Recenzja: Woo Audio WA5-LE

Odsłuch cd.

Dumny Woo i dumne Fosteksy.

Beyerdynamic T1

Jedyny sposób by sprawdzić, czy ta wysoka impedancja rzeczywiście pasuje, to użyć innych takich. I wyszło na to, że faktycznie. Albowiem flagowe T1 okazały się tymi pierwszymi, które przeskoczyły HD600. Gładziej, a też chropawo; równie czysto, a odrobinę subtelniej; mniej pogłosowo, a więc prawdziwiej. Tak bardziej intymnie i z lepszym różnicowaniem jasne-ciemne, ciche-głośne. Ale żeby to była różnica klasy, to w żaden sposób.

MrSpeakers Ether C

Jeszcze bardziej zaś spodobało mi się brzmienie mających nie niską i nie wysoką a średnią impedancję zamkniętych MrSpeakers. Lekkie ciepło, gładź i równoczesna chropawość, umiarkowane ale wyczuwalne pogłosy, bliskość wykonawców i świetne ich przywołanie. A także znakomicie zobrazowane wnętrze katedry i żadnych zniekształceń w muzyce organowej przy ekstremalnie niskich zejściach. Senheisery nie potrafiły schodzić tak nisko, unikając tym sposobem (bardzo udanie) zniekształceń, ale trzeba przyznać, że scenę za to potrafiły budować większą.

Crosszone CZ-1

Tak podejrzewałem i tak się stało. Inne niż wszystkie i najdroższe Crosszone okazały się z porównywanych najlepsze. To słuchawki o specjalnym, niespotykanym u innych potencjale, który ujawnia się jednak na pełną skalę dopiero z mocnymi wzmacniaczami o dużej przejrzystości. Jako pierwsze zażądały też jednoznacznie podbicia mocy (ale jedynie pstryczkiem) i lepiej okazały się grać przy ustawieniu impedancji na „Low”. Nie pojawiały się wówczas basowe zniekształcenia przy organowych ekstremach, a czystość jeszcze się wzmagała. I przede wszystkim ich prawdziwa, dwuuszna stereofonia nie skutkowała tym razem przesadnym zgęszczaniem, tylko wszystkie dźwięki pięknie się rozprowadzały w przestrzeni. Także autentyczność kontaktu z wokalistami i ich złożoność głosowa przebiły wszystkich poprzedników. Ale znów muszę powtórzyć: żeby to zjadło HD 600, to absolutnie nie.

I z innego ujęcia.

Z odtwarzaczem

Audiofilizm w wydaniu tradycyjnym, czyli taki bez komputera, to wciąż jeszcze klasyka i wciąż wyższy poziom. Na dodatek przed drugą sesją odsłuchową przyjechały (tak sprawdzająco) lampy prostownicze vintage Sylvania 5U4G ($200 za parę, czyli żadne ekstrema), które okazały się nieco lepsze od efektowniej wyglądających Psvane, to znaczy bardziej lampowe – z większą słodyczą w głosach, silniejszym muzycznym aromatem i lepszą reprodukcją sopranów. Lepszą, bo równie wysoko idącą a mniej wrzecionowatą, czyli bez śladów piskliwości i niepotrzebnego się narzucania. Też  bez przycięcia, a z elegantszą posturą. Od razu więc też lepsze wokale i cały ogólnie przekaz, a odnośnie tego przekazu:

Tańszy Woo Audio na lampach 300B, ale już taki trochę podrasowany, ma dwa główne wyróżniki: jest naturalistyczny w wymowie i jednocześnie mocny. Naturalistyczny, to znaczy nie przesadzający z ocieplaniem, lepkością, słodyczą, rozfalowaniem i rozwibrowaniem dźwięku. Przynajmniej nie z lampami mocy Psvane. Ale to mu się nie pisze na minus, gdyż nie jest przedobrzony. Ani nie oferuje pikanterii rogatych rosyjskich triod 6S33S/6С33С, ani rozbujanej zmysłowości amerykańskich 45ʼ. Jest wypośrodkowany; zarówno muzykalny jak trzeźwy. Nie mylmy tego jednak ze wstrzemięźliwością – on wstrzemięźliwy nie jest. Zarówno w odniesieniu do formy brzmieniowej, która w sposób charakterystyczny dla średniej klasy przypadków 300B (Golden Dragon, JJ Electronics, te właśnie Psvane) charakteryzuje się dość wyważonym realizmem, jak przede wszystkim w odniesieniu do drugiej cechy, do mocy. Ta, można powiedzieć, nadrabia pewne ubytki formy pod względem jej bujności, zastępując liryzm i bogactwo energią.

Tu sprokuruję małą odskocznię, ale jak najbardziej w temacie. Rysuje się mianowicie generalna linia (że sięgnę po propagandowe zwroty), to znaczy 300B są mniej liryczne niż 2A3, a te z kolei mniej od 45ʼ. To jednak wcale nie znaczy, że kupując wzmacniacz na triodach 45ʼ sprawę poetyki i liryzmu – lub skrótowo mówiąc muzykalności – mamy już załatwioną. Bo nawet najlepsza pod tym względem duża trioda bez wsparcia małych sterujących wszystkiego dla dźwięku nie zrobi. I nie też bez dobrej prostowniczej, tak więc mamy w efekcie z triod trio. (W przypadku wzmacniaczy czysto lampowych, bo prostowanie może iść także po tranzystorach, i takie też może być dobre.) Dopiero takie trio, jeżeli jest odpowiednie, ukaże całą urodę. W przypadku opisywanego teraz Woo te sterujące były bardzo już dobre, a prostownicze, szczególnie doniesione, także na dobrym poziomie. A i te 300B Psvane całkiem niezłe, chociaż dalekie od ideału. Jednakże jest niewątpliwą zaletą 300B, a jeszcze bardziej 320B, że one mają moc. To dlatego firma Emission Labs oferuje teraz specjalną wersję 45ʼ o podwojonej mocy. Bo mocy się nie zastąpi urodą, całej muzyki w niej się nie upchnie. Potrzeba jeszcze energii, witalności i tempa. Ospałe piękno pasuje do buduaru, ale nie do muzyki. Gdyż ona nie jest samą narracją oraz towarzyszącymi jej wyobrażeniami i poetyckim pięknem, ale także formą energii. I z tej energii wyzuta robi się licha, nieprawdziwa. A takiej nieprawdziwej nie lubię, wręcz mnie ona odstręcza.

Crosszone CZ-1 były silną alternatywą, najlepiej potrafiąc ukazać warunki otoczenia.

Dlatego bardzo chętnie kupiłem przekaz Woo, oferujący z jednej strony udaną, choć jeszcze nie ekstremalną lirykę, a z drugiej moc zdolną poruszać wyobraźnię, przywołującą stany realistyczne. Lecz na to nakłada się jeszcze inny czynnik – osobowość i talent wykonawców. Choć tego nie planowałem, to tak się złożyło, że najpierw słuchałem pianisty współczesnego, zdobywcy paru nagród; potem też współczesnego ale starszego, co wygrał Konkurs Chopinowski; a na koniec jeszcze starszego, nieżyjącego już György Cziffry, który nie wygrywał konkursów, bo nie miał na to czasu. I dopiero ten trzeci pokazał, że nie on jest dla instrumentu, a instrument dla niego. Że włada nim bez reszty i stał się on częścią jego duszy. Tak więc należy uważać, kogo się będzie słuchać, bo muzyk muzykowi też nierówny, podobnie jak aparatura aparaturze. I także w tym wypadku najbardziej znani nie zawsze zasługują na sławę.

Pisze się niewątpliwe na plus temu Woo Audio WA5-LE, że umiał to tak dobitnie ukazać. Puściłem po Györgym tego słuchanego na wstępie, którego nazwiska z litości nie będę wymieniał, i zwyczajnie nie dało się słuchać. Zupełnie inna miara, coś jak uczeń przy mistrzu. Świat jest doprawdy dziwny dokoła. Na półkach w płytowych marketach stoją tuż obok siebie muzycy różnych formatów, a płyty tych maluczkich są często dużo droższe. Płytę Cziffry z walcami Chopina kupiłem dawno temu w Carrefour dosłownie za grosze.

Wiem, recenzja to nie opowiadanie ani felieton. Ludzie chcą szybko wiedzieć z czym mają do czynienia, a ja tu sobie przynudzam i się rozłażę na boki. Ale jak się pisze sześćsetną…

No nic, weźmy się za konkrety w bardziej tradycyjnym ujęciu. W sumie najważniejsze już powiedziałem: wzmacniacz jest naturalistyczny i mocny. Z lampami 300B Psvane nie oferuje wprawdzie całego bogactwa muzyki – ani jej ekstatycznej wibracji, ani też modulacji głosów – ale jego trzeźwy realizm i świetne taktowanie doznają ekstra wzmożenia dzięki energetyce. Każdy dźwięk tętni życiem, jest wypełniony energią. I to się momentalnie wyczuwa, to nie są żadne niuanse. Nawet trudne do napędzenia słuchawki pulsują u niego życiem, tryskają witalnością. Regulator siły sygnału sprawdza się znakomicie, podobnie jak regulator impedancji. Dochodzi do tego jeszcze jedna cecha, dość jasne oświetlenie. Nie jest to zapewne kod genetyczny, a jedynie styl lamp od Psvane, ale ten w połączeniu z energią i naturalnością bardzo dobrze się sprawdzał. Tu muszę kolejną dygresję, odnośnie oświetlenia. Jest cechą atawistyczną, na którą nie mamy wpływu, że mrok niesie poczucie zagrożenia, które zjawia się odruchowo. Dlatego po słuchaniu muzyki w mrocznych klimatach przejście do jasnej wywołuje natychmiastową ulgę. Oczywiście jedynie pod warunkiem, że jasna nie jest gorszej jakości i jasna w sposób naturalny, na podobieństwo jasnego dnia, a nie jaskrawa, krzykliwa i denerwująca. Mroczne klimaty też mają wprawdzie zalety: światłocień, tajemniczość, właściwy sobie nastrój, ale jaśniejsza po ciemniejszej zawsze daje w pierwszej chwili poczucie ulgi i to nie zależy od słuchacza. Więc percypując tego Woo miałem ów jasny komfort, nie obawiając się nocnej napaści.

Natomiast dwuczęściowy odtwarzacz Ayona, mimo że też lampowy, pozwala na ustawienie piętrowe.

Żartuję trochę sobie, ale chcę oddać klimat. Choć może niepotrzebnie, bo z lampami mocy od Takatsuki czy Emission Labs zapewne okaże się ciemniejszy. I to jest właśnie zaleta wzmacniaczy na 300B; dobierać można nie tylko samą jakość, ale także klimaty. A już ze stosunkowo tanimi od Psvane było to granie na całego, że bardzo miły wieczór spędziłem porównując słuchawki. Przy odtwarzaczu zaszła zmiana, bo Crosszone już nie górowały. Zostały doścignięte przez jaśniej dzięki ekstatycznym sopranom brzmiące Fostex TH900 i też minimalnie jaśniejsze, ale wyraźnie ciemniejsze od Fosteksów T1 z kablem Tonalium. Wciąż bardzo dobrze grały Sennheiser HD 600, jednak zostały wyraźnie z tyłu, nie mogąc przy lepszym źródle dźwięku dotrzymać droższym kroku. I to jest właśnie to szydło, o którym wspominałem. Czasami słabość źródłowa dźwięku daje się kompensować słuchawkami o mniej rozciągniętym paśmie, co dopiero przy dobrych źródłach wychodzi. Bardzo dobrze grały za to NightHawk, pozostałym nie ustępując, ale mnie najbardziej się podobała muzyka w wykonaniu Fosteksów, najbardziej skupionych na brzmieniu i najwięcej z niego wyciskających. Crosszone w porównaniu, podobnie jak T1, większy nacisk kładły na ambience, wręcz narzucając ogląd wnętrza. A Fostexy o ambience wprawdzie nie zapominały, lecz bardziej skupiały się na muzyce, może głównie dlatego, że najbardziej eksponowały soprany. Albo po prostu z tego względu, że najlepiej się ze wzmacniaczem zgrywały. Co nie musi oznaczać, że do Woo WA5-LE one najlepiej pasują, bo sięgając po inne lampy albo po inne źródło może się to odwrócić. Tu jednak było jak było i one królowały.

Zapewne jesteście ciekawi, jak sprawy stały względem innych wzmacniaczy. Mam spore opory, czy w ogóle o tym pisać, bo gdyby dać temu Woo po parze 300B i 5U4G od Takatsuki, byłoby całkiem co innego. Ale się nie ma co uchylać i trzeba oddać głos faktom. A fakty były takie, że przy komputerze grał na tych średnich 300B najlepiej obok Octave V16 i kiedyś dawno Bakoona. (Twin-Head tam nigdy nie stał.) Natomiast przy komputerze nie dorównywał klasą Wells Audio Headtrip, Fostex HP-V8 i ASL Twin-Head. Ale cóż je do siebie przykładać, skoro miał słabsze lampy.

Ogólnie tak to wygląda, że ma ten Woo duży potencjał. Ciekawie więc by było móc go porównać z analogicznie kosztującym i na tych samych sterujących oraz mocy lampach Cary CAD 300 SEI, ale nie było okazji. Patrząc więc tylko z perspektywy mogę rzucić, że potencjały są bardzo zbliżone i jest dla tego Woo otwarta droga do bardzo wyraźnej poprawy. Już zwykła Sophia 300B w wersji „Mesh” to wyrafinowana i niespecjalnie droga lampa, a nie jakoś szczególnie drogie są też 300B od Emission Labs. A znam takich melomanów, którzy przerobiwszy wszyściutkie orzekli, że właśnie te od Emission Labs najlepsze. Sam nie będę się wypowiadał, bo sam nie porównywałem. Podobno poza konkurencją są oryginalne WE z lat 50-tych, ale one przepadły. Bardzo rzadko trafia się para i w cenie wielu tysięcy dolarów. Jarek Waszczyszyn stawia tezę, że te dawniejsze były lepsze, bo używano do konstrukcji anod surowców zbyt toksycznych (może także promieniotwórczych), by w czasach większej dbałości o higienę pracy mogły być kontynuowane. Całkiem możliwe; w każdym razie stare anody wyglądają inaczej.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

18 komentarzy w “Recenzja: Woo Audio WA5-LE

  1. BG napisał(a):

    Uwielbiam czytać Pańskie recenzje nawet jeżeli przedmiot recenzji jest znajduje się poza zasięgiem mojego portfela. Marzyć, marzyć…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Na pociechę mogę powiedzieć, że wiele przedmiotów jest także daleko poza moim zasięgiem. Przyjeżdżają i odjeżdżają, a apetyt zostaje 🙂

  2. Piotr Ryka napisał(a):

    Znajomy wpadł wczoraj na chwilę z lampami 300B Create Audio w najnowszej wersji. Nie są tanie i nie są drogie; gdzieś pomiędzy 2 a 3 tysiące za parę. (Para Takatsuki z wszystkimi dodatkowymi kosztami to około 7 tys. plus trzy miesiące czekania.) Kilkanaście zaledwie minut rozgrzewki i Psvane zostały zdeklasowane. Cieplej, gęściej, więcej, wnikliwiej i przede wszystkim z prawdziwie humanistycznym rysem. Wzmacniacz jest bez wątpienia topowy i może dać masę radości.

    1. Przemek napisał(a):

      W Ameryce Taka w tym momencie za 5600zl. ,cena za same lampy.Dostępne od ręki.

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        To o tysiąc mniej niż liczy samo Woo Audio.

  3. AAAFNRAA napisał(a):

    Witam,
    Panie Piotrze, a może tak test Sinusaudio? Pan Mariusz wypuścił właśnie dwa wzmacniacze słuchawkowe OTL. Szczególnie ten na lampach 6N13S może być ciekawy. No i firma z Krakowa nie będzie problemu z dostarczeniem wzmacniacza 🙂

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Proszę bardzo. Jeżeli tylko się zgłosi.

  4. Piotr Ryka napisał(a):

    Tak nawiasem zgłosiło się jeszcze w zeszłym roku Feliks Audio, o którego wzmacniacza przetestowanie ktoś prosił. Wszystko zostało ustalone, a do dziś nie przyjechał.

  5. Myślicki napisał(a):

    Doszły mnie słuchy, że testowany przez Pana sprzęt, który był nota bene na audioshow w Warszawie w 2017 roku jest wersją zwykłą, bez upgrade jaki jest możliwy do przeprowadzenia. Czy może się Pan ustosunkować do tych informacji?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Sprawa jest wyjaśniana, sam dystrybutor nie wie.

      1. Myślicki napisał(a):

        Ok, bardzo prosił bym o informacje gdy tylko coś się wyjaśni gdyż cena jest diametralnie różna w zależności od tego czy wybierzemy wersję z upgrade czy bez.

        Pozdrawiam i czekam na informacje zwrotne.

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Sugestia jest taka, że na testach była wersja podstawowa, tyle że z lepszymi lampami sterującymi. Ale to nie jest oficjalne stanowisko.

          1. Myślicki napisał(a):

            Rozumiem, a cena jaka została przedstawiona w tekście dotyczy wersji zwykłej bez ulepszeń, tak?

          2. Piotr Ryka napisał(a):

            To też nie jest ostatecznie rozstrzygnięte. Prawdopodobnie wersji podstawowej z tymi lepszymi lampami. Prosiłem o podanie ceny wersji podstawowej i ulepszonej jeszcze w piątek i odpowiedzi na razie nie ma.

          3. Piotr Ryka napisał(a):

            Mam odpowiedź – wersja z upgrade i z lepszymi sterującymi kosztuje 29 990 PLN. W recenzji jest zatem opisana podstawowa.

  6. Przemek napisał(a):

    Kiedyś bardzo byłem zainteresowany tym wzmacniacze ale na końcu zadecydowała dostępność i wybrałem Cary.
    Gdyby obydwa były wtedy dostępne to nie wiem jak by się to potoczyło.Obydwa wzmacniacze prezentują się super co ma dla mnie też znaczenie.Lampami 300B można też tak bardzo podnieść brzmienie, dużo lepiej niż innymi które poznałem.

  7. miroslaw frackowiak napisał(a):

    Cary 300B bije na leb ten wzmacniacz,przy tej samej cenie jest dwa razy mocniejszy,jest w jednej obudowie,posiada gniazda glosnikowe i napedza tak kolumny ze az smigaja,jedno tylko ich laczy ze podobnie napedzaja dobrze sluchawki, ale tylko to…

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Ale, jak napisałem w recenzji – Cary ma prostowanie tranzystorowe, a Woo lampowe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy