Recenzja: Wells Audio Milo

Odsłuch cd.

xxx

Najlepiej dobre słuchawki.

   Na koniec komputerowych zmagań sięgnąłem po NightHawk, jako że są specyficzne, lubiące trochę się zamglić. Tak zgęścić atmosferę, że zrobi się dźwiękowa magma, a chociaż urodziwa, to nie każdy tak lubi.

Z tak wysokoczułymi słuchawkami Milo cokolwiek mruczał, tego się nie uniknie, ale mruczał na szczęście dość cicho i dosyć niskim dźwiękiem. W muzyce tego nie ma, przykryte zostaje zupełnie, ale dla purystów to wada, a inni też tego nie lubią. No ale trudno, tak już jest, to cena za ładunek mocy. Za to nie traci Milo impetu i siły oczyszczania. Nie zagrało to wprawdzie lepiej od T1, bez takiej holografii i może troszkę brutalnie, ale jak na te słuchawki bardzo przejrzyście i z niepospolitą werwą. Nie bez ciepłego powiewu i analogowej pieszczoty, a także świetnego widzenia głębi, tak samo jak u poprzednich. Dźwięk wciskał się w głowę i cisnął na całe ciało, tak jakbym się znalazł w pubie pośród rozśpiewanej gawiedzi. Zatem coś z atmosfery wygranego meczu i powszechnej radości – że tańczyć, klaskać, tupać, a nie zawodzić i skuczeć. Ale – i to jest bardzo ważne – wcale nie zabijało to atmosfery odświętności, powagi czy smutku w innym repertuarze. I’ll Find My Way HomeJeux interditsIn My Life zabrzmiały emocjonalnie bez zarzutu. Nic zatem z przewalania wszystkiego na jedną stronę, niemniej maniera raczej radosna i zabawowa. Rewelacyjny fun factor to chyba razem z mocą największy atut wzmacniaczy słuchawkowych Wellsa. Kiedy dobrze je znać, od samego patrzenia człowiek lepiej się czuje.

Na finał, jak to zwykle, zrobiłem hops do odtwarzacza. Tym razem bardzo nie byle jakiego, bo akurat stał sobie i nic nie robił Accuphase DP-950. A tak naprawdę czekał na wygrzanie Octave V16, ale do tego jeszcze z tydzień. Więc skoro do roboty nic nie miał i tylko się byczył, to ciach go interkonektem.

Założenie było następujące: weźmie się HE-6, te najlepiej dopasowane, i dla świętego spokoju posłucha. A potem jak zawsze napisze, że oczywisty przyrost jakości, że wzmacniacz okazał się lepszy niż można było podejrzewać – i pocałujcie kochane dzieci misia w…, bo miś już recenzję napisał i może się nareszcie zająć czymś mniej obligującym. Przesadzam oczywiście, ale jakoś mi ta zamierzchła, przeszła do legendy historia z „Misiem z okienka” – podczas słuchania sama zaświtała. (Kolega ze szkolnej ławki widział ten numer na własne oczy, opowiadając wył ze śmiechu.) Ale to się zdarzyło nie podczas słuchania HE-6 tylko potem. Zdarzyło dlatego, że z tymi HE-6 dokładnie jak w tym scenariuszu rozwinęła się akcja, a dopiero później podziało inaczej.

xxx

A najlepiej T1.

To po kolei. HE-6 rzeczywiście okazały się przy Accuphase grać z Milo dużo lepiej, co oczywiście było oczywiste. (Ta oczywista oczywistość…) Czyściej, szlachetniej i mocniej, a przede wszystkim z tym ostatnim akcentem; bo chociaż wzmacniacz przy odtwarzaczu nie zyskał żadnej mocy – bo niby, panie, jak? – to na tle lepszego jakościowo brzmienia ta moc bardziej się wybijała, pracując na rzecz jednoznacznie większej urody. Przy stylu charakterystycznym dla HE-6, a więc bliskim, osaczającym, wyjątkowo dziarskim i dynamicznym, wielka moc robiła to co zawsze – epatowała energią. Kto czegoś takiego nie słyszał, ma naprawdę czego żałować. Wyjątkowe to robi wrażenie. Tempo przyrasta, dynamika skacze, wszystko nabiera życia. I tak właśnie to grało – żywo, iskrząco, potężnie. Z mocnymi sopranami, potężnym basem, bardzo czysto i melodyjnie. I na tym słuchanie miało się skończyć, bo cóż niby jeszcze dodać? Ale licho mnie podkusiło i sięgnąłem po Beyerdynamic T1. Z oczywistego powodu – przy komputerze podobały mi się najbardziej. A skoro tak, to grzechem byłoby nie sprawdzić, jak będą grać z jeszcze lepszym źródłem. (La Voce to już coś, ale DP-950 przecież więcej.) I wtedy się podziało. Nie w pierwszej sekundzie dotarło, bo w niej samo jedynie wrażenie, że jest lepiej. Ale potem zacząłem się zanurzać i przyglądać własnym impresjom. Sięgać po nowe nagraniowe próbki, a wraz z tym nabierać szacunku. Ale nie, szacunek to rzecz wtórna – przede wszystkim cieszyć się brzmieniem. Bo było wyjątkowe i teraz naprawdę do napisania, że wzmacniacz okazał się mocno powyżej oczekiwań. Z tymi jednymi słuchawkami, no ale co to szkodzi? Dwóch naraz nikt przecież nie słucha, jedne w zupełności wystarczą. Sięgałem następnie po NightHawk, Fostex TH900, Mr Speakers Ether Flow, raz jeszcze po HE-6… Nikt się poziomem do tych T1 nie zbliżył; najprędzej NightHawk, ale też nie.

A już mi chodziło po głowie, żeby te flagowe Beyerdynamic zbyć i kupić Grado GS1000 lub GS1000i. Bo w sumie ich nie używam inaczej jak przy testach, a dawny flagowiec Grado ma ten niezwykły czar. Fakt, grają te T1 fantastycznie z Twin-Head, ale nie lepiej od kilku innych. Ostatnio nawet z TH900 podczas testu interkonektu Triple Crown IC przegrały. Ale tym razem pozostali dostali baty i już o sprzedaży nie myślę. Okazują się bowiem zachodzić sytuacje (i jakie!), że one są zdecydowanym liderem.

Pora wyjaśnić dlaczego. Z kilku istotnych powodów i wszystkich równie ważnych. Po pierwsze wielowarstwowości brzmienia. To nie jest łatwo opisać, ale dobrze to słychać. Dźwięk traci charakter monolitu a jednocześnie nie są to zniekształcenia. Przy czym przez „dźwięk” nie rozumiem tu głównie całości a pojedyncze źródła – wokalistę albo instrument.

xxx

Lepiej niż inne dobre.

To trochę jakby te źródła porównać do zabawek. Te prymitywniejsze, prostsze, to plastikowe wytłoczki. Sztywne, banalne, o płaskich powierzchniach; najczęściej produkowane z myślą o małych dzieciach. Bo dużym to już nie starcza; chcą ślicznego, futrzanego pluszaka i autko z otwieranymi drzwiami, które wygląda jak prawdziwe. I to jest właśnie różnica – źródła dźwięku u pozostałych, a siłą rzeczy całość brzmienia, były jak te zabawki malucha – prostsze i gładkopowierzcniowe – prostotą tą monotonne i w oczywisty sposób mniej prawdziwe. Jedne tylko T1 V2 oferowały przy Milo wytrawne, rzeczywiście mistrzowskie modelowanie pojedynczych brzmieniowych źródeł. Nie najlepsze jakie słyszałem, ale naprawdę wybitne. Brzmieniową złożonością, dźwięcznością i rozwarstwieniem przestrzennym górowały wyraźnie.

Po drugie holografia, a uściślając widzenie dali. Jako jedyne oferowały tak pięknie głęboką scenę i tak w jej głębię propagujące dźwięki. One niejednokrotnie to pokazują, ale tu były o krok przed wszystkimi, niekiedy o więcej kroków.

Kolejna rzecz – przestrzenność sopranów. Stale do tego wracam, ale to bardzo ważne. Soprany jako wrzeciona, piki, kawałki tłuczonego szkła, to nawet kiedy na tyle dobrze obrobione, że nie kaleczą uszu, jakość bardzo daleka od sopranów rozdmuchiwanych na przestrzeń, wielowarstwowych, sferycznych. I znów Beyerdynamic były tu klasą dla siebie.

I jeszcze kwestia pogłosu, o którym stale piszę, że wchodzi do brzmieniowego kanonu. Pogłos był bardzo wyraźny i wyjątkowej urody. Aż mi się przypomniały głośniki Avantgarde Duo Grosso, a one (kiedy je nastroić i odpowiedni napędzać) rzadko się kiedy kojarzą z jakimkolwiek, nawet wysokiej klasy brzmieniem.

xxx

Nawet teoretycznie lepiej dopasowane.

Na koniec rzecz ogólniejsza – całościowe postaciowanie. Też często o tym piszę, ale to też istotne. Otóż jest taki punkt na skali, powyżej którego przestajemy pytać, czy to gra dobrze i jak dobrze. Przestajemy, ponieważ to zbyt oczywiste, pytanie się nie nasuwa. Wyliczone wyżej czynniki są kluczowe aby tak było, ale rzecz jasna każdy ma własną skalę i miarę na tej skali. Beyerdynamic T1 z Milo przy Accuphase i samych najlepszych kablach na każdej z tych skal stawiały kropkę powyżej punktu „brak pytań czy gra dobrze”. Tak grało, że odłożywszy wszystkie pozostałe słuchawki raczyłem się wiele godzin. Tak, oczywiście, to nie był Sennheiser Orpheus ani mój system z K1000, ale grało wspaniale, prosto w duszę – każdy utwór i każdą muzykę.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

5 komentarzy w “Recenzja: Wells Audio Milo

  1. miroslaw frackowiak napisał(a):

    Myslalem ze chociaz przez dziurke podlaczysz K-1000 jak taki mocny wzmacnicz…co do T1 to moze pamietasz na wystawie w Warszawie jak sie spotkalismy to powiedzialem tobie ze fantastycznie graja nowe sluchawki MCIntosh z tym nowym swietnym wzm,powiedziales ze to tylko tuningowane T1 a jednak…nie tylko….

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Nie było możliwości podłączenia K1000, bo mają kabel zakończony widełkami i trzeba by specjalnej przejściówki. T1 i McIntosh to świetne słuchawki, ale trudne do napędzenia tak, żeby wszystko pokazały.

  2. Sławek napisał(a):

    Tak przy okazji, Panie Piotrze – jaki wzmacniacz z tych co Pan testował jest najlepszy do napędzania słuchawek HifiMan HE-6?
    Audio-gd Master 9
    Shiit Ragnarok
    Wells Audio Milo
    Ifi audio PRO iCAN
    Leben CS-300F
    SPL Phonitor 2
    Little Dot MkVI+
    Bryston BHA1
    Pozdrawiam

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Leben. Alternatywa to Little Dot, tylko te jego wentylatory i lampy mu trzeba wymienić.

      1. Sławek napisał(a):

        Dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy