskać lepsze od oryginalnych Psvane.

Od strony danych technicznych i wewnętrznej architektury mamy do czynienia z konstrukcją single-ended w klasie A oraz z montażem point-to-point. Także wspomnianą mocą ośmiu watów oraz koncepcją symetryczną, zdolną przenosić pasmo 10 Hz – 60 kHz i obsługiwać słuchawki o impedancji od 8 do 600 Ω. To wszystko przy zniekształceniach harmonicznych THD poniżej 0,08% i stosunku szum-sygnał S/N 95 dB. Parametry zatem wysokie, co zawdzięczać należy transformatorom wyjściowym, bo w OTL tak nie ma.

Część wzmacniaczowa waży prawie szesnaście, a zasilająca piętnaście kilo, zaś wykończenie może być czarne lub srebrne. Czerń, jak zawsze u Woo, została pięknie wtopiona satynowym półmatem w wyjątkowo masywną, pięknie oszlifowaną aluminiową obudowę, natomiast wersji srebrnej nie widziałem. Rozmiary obu części są identyczne i wynoszą 21,6 (W) x 22,86 (H) x 43,18 (D) cm.

Z rzeczy ważnych została jeszcze kwestia lamp sterujących. Są nimi (tak samo jak w Cary 300B) podwójne triody 6SN7, wprowadzone na rynek w 1938 roku przez RCA i bardzo popularne. W wersji przysłanej do testu stanowią kolejną modyfikację, wycenioną na $330, na którą składa się para NOS vintage od Sylvanii. Pomimo sporego wydatku nie jest to cena przeszacowana w przypadku lamp rzeczywiście nie używanych, jednak ewentualnym nabywcom rekomenduję inny wybór – lampy Psvane Treasure CV181-Z Select ($200 za parę, samemu trzeba kupić), które w testach Cary 300B z szerokiego grona porównywanych wypadły dość jednoznacznie najlepiej.

Odsłuch

Szeroki zakres regulacji i dwa typy słuchawkowych gniazd.

Przy komputerze

Tradycyjnie zacznijmy od komputera, obsługiwanego tym razem nie przez Ayona Sigmę, tylko przybyły po recenzję Norma DAC HS-DA1, wypierany modułem ifi iOne z kablem koaksjalnym Acoustic Zen.

Aby uczynić zadość innej tradycji w ramach tradycji pierwszej, porównałem działanie interkonektu symetrycznego (Tellurium Q Black Diamond) z niesymetrycznym (Crystal Cable Absolute Dream) – i nie pojawiła się różnica jakościowa, lecz pojawiła stylu. Crystal grał głębiej, ciemniejszą czernią, nieznacznie bardziej ekstatycznie i kontrastowo, z mocniej też akcentowanymi skrajami. Mnie jednak do gustu bardziej przypadła idąca w stronę spokojnego realizmu prezentacja przewodu symetrycznego, i to niezależnie od tego czy słuchawki podpinane były do gniazda symetrycznego, czy zwykłego. Można zatem założyć, aczkolwiek w następstwie raczej wąskiego kwantum prób, że WA5-LE woli podpięcie symetryczne, o ile zapewnimy odpowiedniej jakości kabel. Zwłaszcza że modi symetryczne oferowało też odrobinę szerszą i lepiej uporządkowaną scenę, ogólne poczucie realizmu jeszcze wzmagając.

W tym miejscu docieramy do sedna, ponieważ realizm jest dla tego wzmacniacza wyznacznikiem oraz jego największą zaletą. Nie jest to żaden czaruś ni opowiadacz bajek – to nie audiofilska perfumeria. Trzeźwe stawianie spraw, wzbudzanie mocnego poczucia, że obcujemy ze światem rzeczywistym – to wyraźnie się narzucało. Jednakże – i ta rzecz ma również znaczenie kluczowe – realizm ten nie okazał się czerstwy. Nie opierał na uproszczeniach, nie powodował najmniejszego dystansu do rzeczy oglądanych. Jego siła (a silny był niewątpliwe) polegała na dokładności i bogactwie obrazowania. Bez żadnych achów i ochów, bez ubarwień i jakichkolwiek upiększeń , pozwalał obcować z żywą, naturalnie bogatą muzyką i jej wykonawcami. Siła autentyzmu, oto jedyny czar.

Ogromny potencjał zabawowy z lampami 300B i 6SN7. A niezależnie od tego zawsze duża moc.

Tak w każdym razie działo się z lampami 300B Psvane, a jest wysoce prawdopodobne, iż czarowania nie zabraknie z bardziej bajecznymi oraz lepiej natlenionymi Takatsuki, podczas gdy trzeźwy realizm mocniejszy jeszcze będzie z też zjawiskowymi Sophia Royal Princess. Niemniej już z Psvane słuchałem – mogę tak chyba powiedzieć – w niemałym urzeczeniu. Zauroczony, paradoksalnie, brakiem przesadnego uroku. Brakiem pogłębiania, przesady z nasycaniem barwowym, dokładania kontrastu, rozbuchania sopranów i basów. Lecz z drugiej strony nie była to prezentacja codzienna. Albowiem sama muzyka nie jest już codziennością; w każdym razie nie ta, którą szczególnie się ceni. Nie za to wszak kochamy Gulda, Rostropowicza, Pavarottiego, Led Zeppelin czy Daviesa, że byli czymś codziennym. I właśnie Woo Audio WA5-LE z tymi tutaj modyfikacjami potrafi ukazać ich prezentacje w sposób narzucający silny realizm z jednej, przy poczuciu obcowania z czymś niezwykłym z drugiej. Realistyczna jest forma, a niecodzienna treść. Bo nie dmuchniesz tak w trąbkę jak Miles i nie uderzysz w klawisz jak Glenn. Zarazem oni sami, jako osoby przywoływane machinalnie wyobraźnią, jawili się w prezentacji jako normalni, żywi ludzie, a nie półżywe, zredukowane cienie. Łapane oddechy, szelesty ubrań, palce na klawiszach i strunach, jak również całościowe pozycjonowanie w przestrzeni – to wszystko wyjątkowo było realistyczne; nieprzesadne i nie zubożone.

To właśnie mi się podobało, i dlatego słuchałem długie godziny. Zupełny brak męczących udziwnień, a jednocześnie poziom zdolny bez reszty angażować. Narzucające się  poczucie, że jest akuratnie, w sam raz, nie za mało i nie za dużo. Bez czegokolwiek ujęcia i bez ozdobników własnych. W postaci czystej, niezaburzonej, oferującej to wszystko, na co pozwala transfer z TIDAL czy YouTube.

Przewód łączący za krótki, by orientację wybierać.

Ucieknę się porównawczo do krawieckiej odskoczni: Są spodnie, w których kieszenie mają wloty pionowe, i są też takie, w których usytuowano je zbyt poziomo. A najlepsze są te pod dobrym kątem, w które ręce same wpadają. I właśnie przekaz tego Woo był w ten sposób wpadający – prosto w uszy i poprzez nie prosto w duszę bez żadnego rąk wykręcania, zastanawiania się co poprawić. Wszystko jak prosto z mostu, bez udziwniania i własnych przypraw. I właśnie to robiło wrażenie.

Ale nie tak od razu. Wzmacniacz przyjechał cokolwiek za surowy i parę dni zajęło mu formowanie. Ale dość szybko się ogarnął, nie były to miesiące ani tygodnie.

Przejedźmy się migawkowo po słuchawkach:

Sennheiser HD 600

Niegdyś europejski król dynamicznych i wciąż klubowicz elity, zagrał jak zawsze ciemnym i efektownym dźwiękiem. Ale efektowny bardziej niż zwykle, co z miejsca sugeruje, że Woo nie wzdraga się przed wysoką impedancją. Efektownie, gdyż głęboko i miękko, na wzór czarnego kociego futra. Bardziej aksamitnie niż połyskliwie, choć z charakterystycznym dla tych słuchawek połyskiem. Piękna otwartość na górze o dużym ładunku przestrzenności własnej, a przede wszystkim wielka, większa aniżeli zazwyczaj scena. Muzyka organowa rozbrzmiała w ogromnej katedrze, a udział przestrzeni w spektaklu był wyjątkowo duży. Znakomite też wyważenie pomiędzy naprężeniem a miękkością strun gitarowych, tak żeby było efektownie a bez sztuczności. Zaczęło się więc bardzo dobrze, aż niemal rewelacyjnie.

AudioQuest NightHawk

Najlepiej okazały się koniec końców (czyli przy odtwarzaczu) pasować flagowe Fosteksy. Ale bynajmniej nie przez aklamację.

To coś w rodzaju współczesnego odpowiednika tych Sennheiserów, niosącego duży ładunek innowacyjności, a nie zmuszającego do pozbywania się dużych pieniędzy. Względem dawniejszego wzorca taniego high-endu zagrały nieco bardziej nosowo, grubszym a mniej transparentnym dźwiękiem i z odrobinę większą ilością własnego smaku w brzmieniu. Generalnie nie lepiej a inaczej, o ile nie robić afery z tego nieznacznie większego indywidualizmu. Ciążąc dużo mocniej do dołu pasma i nie eksponując tak ładnie sopranów. Scena organowa też okazała się bardzo duża, ale przy mniejszej przejrzystości nie robiła takiego wrażenia. Tak szczerze mówiąc, to HD 600 z tym Woo przy komputerze bym wolał.

Fostex TH900 Mk2

Z tego jednak nie okazało się wprost wynikać, że wzmacniacz woli wysoką impedancję mimo tego jej przełącznika, aczkolwiek – bo ja wiem? Fostex TH900 nie zagrały od Sennheiserów lepiej, więc może jednak. Bas niżej u nich schodził, ale nie brzmiał tak czysto, ciążąc w najniższych rejestrach ku przesterom. Brzmienie było ciut głębsze, ale naturalność wcale dzięki temu nie większa, bo styl już taki trochę przerysowany. Brzmienie co prawda trochę gładsze, ale pozbawione przyjemnej chropawości i dalsze niż u HD600, nie dążące do tak bliskiego kontaktu. Więc w sumie żadnego powodu, by za te Fosteksy więcej zapłacić, a wraz z tym narastająca sugestia, że wzmacniacz w 2008 był strojony pod te Sennheisery. Skądinąd żadna to nowina, bo były to wówczas słuchawki niezwykle popularne, osaczone o wiele mniej liczną konkurencją. Przy odtwarzaczu wyszło jednakże inne szydło z worka, ale do tego jeszcze dojdziemy.

Odsłuch cd.

Dumny Woo i dumne Fosteksy.

Beyerdynamic T1

Jedyny sposób by sprawdzić, czy ta wysoka impedancja rzeczywiście pasuje, to użyć innych takich. I wyszło na to, że faktycznie. Albowiem flagowe T1 okazały się tymi pierwszymi, które przeskoczyły HD600. Gładziej, a też chropawo; równie czysto, a odrobinę subtelniej; mniej pogłosowo, a więc prawdziwiej. Tak bardziej intymnie i z lepszym różnicowaniem jasne-ciemne, ciche-głośne. Ale żeby to była różnica klasy, to w żaden sposób.

MrSpeakers Ether C

Jeszcze bardziej zaś spodobało mi się brzmienie mających nie niską i nie wysoką a średnią impedancję zamkniętych MrSpeakers. Lekkie ciepło, gładź i równoczesna chropawość, umiarkowane ale wyczuwalne pogłosy, bliskość wykonawców i świetne ich przywołanie. A także znakomicie zobrazowane wnętrze katedry i żadnych zniekształceń w muzyce organowej przy ekstremalnie niskich zejściach. Senheisery nie potrafiły schodzić tak nisko, unikając tym sposobem (bardzo udanie) zniekształceń, ale trzeba przyznać, że scenę za to potrafiły budować większą.

Crosszone CZ-1

Tak podejrzewałem i tak się stało. Inne niż wszystkie i najdroższe Crosszone okazały się z porównywanych najlepsze. To słuchawki o specjalnym, niespotykanym u innych potencjale, który ujawnia się jednak na pełną skalę dopiero z mocnymi wzmacniaczami o dużej przejrzystości. Jako pierwsze zażądały też jednoznacznie podbicia mocy (ale jedynie pstryczkiem) i lepiej okazały się grać przy ustawieniu impedancji na „Low”. Nie pojawiały się wówczas basowe zniekształcenia przy organowych ekstremach, a czystość jeszcze się wzmagała. I przede wszystkim ich prawdziwa, dwuuszna stereofonia nie skutkowała tym razem przesadnym zgęszczaniem, tylko wszystkie dźwięki pięknie się rozprowadzały w przestrzeni. Także autentyczność kontaktu z wokalistami i ich złożoność głosowa przebiły wszystkich poprzedników. Ale znów muszę powtórzyć: żeby to zjadło HD 600, to absolutnie nie.

I z innego ujęcia.

Z odtwarzaczem

Audiofilizm w wydaniu tradycyjnym, czyli taki bez komputera, to wciąż jeszcze klasyka i wciąż wyższy poziom. Na dodatek przed drugą sesją odsłuchową przyjechały (tak sprawdzająco) lampy prostownicze vintage Sylvania 5U4G ($200 za parę, czyli żadne ekstrema), które okazały się nieco lepsze od efektowniej wyglądających Psvane, to znaczy bardziej lampowe – z większą słodyczą w głosach, silniejszym muzycznym aromatem i lepszą reprodukcją sopranów. Lepszą, bo równie wysoko idącą a mniej wrzecionowatą, czyli bez śladów piskliwości i niepotrzebnego się narzucania. Też  bez przycięcia, a z elegantszą posturą. Od razu więc też lepsze wokale i cały ogólnie przekaz, a odnośnie tego przekazu:

Tańszy Woo Audio na lampach 300B, ale już taki trochę podrasowany, ma dwa główne wyróżniki: jest naturalistyczny w wymowie i jednocześnie mocny. Naturalistyczny, to znaczy nie przesadzający z ocieplaniem, lepkością, słodyczą, rozfalowaniem i rozwibrowaniem dźwięku. Przynajmniej nie z lampami mocy Psvane. Ale to mu się nie pisze na minus, gdyż nie jest przedobrzony. Ani nie oferuje pikanterii rogatych rosyjskich triod 6S33S/6С33С, ani rozbujanej zmysłowości amerykańskich 45ʼ. Jest wypośrodkowany; zarówno muzykalny jak trzeźwy. Nie mylmy tego jednak ze wstrzemięźliwością – on wstrzemięźliwy nie jest. Zarówno w odniesieniu do formy brzmieniowej, która w sposób charakterystyczny dla średniej klasy przypadków 300B (Golden Dragon, JJ Electronics, te właśnie Psvane) charakteryzuje się dość wyważonym realizmem, jak przede wszystkim w odniesieniu do drugiej cechy, do mocy. Ta, można powiedzieć, nadrabia pewne ubytki formy pod względem jej bujności, zastępując liryzm i bogactwo energią.

Tu sprokuruję małą odskocznię, ale jak najbardziej w temacie. Rysuje się mianowicie generalna linia (że sięgnę po propagandowe zwroty), to znaczy 300B są mniej liryczne niż 2A3, a te z kolei mniej od 45ʼ. To jednak wcale nie znaczy, że kupując wzmacniacz na triodach 45ʼ sprawę poetyki i liryzmu – lub skrótowo mówiąc muzykalności – mamy już załatwioną. Bo nawet najlepsza pod tym względem duża trioda bez wsparcia małych sterujących wszystkiego dla dźwięku nie zrobi. I nie też bez dobrej prostowniczej, tak więc mamy w efekcie z triod trio. (W przypadku wzmacniaczy czysto lampowych, bo prostowanie może iść także po tranzystorach, i takie też może być dobre.) Dopiero takie trio, jeżeli jest odpowiednie, ukaże całą urodę. W przypadku opisywanego teraz Woo te sterujące były bardzo już dobre, a prostownicze, szczególnie doniesione, także na dobrym poziomie. A i te 300B Psvane całkiem niezłe, chociaż dalekie od ideału. Jednakże jest niewątpliwą zaletą 300B, a jeszcze bardziej 320B, że one mają moc. To dlatego firma Emission Labs oferuje teraz specjalną wersję 45ʼ o podwojonej mocy. Bo mocy się nie zastąpi urodą, całej muzyki w niej się nie upchnie. Potrzeba jeszcze energii, witalności i tempa. Ospałe piękno pasuje do buduaru, ale nie do muzyki. Gdyż ona nie jest samą narracją oraz towarzyszącymi jej wyobrażeniami i poetyckim pięknem, ale także formą energii. I z tej energii wyzuta robi się licha, nieprawdziwa. A takiej nieprawdziwej nie lubię, wręcz mnie ona odstręcza.

Crosszone CZ-1 były silną alternatywą, najlepiej potrafiąc ukazać warunki otoczenia.

Dlatego bardzo chętnie kupiłem przekaz Woo, oferujący z jednej strony udaną, choć jeszcze nie ekstremalną lirykę, a z drugiej moc zdolną poruszać wyobraźnię, przywołującą stany realistyczne. Lecz na to nakłada się jeszcze inny czynnik – osobowość i talent wykonawców. Choć tego nie planowałem, to tak się złożyło, że najpierw słuchałem pianisty współczesnego, zdobywcy paru nagród; potem też współczesnego ale starszego, co wygrał Konkurs Chopinowski; a na koniec jeszcze starszego, nieżyjącego już György Cziffry, który nie wygrywał konkursów, bo nie miał na to czasu. I dopiero ten trzeci pokazał, że nie on jest dla instrumentu, a instrument dla niego. Że włada nim bez reszty i stał się on częścią jego duszy. Tak więc należy uważać, kogo się będzie słuchać, bo muzyk muzykowi też nierówny, podobnie jak aparatura aparaturze. I także w tym wypadku najbardziej znani nie zawsze zasługują na sławę.

Pisze się niewątpliwe na plus temu Woo Audio WA5-LE, że umiał to tak dobitnie ukazać. Puściłem po Györgym tego słuchanego na wstępie, którego nazwiska z litości nie będę wymieniał, i zwyczajnie nie dało się słuchać. Zupełnie inna miara, coś jak uczeń przy mistrzu. Świat jest doprawdy dziwny dokoła. Na półkach w płytowych marketach stoją tuż obok siebie muzycy różnych formatów, a płyty tych maluczkich są często dużo droższe. Płytę Cziffry z walcami Chopina kupiłem dawno temu w Carrefour dosłownie za grosze.

Wiem, recenzja to nie opowiadanie ani felieton. Ludzie chcą szybko wiedzieć z czym mają do czynienia, a ja tu sobie przynudzam i się rozłażę na boki. Ale jak się pisze sześćsetną…

No nic, weźmy się za konkrety w bardziej tradycyjnym ujęciu. W sumie najważniejsze już powiedziałem: wzmacniacz jest naturalistyczny i mocny. Z lampami 300B Psvane nie oferuje wprawdzie całego bogactwa muzyki – ani jej ekstatycznej wibracji, ani też modulacji głosów – ale jego trzeźwy realizm i świetne taktowanie doznają ekstra wzmożenia dzięki energetyce. Każdy dźwięk tętni życiem, jest wypełniony energią. I to się momentalnie wyczuwa, to nie są żadne niuanse. Nawet trudne do napędzenia słuchawki pulsują u niego życiem, tryskają witalnością. Regulator siły sygnału sprawdza się znakomicie, podobnie jak regulator impedancji. Dochodzi do tego jeszcze jedna cecha, dość jasne oświetlenie. Nie jest to zapewne kod genetyczny, a jedynie styl lamp od Psvane, ale ten w połączeniu z energią i naturalnością bardzo dobrze się sprawdzał. Tu muszę kolejną dygresję, odnośnie oświetlenia. Jest cechą atawistyczną, na którą nie mamy wpływu, że mrok niesie poczucie zagrożenia, które zjawia się odruchowo. Dlatego po słuchaniu muzyki w mrocznych klimatach przejście do jasnej wywołuje natychmiastową ulgę. Oczywiście jedynie pod warunkiem, że jasna nie jest gorszej jakości i jasna w sposób naturalny, na podobieństwo jasnego dnia, a nie jaskrawa, krzykliwa i denerwująca. Mroczne klimaty też mają wprawdzie zalety: światłocień, tajemniczość, właściwy sobie nastrój, ale jaśniejsza po ciemniejszej zawsze daje w pierwszej chwili poczucie ulgi i to nie zależy od słuchacza. Więc percypując tego Woo miałem ów jasny komfort, nie obawiając się nocnej napaści.

Natomiast dwuczęściowy odtwarzacz Ayona, mimo że też lampowy, pozwala na ustawienie piętrowe.

Żartuję trochę sobie, ale chcę oddać klimat. Choć może niepotrzebnie, bo z lampami mocy od Takatsuki czy Emission Labs zapewne okaże się ciemniejszy. I to jest właśnie zaleta wzmacniaczy na 300B; dobierać można nie tylko samą jakość, ale także klimaty. A już ze stosunkowo tanimi od Psvane było to granie na całego, że bardzo miły wieczór spędziłem porównując słuchawki. Przy odtwarzaczu zaszła zmiana, bo Crosszone już nie górowały. Zostały doścignięte przez jaśniej dzięki ekstatycznym sopranom brzmiące Fostex TH900 i też minimalnie jaśniejsze, ale wyraźnie ciemniejsze od Fosteksów T1 z kablem Tonalium. Wciąż bardzo dobrze grały Sennheiser HD 600, jednak zostały wyraźnie z tyłu, nie mogąc przy lepszym źródle dźwięku dotrzymać droższym kroku. I to jest właśnie to szydło, o którym wspominałem. Czasami słabość źródłowa dźwięku daje się kompensować słuchawkami o mniej rozciągniętym paśmie, co dopiero przy dobrych źródłach wychodzi. Bardzo dobrze grały za to NightHawk, pozostałym nie ustępując, ale mnie najbardziej się podobała muzyka w wykonaniu Fosteksów, najbardziej skupionych na brzmieniu i najwięcej z niego wyciskających. Crosszone w porównaniu, podobnie jak T1, większy nacisk kładły na ambience, wręcz narzucając ogląd wnętrza. A Fostexy o ambience wprawdzie nie zapominały, lecz bardziej skupiały się na muzyce, może głównie dlatego, że najbardziej eksponowały soprany. Albo po prostu z tego względu, że najlepiej się ze wzmacniaczem zgrywały. Co nie musi oznaczać, że do Woo WA5-LE one najlepiej pasują, bo sięgając po inne lampy albo po inne źródło może się to odwrócić. Tu jednak było jak było i one królowały.

Zapewne jesteście ciekawi, jak sprawy stały względem innych wzmacniaczy. Mam spore opory, czy w ogóle o tym pisać, bo gdyby dać temu Woo po parze 300B i 5U4G od Takatsuki, byłoby całkiem co innego. Ale się nie ma co uchylać i trzeba oddać głos faktom. A fakty były takie, że przy komputerze grał na tych średnich 300B najlepiej obok Octave V16 i kiedyś dawno Bakoona. (Twin-Head tam nigdy nie stał.) Natomiast przy komputerze nie dorównywał klasą Wells Audio Headtrip, Fostex HP-V8 i ASL Twin-Head. Ale cóż je do siebie przykładać, skoro miał słabsze lampy.

Ogólnie tak to wygląda, że ma ten Woo duży potencjał. Ciekawie więc by było móc go porównać z analogicznie kosztującym i na tych samych sterujących oraz mocy lampach Cary CAD 300 SEI, ale nie było okazji. Patrząc więc tylko z perspektywy mogę rzucić, że potencjały są bardzo zbliżone i jest dla tego Woo otwarta droga do bardzo wyraźnej poprawy. Już zwykła Sophia 300B w wersji „Mesh” to wyrafinowana i niespecjalnie droga lampa, a nie jakoś szczególnie drogie są też 300B od Emission Labs. A znam takich melomanów, którzy przerobiwszy wszyściutkie orzekli, że właśnie te od Emission Labs najlepsze. Sam nie będę się wypowiadał, bo sam nie porównywałem. Podobno poza konkurencją są oryginalne WE z lat 50-tych, ale one przepadły. Bardzo rzadko trafia się para i w cenie wielu tysięcy dolarów. Jarek Waszczyszyn stawia tezę, że te dawniejsze były lepsze, bo używano do konstrukcji anod surowców zbyt toksycznych (może także promieniotwórczych), by w czasach większej dbałości o higienę pracy mogły być kontynuowane. Całkiem możliwe; w każdym razie stare anody wyglądają inaczej.

Podsumowując

   Podsumowując można powiedzieć, że firma Woo Audio zna się na rzeczy. Stworzyli wzmacniacz klasyczny konstrukcyjnie i o klasycznych zaletach. Wielka jak na takie konstrukcje, czyli słuchawkowe wzmacniacze, moc, w każdej nucie dająca znać o sobie, i charakterystyczny dla lamp 300B naturalizm, bez przesadzania z ezoterią. W efekcie muzyka krzepka i trzeźwa, do której użyć można dowolnych słuchawek. Te mocy najbardziej łaknące też zaznają spełnienia, a tym najbardziej delikatnym nie stanie się żadna krzywda. U pierwszych pełną parą, u drugich żadnych wizgów.

Już podstawowy profil, aczkolwiek w wersji poprawionej, pozwala dystansować wzmacniacze za kilkanaście tysięcy, a nie ma powodu sądzić, że wraz z najlepszymi lampami (pytanie, które komu optymalne) nie będzie to poziom najlepszych, albo już taki prawie. Samo Woo Audio oferuje wprawdzie aż trzy konstrukcje droższe (dwie pozostałe to wzmacniacz elektrostatyczny i ten sam WA-5 z dodanym wyjściem głośnikowym), ale czy droższe koniecznie lepsze? Albo inaczej: czy gdyby ktoś tego Woo podrasował, tak jak sam rasowałem swojego Twin-Heada, to z lepszymi kondensatorami, potencjometrem i okablowaniem plus optymalne lampy nie stałby się lepszy niż WA33, nawet ten w wersji Elite Edition? Nie da się tego przewidzieć. A podobnie nie da się orzec, czy lepszy byłby zoptymalizowany w stu  procentach Cary CAD 300 SEI, czy ten tu Woo WA5-LE.

I tak z kolejnymi konstrukcjami rodzą się nowe dylematy, ale od przybytku, jak już niedawno mówiłem, głowa raczej nie boli. Bo można chyba zakładać, że zoptymalizowany Woo i zoptymalizowany Cary grać będą na podobnym poziomie, a wybierać można wedle wyglądu. U Woo dwubryłowego, u Cary jednopudełkowego. I można też wybierać według sposobu prostowania, tylko u Woo lampowego.

Uzupełniając jego ocenę warto podkreślić raz jeszcze kapitalną obróbkę aluminium i sprytne rozciągnięcie do tyłu. A także symetryczność, za którą niejeden gotów dopłacać ekstra, a tutaj wcale nie musi, oraz poprawiające ergonomiczność doskonale wkomponowane w całość uchwyty. A nade wszystko konstrukcyjny klasycyzm, z najbardziej klasycznymi triodami 300B mocy i 274B/5U4G prostowniczymi. Do tego sterujące 6SN7, czyli już bardziej klasycznie się nie da. Rozbicie na dwie części jeszcze to bardziej podkreśla.

W punktach:

Zalety

  • Brzmieniowy naturalizm.
  • Potężna (jak na słuchawkowy wzmacniacz) moc. I to nie tylko na papierze.
  • A wraz z tym potężna energia w dźwięku.
  • Wraz z tym dynamika.
  • Szybkość.
  • Rytm.
  • I cały w ogóle timing.
  • Najwyższej klasy szczegółowość.
  • Jasne i naturalne światło.
  • Wraz z nim poczucie przyjaznej rzeczywistości.
  • Ale nie takiej banalnej.
  • Bo jednocześnie muzykalność.
  • Uroda.
  • Czucie przestrzeni.
  • Zupełny brak tego wszystkiego, co zatrąca histerycznością.
  • Dokładnie wyważone i zespolone pasmo.
  • W tym pozbawione ostrości a na pełną skalę rozwinięte soprany.
  • Naturalizm wokali pozbawiony sopranowych podbarwień.
  • Mocny, bardzo nisko schodzący i mający odpowiednią objętość bas.
  • Jeszcze nie na miarę najlepszych, ale już wyczuwalna modulacja brzmienia.
  • Wielki potencjał audiofilskiej zabawowy.
  • Bo lamp 300B wielki wybór w różnych przedziałach cenowych.
  • A także duży 274B i 6SN7.
  • Pasuje do wszystkich słuchawek, choć ma swoich faworytów.
  • Symetryczne i niesymetryczne wejścia i wyjścia.
  • Dwustopniowa regulacja impedancji i trzystopniowa mocy.
  • Najbardziej klasyczny z możliwych klasyków, no chyba że jeszcze OTL.
  • Niski poziom zniekształceń i wyśrubowane parametry brzmieniowe.
  • Wszystkie regulatory z przodu.
  • Elegancka symetria wyglądu.
  • Piękna obróbka aluminium.
  • Bardzo przydatne uchwyty.
  • Szeroki zakres autorskich poprawek i oferowanych przez producenta lamp.
  • Całkiem przytomna wycena, choć z nieuchronną niestety dekonstrukcją importu z USA.
  • Do wyboru czarny i srebrny.
  • Polski dystrybutor.
  • Made in New York.
  • Szeroko znany i uznany producent.

Wady i zastrzeżenia

  • Potencjometr po prawej byłby bardziej wygodny.
  • Potrzebne do pełni szczęścia najlepsze 300B i 274B to sam w sobie duży wydatek.
  • Brak trybu OTL.

Sprzęt do testu dostarczyła firma: MIP

Dane techniczne:

Wzmacniacz słuchawkowy triodowy klasy A, single-ended.

  • Trioda single-ended, klasa A, budowa z transformatorem wyjściowym
  • Okablowanie Point-toPoint
  • Wybierane przez użytkownika wyjście słuchawkowe High lub Low (moc)
  • Wybierana przez użytkownika wysoka lub niska impedancja
  • Wybierane przez użytkownika wyjście słuchawkowe High lub Low (poziom)
  • Jedno wejście XLR
  • Dwa wejścia RCA

Specyfikacja techniczna ogólna:

  • Dwie lampy zasilające 300B
  • Dwie lampy napędowe 6SN7
  • Dwie lampy rektyfikacyjne 5U4G
  • Napięcie: AC 110 / 220V, 50/60 Hz
  • Wymiary zewnętrzne (każdy): 8½ (H), 9 „(W), 17” (D)
  • Waga: wzmacniacz 15,9 kg; zasilacz 15,0 kg.

Specyfikacja techniczna wzmacniacza słuchawkowego:

  • Impedancja słuchawek: 8-600 omów
  • Pasmo przenoszenia: 10 Hz-60 kHz, -2 dB
  • Moc wyjściowa: do 8 W przy użyciu 4-stykowego gniazda XLR i 1/4 „
  • Sygnał / Szum:> = 95 dB
  • THD: <= 0,08%, 1 kHz
  • Cena: 21 998 PLN

System

  • Źródła: PC, Ayon CDT II/Sigma.
  • Przetwornik: Norma DAC HS-01.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Ayon HA-3, Woo Audio WA5-LE.
  • Słuchawki: AudioQuest NightHawk (kabel Tonalium Audio), Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium Audio), Crosszone CZ-1, Final Audio D8000, Fostex TH900 Mk2, HiFiMAN HE-6, MrSpeakers Ether Flow C, Sennheiser HD 600.
  • Interkonekty: Tellurium Q Black Diamond XLR, Crystal Cable Absolute Dream RCA, Sulek Audio RCA & Sulek 6 x 9 RCA.
  • ifi iOne z kablem iUSB3.0 oraz koaksjalnym Acoustic Zen Silver Bytes
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Power.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Listwy: Power Base, Sulek Audio.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

18 komentarzy w “Recenzja: Woo Audio WA5-LE

  1. BG napisał(a):

    Uwielbiam czytać Pańskie recenzje nawet jeżeli przedmiot recenzji jest znajduje się poza zasięgiem mojego portfela. Marzyć, marzyć…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Na pociechę mogę powiedzieć, że wiele przedmiotów jest także daleko poza moim zasięgiem. Przyjeżdżają i odjeżdżają, a apetyt zostaje 🙂

  2. Piotr Ryka napisał(a):

    Znajomy wpadł wczoraj na chwilę z lampami 300B Create Audio w najnowszej wersji. Nie są tanie i nie są drogie; gdzieś pomiędzy 2 a 3 tysiące za parę. (Para Takatsuki z wszystkimi dodatkowymi kosztami to około 7 tys. plus trzy miesiące czekania.) Kilkanaście zaledwie minut rozgrzewki i Psvane zostały zdeklasowane. Cieplej, gęściej, więcej, wnikliwiej i przede wszystkim z prawdziwie humanistycznym rysem. Wzmacniacz jest bez wątpienia topowy i może dać masę radości.

    1. Przemek napisał(a):

      W Ameryce Taka w tym momencie za 5600zl. ,cena za same lampy.Dostępne od ręki.

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        To o tysiąc mniej niż liczy samo Woo Audio.

  3. AAAFNRAA napisał(a):

    Witam,
    Panie Piotrze, a może tak test Sinusaudio? Pan Mariusz wypuścił właśnie dwa wzmacniacze słuchawkowe OTL. Szczególnie ten na lampach 6N13S może być ciekawy. No i firma z Krakowa nie będzie problemu z dostarczeniem wzmacniacza 🙂

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Proszę bardzo. Jeżeli tylko się zgłosi.

  4. Piotr Ryka napisał(a):

    Tak nawiasem zgłosiło się jeszcze w zeszłym roku Feliks Audio, o którego wzmacniacza przetestowanie ktoś prosił. Wszystko zostało ustalone, a do dziś nie przyjechał.

  5. Myślicki napisał(a):

    Doszły mnie słuchy, że testowany przez Pana sprzęt, który był nota bene na audioshow w Warszawie w 2017 roku jest wersją zwykłą, bez upgrade jaki jest możliwy do przeprowadzenia. Czy może się Pan ustosunkować do tych informacji?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Sprawa jest wyjaśniana, sam dystrybutor nie wie.

      1. Myślicki napisał(a):

        Ok, bardzo prosił bym o informacje gdy tylko coś się wyjaśni gdyż cena jest diametralnie różna w zależności od tego czy wybierzemy wersję z upgrade czy bez.

        Pozdrawiam i czekam na informacje zwrotne.

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Sugestia jest taka, że na testach była wersja podstawowa, tyle że z lepszymi lampami sterującymi. Ale to nie jest oficjalne stanowisko.

          1. Myślicki napisał(a):

            Rozumiem, a cena jaka została przedstawiona w tekście dotyczy wersji zwykłej bez ulepszeń, tak?

          2. Piotr Ryka napisał(a):

            To też nie jest ostatecznie rozstrzygnięte. Prawdopodobnie wersji podstawowej z tymi lepszymi lampami. Prosiłem o podanie ceny wersji podstawowej i ulepszonej jeszcze w piątek i odpowiedzi na razie nie ma.

          3. Piotr Ryka napisał(a):

            Mam odpowiedź – wersja z upgrade i z lepszymi sterującymi kosztuje 29 990 PLN. W recenzji jest zatem opisana podstawowa.

  6. Przemek napisał(a):

    Kiedyś bardzo byłem zainteresowany tym wzmacniacze ale na końcu zadecydowała dostępność i wybrałem Cary.
    Gdyby obydwa były wtedy dostępne to nie wiem jak by się to potoczyło.Obydwa wzmacniacze prezentują się super co ma dla mnie też znaczenie.Lampami 300B można też tak bardzo podnieść brzmienie, dużo lepiej niż innymi które poznałem.

  7. miroslaw frackowiak napisał(a):

    Cary 300B bije na leb ten wzmacniacz,przy tej samej cenie jest dwa razy mocniejszy,jest w jednej obudowie,posiada gniazda glosnikowe i napedza tak kolumny ze az smigaja,jedno tylko ich laczy ze podobnie napedzaja dobrze sluchawki, ale tylko to…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Ale, jak napisałem w recenzji – Cary ma prostowanie tranzystorowe, a Woo lampowe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy