Recenzja Ultrasone Edition 12

Ultrasone_Edition12_16   Niemiecka firma Ultrasone założona została w 1991 roku, a jej siedziba mieści się w najzamożniejszym niemieckim landzie, Bawarii. Zlokalizowano ją początkowo w miasteczku Tudzing nad jeziorem Starnberger, miejscu sławnym z tego, że spędzał tam wakacje i komponował Johannes Brahms, a obecnie mieści się w jeszcze mniejszym ale też bawarskim Wielenbach. Same fabryki Ultrasona rozsiane są po Niemczech, Austrii, USA i Tajwanie, jednak ekskluzywne modele z serii Edition powstają tylko w kraju macierzystym i jak z dumą podkreśla producent wykonywane są ręcznie.

Ultrasone od początku miało zamiar czarować klientelę wybitnymi dokonaniami, jednak realizacja ambitnych zamiarów nie przyszła od razu. Najpierw w 1997 roku pojawiła się technologia ULE (Ultra Low Emission), a w roku 2000 The Natural Surround System S-Logic™ – dwa wielokrotnie przy okazji recenzji słuchawek Ultrasona opisywane przeze mnie wynalazki. Pierwszy był technologią odginającą pole magnetyczne przetworników poza obręb głowy słuchacza, działającą czysto prozdrowotnie, drugi dziurkowaną, metalową grodzią umieszczoną nad przetwornikiem, zapewniającą szczególne doznania brzmieniowe, naśladujące poprzez zaawansowaną filtrację otwartą przestrzeń dźwiękową i jednocześnie zabezpieczającą słuch przed uszkodzeniem.

Prawdziwy rozgłos firmie przyniosły jednak dopiero jej pierwsze słuchawki możliwe do określenia mianem ekskluzywnych czy wręcz skrajnie luksusowych – wycenione na ponad trzy tysiące dolarów Ultrasone Edition7. Pierwsze wzmianki o nich pojawiły się w 2003 roku, ale prawdziwą furorę zrobiły na targach muzycznych w 2006. Wypuszczenie na rynek słuchawek szczególnie drogich okazało się celnym chwytem marketingowym i skupiło na Ultrasone uwagę mediów oraz licznej widowni. Wszyscy chcieli zobaczyć co też to są za słuchawki warte tyle pieniędzy. Spełniwszy swe reklamowe zadanie limitowane co do ilości Ultrasone E7 odeszły w przeszłość, zastąpione przez tańsze o połowę choć niemal identyczne Edition9. Te zrobiły już sporą karierę rynkową, a osobiście widziałem w Internecie kupujących po cztery egzemplarze, tłumaczących to tym, że chcą ich używać do końca życia, bo lepszych słuchawek już nigdy nie będzie. Ludzie miewają dziwaczne przeświadczenia, ale to w końcu ich sprawa. Erich Maria Remarque w ponurej książce „Na zachodzie bez zmian” opowiada o żołnierzu, który patrząc z okopów I wojny światowej na dwupłatowiec twierdził, że lepszych samolotów już nie będzie. Z kolei na polskich forach audiofilskich działa od kilku lat agitator dowodzący, że wszystkie wzmacniacze tranzystorowe i odtwarzacze CD już dawno osiągnęły granice swoich możliwości, toteż należy się zaopatrzyć w te najtańsze, bo nic się pod względem dźwiękowym nie straci a zaoszczędzi masę pieniędzy. Spekulacje myślowe na szczęście jak na razie nie podlegają cenzurze, toteż myśleć i uważać ścierając się co najwyżej ze zdrowym rozsądkiem, fachowcami oraz opinią publiczną każdy może co chce, przynajmniej do czasu aż jakiś nowy Związek Radziecki ogłosi obowiązkową wykładnię wszystkiego.

Ultrasone_Edition12_02

Ultrasone Edition12

Tego rodzaju słuchawkowe zapasy nie są tak nawiasem sprawą odosobnioną. Znam takich którzy zgromadzili zapasy Sennheiserowskich Orfeuszy albo Sony MDR-R10, co tak nawiasem wydaje się znacznie lepszym pomysłem niż gromadzenie Edition9, aczkolwiek te ostatnie dźwięk także miały bardzo nietuzinkowy. Korespondowałem też z kimś kto miał aż jedenaście egzemplarzy AKG K1000, badając różnice brzmieniowe między poszczególnymi latami produkcji i wybierając co lepsze sztuki. Życie bywa zdradzieckie, trzeba się zabezpieczać. Że zło czai się wszędzie wiedziała już Agata Christie, a najlepszym na to dowodem fakt, że model Edition9 także niespodziewanie opuścił scenę, zastąpiony przez Edition8. Dziwna cokolwiek to była zamiana, zarówno w mierze osobliwej numerologii stawiającej ósemkę po dziewiątce jak i z uwagi na fakt, że Edition8 sprawiały wrażenie przeznaczonych głównie na użytek mobilny. Jednocześnie istotną sprawą związaną z tą przesiadką na ultrasonowym tronie było zastosowanie w modelu Edition8 po raz pierwszy udoskonalonego systemu S-Logic, ochrzczonego mianem S-Logic Plus, będącego tak naprawdę już trzecią wersją lansowanego przez firmę systemu naturalizacji dźwięku, jako że sam S-Logic stanowił rozwinięcie jeszcze wcześniejszego systemu zwanego FPS-System.

Edition9 pojawiły się w 2006 roku, tym samym w którym sławę zyskały Edition7, a ich produkcji zaprzestano pod koniec 2008. Jednak E8 też nie cieszyły się długo pozycją lidera, bo już w roku 2010 zastąpiły je Edition10. Tak więc numeracja poczynając od modelu E8 wydaje się oznaczać lata opracowania prototypu bądź wejścia na rynek. Potwierdza to podopieczny niniejszej recenzji – model E12 – całkiem jeszcze nowiuteńki. Jednocześnie cała sytuacja ze słuchawkami serii Edition uległa zmianie, ponieważ przestały się zastępować niczym sztafeta Editionów, a miast tego zaczęły nawzajem uzupełniać. Edition8 jest jak podejrzewałem głównie mobilny, Edition10 flagowy, a najnowszy Edition12 wydaje się stanowić dość osobliwe zawirowanie czy też uzupełnienie. Tańszy od flagowca było nie było o aż trzy tysiące a jednocześnie do pewnego stopnia zmodyfikowany, jest ni to kuzynem ni to alternatywą. Tak czy owak wszystkie trzy modele serii Edition od E8 po E12 są jednocześnie produkowane i dostępne, co wcześniej nie miało miejsca.

Musimy w tym miejscu wspomnieć niestety o rzeczy przykrej. Te Edition10 zmuszony byłem skrytykować, ponieważ sybilowały. Syczące spółgłoski nienaturalnie mocno zostawały w nich podkreślone, co przyznał sam producent podając dość osobliwe wytłumaczenie. Pewna partia miała mieć wadliwe pady, nie dość starannie wypełnione materiałem wypełniającym, co miało powodować wspomniany efekt i było naprawiane na koszt wytwórcy, tak jak ma to miejsce w przypadku wad fabrycznych w samochodach. Nie miałem okazji porównywać egzemplarzy E10 z wadą i bez, tak więc nie powiem niczego na temat trafności powyższej diagnozy. Jednakże model E10 stanowi jedynie tło tej recenzji, tak więc nie musimy się na nim skupiać. Okazuje się jednak, że tłem bardzo istotnym, bowiem E12 wydają się być czymś w rodzaju nowego wariantu modelu E10, o którym należy domniemywać, że dzięki niższej cenie bardziej zawojuje rynek i ostatecznie rozwieje wszelkie wątpliwości związane z tą sybilacją.

Ultrasone_Edition12_07

Jedyna prawdziwie wielka słuchawkowa premiera w tym roku

Dopiero co sporządzałem recenzję innych słuchawek Ultrasona – Signature Pro – i dużo w niej było o ich pokrewieństwie z dawnymi Edition9. Niemal identyczność zewnętrznego wyglądu skłaniała do daleko idących domysłów odnośnie technologii i brzmienia. Ostatecznie ścisła analogia okazała się w tamtym przypadku nietrafna, gdyż Signature Pro wypadły nieco skromniej brzmieniowo od dawnych Edition9, tym razem jednak uprzedzając właściwy opis brzmienia od razu powiem, że E12 nie są bynajmniej echem, namiastką czy ubogim krewnym flagowych E10. Tu nie zachodzi relacja jak między sennheiserowskim Orfeuszem a jego skromniejszą wersją zwaną pieszczotliwie „Baby Orpheus”. Ci zawodnicy są równi. Sprawy brzmienia pozostają jednak jeszcze kawałek przed nami, a teraz odnieśmy się do wygody, technologii i wyglądu.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

14 komentarzy w “Recenzja Ultrasone Edition 12

  1. Maciej napisał(a):

    Jak długo warto wygrzewać słuchawki przed pierwszym odsłuchem? I czy są jakieś sprawdzone metody. Ja co prawda bardziej doceniam kilkumiesięczne wygrzewanie bo zauważyłem, że takowe występuje. Ale nie mam pewności nigdy czy wystarczy noc przed pierwszym odsłuchem czy tydzień..

  2. Piotr Ryka napisał(a):

    Nie ma jakiejś ogólnej zasady co do czasu. Zwykle z ciekawości słucham od razu, a dźwięk nabiera ostatecznego kształtu po jakichś dwustu godzinach. Są jednak wyjątki. Najdłużej wygrzewały się Ultrasone Edition9; jakieś pół roku. A czasami dźwięk niewiele się zmienia.
    Jak chodzi o metodę, to jestem zdecydowanym przeciwnikiem specjalnych płyt do wygrzewania. Mam z nimi jak najgorsze doświadczenia. Wydaje mi się, że warto wygrzewać najlepszym dźwiękiem jakim się dysponuje i na pewno nie należy grać głośno przez pierwszych parędziesiąt godzin. Kolega Gradofan opracował kiedyś metodę wygrzewania, która podobno dobrze się sprawdza, ale przyznam ze wstydem, że się z nią dotąd nie zapoznałem. Może ktoś ją przypomni.

  3. Grzegorz Bilski napisał(a):

    W tej technice ogólnie chodzi o wygrzewanie słuchawek wyłącznie samym basem, ale takim naprawdę głębokim, „basowym” basem.
    Wg autora metody bowiem, niskie częstotliwości powodują największy wychył membran i to właśnie daje najlepsze efekty.
    Puszczamy jakąś cichą muzykę z możliwie jak najniższym, ale naturalnym, wypełnionym basem. Z narastaniem i wybrzmieniem.
    Nie zaleca się w tym czasie zakrywania wylotów komór przetworników.
    Po dłuższym czasie (podobno nieraz kilkaset godzin), usłyszymy znaczną poprawę w całym paśmie.

    Druga metoda – Majkela – to jego autorskie „tortury łomotem” 😉
    Podkręcamy głośność do momentu pierwszych słyszalnych „przesterów” i co parę godzin, w miarę jak membrany przestają już „warczeć” – podkręcamy jeszcze głośniej.
    Tutaj zalecana jest duża ostrożność, bo można uszkodzić przetworniki.

    Osobiście ani jednej, ani drugiej metody nie testowałem.

  4. Piotr Ryka napisał(a):

    Wygrzewanie samym basem znów wymagałoby jakichś specjalnych nagrań. Wygląda jak trening siłowy bez szybkościowego. Może to się sprawdza – najpierw budujemy siłę, a kiedy już ją mamy zaczynamy dbać o sopranową szybkość. Trening ekstremalnego wysiłku zalecany przez Majkela nie powinien być na pewno stosowany w całkiem nowych słuchawkach, bo może się skończyć poważną kontuzją. Ale takie solidnie podtrenowane już słuchawki może faktycznie zyskują w ten sposób formę wyczynową. Sam bym się jednak bał tak ostro je ćwiczyć.

  5. Maciej napisał(a):

    Jak pisałem najbardziej wierzę w kilkumiesięczne rozkręcania się membran. Bo dodatkowo w tym czasie układają się pady. Ale ponieważ przedwczoraj kupiłem DT150, bardzo byłem ciekaw tego pierwszego rozruchu. Bo o ile w T70 wygrzewanie zmieniło niewiele, dopiero ułożenie padów po 4-5 miesiącach wpłynęło znacząco, i o ile w HD650 wszystko wyszło naturalnie z wygrzewaniem bo miałem T70-ki do równoległego odsłuchu, o tyle teraz kiedy nie mam warunków w pracy by słuchać konstrukcji otwartej, nieco mi śpieszno z posłuchaniem dotartych zamkniętych DT150.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      I jak porównania pomiędzy słuchawkami?

      1. Maciej napisał(a):

        Temat jak na moje barki trudny do opisania. Bo zbyt dużej wprawy nie mam w soczystych opisach brzmienie. Więc zrobię to tak na moje wyczucie, posługując się może mało typowymi epitetami. Zaznaczam na początku, że DT150 są bardzo świeże.
        Moje doświadczenia nie są bardzo długoterminowe. Bo w słuchawki ‚poważniejsze’ jako takie wszedłem niecały rok temu. T70 były u mnie pierwsze, zachwyciły mnie swoją otwartością. Planując zakup słuchawek obawiałem się takiej specyficznej dla słuchawek matowości, przebasowienia i klaustrofobii w brzmieniu. Po przesłuchawniu wielu modeli z poziomu cenowego DT770 i np ATH-M50, T70-ki olśniły mnie jasnością. Dźwięk mnie oczarował detalami i tą lekkością. Ale kolejne miesiące serwowały mi mieszane uczucia. Od euforii powodowanej tą ich równowaga i jasnością, po znużenie przesadnym rozjaśnieniem, ostrościami przy gorszych nagraniach, i brakiem ‚ciała’ w dźwięku. To słuchawki są wspaniałe na krótkie sesje odsłuchowe, dają bardzo dużo wrażeń, relatywnie bogaty spektakl, ale potrafią zmęczyć.
        Ten stan rzeczy i równoległe poszukiwania w sieci zainspirowały mnie do odsłuchu i zakupu HD650. Były pewną przeciwstawnością T70, były otwarte i oferowały jeszcze lepszą przestrzeń, a do tego bardzo kremową barwę. Jak ktoś dobrze opisał HD650 są jak okulary z polaryzacją. Patrząc na jezioro widzimy poprawiony kontrast, zbytnie blaski ulegała osłabieniu, kolory są nasycone ale spójne. Tych słuchawek miło się słucha. Tak w tym miejscu przyznaję: lubię słuchać muzyki, przesadna analiza zabiera mi urok tych chwil, jest świetnym hobby ale wyczerpującym, dlatego wolę słuchać muzyki. HD650 graja niezgorzej nawet z laptopem, nawet ze Spotify, po prostu podają dźwięk w fajny sposób. Można ich długo słuchać. Jednak są to jak wiemy słuchawki otwarte. A ja w czasie pracy potrzebuję konstrukcji zamkniętej.
        Rósł we mnie niedosyt. Niby miałem uzupełniające się duo, ale ciągle to nie było to. Mógłbym żyć z brzmieniem HD650, ale gdyby były zamknięte… W czasie poszukiwań napotkałem na swojej drodze między innymi: T1, T5p, Denon AH-D7100, Audeze LCD 2 rev 2, Yamaha YH100, HE-500, HE-400, Ultrasone PRO2900, Grado RS1, SR-325is, DT-770, DT-990, Westone R3… Wiele z nich to wybitne modele, jedne posiadające dobre brzmienie, inne pięknie wykończone. Jednak zdecydowana większość posiadała nieco wyeksponowane wysokie częstotliwości. Ponieważ lubię porównywać dźwięk odsłuchiwany z tym co występuje fizycznie w otaczającej mnie przestrzeni to bardzo cenię sobie realizm. Tutaj oczywiście pojawia się podział który wykrystalizował się w czasie moich obserwacji. Otóż jedni z nas wolą duże rockowe koncerty, efekty dźwiękowe z sal kinowych, brzmienie potężne i rozdzielcze. Drudzy wolą dźwięk nie wzmacniany i nie przetwarzany elektronicznie. Mi bliżej do tej grupy drugiej. Oczywiście wielu lubi i to i to co jest rzeczą w pełni naturalną. Cenię sobie jednak gładkość, zrównoważenie brzmienie, lubię szeroką scenę, ale nie lubię zbyt silnych kontrastów. W odbiorze dźwięku bliżej mi do prezentacji analogicznej do morskich pejzaży Williama Turnera, niż współczesnych obrazów Wilhelma Sasnala. Obydwa podejścia do sztuki są jak najbardziej właściwe. Jednak jedno to pewien poryw energii i pewna fuzja barw i emocji, a drugie to gra kontrastu i silnego konturu. Kwestia gustu. Suma sumarum aby nie zanudzać: natrafiłem na opis DT-150. Wiele rzeczy mi się nie zgadzało. Cena, no tak 650 pln to pewnie jest to jakiś substandard słuchawkowy, pewnie coś wybrakowanego, wielce wulgarnego w przekazie, techniczne granie, na pewno nie dla mnie. Przecież ja lubię szukać tych eufonicznych momentów, tych detali, tych niuansów przestrzennych. Uznaję nawet wpływ jakości kabli zasilających. I takie DT-150. Kiedy budżet szykował się już na coś na poziomie 4K. Ale życie jest tak przekorne. Te słuchawki zagrały bardzo bardzo naturalnie. Głosy zabrzmiały bez natarczywości, bez sybilizacji, głęboko, wprost z przepony. Płyty Grzegorza Turnau’a które zawsze kojarzyłem z dość przeciętną realizacją, nabrały masy i gęstości. Poczułem atmosferę studio. Gdzie bas jest basem, a nie czasem tam się pojawia czasem nie, czasem trzeba go poszukać. Klarnet nie jest przy większych poziomach głośności nieproszonym rozwydrzonym ptakiem, ale barwnym dopełnieniem, bez grama ziarnistości, uwaga: ma tę swoją chropowatość, ale nie jazgotliwy. Te słuchawki są specyficzne, nie wiem czy są bliżej prawdy czy dalej, ale w tym temacie nie ma prawdy. to musimy sobie wszyscy wyznać jako jedyny fakt w całym temacie audio. DT-150 mają rodowód studyjny, służą głównie do realizacji nagrań lektorskich oraz jako słuchawki do odsłuchu dla wykonawców. Podobno jednym z założeń było wyprodukowanie słuchawek które nie męczą słuchającego nawet przy dłuższym użytkowaniu. To już nawet teraz mogę potwierdzić. Choć pewnym minusem może być ich ergonomia, bo owszem są bardzo solidne i lekkie, ale pady są póki co twarde i dla mnie docisk trochę za mały. Ale za to kabel 3.5m, co pozwala mi rozkoszować się nimi na sofie, rzecz niebagatelna. Nie chcę się rozpisywać obficie o samym brzmieniu. Bo ono po prostu jest bardzo dobre. Nic nie wychodzi w nich przed szereg. Naturalnie HE500 są dla mnie królami detalu, ale potrafiły mnie zmęczyć i brakowało im trochę niższej średnicy (tej z przepony kiedy ktoś nisko śpiewa), T1 są wygodniejsze i takie szlachetne, Audeze są gęste ale otwarte (szkoda, słuchałem ich za krótko u kolegi ale tam coś ciekawego się zapowiadało..), Grado cieszą ale tylko chwilę – w moim przypadku. A DT150 są takim bardzo radosnym uwieńczeniem pewnych poszukiwań, pewnego gatunku brzmienia. Te słuchawki mają autorytet w brzmieniu. Nie mają w sobie labilności. Brzmią trochę jak wielonczela if you know what I mean ( jakby to napisał ktoś z za wielkiej wody)
        Przyszłość: W samych poszukiwaniach brzmienia nie zamykam się na przyszły rozwój. Pan Piotr wskazał mi chociażby na Staxy Omega MK1, których odsłuch postaram się gdzieś zaaranżować, ale ponieważ są otwarte muszą poczekać raz na fundusze a dwa na odpowiednie warunki odsłuchowe u mnie.
        Warto ich posłuchać. Warto dać im chwilę. Jako świeże potrafią zadudnić lekko, ale efekt ten słabnie stopniowo wraz z wygrzewaniem. Dla komfortu można założyć w nich welurowe pady.
        Ja równocześnie poszukiwałem różnych wzmacniaczy dla T70 chcąc dodać im pewnego wolumenu brzmienia, jednak DT150 cenią sobie bardziej neutralne tory. I chyba wolą tranzystor od lampy – przynajmniej u siebie to zauważyłem. Przeciwnie do HD650 i T70.

        Słucham głównie muzyki filmowej, symfoniki, kameralistyki, nieco wokalnego jazzu.

        1. Maciej napisał(a):

          I jak na konstrukcję zamkniętą to przestrzeń w mojej ocenie większa niż w T70 i bardziej skalowalną. Kiedy nagranie jest w małym studio ma ono silnie wyczuwalną swoją kubaturę rzekłbym z dokładnością do 3m.

          1. Piotr Ryka napisał(a):

            Pamiętam jak kiedyś przywoływany tu już przez Grzegorza konstruktor wzmacniaczy słuchawkowych Darkul, czyli Dariusz Kulesza po prostu, też przywoływał Beyerdynamiki DT-150 jako swoje ulbione słuchawki, zwracając szczególną uwagę na ich znakomitą prezentację muzyki organowej. Słuchawki są niezwykłe i charakterystyczne szkoły dla Beyerdynamica. Podobnie jak DT 990PRO kosztują niewiele a grają ponadprzeciętnie.
            Dziękuję za ciekawy i obszerny opis. Daje do myślenia.

  6. Maciej napisał(a):

    Niemniej basowa gitara z płyty ‚Water Falls’ Sary K. dobrze się spisuje jako repertuar dla tego zadania.

  7. Grzegorz Bilski napisał(a):

    Miałem kiedyś DT150 i miło je wspominam.
    Choć, trochę małe muszle miały (jak na me duże „uszęta”). 😉

  8. MarekS napisał(a):

    Co do ED12. Posiadam je i z początku załamałem się ich dźwiękiem. Dopiero po 40 godzinach złagodniały i otworzyły się. Teraz dopiero grają jak słuchawki z przedziału 5kzł. Dziwne to, ponieważ model niżej tj. SigPro od początku grał na wysokim poziomie. Jak dla Mnie dźwięk podobny z tymże, ED12 to jego rozwinięcie.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Większość słuchawek gra prosto z pudełka dużo słabszym dźwiękiem niż po kilku tygodniach używania. To norma. Signature Pro są wyjątkowo sympatyczne brzmieniowo i pewnie dlatego od początku dawały się słuchać z przyjemnością.

  9. mario_L napisał(a):

    https://www.youtube.com/watch?v=DXD6wFEpYeA

    czy barwa dźwieku tych ultrasonów 12-tek jest podobna jak w tym filmiku ?
    jeżeli tak to ja wymiękam i zadaję sobie pytanie jak to jest mozliwe że cena tych słuchawek jest tak absurdalnie wysoka …
    rozumiem że moga być szczegółowe, mieć świetną scenę ale barwa wyraźnie odbiega od przyjętych że tak się wyraże norm …
    jeszcze tak dopytam:
    czy prawdą jest że wersja signature pro ultrasonów ma podobną barwę do 12-tek ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy