Recenzja: Trilogy 931

Odsłuch

Trafo tym razem trafiło zmieściło się do właściwej jednostki wzmacniacza.

Trafo tym razem trafiło do właściwej jednostki wzmacniacza.

   Do odsłuchu podszedłem z marszu i od strony komputera. Z marszu, bo nie deliberowałem nad ewentualnym dopasowaniem, tylko sięgnąłem po dyndający z listwy kabel sieciowy Harmonix X2 Improved oraz podłączyłem delikwenta do przetwornika Phasemation srebrnym interkonektem Acoustic Zen Silver Reference, który teoretycznie pasować nie powinien, bo srebro z tranzystorem to nie jest połączenie najbardziej zalecane. Ale że pasować jak najbardziej się okazał, to nie trzeba go było zastępować innym.

Przy komputerze

AKG K712

Aaaa – znakomicie. Całkiem nie jak tranzystor, mimo że po srebrnych kablach. Docenić wprawdzie należy klasę przetwornika, bo ten Phasemation nie jest ze składu starzyzny, tylko stanowi czołówkę, ale jednak sam przecież nie gra. Trochę też nabujałem z tym Acoustic Zen Silver Reference, bo on z kolei już przy paru okazjach pokazał, że nosi w sobie piękną holografię i tak naprawdę specjalnie go zostawiłem. Aliści z tą holografią bywa u niego różnie. Raz jest, a raz jej nie ma – i nie zgadniesz kiedy się pojawi. Ale tym razem się pojawiła, i to taka z tych najlepszych.

Często ostatnio pisuję o tych K712, że z jakimś wzmacniaczem świetnie zagrały, co świadczy przede wszystkim o tym, że same słuchawki bardzo się poprawiły, ale takiej holografiii jak ta teraz i tutaj jeszcze chyba u nich nie słyszałem. Duża w tym na pewno zasługa kabla i przetwornika, lecz sam wzmacniacz musiał jej przynajmniej nie zepsuć, a to już na duży plus mu się pisze. Poza tym scena nie tylko była holograficzna, ale także rozległa, a już się zdążyłem oswoić z myślą, że K712 nie grają tak dużą sceną jak ich pierwowzór K701. Gdy wiele lat temu się ten pierwowzór pojawił, bardzo dużo było mlaskania wokół jego sceny; skądinąd słusznie, bo faktycznie była imponująca. A ta tutaj ponadstandardowo rozległa była także, a dźwięki na niej duże, dobrze wypełnione i nieco naprężone.

To naprężenie niby nie jest naturalne, ale w słuchaniu sam je bardzo miło odbieram, bo takie naprężone dźwięki niosą się dalej i bardziej się wydają konkretne. Takie dobrze napompowane, a nie jak kapeć. Bas także dzięki nim staje się bardziej pokazowy, a soprany łagodniejsze. Tylko partie wokalne brzmią trochę nieprawdziwe, ale nie jakoś specjalnie. Twardsze są wprawdzie i bardziej z pogłosem, jednak duże źródła i niezbyt duża odległość do pierwszego planu czyniły je w tym wypadku dość mimo to naturalnymi.

Tak więc z tyłu mamy już tylko standardowe wejście C15.

Tak więc z tyłu mamy już tylko standardowe wejście C15.

Bardzo dobrze wszystko w sumie wypadło, a zwłaszcza ta holograficzna scena. Lecz nade wszystko śladu nie było w tym maniery tranzystorowej, tylko gładkość zmieszana ze szczegółowością i elegancja wybrzmień. Także dobra kolorystyka i raczej cienista tonacja; taka bez żadnej jaskrawości czy choćby rozjaśnienia. Przeciwnie – raczej półmrok rzucany przez cienie, a światło tylko w prześwitach. Bardzo przyjemnie, jak spacer w słoneczny dzień po parku między wielkim drzewami. Światło igrające z cieniami i wielki, uporządkowany teren.

Sennheiser HD 600

Sennheisery przeciwnie – śladu nie miały naprężenia, a co za tym idzie wokale wypadły na nich bardziej prawdziwie. Także zagrały głęboko i także operowały światłocieniem, ale naturalność ludzkich głosów miały o poziom wyższą. Ze śladową nutką ciepła, z jakże miłą chropowatością na brzmieniu, znamionującą bardzo wysoką klasę, z super szczegółowością i pięknym tembrem instrumentów dętych. Źródła dźwięku natomiast mniejsze i pierwszy plan dalszy, a wraz z tym wrażenie większej delikatności i misterności. – Głęboko, z pewnego oddalenia, a zarazem delikatnie. A łączenie głębi brzmieniowej z delikatnością to wyśmienity mariaż, od którego serce skacze z radości. A kiedy jeszcze rozdzwonią się na górze soprany, a na dole bas im wtóruje – przy czym pomimo tego dzwonienia nie ma śladu ostrości ani czegokolwiek irytującego – to muzyka sama wchodzi w duszę i chce się jej tylko więcej.

Jeszcze jedna rzecz bardzo ważna. Niejednokrotnie się zdarza, że wzmacniacze w klasie A grają aksamitnym, powłóczystym dźwiękiem, ale gubią dynamikę i zbytnio zaokrąglają brzmienia. Robi się wówczas nudnawo, jak w ładnie umeblowanym salonie z pluszową kanapą, w którym nic się nie dzieje. A tutaj nic z tych rzeczy. Dźwięk był dynamiczny, z bardzo wyraźnym konturem i gotycką, rzekłbym, wyrazistością konstrukcji. Ostre łuki, żebrowane kolumny, witrażowa ornamentyka. Strzeliście, świetliście, koronkowo i tak by widza olśnić przepychem oraz rozmachem. Żadnej nudy – czysty popis.

Scena tylko nie tak jak u AKG była duża i bez tej narzucającej się holografii. Klasyczne coś za coś. U AKG piękniejsza plenerowość, lecz na niej mniej prawdziwe ludzkie głosy, a u Sennheiserów właśnie głosowa prawda i kontrast dynamiki z misternością, ale za cenę mniej holograficznej sceny. Też dużej, chociaż nie tak, i także bardzo zajmującej mnogością muzycznego się dziania oraz piękną postacią dźwięków, ale nie tak pięknie jednych spoza drugich się wyłaniających i nie tak pięknie nakładających. Po części także skutkiem braku wspomnianego naprężenia przechodzącego w echowość.

OPPO PM-2

Gdzie bez skrupułów podpieliśmy Harmonixa xxx. I niech gra!

Gdzie bez skrupułów podpieliśmy Harmonixa X-DC350M2R. A niech ma!

Te OPPO są niesamowite. Naprawdę. To nic, że innym słuchawkom poświęcono na Head-Fi wątki o setkach stron a im nie. Nie dajcie się zwieść pozorom i nie idźcie za głosem tłumu tych co się nie znają. Jako recenzentowi nie wypada mi tam pisywać, a mam wielką ochotę narobić rabanu, bo te słuchawki są zdecydowanie niedowartościowane. Powiedzmy otwartym tekstem – spośród tych do pięciu tysięcy są technicznie najlepsze. Przynajmniej spośród tych których słuchałem. Szczegółowość, naturalność, utrafienie w tonację, rozwartość skali częstotliwości, melodyka, dynamika, wyważenie echa, brak zniekształceń – to wszystko jest po ich stronie. Słucham ich i aż się nie chce wierzyć, że takie są dobre. A zarazem nieco zwodnicze. Bo inne od pozostałych i w związku z tym trochę trzeba do nich przywyknąć. Nie próbują chwytać za serce nadnaturalną głębią brzmienia, przyobleczoną w czerń smolistą, tylko mają piękną paletę szarości, dla której czerń jest dopiero finałem. Nie grają także bum-bum! – jakby ktoś piąchą walił – tylko pokazują całe bogactwo brzmienia i jego niuansowość. Każdy dźwięk rozszczepiają na składowe, a nie tylko pogłębianiem i ekscytacją pozorują high-endowość.

Ta ich wyższość pokazała się od startu w sposób dominujący, nie zostawiając słuchanym poprzednio złudzeń. Prawdziwość wyższa o dwa poziomy co najmniej. Żadnego chowania się w cienie, zero naprężenia, śladu odstępstwa od natury, o wiele większe bogactwo. Czysto, klarownie, ultra szczegółowo i bezpośrednio – przez dotyk. Dotyk nieprzejednanej realności. Tak jakby z kina wyjść na ulicę. – Tam popisy, ciemno, dudniąco i grzmiąco; częstowano nienaturalnym światłem i obniżoną rozdzielczością. Natomiast prawda życia jest tutaj, a złożoność każdego przedmiotu i dźwięku jakże doskonalsza.

Scenę te OPPO mają dużą a echa na niej zdecydowanie bogatsze niż u słuchawek z okolic tysiąca. O wiele więcej dziania się i brzmieniowych relacji. Zdecydowanie bogatsza wizja muzycznej rzeczywistości. Można zarazem powiedzieć, że słuchawki te nie dążą do holografii, zadowalając się samym tym bogactwem brzmieniowej treści. Dźwięki nie układały się u nich tak dobrze w porządku muzycznych planów jak u AKG; było ich za to o wiele więcej, bo każdy miał dużo doskonalszy, bardziej obszerny opis. Aż tłok od tego się robił, tyle tego w efekcie było. Może one dla holografii potrzebują innego interkonektu albo lepszego własnego kabla, ale to jest do przebadania kiedy indziej, a tutaj odnotujmy jedynie, że granie było trochę podobne do tego od Sennheiserów HD 600, ale z większymi źródłami dźwięku i z dalece dokładniejszym tych dźwięków opisem. A nie tylko dokładniejszym, ale także prawdziwszym. Te słuchawki to istny brzmieniowy prawdziej, jak się kiedyś o takich prawiących prawdę mawiało. Zeznają jak pod przysięgą, a wiernie jak święty na spowiedzi albo złoczyńca na mękach. Nic nie zatają, nic nie przekręcą, niczego nie przemilczą. Wszystko się staje wyraźne i oczywiste jak po założeniu jakichś super okularów. A zarazem nie ma żadnego odejścia od muzyki w stronę techniczności. Przeciwnie, muzyka jest zawsze na pierwszym planie, a reszta tylko towarzyszy jej na ozdobę.

Stanowisko gotowe do audiofilskiego boju.

Stanowisko gotowe do audiofilskiego boju.

To wszystko wzmacniacz Trilogy, o którym już zdążyłem powiedzieć, że oferuje gotycki ornament i muzykalną duszę, jedynie uwypuklił i wzmocnił, jak przystało na naprawdę rasowy wzmacniacz. Nie jest on z tych, co się taplają w samej melodii i nie ma też tego głębokiego zaśpiewu, którym czarował model 933. Jednak niezwykle udanie łączy muzykę z dynamiką i wyraźnością, przede wszystkim nie pozwalając się nudzić. Tu cały czas trwa muzyczna akcja i nic się nie rozłazi skutkiem mdlizny czy spowalniania. Mocny kontur, plastyka dźwięku i jego głębia wraz z super szczegółowością kroczą chwacko i żwawo. Jest drajw, jest ekscytacja, jest satysfakcja. Chce się słuchać. A jeszcze jak te OPPO pokażą co potrafią, to można stracić głowę.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

8 komentarzy w “Recenzja: Trilogy 931

  1. bray napisał(a):

    A co z k812, moze kilka slow na temat tego zestawienia.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Trzeba przyznać, że grupa K812 mocno pilnuje swych interesów. Z K812 było bardzo dobrze. Wzmacniacz jak najbardziej do nich pasuje, a choć brzmieniowo są dosyć podobne do Fostexów TH-900, to nie pojawiło się u nich zjawisko gorszego grania przy komputerze. Tak nawiasem to gorsze granie TH-900 przy komputerze miało miejsce jedynie w przypadku przetwornika Phasemation, natomiast z przetwornikiem Mytek Manhattan było popisowe, o czym powinienem był napisać, ale zapomniałem, gdyż Manhattan dość dawno już wybył.

      Uogólniając można powiedzieć, że K812 są od TH-900 brzmieniowo uczciwsze, co w mniejszym stopniu naraża je na niedopasowanie. Bas nie schodzi u nich tak nisko, a za to jest bardziej rozdzielczy, co chroni przed jego zlewaniem. Ich słuchanie to zawsze wielka przyjemność, a z tak dobrym wzmacniaczem jak Trilogy tym bardziej.

  2. krystian napisał(a):

    Ciekawe jak by wypadł ten wzmacniacz z nieco tańszym, acz chwalonym Schhit Mjølnir do którego zakupu ostatnio się przymierzałem.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Schiit Mjolnir ma tu swoją recenzję, tak więc recenzje można porównać. Wzmacniacze mają podobne i niepodobne sygnatury. Oba są bardzo przejrzyste, natomiast Schiit ma więcej powietrza w dźwiękach, a soprany mu trochę do góry uciekają. (W sensie jak najbardziej dosłownym.) Ma za to podpięcia symetryczne, które dla niektórych słuchawek są bardzo przydatne. Na pewno oba są bardzo dobre. Obu można posłuchać w Warszawie.

  3. tom napisał(a):

    Z Pana doswiadczenia i testow, jaki zestaw sluchawkowy skladajacy sie ze sluchawek i wzmacniacza sluchawkowego w cenie za calosc do 10.000zl jest wart uwagi? Chodzi o przeznaczenie do muzyki klasycznej, jazzu i pieknych wokali.

  4. PIotr Ryka napisał(a):

    Zaproponuję dwa, każdy ciut powyżej budżetu, ale nie bardzo:
    1. ifi PRO iCAN+AudioQuest NightHawk
    2. PhaST+Sennheiser HD800S.

  5. Radek napisał(a):

    Jaki wzmacniacz wybrałby Pan z AKG k812?
    Questyle CMA800R czy tytułowy Trilogy 931?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Nie porównywałem ich bezpośrednio, ale wydają się równorzędne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy