Recenzja: Woo Audio WA22

   Ostatnia i jak dotąd jedyna recenzja wyrobu pochodzącego od Woo Audio ukazała się pięć lat temu, pomimo że to jeden z najsławniejszych producentów słuchawkowych wzmacniaczy. Ale z Nowego Jorku, a zatem z USA – a ze Stanami się źle handluje. Marże dają dystrybutorom niewielkie, bo preferują sprzedaż bezpośrednią, i jeszcze VAT trzeba doliczać, czyli się nie opłaca, lub mało. Nikt zatem nie chciał w to wchodzić, aż niedawno warszawski MIP zaryzykował – i jak doniosła internetowa prasa, Woo Audio nad Wisłę zawitało. Poprosiłem w zaistniałej sytuacji świeżo upieczonego opiekuna marki o jakiś wzmacniacz, starając się wymóc jak najlepszy, a tym najlepszym na razie jest tytułowy WA22. Złożono wprawdzie zamówienie na wyższy model WA5-LE, ale ten jeszcze nie przybył (jak zjedzie, to też ma być) – i w sumie dobrze się składa, bo ten WA22 ma konstrukcję mniej typową, nie na bazie dwóch 300B, jak Fostex czy Cary, tylko dwóch lamp mniejszego formatu i jednej a nie dwóch prostowniczych. Mimo to w pełni jest symetryczny – i to nie w sensie dual mono, jak było w przypadku Wells Audio czy Phasemation – tylko w jak najbardziej dosłownym. Skąd wiem? Bo to słychać. Ale na analizowanie tego czas nadejdzie, a teraz coś bliżej o technologii.

Inżynieria z Nowego Jorku

Amerykańskie lampy. W sensie konstrukcji i części samych lamp.

   Wzmacniacz jest duży, ale nie jakiś wielgachny. Nie aż taki jak Twin-Head, Fostex V8 czy Headtrip. Waży niemniej solidne 11,4 kilograma i ma gabaryty pokaźne, choć 30,4 cm szerokości to nie pełnowymiarowe 42-43. Fronton ma jednak dosyć wysoki, a wypiętrzające się nad nim lampy i pancerze transformatorów powiększają ogólny format. Zwłaszcza że ustawiona centralnie pojedyncza trioda prostownicza 5AR4/274B należy do lamp dużych, tak dużych jak 300B. Te ostatnie zjawiają się dopiero w modelu 5-LE, a w WA22 ich rolę pełnią mniejsze, ale też mocne, podwójne triody 6AS7/6080, których najlepszą wersję produkował kiedyś Mullard, a tu może to być zwykła chińszczyzna, albo za dopłatą $200 proponowana przez producenta para oryginalnych (a nie współczesnych rosyjskich) Tung-Sol (z 1963) bądź podobnie stare Philips JAN. (Obecne w egzemplarzu testowym.)

Wytwórca moc szacuje na prawe 2W per kanał, która w praktyce okazuje się wystarczająca nawet dla szczególnie prądożernych HiFiMAN HE-6. (Bez żadnego naciągania). Zarazem nie będzie ona za duża nawet dla bardzo czułych słuchawek, w rodzaju Fostex TH900 czy AudioQuest NightHawk, ponieważ wzmacniacz jest całkowicie cichy i jeszcze ma dodatkowe wsparcie ze strony regulatora HI/LO impedancji.

Za wysterowanie triod mocy odpowiadają szeroko znane z tej roli triody sterownicze 6SN7, które też mogą być chińskie, ale mogą za dopłatą 330 dolarów pochodzić od General Electric, RCA, oryginalnego Tung-Sol (z Newark) albo Sylvanii.

Za dopłatą możemy także otrzymać lepszą od chińskiej Electron lampę prostowniczą 274B (która, tak nawiasem, zła nie jest). Może być nią za dodatkowe $1045 wykwintna Takatsuki, albo za $647 też bardzo pewna swojej jakości czesko-włoska KR Audio. Sam, otrzymawszy egzemplarz z Electronem, wykonałem ruch inny, zwracając się do Piotra Susuła  i jego TUBES-store o pomoc, która nadeszła w postaci pochodzącej jeszcze z lat 40-tych RCA VT244/5U4G, wycenianej na 1200 PLN za sztukę. O jej niewątpliwych przewagach zaraz napiszę, ale wpierw słowo pocieszenia dla tych, którym zaczęło się kręcić w głowie od nazewnictwa lamp. Bo jak to w końcu z tą pojedynczą prostowniczą jest? Ma być nią 274B, 5AR4, 5UG4, czy może VT244? Prawda jest taka, że wszystko to są lampy oznakowane wprawdzie inaczej, ale tak prądowo podobne, że można je jedne drugimi zastępować. Niektórzy nawet posuwają się do twierdzenia, że 274B można także stosować w miejsce GZ-34 (oczywiście po zmianie podstawki), ale to już stanowczo odradzam. Trzask-prask i będzie po niej. Na wszelki jednak wypadek Piotr osobiście wkładał swe zabytkowe cudo w miejsce chińskiej teraźniejszości; i nic się nie stało poza tym, że dźwięk wyszlachetniał – nabrał ciepła, wieloplanowej głębi, wyrafinowania i gładzi. Te lata 40-te to były … Wiedzieli wtedy, co ładne (chociaż ta wojna to im nie wyszła).

I nieco bliżej.

Lampy mamy zatem oszacowane, pora przejechać wzrokiem po reszcie. Za nimi wypiętrzają się (jak zawsze u Woo Audio osłonięte aluminiowymi zbrojami) transformatory, a płyta lampowego montażu nie jest tu popularnym chromowym lustrem, tylko też blatem z czarnego aluminium. Nie z aluminium a grubej stali – ale też szczotkowanej i czarnej – jest z kolei panel przedni, na którym bokami umieszczono pokrętła. Zaserwowane trochę nietypowo, bo prawe nie jest potencjometrem tylko czteropozycyjnym włącznikiem-regulatorem; którego pierwszy krok oznacza samo włączenie, ustawiające jednocześnie impedancję na HI, krokiem kolejnym impedancja LO, a trzecim-ostatnim przełączenie w pozycję PRE, o ile urządzenie wyposażono w opcjonalny przedwzmacniacz. Identycznej wielkości pokrętło potencjometru znajduje się na rzadko spotykanej pozycji lewej (co stale mnie myliło) – i jest to tak naprawdę potencjometr podwójny, osobny w sensie konstrukcyjnym do prawego i lewego kanału. Chodzący z należytym oporem i równo pracujący w całym zakresie, bez żadnych zrywów czy przygasania. Nie dodano do niego pilota, tak więc osobiście trzeba się fatygować.

Pomiędzy pokrętłami znajdują się słuchawkowe gniazda – trzy dokładnie, na które składają się cztery wtyki, jako że pierwsze po lewej to symetryczny 2 x 3-pin. Obok niego pojedynczy, też symetryczny, 4-pin, a najbardziej po prawej niesymetryczny duży jack. Można je wszystkie obsadzać jednocześnie – trzy pary słuchawek mogą grać – ale zredukuje to nieco jakość dźwięku, tak więc lepiej tego nie robić. Pojawiła się też różnica stylistyczna pomiędzy gniazdami symetrycznymi, ale o niej przy brzmieniu.

Z tyłu jest bardzo prosto, chociaż może być nieco mniej. Zależy to od tego, czy wzmacniacz ma funkcję pre, gdyż wówczas dojdzie para wyjść symetrycznych, ale egzemplarz testowy jej nie miał. W tej sytuacji poza gniazdem prądowym jest para wejść XLR i para RCA, a między nimi mały pstryczek aktywujący tę lub tę.

Cała impreza w wersji najbardziej podstawowej kosztuje loco New York $1995, natomiast z uwagi na opisane perypetie handlowe robi się z tego u nas 11 700 PLN. Akurat tyle, by wstrzelić się z ceną pomiędzy Wells Audio Milo i Phasemation z jednej strony, a Trilogy 933 i Ayona HA-3 z drugiej. Testowany egzemplarz miał jednak lampy sumarycznie droższe o circa 3100 złotych, czyli należy go cenić na czternaście osiemset, a zatem identyczność Ayona. Jednak też nie do końca, bowiem ten zyskał u mnie parę sterujących ECC82 Sylvanii, podnoszącą cenę o jakiś tysiąc. Ale tak czy tak się porówna, nie bawmy się w cenowego snajpera.

Lepsza prostownicza na pierwszym planie.

Słowo na koniec o estetyce. Już pięć lat temu o tym pisałem i nic się w tej sprawie nie zmieniło – wzmacniacze marki Woo mają obudowy wyjątkowo przyjemne dla oka i przyjazne dla ręki. Aluminium zostało w nich obrobione wyjątkowo starannie, z bocznymi zaokrągleniami, i ładnie się też prezentują starannie wyfrezowane żłobienia radiatorów na transformatorowych osłonach. Wszystko jest bardzo pasowne i miłe przy dotknięciu, bo aluminium nie jest tak zimne jak żelazo, a na dodatek u Woo pozbawiono je całkiem szorstkości. Dołącza do tych walorów duża masa i staranne rozplanowanie lamp, a także symetryczne i niesymetryczne gniazda oraz pewnie chodzące gałki. Ogólnie biorąc dobra robota i spore obietnice. Żadnej w dodatku krzykliwości; jedynie niebieska dioda włączenia mogłaby świecić łagodniej. Co zaś do kwestii cenowej, to odsłuch wyda wyrok.

Odsłuch

I tańsza.

   Słowo się rzekło, czas wyrokować. Zacznijmy od porównania gniazd symetrycznych. Takiego trochę „unfair”, bo do obsługi 2 x 3-pin użyta została przejściówka od Tonalium, a chociaż z króciutkimi odcinkami przewodów własnych, to jednak coś tam pewnie ingerująca. Być może więc różnica tyczy wyłącznie sceny, a sam smak brzmienia jest identyczny, ale uczciwie napiszę, że poprzez 2 x 3-pin grało nie tylko szerzej na boki, ale też nieco cieplej i z ładniej kształtowanymi sopranami. Takimi bez śladu podostrzenia i bardziej przestrzennymi, a prosto z kabla Fosteksów brzmiały one nieco cieniej i ostrzej. Tak więc pozostałe słuchawki z okablowaniem symetrycznym wpinane już były wszystkie do gniazda podwójnego, bo przecież jakość w cenie.

Myślę, że nie ma sensu pisać o tym Woo w oderwaniu, bo niezależnie od tego, że byłyby to pochwały, trafiałyby w porównawczą pustkę. Dlatego swoim zwyczajem podpiąłem do wyjąć niesymetrycznych Sigmy obiecanego porównawczo Ayona HA-3 (Sulkiem 6×9) i zestawiłem jego brzmienie z symetrycznie podpiętym Tellurium przedmiotem recenzji. Różnice pokazały się istotne. Przede wszystkim Ayon grał jaśniej i bardziej chropawo. Chropawo w dobry sposób, taki wzbogacający a nie uprzykrzający przekaz; tak więc odnośnie tego parametru różnica była względna, zależna od upodobań. To samo tyczy światła, bo można woleć ciemniejsze lub jaśniejsze. Owa jasność i chropawość brała się z większego w austriackiej maszynie udziału sopranów w dźwięku, te zaś, w obrazowaniu bardzo rozdzielczego i dosłownego przewodu Sulka, wypadły odrobinę za agresywnie. Może bym na to nawet nie zwrócił uwagi, tak było to marginalne, ale na tle ciemniej, gładziej i niższym nieco dźwiękiem operującego Woo przy porównawczych przejściach było to słyszalne. Zarazem od repertuaru zależało, na ile to było korzystne, na ile uciążliwe, gdyż pewne utwory oświetlane jaśniej i traktowane chropawiej wypadały z tym bardzo dobrze, ale innym to nie służyło.

Generalnie zaś Woo procentowo licząc się bronił, bo jego łatwiejszy i bardziej dojrzały dźwięk okazał się pasować częściej. Nie bez znaczenia zapewne było to, że przetwornik Sigma sam z siebie lubi podostrzyć, co brało stronę Woo a nie własnej firmy wzmacniacza. Ogólnie biorąc stawiałbym na remis, bo gdyby Sigmę zastąpić Heglem lub Accuphase, sytuacja pewnie by się odwróciła i więcej sopranów u Ayona zaczęłoby pasować bardziej. Ale to tylko domysł, tak więc przyjmijmy, że zasobny w wybitne lampy Woo wyszedł z tego porównania obronną ręką, pomimo że jego lampy mocy nie są tak nobilitujące, jak wielkie triody 45ʼ w Ayonie. Za to prostowanie miał poprzez wybitną lampę a nie tranzystorowe, co mu dobrze służyło, w niemałym stopniu dając tą dojrzałość, która przy chińskiej lampie prostowniczej mniej była ewidentna.

Z czterech wtyków trzy gniazda.

Dopiszę jeszcze, że pozostałe walory były na jednakowym poziomie; jedynie scena w symetrycznym Woo szersza, ale nie głębsza. Generalnie zaś (że zgeneralizuję ponownie) największa różnica tyczyła wieku artystów i nastroju. Ci od Ayona byli młodsi i pogodniej nastawieni do życia, ci z Woo starsi i bardziej posępni. Znów nic to nie znaczyło poza lubieniem lub nielubieniem, bo można woleć takich lub takich. Sam nie opowiedziałem się za żadnymi, bo chwila przywyknięcia i jednakowo przyjemnie się słuchało, pomimo innej nastrojowości. Jednakże uczciwie muszę przyznać, że w tej a nie innej konfiguracji porównawczej i z takimi a nie innymi lampami, Woo dawał trochę mniej sopranowych zniekształceń; fakt, kosztem pewnej ich wstrzemięźliwości, no ale jednak mniej.

Przejdźmy do porównania słuchawek. Tu sprawa była dość ewidentna – najlepiej pasowały Fostex TH900 i MrSpeakers Ether Flow C. Co ciekawe, każde grające inaczej i w analogii do porównanych przed chwilą wzmacniaczy. Ethery w stylu HA-3, tyle że z sopranami traktowanymi gładziej, bo przecież grały z Woo, a poza tym one sopranowe niedociągnięcia pięknie eliminują. Ale przy sopranowej dokładność i braku sopranami zalewu brzmiały zdecydowanie jaśniej, a zatem i pogodniej. Ogólnie biorąc miłe brzmienie i na naprawdę dobrym poziomie. Takim wypośrodkowanym w rynkowych realiach, bez wychylania w tę lub w tę. Stosunek cena/jakość na standardowym poziomie, że żadna wielka okazja, ale i żadne uchybienie.

Trochę inaczej rzecz bym ocenił w duecie z Fosteksami. Bo raz, że one tańsze, a dwa, że grało ciekawiej. Może nie tyle lepiej, bo MrSpeakers nie dały powodu do narzekań, lecz bardziej niecodziennie, z akcentowaniem pewnych walorów. Brzmienie ciemniejsze przy większej ilości sopranów w przekazie, to już jest osobliwość. Do tego doszła większa scena i większe wyodrębnienie basu. Podkreślany pogłosem i bardzo nisko schodzący, aż nawet po granice przesady, zwracał mocno uwagę i owocował przyjemnością. Lubimy przecież gdy grzmi, to bardzo efektowne. Niektórzy wprawdzie nie lubią, ale pozostają w mniejszości. Poza tym prawdziwe instrumenty basu nie skąpią słuchaczom, a organowy ryk wykastrowany z basu to nieporozumienie. Przy Fosteksach i Woo nie ma o to obawy; grzmot gwarantują nieziemski. A jednocześnie popisową szczegółowość, tajemniczą atmosferę półmroku, mocno zaznaczający się pogłos i wielki obszar sceny. Grało to spektakularnie i w ostentacyjnie popisowy sposób. Nie sztucznie, pod publiczkę, ale z doskonałym znawstwem tematu – w których miejscach trzeba docisnąć, by słuchacz został oszołomiony. A że żadnych pejoratywów, no to oszołomienie. Nie, żeby zaraz zwariować, ale przy dobrych plikach z Foobara albo masters od Tidal robiło to wrażenie.

Prosto i wszystko co potrzeba.

Dobrze wypadły NightHawk, ale już nie tak spektakularnie. Woo przez ich gęsty przekaz nie do końca się przebił, a w każdym razie Fosteksów i MrSpeakers słuchało się przyjemniej. Dość ciemne brzmienie zaskakująco tanich a high-endowych amerykańskich słuchawek nie oferowało aż tak bogatej karty audiofilskich przysmaków jak japońskie wiśniowe muszle. Przede wszystkim nie takie kontrasty i nie ten obszar sceny. Ale brzmienie spójne, głębokie, barwne i ujmująco muzykalne. Zero minusów, same plusy, tyle że nieco mniejsze.

Odsłuch cd.

W duecie z pasującym wzorniczo odtwarzaczem Ayona.

    Podobna dosyć sytuacja pojawiła się w przypadku Beyerdynamic T1. Także żadnych minusów i ciemne, spoiste brzmienie, ale nie ta niuansowość, szczegółowość i kontrast, jak u najlepszych tym razem Fosteksów. Jednakże pragnę przypomnieć, że całkiem niedawno w tej samej stawce przy innym wzmacniaczu T1 były górą, tak więc to wszystko jest relatywne, zależne do wzmacniacza.

Najsłabiej wypadły Crosszone, być może skutkiem braku symetrycznego podpięcia, które u nich jest niemożliwe. Nie żeby całkiem im Woo nie pasował, ale do tego co pokazywały przy Octave było jednak daleko. Zabrakło doświetlenia, napowietrzenia, swobody, otwartości. Dźwięk za bardzo się tłamsił, był za bardzo zgaszony. Niby dobry, niby w porządku, ale z naciskiem na niby. Dwa razy tańsze Fosteksy na pewno lepiej do tego Woo pasują.

Dobrze za to wypadły HiFI MAN HE-6. Jak zawsze z bliskim i jasnym dźwiękiem, przy tym żywo, otwarcie i dynamicznie. Ten sposób gania i taka jakość poprze słuchawkowe gniazdo na przodzie a nie odczepy głośnikowe z tyłu, to u nich naprawdę rzadkość. Tym samym uwierzytelnienie mocy wzmacniacza i jego walorów dynamicznych. Szczególnie na symetrycznych przyłączach. Co nie znaczy, że on poprzez niesymetryczne nie umie, bo znakomicie wypadające MrSpeakers Flow C grały przez niesymetryczne.

Przy odtwarzaczu

Z komputerowych pieleszy przenieśmy się pod odtwarzaczowe. Ayon CD-35 Signature jako źródło z podpięciem symetrycznym (no bo ta symetryczność) i zwykłe oraz mniej zwykłe (czyli SACD) płyty, w miejsce różnego rodzaju plików, poprawiaczy transferu, cyfrowych kabli, programów czytających i usprawniających – oraz wszystkich pozostałych akcesoriów współczesnego audiofila-komputerowca, których z miesiąca na miesiąc przybywa. (Ostatnio okazało się, że kable USB 3.0 poprawiają, a przynajmniej niektórzy tak twierdzą.)

Fosteksy są jakby dla niego.

Cóż można rzec? To na pewno, że wzmacniacz nie jest na dużych triodach, ale kiedy dać mu wysokiej klasy prostownik, to gra jakby był. Zresztą, z tą tańszą chińską prostującą też ma wysoką kulturę, jedynie mniejsze upajanie. W dodatku mocy mu nie brak – ba, ma jej taki zapas, jakby miał 300B. Nie dorównuje czarem flagowemu Cary z Takatsuki czy Sophia Royal Princess, zwłaszcza poprawionemu też kondensatorami, ale nie dziwię się tym, którzy wyjątkowo go chwalą i też biorą się za jego poprawianie, wstawiając markowe kondensatory bocznikujące. Bowiem ten skrót przez tańsze lampy mocy i pojedynczą prostowniczą naprawdę się firmie Woo udał. Z dobrymi lampami to coś w stylu też mającego takie lampowe uproszczenia Little Dot VI Mk2, tyle że bez psujących całą zabawę wentylatorów i nie z aż tak gorącym przekazem. Chińska maszyna niemal płonęła także w sensie brzmieniowym i nieustającą ciepłą słodyczą ujednolicała przekaz, choć sumarycznie (zwłaszcza za tak nikczemne pieniądze) warta była owacji na stojąco. W podobnym stylu gra podobnie przystępny ukraiński PhaSt, mający jeszcze mniejsze lampy, ale też dużo mocy. Żałowałem, że nie mogę go porównać, zwłaszcza że ostatnio podobno został kolejny raz poprawiony (raz wcześniej już był), ale przyjechać ma dopiero za czas jakiś, bo egzemplarz pokazowy ciągle wędruje. Żałuję też, że nie mogę w tym miejscu napisać, jak grał ten Woo ze słuchawkami Final Audio D8000, lecz wspomnę o tym w ich recenzji. Tu zaś odnośnie próbowanych a mających już swoje testy: dobrze zagrały przy odtwarzaczu Crosszone, ale jak ktoś aż na nie się wykosztuje, to lepiej zrobi inwestując w trzy aż razy droższego niż ten Woo Octave, który pasuje zdecydowanie lepiej. Natomiast wszyscy pozostali, poczynając od Sennheiser HD600, przez NightHawk i T1, aż po TH900 i MrSpeakers, zaprezentowali się pierwszorzędnie. Wciąż dwa ostatnie przypadki okazały się najlepsze, ale generalnie we wszystkich było to granie do brania, które z czystym sumieniem rekomenduję. Z jednej strony mające lampowy czar, wyczuwalne ciepło i przynależną takiej mocy dynamikę, z drugiej szeroką i głęboką scenę o popisowej separacji źródeł, którą szczególnie podpięcia symetryczne podkreślały.

T1 już nie tak bardzo, ale też.

Nic z żadną rzeczą nie działo się złego, niczym w pudełku czekoladek – same przyjemne przypadki. Nie taka aż zmysłowość i wyrafinowanie jak w Twin-Head, mniejsze też nieco niż u Octave, ale spokojnie mogę tej propozycji od Woo przyklasnąć i na pewno ten wzmacniacz podobał mi się bardziej od ich WA-6 SE, co ma wprawdzie prozaiczne, cenowe uzasadnienie, ale nie zawsze przecież dzieje się tak, że droższe gra lepiej, a tutaj nie ma o to obaw. Wysoka kultura, sporo czaru, drajw, dynamika i pokazowa scena zbierają się w tradycyjny, ale mimo wszystko trudny do zgromadzenia w jednym miejscu zestaw walorów – i szkoda tylko, że u nas cena tak się podnosi, bo za te swoje dwa tysiące dolarów w Ameryce mają niezgorszą zabawę.

Podsumowanie

WOO AUDIO rzeźbi w aluminium.

   Niedawno bardzo chwaliłem pochodzącego także zza Oceanu Wellsa Audio Milo, ale on jest bardziej dla jednych słuchawek, dla Beyerdynamic T1. Inne też wprawdzie dobrze obsługuje, ale te się wybijają wyraźnie i pewnie też sennheiserowskie HD800, ale tego nie miałem jak sprawdzić. Natomiast Woo Audio WA22 jest wzmacniaczem uniwersalnym. Ma swoje preferencje, każdy ma, ale pasowanie ogólne poza specyficznymi Crosszone w każdym wypadku wykazał. Pasował także do wszystkich źródeł, a z gramofonem to już bajka (też przez chwilę słuchałem), i jeszcze prócz tego oferuje tradycyjną we wzmacniaczach lampowych ścieżkę lampowej optymalizacji, bo przecież nie musimy brać od razu samych najlepszych, choć jeśli kogoś stać, to pewnie – szkoda na inne czasu. Dochodzi do tego jeden walor, w dziale słuchawkowych wzmacniaczy naprawdę nieczęsto spotykany. Jest mianowicie ten Woo naprawdę symetryczny, a nie tylko na rzecz poprawy dystrybucji mocy i unikania wewnętrznych zakłóceń dual mono, co owocuje poszerzaniem sceny. Nie jest to coś, za co moim zdaniem warto umierać, ale jakoś się między audiofilami utarło uważać to za dużo lepsze. Więc oni będą mieli; tu ta rzecz będzie dana i nie trzeba w dodatku ekstra płacić. Są nawet dwa rodzaje wejść symetrycznych, a drugi raz się zdarzyło, że to 2 x 3-pin okazało się mieć pewne przewagi. A zatem spoko-koko: symetryzacja wysokiego poziomu i można się nią radować. Nie maksymalna wprawdzie, do tego trzeba by nie jednej współdzielonej a dwóch prostowniczych, ale już taka dość zaawansowana. I nie jest też bez znaczenia, że wzmacniacz obsługuje się prosto. Nie ma żadnych poza wyborem wejść XLR/RCA regulacji od tyłu, a ta jedyna nie będzie w częstym użyciu. Poza tym, skoro jest symetryczny, to po co mu tę symetryzację zabierać, chyba że pod gramofon. Ten, tak nawiasem, dobitnie pokazuje, że są pośród audiofilskich walorów dużo ważniejsze niż symetryczność. Ale o tym już wiele razy pisałem, a teraz na koniec powiem, że Woo Audio WA22 jest pod każdym względem – także wzrokowym – w porządku i go rekomenduję.

 

W punktach:

Zalety

  • Symetryczna lampowość w jeszcze rozsądnych pieniądzach.
  • Na dokładkę duża też moc.
  • W efekcie:
  • Dynamika.
  • Energia.
  • Żywość.
  • Szybkie tempo.
  • Witalność.
  • A jednocześnie:
  • Głębia.
  • Sute barwy.
  • Liryzm.
  • Piękne głosy.
  • Dobrze wkomponowany pogłos.
  • Melodyczne płynięcie.
  • Lekko przyciemniona, dająca posmak tajemniczości atmosfera. (Szczególnie z lepszą lampą prostowniczą.)
  • Szeroka przy symetrycznym podpięciu i zawsze głęboka scena.
  • Dobre czucie przestrzeni.
  • Mocny i detaliczny bas.
  • Szczegółowość wysokiego poziomu i wkomponowana w muzykę.
  • Wzmacniacz pasuje do prawie każdych słuchawek.
  • Ale ma swoich faworytów i z nimi gra jeszcze lepiej.
  • Dobrze się sprawdza przy komputerze, bo w zasadzie nie brumi. (Tak na sam koniec noża z czułymi słuchawkami.)
  • Wytrzymuje konkurencyjne porównania.
  • Daje sobie radę przy tańszych kablach zasilających i ładnie eksponuje te lepsze.
  • Staranne wykonanie.
  • Dobrze rozplanowane i schludne wnętrze.
  • Montaż point-point.
  • Trzy wyjścia słuchawkowe, w tym ekskluzywne 2 x 3-pin.
  • Wejścia RCA i XLR z przełącznikiem.
  • Piękna, jak zawsze u Woo Audio, obróbka aluminium.
  • Lepsze lampy w ofercie.
  • Kolory czarny i srebrny.
  • Znana marka.
  • Made in USA.
  • Nareszcie polski dystrybutor.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Szkoda, że w UE cena tak wzrasta.
  • Niebieska dioda aktywności trochę za mocno świeci. (Ale i tak należy do stosunkowo łagodnych.)
  • Potencjometr nietypowo po lewej, co początkowo myli.
  • Brak chromowanego lustra pod lampami, o ile to komuś może doskwierać. (Mnie nie doskwierało.)
  • Niektórzy zatęsknią za pilotem, ale regulowana z niego głośność, za sprawą koniecznego silniczka, zawsze stanowi pewną ujmę dla dźwięku. Puryści tego nie chcą.
  • Dwie lampy prostownicze dałyby jeszcze lepszą symetrię, ale i wyższe koszty.

Sprzęt do testu dostarczyła firma: MIP

Dane techniczne Woo Audio WA22:

  • Pasmo przenoszenia: 8 Hz — 50 kHz )+-3dB).
  • Dopuszczalna impedancja słuchawek: 8—600 Ω
  • Impedancja wejściowa: 100 kΩ.
  • Moc wyjściowa: 1500 mW/32 ohms, 700 mW/600 Ω.
  • Signal/Noise: 92 dB
  • THD: < 0.3%
  • Wymiary: 7”(H), 12”(W), 10.5”(D) (w calach)
  • Waga: 11,4 kg.
  • Napięcia: AC 110/220V, 50/60 Hz
  • Cena: 11 699 PLN.

System:

  • Źródła: PC, Ayon CD-35 Signature, Avid Ingenium.
  • Przetwornik: Ayon Sigma.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: ASL Twin-Head Mark III, Ayon HA-2, Wells Audio Milo, Woo Audio WA22.
  • Słuchawki: AudioQuest NightHawk (kabel Tonalium Audio), Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium Audio), Crosszone CZ-1, Fostex TH900 Mk2, MrSpeakers Ether Flow.
  • Interkonekty: Tellurium Q Black Diamond XLR, Crystal Cable Absolute Dream RCA, Sulek Audio RCA & Sulek 6 x 9 RCA.
  • iGalvanic z kablem USB: ifi Gemini + iUSB3.0.
  • iOne z kablem koaksjalnym Purist Audio Aqueos Aureus.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II & Krakatoa, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Power.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Listwy: Power Base, Sulek Audio.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

3 komentarzy w “Recenzja: Woo Audio WA22

  1. Andrzej napisał(a):

    Pojawia sie pytanie, czy jest sens placic spora czesc ceny wzmacniacza za clo itd, majac np. za 1/4 ceny Phasta. Mi zawsze latiwej bylo zauwazyc roznice w brzmeiniu na plus przy drozszych sluchawkach niz wzmacniaczach.

  2. Tadeusz napisał(a):

    Wzmacniacze też się „lubią” z jednymi słuchawkami bardziej a innymi mniej 🙂

  3. fallow napisał(a):

    Jak zwykle bardzo dobra recenzja. Jak zawsze czytam z entuzjazmem, zwłaszcza że po kilku latach postanowiłem wrócić do WA2, którego kiedyś miałem. Różnica między WA2 a WA22 jest jednak bardzo duża w wielu aspektach.

    Tutaj chciałbym jedynie zwrócić uwagę na pewien techniczny aspekt. WA22 nie jest wzmacniaczem w pełni zbalansowanym tak jak rozumie się z reguły to określenie. Mianowicie, że na wejściu dostaje on sygnał symetryczny i do słuchawek idzie sygnał symetryczny.

    Otóz nie. WA22 nie jest wzmacniaczem OTL tak jak WA2. WA22 to OTC – transformator na wyjściu. WA22 jak najbadziej wykorzystuje zalety tego, ze dostaje sygnal symetryczny na wejściu, co do tego nie ma wątpliwości ponieważ desymetryzacja jest na transformatorze.

    I w tym momencie kończy się sygnał zbalansowany. Następnie następuje już wyjście sygnału SE na TRS, XLR 4pin oraz 2 x XLR 3 pin. Jest to dokładnie ten sam sygnał.

    Nikt nie zaprzeczy, że wzmacniacz nie wykorzystuje zalety zbalansowanego sygnału wejściowego. Jednakże, nie to jest istotą symetrycznego napędzania słuchawek. Słuchawki przez TRS i XLR dostaja niestety ten sam sygnał.

    Prawdziwie zbalansowany wmzacniacz Woo Audio, to niestety dopiero WA33.

    Oto dowód, WA22 od środka:
    https://cdn.head-fi.org/a/3415285.jpg
    https://cdn.head-fi.org/a/3369152.jpg

    Z powodu obecnie zbyt lużnej definicji czym jest wzmacniacz zbalansowany Woo może napisac, że WA22 taki jest.

    Innymi słowy – wzmacniacz jak najbardziej wykorzysta zalety zbalansowanego sygnalu z DACa natomiast nie ma roznicy czy podlaczamy do niego sluchawki symetrycznie czy SE.

    Jedynie domniemuje, ze tak samo jest w Woo 5. Gdyz ten we wczesniejszych wersjach nie mial w ogole wyjsc na XLRach. Dorobiono je kiedy staly sie modne. Wzmacniacz nie ma takiej topologii i ide o zaklad, ze sa zrobione identycznie jak w WA22.

    Natomiast sadzac po designie i srodku WA33 – to jest naprawde zbalansowany wzmacniacz.

    A o tym czy jest sens w ogole pakowac sie w symetryczne napedzanie sluchawek… to juz zupelnie inna bajka 🙂 Sa wzmacniacze SE, ktore graja lepiej niz niejeden symetryczny i vice versa.

    Ja robilem kilka kolejnych podejsc do roznych systemow symetrycznych (tych prawdziwie symetrycznych) i naprawde bardzo male roznice zaczely mi sie rysowac jako regula. Niestety wcale nie bylo to tylko in plus. Bylo inaczej. Na pewno systemy symetryczne potrafily wyciagnac wiekszy drive, wiekszy bas, jednak tracila sie dokladnosc lokalizacji zrodel. Obrazy byly nie tak klarowne jak na SE. Ciekawe.

    Pozdrawiam wszystkich czytelnikow 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy