Recenzja: Trilogy 907

Trilogy_907_009 HiFiPhilosophy   Ledwie co przedstawiłem wywiad z Nicem Poulsonem, twórcą Trilogy Audio, tak więc logicznym następstwem będzie odsłuchowa relacja ze spotkania z konkretnym produktem, przedwzmacniaczem gramofonowym Trilogy 907, o którym w wywiadzie była mowa, że jest szczególnie udany.

Każda z większych, liczących się firm ma w ofercie wyroby topowe i wyroby bardziej budżetowe, tak żeby w zależności od zasobności portfela (jak to się eufemistycznie nazywa), a mówiąc brutalnie, od tego na co nas stać, można sobie było wybrać to czy tamto na rzecz tego i owego. A że jesteśmy w domenie audio, to i wybierać na rzecz audio będziemy, a konkretnie na rzecz analogu, to znaczy grania z gramofonu winylowymi płytami. Ale nie w domenie samych gramofonów, bo tych Trilogy audio póki co nie wytwarza, tylko na rzecz ich obsługi, zwanej przedwzmacniaczem gramofonowym.

Kiedyś takich osobnych przedwzmacniaczy wcale nie było, bo najpierw gramofony oferowane były jako samowystarczalne urządzenia odrębne – poczynając od korby i tuby, a na takich z własnym wzmacniaczem i kolumnami (jak na przykład polski Fonomaster) kończąc – a w międzyczasie także jako integralne składniki czegoś, co w dzisiejszej nomenklaturze zwie się wieżą. Takie pradawne wieże sprzętowe z okolic połowy XX wieku wyglądały jak wielkie, drewniane skrzynie, przypominające od przodu ramę, obejmującą swym drewnianym objęciem duży kawał grubego płótna jasnej barwy, osłaniającego głośnik, a niekiedy – bardzo jednak rzadko – dwa nawet głośniki. Bo już wówczas stereofonia istniała, ale nie u nas tylko w Ameryce. Niezależnie jednak od ilości głośników wzdłuż dolnej krawędzi lokowały się tam dwa pokrętła (niekiedy także podwójne), a pomiędzy nimi duży wyświetlacz wyszukiwania stacji radiowych o kilku zakresach fal. Zwykle pudła takie, według dzisiejszej nomenklatury nazywane amplitunerami a wówczas po prostu radiami, nie miały niczego u góry poza wierzchem, ale sporadycznie trafiały się też takie, mające na tym wierzchu talerz i ramię, czyli po prostu gramofon. Taki był szczyt ówczesnych możliwości, bardzo rzadko i tylko za oceanem mający głośniki nie w obudowie a po obu stronach na zewnątrz. Tak zaczynała się stereofonia i tak startowały wieże audio – od samowystarczalności i integracji.

Każdy audiofil wie, że to się z czasem przerodziło w partykularyzm, polegający na osobnych pudełkach z każdego rodzaju sekcją toru, a rewolucja cyfrowa z początku lat osiemdziesiątych wysłała źródła analogowe, a więc gramofony i magnetofony, w rynkowy niebyt, zastępując je odtwarzaczami CD i magnetofonami DAT. Ale tak się tylko przez lat parę zdawało. Po krótkiej, liczącej jakąś dekadę przerwie, winylowe nośniki analogowego brzmienia zaczęły pomału powracać, a wraz z nimi pojawiło się coś, czego właściwie przedtem nie było, to znaczy gramofonowe przedwzmacniacze. Cyfrowa rewolucja nie przyniosła bowiem spodziewanego przyrostu jakości brzmienia, ale za to wymiotła literalnie ze wszystkich wzmacniaczy zintegrowanych i przedwzmacniaczy sekcje obsługi gramofonów. No, trochę przesadzam, zbyt porywczo klepiąc w klawiaturę. Wyjątki na pewno dałoby się wskazać, lecz niewątpliwie prawdą jest, że przedwzmacniacze gramofonowe zostały ze wzmacniaczy wyeliminowane jako zbyteczny przeżytek. Bo na cóż podnosić koszty, skoro gramofon to już przeszłość? Lecz nie tak prędko. Cyfrowe 01 nie zdołało zwyciężyć analogowego la-la-la-la i jak niepyszne zmuszone zostało do uznania, że dźwięk z gramofonów od niego jest lepszy. I nie ma w tym, kiedy odrobinę się zastanowić, niczego dziwnego. Najpotężniejsze superkomputery, mające dziesiątki tysięcy procesorów i całe biblioteki pamięci oraz sztaby techników i programistów na usługi, nie są w stanie dokładnie odtworzysz procesu nalewania mleka do szklanki, a co dopiero odtworzyć prawdziwą, mnóstwem strun i innych wibracji powstałą muzykę. Jakże więc tak lichy procesorek, jak ten w najlepszym nawet odtwarzaczu CD, mógłby temu zaradzić? A jeszcze na dodatek analogowo skuteczniejszy proces odtwarzania muzyki przez gramofon jest także bardziej celebrycki, że się z nim można bardziej obnosić i bardziej nim chwalić. Bo większe i cięższe pracują tu płyty, ich albumowe oprawy przypominają obrazy, całe mecyje się odbywają z kładzeniem na talerz i czyszczeniem, a także możliwości kolosalne przynosi wymiana ramion i wkładek, no i jeszcze na dokładkę można dokonywać postępu w ramach doboru nie tylko samych gramofonów, ale także gramofonowych przedwzmacniaczy.

I właśnie – tuś mi bratku. Gramofonowy przedwzmacniacz, czyli coś wyrzuconego ze wzmacniacza i przedwzmacniacza dla obniżenia kosztów; zramolały przeżytek czasów minionych, które na urągowisko okrzykniętego cudownym wynalazkiem cyfrowego grania powróciło w tryumfie metody starszej, prostszej i skuteczniejszej. Trudniejszej ergonomiczne, zajmującej więcej czasu i miejsca, na dodatek dość drogiej, ale za to piękniejszej efektowo.

Rynek nie byłby sobą, gdyby okazję w postaci nowego, osobnego pudełka, zmarnował, nie przerabiając jej na pokaźne zyski. Tak więc te powracające jako oddzielne urządzenia gramofonowe przedwzmacniacze przestały już być anonimowymi wsadami, obowiązkowymi jak dla psa buda i micha, tylko zrobiły się celebryckie, wyścigowe, na pokaz.

– Ja mam taki, a ty masz taki. – A mój jest lepszy! – A nie, bo mój! – A twój kosztował tyle, a mój tyle; i mój jest od tego, a twój od  tamtego… I tak płyną audiofilskie rozmowy. No więc ten nasz teraz badany jest od Trilogy Audio i kosztuje dokładnie 14 490 PLN, a przy tym jest lepszym i dwa razy droższym z dwóch oferowanych przez firmę. Poza tym ta jego wysoka cena rodzi szacunek i autorytet, toteż z rewerencją panowie, proszę.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

4 komentarzy w “Recenzja: Trilogy 907

  1. Jakub napisał(a):

    Recenzja bardzo ciekawa, aż ma się ochotę poszukać dobrego wina „Grand Cru”, co też czynię !
    Panie Piotrze pozdrowienia z Wrocławia.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Dziękuję za pozdrowienia i pozdrawiam nawzajem. Wino proszę dobrać starannie, by nie było rozczarowania. Musi być z gwarancją dobrego leżakowania, przyzwoitego rocznika i z jakiegoś poręczenia osoby się na winach znającej i niezależnej. Bo słabych win grand cru jest niewiele, ale można źle trafić.

  2. Piter napisał(a):

    drobna uwaga, recenzja nie jest widoczna w menu „Recenzje”. Brak taga ?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Tak, administrator techniczny ma to zgłoszone.

Komentowanie zamknięte na czas aktualizacji serwisu. Za utrudnienia przepraszamy

© HiFi Philosophy