Recenzja: Transrotor La Roccia Reference

   We wstępie do recenzji gramofonu Transrotor Max opisałem koncepcyjne dziedzictwo jego marki, wywodzące się z powstałego w 1975 roku modelu Transrotor AC. Pisałem wówczas o ekstrawaganckim wyglądzie, sporządzonym z lśniącego chromu i przeźroczystego akrylu, przeciwstawiając go o parę lat starszemu pierwowzorowi gramofonów brytyjskich, sławnemu Linn Sondek z 1972 roku. Transrotor AC zyskał nie mniejszą sławę – jego egzemplarz stoi nowojorskim Muzeum of Modern Arts – a teraz będziemy mieli okazję pochylić się nad czymś, co stanowi rodzaj łączącego oba kierunki wzornicze ogniwa, nad także już klasycznym modelem Transrotor La Roccia Reference. Oferowanym od wielu lat (ponad dziesięciu) i tak popularnym, że kiedy do dystrybutora przychodzi nowa partia, wszystkie sztuki mają już zniecierpliwionych czekaniem właścicieli. W tej sytuacji dwa pytania: i) po co recenzować starą konstrukcję? oraz ii) po co coś, co się samo sprzedaje? Tym bardziej będące na miejscu, że inne recenzje w Internecie wiszą i kto chce, może poczytać. Ale taką miałem zachciankę – chciałem przetestować klasyczny gramofon z przedziału 20-40 tys., by wiedzieć, co tam się dzieje. Dystrybutor oczywiście był przeciw, bo co mu po recenzji rzeczy dobrze się sprzedającej i obecnej na rynku od dawna? Taka recenzja prędzej może coś zepsuć niż naprawić, ale się uparłem. Chciałem właśnie coś popularnego, a nie do przecierania szlaków; chciałem poznać mechanizm popularności, tę ścieżkę do sukcesu. Tym bardziej, że znajomy meloman, rozkochany w winylach, po długich poszukiwaniach na ten właśnie gramofon się zdecydował i chciałem wiedzieć, dlaczego? Więc wydębiłem, poskładałem (w dwóch skrzyniach to się wozi), a zaprzyjaźniony specjalista, najlepszy chyba w kraju, założył wkładkę i wyważył ramię – bo chociaż sam mogłem to zrobić, to od czego są specjaliści?

Budowa

La Roccia – czyli „ze skały”.

   Stanęła więc maszyna i teraz wróćmy do jej jednoczącej wzornictwa genezy. Gramofon ma wygląd klasyczny, ale z elementami charakterystycznymi dla obu szkół, to znaczy duże, prostokątne chassis, ale nie metalowe z drewnianą oprawą,, tylko kamienne, z metamorficznej skały łupkowej, wydobywanej w kamieniołomach opodal siedziby Transrotora – Bergisch Gladbach niedaleko Kolonii. Zarazem towarzyszy temu komieniowi dużo chromu, ponieważ każda z trzech okrągłych podpór to od spodu okrągła, chromowana wielka stopa, od wierzchu sprzężona z niemal równie wielkim chromowanym pokrętłem, w postaci mniej spłaszczonego walca. Pokrętłami ustawia się poziom, co bardzo jest wygodne i się naprawdę przydaje, gdyż majstrowanie pod spodem przy małych nóżkach i kolcach, to w porównaniu mitręga. A tu kładziesz na talerz poziomicę (z niemiecka wasserwagę), parę obrotów pokrętłami i już talerz z ramieniem w poziomie. Poziomicę akurat mam bardzo dużą i angielską (po angielsku nazywa się level), co mi z dawnych czasów została, a wojna niemiecko-angielska przy tym kładzeniu nie wybuchła, bo to jedynie zimne metale. Jeszcze bardziej rzucającym się w oczy akcentem chromowym jest obwiednia talerza, bo talerz jest grubaśny, wysoki na sześć centymetrów, i na dokładkę ozdobiony dużym, chromowanym dociskiem na wsuw a nie przykręcanie. Samą tylko powierzchnię ma czarną, z akrylowo-węglowej maty zasysającej płytę i pochłaniającej drgania, i czarne też jest karbonowe ramię; w standardzie SME 5009, o zgodnej z nazwą długości dziewięciu cali przy cenie blisko trzech tysięcy euro, wliczonej w tym wypadku w należność za gramofon. (Miłe.)

Ramię waży wraz z okrągłą i chromowaną, a jakże, podstawą kilogram, talerz szesnaście kilogramów, a cały gramofon czterdzieści. Gabaryty ma więc wyrośnięte, a prostokątna, kamienna baza kontrastuje z dziesięcioma łącznie chromowanymi kołami. Wygląd całości ma wyraz modernistyczny oraz chłodny, bo metamorficzna skała jest ciemnoszarej barwy zestawianej z karbonem i chromem.

I faktycznie.

Od wierzchu umyślnie jej nie wygładzono, zostawiając przyrodniczy akcent gruzełkowatej powierzchni z jaśniejszymi smugami, co jeszcze wzmaga kontrast względem toczonego gładko ramienia i gładkich chromowanych walców, których łącznie jest dziesięć. Trzy wierzchnie i trzy spodnie przy zawieszeniu plus obwiednia talerza, do czego dołącza docisk, podstawa pod ramieniem oraz kolisty, chromowany korpus silnika, stawianego wprost na podłożu, ale przechodzącego wcześniej przez precyzyjnie do niego dopasowany otwór w kamiennej płycie nośnej, dzięki czemu konstrukcja może być bardziej zwarta.

Producent chwali się przede wszystkim sposobem zawieszania talerza, podkreślając jego wyjątkową jakość w oparciu o łożysko hydrodynamiczne ze sprzęgłem magnetycznym TMD (Transrotor Magnetic Drive). W praktyce oznacza to izolację magnetyczną części ciernych, wspomaganą specjalnym olejem do łożysk, oraz czekanie na opadnięcie talerza do poziomu współgrającego z poziomem ramienia, skutkiem powolnego zasysania wlanego uprzednio oleju poprzez cieniutkie kanaliki rozprowadzające, co trwa ładnych parę minut.

Do kompletu dołącza osobny zasilacz z regulatorem obrotów; pokaźnej wagi, cały w chromie, z gładkim panelem przednim i ozdobnym żebrowaniem na wierzchu. Jedynymi jego funktorami są z tyłu włącznik główny przy gnieździe zasilania (brak zintegrowanego kabla), użycie którego zapala niebieską diodę z przodu, oraz na froncie centralnie ulokowana chromowana gałka wyboru prędkości obrotowej 33ʼ lub 45ʼ. Znowuż oznacza to wygodę, uwalnia od uciążliwego przestawiania paska napędu z wyższej przekładni na niższą i vice versa.

Gramofon jest sprzedawany w stanie gotowym do użycia, to znaczy z ramieniem i wkładką, co odróżnia go od niektórych konstrukcji wyższych w ofercie, na przykład drugiego od góry modelu Tourbillon. O ramieniu już wspominałem, a wkładka to standardowo MC Merlo Reference, czyli tak naprawdę MC Goldring Elite Cardridge po modyfikacji u samego Transrotora.

Chociaż też z chromowanego metalu.

Tanie wkładki wcale nie muszą być złe, a Goldring jest jedną z firm, które to udowadniają, ale z uwagi na chciejstwo i wybredność postarałem się o wkładkę szacowniejszą – ZYX  Bloom 3 (4 tys. PLN) i postarałem też o dłuższe od standardowego, 12-calowe ramię SME 5012 12″ Black (droższe o 800 €), aby móc przebadać osiągi bliższe maksymalnym.

Przed daniem nura w odsłuchy słowo jeszcze o wizualizowaniu się całościowym. Gramofon budzi respekt wagą i rozmiarem, lecz mimo obfitości chromu nie jest dogłębnie modernistyczny ani w postrzeganiu męczący. Ani angielsko powściągliwy, ani niemiecko barokowy, ani modernistycznie wysilony, tylko zgodnie z wstępną sugestią łączy ascetyczny klasycyzm z modernizmem, w szczególny sposób syntetyzując nie tylko zasadniczą formę, ale też dobór ozdobników.

Odsłuch

Zasilacz z regulacją obrotów także jest cały w chromie.

   Zgodność prądową z systemem zapewnił La Rocci przedwzmacniacz gramofonowy Octave Phono Module (16 tys. PLN), a odsłuch odbył się w oparciu o kolumny Audioform Adventure 304 i słuchawki AKG K1000 z Enreq Atlantis.

Pisanie recenzji gramofonów ma specyfikę dwojaką – i chyba już o tym wspominałem. W warstwie samego opisu to nuda, bowiem wszystkie grają podobnie. To znaczy te dobrej jakości i z dobrymi wkładkami, bo oczywiście przykłady nędzy, jak wszędzie, da się wskazać. Ledwie kilka dni temu porównywałem ze sobą wysokiej klasy słuchawki, i było ich w tym porównaniu – niech policzę… no tak, dziewięć par. Każde grały wyraźnie inaczej, wchodziło się z każdymi w inny świat. U gramofonów tak się nie dzieje, dźwiękowy rdzeń jest identyczny, to są te same światy. Słyszałem, co prawda, na AVS niejednokrotnie tory z gramofonami o poziomie muzykalności poniżej dobrego CD, ale to nie z winy gramofonów, a kabli i amplifikacji. Dobry gramofon z dobrą wkładką opatulony muzykalnym torem jest jądrem muzykalności i to się od firmy do firmy i od modelu do modelu nie zmienia. Różnice oczywiście są i zaraz do nich przejdziemy, ale są przede wszystkim ilościowe, a nie w odmiennościach stylistycznych i nie zasadnicze co do jakości. Każdy porządny gramofon, godzien nazywać go gramofonem, ma twarde jądro muzyki, a im jest lepszy, tym większe. Słuchawki i głośniki zaś nie mają, podobnie jak nie mają wzmacniacze. Prawdziwa panuje tam kakofonia, że co chcesz, to wynajdziesz. Dziwactwa pogłosowe, skracanie lub przeciąganie dźwięków, upały oraz chłody, detale lub ich brak. W kontrze do tych rozbieżności dźwięk dobrych gramofonów ma jednolitą formę podstawową, a tylko posturę różnej wielkości i nieco inne akcenty. To właśnie czyni ich opis nudziarstwem, nie ma pierwiastka przygody. Pochwały stają się sztampowe, krytykować za bardzo nie ma co. Bębnienie samych afirmacji to nie jest żadne frajda, ale frajdą rzecz inna – frajdą są same odsłuchy.

Ramię od SME.

Kilkanaście lat temu, gdy gramofony umierały a CD były w rozkwicie, byłem zasadniczego zdania, że słusznie, bo z winylami cyrk. Czyszczenie nieustające, przekładki po dwudziestu minutach, świadomość mechanicznego zużycia, niemożność obsługi z pilota. Kupa do tego zajmowanego miejsca, a w pamięci dźwięk wprawdzie lepszy od magnetofonowego (mówię o zwykłych magnetofonach), ale poprzez głośniki Altusa i słuchawki Unitry dalece gorszy niż z CD via Stax. Słuszna więc ceremonia pogrzebowa, niech sobie ten winyl zdycha. Nie miałem zupełnie racji, wstydzę się teraz tego, bo wstydem jest niewiedza.

Jaki by nie był odtwarzacz, z ilu części i jakich zegarów złożony, iloma kośćmi D/A zasobny w nie wiedzieć ilu kanałach, porządny gramofon go złoi i nie ma od tego odstępstwa. Trochę się jedynie trzeba przyłożyć, o resztę toru zadbać. Akurat trafił się przy tym słuchaniu przykład mogącego pojawić się błędu. Spinając tor do odsłuchu podpiąłem przedwzmacniacz Octave kablem zasilającym Illuminati, a gramofonowy zasilacz Hormoniksem. Bo mi przez myśl przeleciało, że będzie to bez różnicy, bo w końcu cóż –  to analog. Rozsiadłem się i słucham, i mi się nie podoba. To znaczy owszem i nawet dużo, ale żeby tak całkiem, to nie. Z pół godziny tak posiedziałem i myśl mi zaświtała, że jak coś się nie do końca podoba, to pewnie nic z tego nie będzie. Że jak od startu nie, to na finiszu też nie. Konkretnie chodziło o to, że sopran się nieładnie forsował, nie dość był finezyjny. Obfity ilościowo lecz zbyt krzykliwy, niegramofonowej wręcz postury. Zmierzyłem wzrokiem pre Octave i pomyślałem: „Ech, wy ruskie lampy, jak ja was nienawidzę”. Ale po chwili mi zaświtało, że może gdyby Harmonix… Wetknąłem więc pyton Harmoniksa w zasilacz od Octave (ten ich przedwzmacniacz ma zewnętrzny), a Illuminati w zasilacz gramofonu. Nie znalazło się to w recenzji kabla Illuminati, ale teraz, po długim użytkowaniu, jego główna zaleta to trójwymiarowość dźwięku – że wpinasz w źródło i trójwymiar. Od razu tak powinienem postąpić, taki wybór to była oczywistość, ale właśnie z uwagi na podobieństwa między gramofonami rzecz zaniedbałem. I sam siebie zdumiałem, jak bardzo się poprawiło, jak pozytywnie to wpłynęło na ułomności rosyjskich ECC83 i ECC81. I chyba także na gramofon, który teraz częstował bardziej trójwymiarowym dźwiękiem. Z czego płynęła nauka, że wato mieć wybór kabli i móc nimi żonglować. Nie jest to tanie zaplecze, ale przecież i tak jakieś mieć trzeba.

A wkładka od ZYX. (Ale tylko w teście, bo standardowa od Goldring.)

Wejdźmy w muzyczne światy i naturę samego La Roccia. Już zdążyłem napisać, że powinien mieć twarde muzyczne jądro – i niewątpliwie miał. Ogromnie lubię ten moment, gdy po tygodniach przerwy na wygodę odtwarzaczowych odsłuchów wracam do gramofonu i wszystko wybucha dźwiękiem. Wybuch to dobre słowo, gdyż dźwięk dosłownie wybucha. Ciśnienie akustyczne tak wzrasta, że to prawdziwa eksplozja. Stale do tego nawiązuję, do energii skumulowanej w gramofonowym brzmieniu, której wyjątkowo dobitnym przykładem jest utwór Immigrant Song z albumu Led Zeppelin III. La Roccia niewątpliwie skumulowała największą z dotąd testowanych; buchnęła z taką siłą, że wpadłem w niekłamany podziw. Przestrzeń wraz z całym pokojem się zatrzęsła, a atmosfera tak zgęściła, jakby wawelski smok zionął. Wziąłem ten dźwięk na klatę i fantastyczne to było przeżycie. Tak duża dawka przyjemności, że większej nie pamiętam. Bardzo lubię słuchawki, ale to inny wymiar. Fakt, też potrafią być energetyczne, ale w dalece mniejszym stopniu. Czucie muzyki całym ciałem i klatka piersiowa komorą rezonansową, to inny wymiar dźwięku.

A propos tych wymiarów, to kabel Illuminati (nawet nie wiem, czy jeszcze dostępny) niewątpliwie poprawił trójwymiarowość, co już zdążyłem zauważyć. Przy przedwzmacniaczu z rosyjskimi triodami dawał za ostre soprany, natomiast przy samym gramofonie trójwymiarowość brzmienia, którą z niemałą satysfakcją u niego obserwuję. Nie jest ta gęsty i muzyczny jak żółto-czarny Harmonix, ale za to otwarty i trójwymiarowy. Także z tlenem, którego nie pożałował, że wszystko wypiękniało. Ale piękno przy gramofonie La Roccia nie miało charakteru czegoś tylko do podziwiania. Czegoś na zewnątrz – tam – co tylko się widzi i słyszy jako z natury zewnętrzne. Muzyczne piękno ogarniało, stałem się jego częścią. W ogóle to nie było piękno w najczęstszym rozumieniu, niczym eksponat w muzeum albo coś na obrazku. To było piękno bezpośrednie, coś jak miłość zmysłowa, swoisty muzyczny sex. Wrzucony zostałem w nurt, ogarnięty dotykiem; pięknem gęstym, przylegającym, odczutym całym ciałem. Być może inni mogą przeżywać takie stany dzięki przekazom  cyfrowym, sam miewam takie przeżycia wyłącznie z analogiem. I nic to nie przeszkadza, że winylowe płyty trzeszczą, niczym niektóre łóżka…

Docisk to kawał krążka.

Jest niewątpliwą zaletą La Rocci w zakresie tego rodzaju przeżyć, że dźwiękową scenę lokuje tuż za linią głośników i dźwiękiem prze na słuchacza. Nie buduje odległych krajobrazów, nie toczy akcji gdzieś hen, tylko stajesz tuż przed orkiestrą jazzową, grupą rockową, albo siadasz przy scenie w filharmonii. Źródła są duże, wielkie nawet, ogarniające cię sobą. Muzyka atakuje, całkowicie przejmuje władzę, nie zostawia milimetra wolności. Nie czas na rozmyślania, nie ma nawet go na słuchanie – stajesz się częścią muzyki. I to jest najgenialniejsze, nic lepszego nie może cię spotkać. To audiofilskie non plus ultra, stan ostatecznego spełnienia. W zależności od kolumn, wzmacniacza i okablowania może wprawdzie przybierać różny obraz; być lepsze albo gorsze, bardziej dosadne lub mniej, ale nurt zasadniczy, owa muzyczna wszechwładza, przy każdej dobrej aparaturze towarzyszącej się zjawi. Więc warto mieć dużą miotłę (grube pędzle kosmetyczne się dobrze do tego nadają) i myjkę do winyli. Warto mieć tych winyli kolekcję i taki jak ta La Roccia gramofon. Bo różnica między muzyką cyfrową a analogową jest taka, jak między jeżdżeniem płozami po pisaku a po śniegu. I co do konsystencji ślizgu, i co do jego prędkości, i co do wiatru w uszach.

By tę całość bardziej analitycznie rozebrać, trzeba jeszcze powiedzieć, że źródła nie tylko są duże i na wskroś muzykalne, ale także czytelne. Dobre wkładki dają taką czytelność zawsze, ale dobrze z tym nie przesadzać. Bowiem niektóre, szczególnie te najdroższe, w pogoni za czytelnością potrafią muzykę przesadnie wyostrzać, co nie jest wcale potrzebne, a nawet nieraz szkodliwe. Niepotrzebnie odciąga od melodyki, niewiele dając w zamian. W tej mierze testowana wkładka spisała się bardzo dobrze, równo rozkładając akcenty spójności i wyraźności.

Nie przesadzając z analizą w mierze rozbicia na separujące się szczegóły dwie inne rzeczy zrobiła fantastycznie. Po pierwsze samą szczegółowość nie jako zalew odrębnych szczegółów, tylko dla przykładu odczyt całych fraz w tle przy muzyce sesyjnej. Specjalnie porównałem te same płyty na CD i winylu i odczyt analogowy bez problemu z dalszych planów wydobywał rozmowy w zapisie CD w ogóle nieistniejące, co przeistaczało całą atmosferę, nadając jej nowych znaczeń – innych startów i innych finałów – dodatkowych odniesień studyjnych.

Ramię ma resor hydrodynamiczny, dbający o siłę docisku.

Ale jeszcze ważniejsza była rzecz druga – różnicowanie barwy głosów. Jednoczesna spójność i siła ich wyrazu przy zróżnicowaniu palety brzmienia. To właśnie, zaraz po niesamowitej energii, było największym atutem. Zdolność wydobywania każdego półtonu i wpisywania ich bogactwa w każdy głos. Nie poprzez zafałszowanie, dodawanie czegoś od siebie, lecz spójne czytanie złożoności. Względem źródeł cyfrowych inna jakość, zdecydowanie wyższa. Także ogólne nasycenie dźwięków i całej przestrzeni muzyką. Pomimo iż gramofon nie był za sto tysięcy, dawał najwyższej klasy odczucia. Można wprawdzie scenę uczynić jeszcze lepszą, a kontury formować jeszcze bardziej trójwymiarowo, ale muzyczny wiatr saksofonu, klawiszowo-strunowa natura fortepianu oraz złożoność wokalna stały na poziomie bezpośrednio nawiązującym do obrazu żywej muzyki.

Podsumowanie

   Nie bez satysfakcji mogę zakomunikować, że kosztujący niecałe trzydzieści tysięcy gramofon Transrotor La Roccia Reference to bilet wstępu do gramofonowości maksymalnej. Nic więc w tym zaskakującego, że tak chętnie jest kupowany; jako recenzent mogę jedynie potwierdzić słuszność takiego wyboru. Jego uzasadnienie można zawrzeć w dwóch słowach – moc muzyki. Jasna rzecz, że reszta toru też jest do tego potrzebna i jasne również, że testowałem z lepszym ramieniem i lepszą od standardowej wkładką. Ale to ramię i ta wkładka to jak na audiofilskie zwyczaje ekonomiczne żadne spécialité. Parę tysięcy więcej, możliwych na dodatek do wydawania etapami, to przy takich efektach pryszcz.

Brzydkie słowo, niepasujące do muzycznego piękna, ale ekonomia z reguły jest brzydka. Awantury, oszustwa, przekręty i nadużycia – w tym także nieustająca awantura na styku ekonomii z audiofilizmem, w kontekście której często spotykane wywyższanie udającej ekonomiczny indyferentyzm melomanii. Pisałem już kiedyś, że melomania od poświęcania dużych sum na przyjemności ani trochę nie stroni, a traktowana całkiem serio, jako pragnienie usłyszenia na własne uszy najwybitniejszych wykonawców w najznamienitszych salach okaże się nawet od zaawansowanego audiofilizmu kosztowniejsza. Tak oto, okrężną drogą, docieramy do sedna tej recenzji, do pytania – czy się mianowicie opłaca? Nie będę udawał znawcy gramofonowego rynku, nie mam w nim pełnej orientacji. Lecz podejrzewam, że nikt nie ma, chociaż niektórzy zapewne lepszą. Mam jednak mocne punkty odniesień – chodziło się po AVS parę razy, słuchało i testowało to i owo. Na podstawie doświadczeń z droższym nieco Nottingham Dais i teraz tym La Roccia spokojnie mogę przyjąć, iż w okolicach trzydziestu tysięcy da się spełnić w całej niemalże rozciągłości marzenia o gramofonie ostatecznym. O energii żywej muzyki i z nią jednoczącym kontakcie. Od wkładki będzie zależało, czy energię tę skierujemy na obraz bardziej oddalony, ukazujący głębię sceny i panoramę planów, czy w drugą stronę, wprost na siebie, tak by w muzyce się nurzać. Od samego zaś gramofonu bardziej to, jaką ma estetyczną formę. Tu wybór jest zdecydowanie większy niż u plikowców i odtwarzaczy, które są zawsze pudełkami. Gramofon nie tylko jest wizualnie bogatszy, ale może być kształtem konserwatywnie stateczny i powściągliwe czarny, a może akrylowo-przeźroczysty z dodatkiem sreber i złoceń. Może też być drewniany i wyglądać niemalże jak sam talerz i ramię, a może mieć formę kosmodromu, że tylko stawiać rakietę. Ramię może na dokładkę być jedno, a może ich być trzy. Zabawa z formą jest duża, ale daleki byłbym od twierdzenia, że za trzydzieści tysięcy każdy gramofon jest świetny. Z tym byłbym bardzo ostrożny i raczej optował za wyborem którejś z najlepszych marek. Każda szczyci się niepoślednimi dokonaniami, tak więc i Transrotor ma swoje. Odsprzęgane magnetycznie zawieszenie i kunsztowny sposób rozprowadzania oleju w łożysku, to wyraz ich technicznego zaawansowania, jakim rozporządza niewielu. Dołącza do tego wygoda obsługi. Poziomowanie talerza i zmiana obrotów to w przypadku La Rocci wygoda i nic więcej. Szczególnie to ostatnie dla kogoś mającego wyższe jakościowo płyty 45-obrotów okaże się pomocne, stale będąc w użyciu. Natomiast dla przykładających uwagę do wyglądu i chcących mieć coś ekskluzywnego, ma ta konstrukcja sobie tylko właściwą estetykę, udanie łączącą klasyczną formę z niepowszedniością i wyszukanymi ozdobnikami. Już samo to może właściciela rozemocjonować, lecz w pierwszym rzędzie jest to maszyna do rozbudzania muzycznych emocji,  w tej roli rewelacyjna.

W punktach:

Zalety

  • Wulkan energii.
  • Plus inne atrybuty daleko spoza możliwości przekazu cyfrowego.
  • W tym nie tylko tradycyjne analogowość, z jej spójnością i gładzią, ale też różnorodność brzmieniowa i głębsze pole odczytu.
  • Więc detaliczność.
  • Niuanse barwne i melodyczne.
  • Całościowy autentyzm.
  • O wiele większe ciśnienie dźwięku.
  • Wraz z nim lepsze wypełnienie.
  • A także lepsze czucie przestrzeni.
  • Bezpośredniość.
  • Wyraźnie większa złożoność brzmieniowa.
  • A jednocześnie większa brzmieniowa zwartość.
  • Więc bardziej żywi ludzie.
  • Oraz prawdziwsze instrumenty.
  • A już szczególnie dęte.
  • Cała przestrzeń tylko muzyką.
  • Nieustające parcie na słuchacza.
  • W efekcie jest on na koncercie.
  • I to tuż przy muzykach.
  • Ciekawy, ekskluzywny wygląd.
  • Potrafiący łączyć przepych z powściągliwością.
  • Oraz klasycyzm z modernizmem.
  • Perfekcja wykonania.
  • Wygoda obsługowa.
  • Łożysko odprzęgnięte magnetycznie.
  • Masywny talerz i cała konstrukcja.
  • Kamienna płyta tłumiąca wigracje.
  • Ramię od SME.
  • W stanie sprzedażowym gotowy do użycia.
  • Z przyzwoitej jakości wkładką.
  • Sławny producent.
  • Renomowany dystrybutor.
  • Przebój rynkowy.
  • Bilet wstępu do gramofonowej elity.
  • Z tej perspektywy patrząc, dobry stosunek jakości do ceny.

Wady i zastrzeżenia

  • Nie dla estetycznych ascetów.
  • Dużo tańsze gramofony też potrafią grać dobrze, choć oczywiście nie tak.

Dane techniczne:

  • Chassis: naturalna skała łupkowa o grubości 40 mm
  • Talerz: polerowane aluminium o wysokości 60 mm i wadze 16 kg.
  • Mata: akrylowo-węglowo-winylowa, zasysająca płytę. (Trzeba nakładać na talerz w biegu.)
  • Łożysko: hydrodynamiczne, ze sprzęgłem magnetycznym TMD.
  • Ramię: SME 5009.
  • Wkładka: MC Merlo Reference.
  • Wyposażenie: zasilacz Konstant M 1, aluminiowy docisk.
  • Wymiary (S x G x W): 460 x 400 x 200 mm.
  • Masa: 40 kg.
  • Cena: 29 900 PLN

System:

  • Źródło: Transrotor La Roccia Reference.
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Słuchawki: AKG K1000 (kabel Entreq Atlantis).
  • Kolumny: Audioform 304.
  • Interkonekty: Crystal Cable Absolute Dream, Sulek 6×9.
  • Kabel głośnikowy: Crystal Cable Absolute Dream, Sulek 6×9.
  • Kable zasilające: Acoustic Zen Gargantua II, Harmonix X-DC350M2R, Illuminati Power Reference One, Sulek Power.
  • Listwa: Power Base High End.
  • Stolik: Rogoz Audio 6RP2/BBS.
  • Kondycjoner masy: QAR-S15.
  • Stopki antywibracyjne: Avatar Audio Nr1.
  • Podkładki pod kable: Acoustic Revive RCI-3H, Rogoz Audio 3T1/BBS.
  • Podkładki pod sprzęt: Acoustic Revive RIQ-5010, Solid Texh „Disc of Silence”.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

4 komentarzy w “Recenzja: Transrotor La Roccia Reference

  1. Sławek napisał(a):

    Panie Piotrze, sądząc po zdjęciach (także, a może przede wszystkim z innych artykułów ) pozbył się Pan Nottinghama Horizona i zaczął używać Transrotora (niekoniecznie recenzowanego). To chyba spora różnica stylu, choć pisze Pan, że analogowe jądro jest to samo?
    Transrotor lepszy od Nottinghama?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Ani Nottingham nie był mój, ani Tranrotor nie jest. Nie będę się wypowiadał, który lepszy, bo każdy grał z inną wkładką i przedwzmacniaczem. Stylistyka jednak podobna, może tylko wkładka Ortofon Anna bardziej kładła nacisk na wyraźność niż muzyczną gęstość.

  2. Dżordż napisał(a):

    Szanowny Panie, a jak porównał by Pan takie źródło cyfrowe, które się Panu tak podobało jak np Ayon CD-35HF z tym gramofonem? Co przemawia na korzyść CD a co będzie lepsze w gramofonie?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Powiedzmy sobie szczerze – przy dobrych wkładkach nic nie przemawia na korzyść odtwarzacza cyfrowego poza wygodą obsługi i ogólną funkcjonalnością, które u niego są rzeczywiście dużo lepsze. Gramofon to zaś przede wszystkim większa płynność, bogatsze, bardziej wieloaspektowe i bardziej prawdziwe brzmienie – i przede wszystkim, jak już wiele razy pisałem – większa energia dźwięku. Ciśnienie akustyczne przy tym samym poziomie głośności o wiele większe, bo dźwięk ma więcej ciała, a nie tylko wyją soprany. Ewentualnie można wskazywać, że ten CD-35 HF wyjątkowo dobrze realizuje trójwymiarowość, która się przez to bardziej wybija, bo gramofon ma wiele zalet a nie jedną szczególną. Ale nie ma zmiłuj, na pewno wolałbym dobry gramofon, pomimo całego tego obsługowego cyrku. A już płyty na 45 obrotów, to jest kolejny skok do góry. Pokazują się teraz takie i bardzo mnie to cieszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy