Recenzja: Wells Audio Milo

Wells Audio Milo HiFi Philosophy 001   Nie wiem skąd wzięła się nazwa Milo – może od rycerza Zodiaku z komiksu Masamiego Kurumady, a może od którejś z miejscowości w USA albo Włoszech? – w każdym razie tak ochrzczony został mniejszy brat wielkiego Headtripa od amerykańskiego Wells Audio. Tego Wielkiego Brata recenzowałem pół roku temu i wciąż dobrze pamiętam, jako że to najlepszy tranzystorowy wzmacniacz słuchawkowy z jakim miałem styczność; jakością brzmienia nie ustępujący żadnemu z lampowych, a zatem rzeczywiście wybitny. Ciężki, potężny, stworzony na bazie flagowej, głośnikowej Innamoraty, której posłuchawszy Joe Skubinski – twórca robiących światową karierę, bardzo drogich słuchawek planarnych Abyss 1266 ($5500) – zapragnął jako bazy dla swych nauszników i wywarł na krajanie wpływ dostatecznie mocny, żeby ten Headtrip powstał. A jak się należy domyślać, ów wielki wzmacniaczowy artefakt zrobił z kolei na słuchawkowych maniakach podczas wystawowych odsłuchów takie wrażenie, iż krzyk się podniósł o tańszą wersję – i Milo jest tą tańszą.

Jak napisał w recenzji Dave Hanson z Enjoythemusic.com: „The Milo was somehow able to capture about 95 percent of the flagship Headtrip’s magical sound at less than a quarter of the price.” A zatem dziewięćdziesiąt pięć procent jakości za jedną czwartą ceny, w co pozwolę sobie nie wierzyć, ale rekomendacja piękna. O gabarytach też można powiedzieć, że są na jedną czwartą, i prawie to samo o mocy, która zredukowana została z pięćdziesięciu do osiemnastu watów. Cena też odpowiednio spadła, z $7000 na $1700, ale, jak to niestety ma miejsce w przypadku importu z USA, dostała przy wjeździe do UE tradycyjny VAT-owski garb z dokładką innych podatków, zmieniając się w polskim przypadku na mniej przyjazne circa 8000 PLN. Lecz skoro to ma być „prawie Headtrip”, a ten kosztuje ponad trzydzieści, to może jednak okazja – kto powiedział, że nie?

Budowa i jej następstwa

xxx

Milo jest stosunkowo wysoki i szczupły.

   Jeff Wells, twórca i główny animator kalifornijskiego Wells Audio, nie rozwodzi się zbytnio nad swymi konstrukcjami, jeśli nie liczyć podkreślania obecności w najwyższych modelach modułów filtracji kwantowej od Jack Babee Technologies, które tym razem nas nie obchodzą, ponieważ Milo to nie szczytowy wyrób. Od razu nasuwa się w tym miejscu złośliwa uwaga, że jeśli daje aż dziewięćdziesiąt pięć procent bez ich udziału, to o co tyle krzyku? Ale darujmy sobie; poniosło recenzenta, chciał dobrze, głupio wyszło. Poza tym może faktycznie te dziewięćdziesiąt pięć jest, a filtry Jacka Babee nie więcej niż pięć znaczą? A priori nie da się tego ustalić i tym się zajmiemy potem. Inny jednakże błąd recenzenta jest całkiem ewidentny. Dave Hanson napisał, że Milo daje 18 W na kanał, tak samo jak Headtrip, a z danych technicznych wynika, że Headtrip daje 50 W. Gdzieś tutaj błąd tkwić musi – albo w danych, albo w recenzji. Nieważne, lub niespecjalnie ważne, bo 18 W dla słuchawkowego wzmacniacza to i tak wulkan energii. Milo dzięki nim ma umieć napędzać słuchawki tak trudne jak Abyss 1266, AKG K1000 i HiFiMAN HE-6, że już trudniejszych nie ma i nie było. Napędzać w dodatku bez ograniczeń, bez rezerwy brzmieniowego potencjału na skutek deficytu mocy. (To łatwo będzie sprawdzić w przypadku HE-6, którymi akurat dysponuję.)

Piszącemu recenzję Dejwowi konstruktor Jeff był uprzejmy wyjawić, że jego najmniejszy z trzech słuchawkowych wzmacniaczy miał z założenia zachować charakter brzmienia szkoły, co było o tyle łatwe, że od największego Headtripa oraz średniej Enigmy różni się mniejszym modułem zasilania i mniejszym transformatorem, a cała reszta poza upiększeniami w postaci wspomnianych modułów Babee i temu podobnych dodatków została zachowana, z tym że nie w takiej skali. Ale są też dostępne udogodnienia, bo za dopłatą można otrzymać wprawdzie nie filtry Babee, ale krokowy potencjometr Khozmo (+ $400), symetryczne gniazda wejściowe (+ $200) oraz najwyższej klasy rezystory Vishay „Naked Z Foil” (+ $150). A niezależnie od jej umniejszenia duża moc pozostanie standardem, bo nawet bez wejścia XLR pracować będą oba gniazda słuchawek – symetryczny 4-pin (w praktyce oznaczający dual mono) i niesymetryczny duży jack. Trzeba też dodać, że całość pracuje w płytkiej klasie A, osiągając wzmocnienie dzięki parze w każdym kanale tranzystorów bipolarnych Toshiby o mocy znamionowej po 150W każdy.

xxx

Ze srebrnym nosem potencjometru oraz zielonym pępkiem włącznika.

Kształt wzmacniacza jest nietypowy, nieco podobny do recenzowanego kiedyś lampowego Cayin HA-1A. Obudowa także u Milo wypiętrza się a nie rozpłaszcza, jednakże całość nie jest specjalnie ciężka ani głęboka, natomiast gabaryty mimo wszystko pokaźne: wysokość 24,5 cm przy podstawie 15 cm kwadrat. Waga też nie ułomek, solidne 3 kilogramy. (W końcu to tylko słuchawkowy wzmacniacz.) Panel przedni z czarnego, lekko prześwitującego akrylu, a pozostałe ścianki z czarnej, matowo lakierowanej blachy. Wyróżniki prócz tego akrylowego frontu są trzy: srebrny na nim u góry potencjometr, aluminiowe, lakierowane na czarno skrzydełka radiatorów i z przeźroczystego akrylu wystające bokami podstawki o miękkich, elastomerowych podkładkach. Poza tym jest na przodzie rzucający się w oczy zapadkowy włącznik ze szmaragdowym podświetleniu, ponad nim napis MILO, a między napisem a potencjometrem dwa słuchawkowe gniazda. Z tylu dwie pary wejść albo jedna (egzemplarz testowy miał jedną) oraz typowy port zasilania o trzech bolcach. (Ostatnio niektórzy lansują dwa.) I tyle przyjemności, plus logo Wells Audio u góry i osiem tysięcy do wydania za podstawową wersję.

W środku klasyczny montaż „na pająka” i płytki drukowane, a na spodzie toroidalne trafo. Grzeje się to solidnie, zupełnie nie jak typowy tranzystor, co w sumie dobrze świadczy, bo każdy tranzystorowy wzmacniacz naprawdę dużo potrafiący wydziela dużo ciepła. (No, może prawie każdy.) To oczywista konsekwencja wzmacniania w klasie A; i adekwatnie do tego Milo pobiera średnio czterdzieści dwa waty z gniazdka (a w szczycie nawet do stu czterdziestu pięciu), przy impedancji wejściowej 17 kΩ i paśmie przenoszenia 16 Hz – 30 kHz (+/- 0,25 dB). Stopień wzmocnienia oszacowano na 30 dB, a stosunek szum/sygnał na solidne 94 dB, pozwalający obsługiwać nawet bardzo czułe słuchawki, chociaż nieznaczny pomruk w przypadku najczulszych będzie nieunikniony. Trzeba jednak pamiętać, że wzmacniacze słuchawkowe Wells Audio startowały od zakładanego napędzania słuchawek Abyss 1266, potrzebujących tak na bidę z dziesięć watów w kanale. Tak więc możliwość obsługi także czułych, nawet takich przenośnych, to tutaj uwstecznienie i raczej trzeba chwalić, że w ogóle możliwe. Per analogiam konsekwencją jest mała czułość attenuatora, który już przy niewielkim ruchu daje duże przeskoki; więc regulować trzeba delikatnie, z odpowiednim wyczuciem. W tej sytuacji nie tylko brzmieniowo lepszy ale i bezpieczniejszy będzie krokowy Khozmo (polska konstrukcja, zauważę), przy którego 48 pozycjach wysterowanie nie stanowić powinno problemu.

xxx

I jedną lub za dopłatą dwiema parami gniazd z tyłu.

Niewątpliwą zaletą jest stosunkowo mała jak na te gabaryty i wagę ilość miejsca zabieranego pod sobą oraz prostota obsługi. Łatwiej już chyba się nie da, wszystko jest oczywiste. Dobrą rzeczą też praca obydwu gniazd nawet bez dokupywania symetrycznego wejścia oraz obsługa najtrudniejszych nawet słuchawek. Brakuje jedynie przełącznika redukcji mocy, jakim dysponuje porównawczo tu przymierzany japoński Phasemation, mimo maksimum mocy tylko 5 watów w kanale.

Całość prezentuje się dość nietypowo, lecz zgrabnie i w sumie estetycznie, chociaż niektórzy będą pewnie wybrzydzać, że za tę kwotę u innych panel przedni to elegancko szczotkowane aluminium i gałki w ozdobnych chromach. Lśniącą, polerowaną gałkę Milo jednak posiada, a sam lubię panele akrylowe, które mi ani trochę nie uprzykrzają słuchania. Zwłaszcza że lubię słuchać z czerni, a one przeważnie czarne.

Odsłuch

xxx

Potencjometr jest duży, ale i tak trzeba uważać.

   Jeśli nie liczyć elektrostatycznego iESL PRO, wzmacniacz słuchawkowy dawno nie był w obróbce, od czasu Pathos Inpol Ear. Ale to inna liga, osiemnastotysięczna, tak więc nie ma co porównywać. Dla niego będzie inny akrobata, wygrzewający się Octave, a do Milo w sam raz powinien pasować podobnie kosztujący Phasemation. Słuchawki się wyczekały, aż palą się do roboty, a w takim razie do dzieła.

Wypróbowanym wzorem podpiąłem oba wzmacniacze równolegle (tym razem do przetwornika La Voce); Phasemation symetrycznym Tellurium Q, a Milo naprzemiennie Crystal Cable Absolute Dream i Sulkiem IC RCA. Pierwszym bardziej „dożartym”, ciemniejszym i bardziej pogłosowym, drugim bardziej łagodnym, melodyjniejszym, satynowym. Skutecznymi oboma w swym dziele, ale dla Milo lepszy chyba ten drugi. Gdyż wzmacniacz ma tendencję do wyostrzania oraz mocnych kontrastów, czyli go trzeba powściągać. Nie zanadto, rzecz jasna, ale tak żeby się nie zerwał i niepotrzebnie nie kąsał. Trochę już tego powściągania dawał dość łagodny i melodyjny La Voce, a jeszcze od siebie dokładał koaksjalny kabel Purist Audio Design Aqueous Aureus, cokolwiek łagodniejszy od koaksjalnego Tellurium i jeszcze bardziej od Acoustic Zen. (Szkoda, że bardzo drogi – aż 5 tys. PLN.) To nie były zasadnicze różnice, zwłaszcza względem Tellurium, no ale jakieś były i w tym pożądanym kierunku. Użycie kabla koaksjalnego wskazuje na poprzedzający La Voce moduł izolacji galwanicznej iOne, ale to teraz u mnie standard, przynajmniej do czasu wejścia w życie iGalvanic, który ma być jeszcze bardziej w tym izolowaniu skuteczny.

Test rozpocząłem od słuchawek technicznie temu Milo najbliższych, podobnych pod względem wymagań prądowych do dedykowanych Abyss. Też ortodynamiczne HiFiMAN HE-6 potrzebują bowiem przynajmniej pięciu watów w kanale, by się solidniej rozruszać, tak więc osiemnaście od Milo i pięć od Phasemation to było coś akurat.

xxx

A pod nim dwa słuchawkowe gniazdka.

Z Milo zagrały HE-6 w sposób od razu znamionujący skalę użytej mocy, co w ich przypadku oznacza żywość, bezpośredniość i szybkość. Mniej mocy to z nimi brzmienie za jasne, nie dość szybkie i nie dość energiczne, a duża moc ciemniejsze, szybsze i kontrastowe. I takie było z Milo: bliskie, niezwykle żwawe, zaskakująco jak na nie ciemne, z potężnym wolumenem dynamiki i dość twardym, punktującym basem. Nie bez tajemniczości (mimo że takie bliskie) i urodziwych akcentów melodycznych, pozbawionych zbytniego naprężenia i usztywnień. Jedynie ten bas twardawy, ale za to tak nisko schodzący, że przy kontrabasie dający popis o jaki w słuchawkach niełatwo. Pod tymi wszystkimi względami Phasemation wyraźnie ustępował, łagodząc, mięknąc, rozjaśniając i przede wszystkim nie potrafiąc aż tak nisko wędrować. Miał natomiast poważny atut w przypadku romantyki głosów, albowiem wydłużał frazy i nasycał atmosferę srebrzysto-satynowym światłem, co było klimatyczne. Nieprawdziwe, ale dające podobny efekt jak mgły czy opary w kinie. Wszystko mniej oczywiste i z mniej natarczywym konturem, a za to wieloznaczne i bardziej gotowe zaskoczyć. Czymś wyłonionym nagle, czym w kinie powinien być potwór, ale w muzyce tego nie ma, więc pozostaje sam klimat. Atmosfera oczekiwania, ale to właśnie jest ciekawe, pewna wartość dodana. Dobrze się to Phasemation udawało, tworzyło alternatywę łagodniejszego a też inspirującego słuchania. Natomiast Wells Audio Milo nie stawiał na takie sztuczki, jadąc niczym zielonym światłem błyskający parowóz wprost na słuchającego. Częstując dźwiękiem bardziej naprężonym (w tym korzystnym znaczeniu), treściwym, mocnym, o dobrze dawkowanej agresji, tak żeby też inspirująco było. Nie z romantycznym wyczekiwaniem, a na całego jazdą; tak żebyś mógł wskoczyć do tego pociągu i razem z nim popędzić. Żeby się iskry sypały, a księżyc świecił srebrnym kontrastem na tle czarnego nieba mrugającego gwiazdami. I żeby ten prawdziwy pejzaż był w prawdziwości aż nieprawdziwy; przerysowany jak imaginacja.

xxx

A u spodu przeźroczyste podstawki.

Z początku to się wydaje za mocne, przedobrzone, ale z minuty na minutę wciąga i zaraz jesteś kupiony. Zwłaszcza że ozdobników melodycznych nie brak, a twardość miesza się z miękkością. Ale najbardziej biorą tempo, bezpośredniość i dynamika; coś jak koncert rockowy grany w niewielkiej sali. Aż tak dobrze to wprawdzie nie gra, ale na tyle dobrze, by w taką atmosferę wejść i się cieszyć. Zwłaszcza że dźwięk nie za suchy ani jasny, a HE-6 potrafią brzmienia przesuszać i rozjaśniać. Tymczasem tutaj odpowiednie nawilżenie i sporo na obrazie gęstej, masywnej czerni, tak żeby kontrast się pogłębiał i atmosfera gęstniała. Eleganckie, głębokie dzwonki, zmysłowe, choć nieco podbarwione sopranami kobiece głosy – ale z jedwabiem na górze pasma a nie bolesną ostrością. No i ten bas popisowy, wszystko podkręcający. W sumie więc dobre granie, takie bardzo dożylne. Jak na komputer za źródło przy dobrych plikach high-endowe.

Na drugi ogień poszły słuchawki też potrzebujące sporo mocy, bo aż 600-ohmowe Beyerdynamic T1. To nie przenośna waga piórkowa, tu się trzeba nadmuchać. Z byle czym to nie wstanie, ani tym bardziej poleci. Jeżeli nie liczyć mocniejszego pogłosu, większej sceny i z dalszym pierwszym planem oraz ciemniejszej jeszcze atmosfery, w przypadku wzmacniacza Phasemation brzmienie do HE-6 było mocno zbliżone. Nie takie w nastroju wyczekiwania z satynowo srebrzystym światłem, ale też dosyć jak na te akurat słuchawki miękkie, plastyczne, nie przesadzające z kontrastem. W paśmie rozłożyste i z dobrym basowym zejściem o dosyć miękkiej, grubej łapie. I znów ta sama śpiewka po przejściu z Phasemation na Milo, przy czym należy podkreślić, że w przypadku T1 z testowanym wzmacniaczem słuchało się już wyraźnie ciekawiej. Mocne kontrasty, żywsze brzmienie, dużo potężniejsza dynamika i lepsze zdecydowanie widzenie dalszych planów, poprawiające ogólny obraz. Więcej ruchu i życia, dobitniejszy rysunek postaci, a wyważenie pomiędzy atakiem a poetyckimi akcentami bardzo całościowo udane.

xxx

By coś usłyszeć, coś trzeba wetknąć.

Więc w sumie kino akcji bez sztucznie zaaranżowanej palety barw, podostrzeń i przerysowań; z nie zapominaniem przez operatora o plastyce i kompozycji obrazu. Żywość i gwałtowny bieg zdarzeń na pierwszym i drugim planie w przypadku muzyki energicznej, a w przypadku bardziej nastrojowej piękno dźwięku w zawsze zjawiskowo przejrzystym medium o dojmującej wyraźności.

Jeżeli ktoś lubi, by dźwięk tak nacierał i miał taki wyraźny kontur, to to jest naprawdę świetny wzmacniacz dla HE-6 i T1. Te drugie nawet bardziej natarczywe, szczególnie napierające, że chyba takich ich nie słyszałem, aż tak na słuchacza cisnących. Masa z tego świetnego brzmienia w manierze kontrastu i forsownego ataku, a nie łażenia gdzieś bez celu, włóczenia się po muzyce. A jakość tego tak dobra, że brać, brać i nie zwlekać.

Wzmacniacze słuchawkowe Wellsa tak mają, że cię zjadają żywcem. Jedna tylko uwaga – trzeba bardzo długo wygrzewać. Ale to powszechne zjawisko, nikt prawie inaczej nie ma. Beyerdynamic T1 z Milo budziły się do życia, a z Phasemation drzemały, i to dobrze było słychać.

Odsłuch cd.

xxx

Najlepiej dobre słuchawki.

   Na koniec komputerowych zmagań sięgnąłem po NightHawk, jako że są specyficzne, lubiące trochę się zamglić. Tak zgęścić atmosferę, że zrobi się dźwiękowa magma, a chociaż urodziwa, to nie każdy tak lubi.

Z tak wysokoczułymi słuchawkami Milo cokolwiek mruczał, tego się nie uniknie, ale mruczał na szczęście dość cicho i dosyć niskim dźwiękiem. W muzyce tego nie ma, przykryte zostaje zupełnie, ale dla purystów to wada, a inni też tego nie lubią. No ale trudno, tak już jest, to cena za ładunek mocy. Za to nie traci Milo impetu i siły oczyszczania. Nie zagrało to wprawdzie lepiej od T1, bez takiej holografii i może troszkę brutalnie, ale jak na te słuchawki bardzo przejrzyście i z niepospolitą werwą. Nie bez ciepłego powiewu i analogowej pieszczoty, a także świetnego widzenia głębi, tak samo jak u poprzednich. Dźwięk wciskał się w głowę i cisnął na całe ciało, tak jakbym się znalazł w pubie pośród rozśpiewanej gawiedzi. Zatem coś z atmosfery wygranego meczu i powszechnej radości – że tańczyć, klaskać, tupać, a nie zawodzić i skuczeć. Ale – i to jest bardzo ważne – wcale nie zabijało to atmosfery odświętności, powagi czy smutku w innym repertuarze. I’ll Find My Way HomeJeux interditsIn My Life zabrzmiały emocjonalnie bez zarzutu. Nic zatem z przewalania wszystkiego na jedną stronę, niemniej maniera raczej radosna i zabawowa. Rewelacyjny fun factor to chyba razem z mocą największy atut wzmacniaczy słuchawkowych Wellsa. Kiedy dobrze je znać, od samego patrzenia człowiek lepiej się czuje.

Na finał, jak to zwykle, zrobiłem hops do odtwarzacza. Tym razem bardzo nie byle jakiego, bo akurat stał sobie i nic nie robił Accuphase DP-950. A tak naprawdę czekał na wygrzanie Octave V16, ale do tego jeszcze z tydzień. Więc skoro do roboty nic nie miał i tylko się byczył, to ciach go interkonektem.

Założenie było następujące: weźmie się HE-6, te najlepiej dopasowane, i dla świętego spokoju posłucha. A potem jak zawsze napisze, że oczywisty przyrost jakości, że wzmacniacz okazał się lepszy niż można było podejrzewać – i pocałujcie kochane dzieci misia w…, bo miś już recenzję napisał i może się nareszcie zająć czymś mniej obligującym. Przesadzam oczywiście, ale jakoś mi ta zamierzchła, przeszła do legendy historia z „Misiem z okienka” – podczas słuchania sama zaświtała. (Kolega ze szkolnej ławki widział ten numer na własne oczy, opowiadając wył ze śmiechu.) Ale to się zdarzyło nie podczas słuchania HE-6 tylko potem. Zdarzyło dlatego, że z tymi HE-6 dokładnie jak w tym scenariuszu rozwinęła się akcja, a dopiero później podziało inaczej.

xxx

A najlepiej T1.

To po kolei. HE-6 rzeczywiście okazały się przy Accuphase grać z Milo dużo lepiej, co oczywiście było oczywiste. (Ta oczywista oczywistość…) Czyściej, szlachetniej i mocniej, a przede wszystkim z tym ostatnim akcentem; bo chociaż wzmacniacz przy odtwarzaczu nie zyskał żadnej mocy – bo niby, panie, jak? – to na tle lepszego jakościowo brzmienia ta moc bardziej się wybijała, pracując na rzecz jednoznacznie większej urody. Przy stylu charakterystycznym dla HE-6, a więc bliskim, osaczającym, wyjątkowo dziarskim i dynamicznym, wielka moc robiła to co zawsze – epatowała energią. Kto czegoś takiego nie słyszał, ma naprawdę czego żałować. Wyjątkowe to robi wrażenie. Tempo przyrasta, dynamika skacze, wszystko nabiera życia. I tak właśnie to grało – żywo, iskrząco, potężnie. Z mocnymi sopranami, potężnym basem, bardzo czysto i melodyjnie. I na tym słuchanie miało się skończyć, bo cóż niby jeszcze dodać? Ale licho mnie podkusiło i sięgnąłem po Beyerdynamic T1. Z oczywistego powodu – przy komputerze podobały mi się najbardziej. A skoro tak, to grzechem byłoby nie sprawdzić, jak będą grać z jeszcze lepszym źródłem. (La Voce to już coś, ale DP-950 przecież więcej.) I wtedy się podziało. Nie w pierwszej sekundzie dotarło, bo w niej samo jedynie wrażenie, że jest lepiej. Ale potem zacząłem się zanurzać i przyglądać własnym impresjom. Sięgać po nowe nagraniowe próbki, a wraz z tym nabierać szacunku. Ale nie, szacunek to rzecz wtórna – przede wszystkim cieszyć się brzmieniem. Bo było wyjątkowe i teraz naprawdę do napisania, że wzmacniacz okazał się mocno powyżej oczekiwań. Z tymi jednymi słuchawkami, no ale co to szkodzi? Dwóch naraz nikt przecież nie słucha, jedne w zupełności wystarczą. Sięgałem następnie po NightHawk, Fostex TH900, Mr Speakers Ether Flow, raz jeszcze po HE-6… Nikt się poziomem do tych T1 nie zbliżył; najprędzej NightHawk, ale też nie.

A już mi chodziło po głowie, żeby te flagowe Beyerdynamic zbyć i kupić Grado GS1000 lub GS1000i. Bo w sumie ich nie używam inaczej jak przy testach, a dawny flagowiec Grado ma ten niezwykły czar. Fakt, grają te T1 fantastycznie z Twin-Head, ale nie lepiej od kilku innych. Ostatnio nawet z TH900 podczas testu interkonektu Triple Crown IC przegrały. Ale tym razem pozostali dostali baty i już o sprzedaży nie myślę. Okazują się bowiem zachodzić sytuacje (i jakie!), że one są zdecydowanym liderem.

Pora wyjaśnić dlaczego. Z kilku istotnych powodów i wszystkich równie ważnych. Po pierwsze wielowarstwowości brzmienia. To nie jest łatwo opisać, ale dobrze to słychać. Dźwięk traci charakter monolitu a jednocześnie nie są to zniekształcenia. Przy czym przez „dźwięk” nie rozumiem tu głównie całości a pojedyncze źródła – wokalistę albo instrument.

xxx

Lepiej niż inne dobre.

To trochę jakby te źródła porównać do zabawek. Te prymitywniejsze, prostsze, to plastikowe wytłoczki. Sztywne, banalne, o płaskich powierzchniach; najczęściej produkowane z myślą o małych dzieciach. Bo dużym to już nie starcza; chcą ślicznego, futrzanego pluszaka i autko z otwieranymi drzwiami, które wygląda jak prawdziwe. I to jest właśnie różnica – źródła dźwięku u pozostałych, a siłą rzeczy całość brzmienia, były jak te zabawki malucha – prostsze i gładkopowierzcniowe – prostotą tą monotonne i w oczywisty sposób mniej prawdziwe. Jedne tylko T1 V2 oferowały przy Milo wytrawne, rzeczywiście mistrzowskie modelowanie pojedynczych brzmieniowych źródeł. Nie najlepsze jakie słyszałem, ale naprawdę wybitne. Brzmieniową złożonością, dźwięcznością i rozwarstwieniem przestrzennym górowały wyraźnie.

Po drugie holografia, a uściślając widzenie dali. Jako jedyne oferowały tak pięknie głęboką scenę i tak w jej głębię propagujące dźwięki. One niejednokrotnie to pokazują, ale tu były o krok przed wszystkimi, niekiedy o więcej kroków.

Kolejna rzecz – przestrzenność sopranów. Stale do tego wracam, ale to bardzo ważne. Soprany jako wrzeciona, piki, kawałki tłuczonego szkła, to nawet kiedy na tyle dobrze obrobione, że nie kaleczą uszu, jakość bardzo daleka od sopranów rozdmuchiwanych na przestrzeń, wielowarstwowych, sferycznych. I znów Beyerdynamic były tu klasą dla siebie.

I jeszcze kwestia pogłosu, o którym stale piszę, że wchodzi do brzmieniowego kanonu. Pogłos był bardzo wyraźny i wyjątkowej urody. Aż mi się przypomniały głośniki Avantgarde Duo Grosso, a one (kiedy je nastroić i odpowiedni napędzać) rzadko się kiedy kojarzą z jakimkolwiek, nawet wysokiej klasy brzmieniem.

xxx

Nawet teoretycznie lepiej dopasowane.

Na koniec rzecz ogólniejsza – całościowe postaciowanie. Też często o tym piszę, ale to też istotne. Otóż jest taki punkt na skali, powyżej którego przestajemy pytać, czy to gra dobrze i jak dobrze. Przestajemy, ponieważ to zbyt oczywiste, pytanie się nie nasuwa. Wyliczone wyżej czynniki są kluczowe aby tak było, ale rzecz jasna każdy ma własną skalę i miarę na tej skali. Beyerdynamic T1 z Milo przy Accuphase i samych najlepszych kablach na każdej z tych skal stawiały kropkę powyżej punktu „brak pytań czy gra dobrze”. Tak grało, że odłożywszy wszystkie pozostałe słuchawki raczyłem się wiele godzin. Tak, oczywiście, to nie był Sennheiser Orpheus ani mój system z K1000, ale grało wspaniale, prosto w duszę – każdy utwór i każdą muzykę.

Podsumowanie

xxx

Więc wróćmy do T1.

   Zostawmy coś do powiedzenia podsumowaniu, żeby się nie powtarzać, a w jego ramach napiszę, że mają wzmacniacze Wells Audio coś w sobie wyjątkowego. Wielki Headtrip to ta maszyna, którą mając nieograniczone środki pierwszą bym sobie sprawił. Rzecz jasna w wersji Signature, z wszystkimi dodatkami. Bo to jest granie niczym prawdziwa walka, a nie oglądana na szkle. Wszystko ożywa i cię bije, a nie gdzieś pląsa w teatrze cieni. Milo tak dobry być nie może, ale daje część sporą takich zmagań z prawdą a nie cieniami. Żywej, autentycznej muzyki, która bez reszty wciąga.

„Żywa muzyka” to wyświechtany slogan i wszyscy o tym piszą, ale jak ktoś muzykę kocha i żywą nosi w sobie, to jej alter ego spotkane przy sprzęcie szczególnie będzie cenił. I Wells Audio Milo daje taką możliwość, choć w określonych warunkach. A że akurat z Beyerdynamic T1 i pewnie tylko paroma innymi (Abyss? Sennheiser HD800?) – to co szkodzi, gdy T1 przystępne. Tu wprawdzie z dużo lepszym kablem, ale też do zdobycia.

Wells Milo jest zdradziecki: gra lepiej niż wygląda i drożej niż wygląda kosztuje. Ale przede wszystkim potrafi grać fantastycznie, chociaż w nieczęstych okolicznościach. Zawsze gra dobrze i ciekawie, ale potrafi duuuużo lepiej. Trafić trzeba, o to niełatwo, ale szukanie też zabawa.

Na finał jeszcze rzucę kamyczek do głośnikowego ogródka. Opisany na koniec system z T1 grał bardzo wyraźnie lepiej od masy bardzo drogich kolumn. Audiofilskie słowo harcerza. (Którym nigdy nie byłem.)

 

W punktach:

Zalety

  • To jest cholera coś…
  • Może nie brooklyński most, ale coś.
  • Tradycyjne dla Wells Audio bardzo mocne granie.
  • W manierze ataku na słuchacza.
  • Moc, rytm, tempo, dynamika. Wyraziste obrazowanie.
  • Odpowiednio nasączone czernie.
  • Dobitne a nienatarczywe soprany.
  • Kawał basu.
  • Rewelacyjna a nie narzucająca się szczegółowość.
  • Ogólnie dobry, a z niektórymi słuchawkami wręcz zjawiskowy naturalizm głosów.
  • To rzeczywiście duża porcja Headtripa – jednego z kilku najlepszych słuchawkowych wzmacniaczy na świecie.
  • Z pasującymi (czytaj przede wszystkim T1) słuchawkami zjawiskowe też inne parametry brzmienia: wielowarstwowość, melodyka pogłosu, przestrzenność sopranów, holografia, stereofonia.
  • Sumarycznie całe powstające z tego brzmienia, mogące zawstydzić nawet bardzo drogie kolumny. (Naprawdę!)
  • Ale także w przypadku mniej pasujących słuchawek dźwięk zawsze ponadprzeciętny, szczególnie żywy.
  • Rewelacyjny dla Beyerdynamic T1 i prawdopodobnie także Sennheiser HD 800. (Wysoka impedancja.)
  • A zatem dwóch najpopularniejszych flagowców.
  • Potężna moc, umożliwiająca pełne napędzanie dowolnie trudnych słuchawek.
  • Można używać jednak także bardzo czułych o niskiej impedancji, ponieważ słyszalny pomruk nie jest uciążliwy.
  • Klasa A.
  • Własne, tajemnicze patenty.
  • Kilka wartościowych dodatków do wersji podstawowej.
  • Obu słuchawkowych gniazd można bez utraty jakości (niemal) używać jednocześnie.
  • Symetryczne działa nawet bez dokupienia symetrycznego wejścia.
  • Dość ładny, nietuzinkowy wygląd.
  • Zielone podświetlenie włącznika nie tnie po oczach.
  • Zabiera mało przestrzeni.
  • Sławna firma.
  • Made in USA.
  • Polski dystrybutor.
  • Z Beyerdynamic T1 moja mocna rekomendacja.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Dość drogi. (Ale wyraźnie tańszy od droższych braci.)
  • Duża moc nie może zostać wykorzystana do napędzania kolumn. (Chyba że przez słuchawkowe gniazdo.)
  • Zmusza też do uważnego regulowania siły głosu.
  • Plastikowy fronton dla wielu będzie wadą.
  • Zróżnicowana jakość brzmienia w zależności od użytych słuchawek przy nieoczywistym tego związku z ich ceną.
  • Wejście symetryczne i krokowy potencjometr za dużą dopłatą.
  • Zbyt luźny montaż płytek drukowanych.
  • Mocno się rozgrzewa. (Jak to klasa A.)
  • Osłona dla transformatora by nie zaszkodziła.
  • VAT-owski garb. (Jak dla wszystkiego z USA i Japonii.)

 

Dane techniczne Wells Audio Milo:

  • Moc wyjściowa:18 W RMS into 8 Ohm/1kHz.
  • Pasmo przenoszenia: 16 Hz – 30 kHz.
  • THD:  0,05 –  0,15% .
  • S/N: 94 dB (pełna moc).
  • Czułość wejściowa: – 0.72 mV RMS.
  • Współczynnik wzmocnienia: 30db.
  • Impedancja wejściowa: 17 kOhm.
  • Impedancja wyjściowa: 0.1 Ohm.
  • Współczynnik tłumienia: 80 przy 8 Ohm.
  • Zużycie energii: 42 W średnio; 145 W max.
  • Wejścia:  1 x RCA; 1 x XLR (jako opcja za dopłatą $200.)
  • Wyjścia: 1 x 4-pin; 1 x duży jack.
  • Waga: 3 kg.
  • Wymiary:
  • Cena: około 8000 PLN (w zależności od kursu).

Sprzęt do testu dostarczyła firma: Audio-Connect

System:

  • Źródła: PC, Accuphase DP-950/DC950.
  • Przetwornik: Aqua Acoustic La Voce.
  • Wzmacniacze słuchawkowe: Phasemation EPA-007, Wells Audio Milo.
  • Słuchawki: AudioQuest NightHawk (kabel Tonalium Audio), Beyerdynamic T1 V2 (kabel Tonalium Audio), Fostex TH900 Mk2, HiFiMAN HE-6.
  • Interkonekty: Tellurium Q Black Diamond XLR, Sulek Audio RCA, & Sulek 9 x 9 RCA.
  • Kabel USB: ifi Gemini + iUSB3.0.
  • iOne z kablem koaksjalnym Purist Audio Aqueos Aureus.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, 2 x Siltech Triple Crown, Sulek Power.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Listwy: Power Base, Sulek Audio.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

5 komentarzy w “Recenzja: Wells Audio Milo

  1. miroslaw frackowiak napisał(a):

    Myslalem ze chociaz przez dziurke podlaczysz K-1000 jak taki mocny wzmacnicz…co do T1 to moze pamietasz na wystawie w Warszawie jak sie spotkalismy to powiedzialem tobie ze fantastycznie graja nowe sluchawki MCIntosh z tym nowym swietnym wzm,powiedziales ze to tylko tuningowane T1 a jednak…nie tylko….

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Nie było możliwości podłączenia K1000, bo mają kabel zakończony widełkami i trzeba by specjalnej przejściówki. T1 i McIntosh to świetne słuchawki, ale trudne do napędzenia tak, żeby wszystko pokazały.

  2. Sławek napisał(a):

    Tak przy okazji, Panie Piotrze – jaki wzmacniacz z tych co Pan testował jest najlepszy do napędzania słuchawek HifiMan HE-6?
    Audio-gd Master 9
    Shiit Ragnarok
    Wells Audio Milo
    Ifi audio PRO iCAN
    Leben CS-300F
    SPL Phonitor 2
    Little Dot MkVI+
    Bryston BHA1
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Leben. Alternatywa to Little Dot, tylko te jego wentylatory i lampy mu trzeba wymienić.

      1. Sławek napisał(a):

        Dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy