Recenzja: Transrotor La Roccia Reference

Odsłuch

Zasilacz z regulacją obrotów także jest cały w chromie.

   Zgodność prądową z systemem zapewnił La Rocci przedwzmacniacz gramofonowy Octave Phono Module (16 tys. PLN), a odsłuch odbył się w oparciu o kolumny Audioform Adventure 304 i słuchawki AKG K1000 z Enreq Atlantis.

Pisanie recenzji gramofonów ma specyfikę dwojaką – i chyba już o tym wspominałem. W warstwie samego opisu to nuda, bowiem wszystkie grają podobnie. To znaczy te dobrej jakości i z dobrymi wkładkami, bo oczywiście przykłady nędzy, jak wszędzie, da się wskazać. Ledwie kilka dni temu porównywałem ze sobą wysokiej klasy słuchawki, i było ich w tym porównaniu – niech policzę… no tak, dziewięć par. Każde grały wyraźnie inaczej, wchodziło się z każdymi w inny świat. U gramofonów tak się nie dzieje, dźwiękowy rdzeń jest identyczny, to są te same światy. Słyszałem, co prawda, na AVS niejednokrotnie tory z gramofonami o poziomie muzykalności poniżej dobrego CD, ale to nie z winy gramofonów, a kabli i amplifikacji. Dobry gramofon z dobrą wkładką opatulony muzykalnym torem jest jądrem muzykalności i to się od firmy do firmy i od modelu do modelu nie zmienia. Różnice oczywiście są i zaraz do nich przejdziemy, ale są przede wszystkim ilościowe, a nie w odmiennościach stylistycznych i nie zasadnicze co do jakości. Każdy porządny gramofon, godzien nazywać go gramofonem, ma twarde jądro muzyki, a im jest lepszy, tym większe. Słuchawki i głośniki zaś nie mają, podobnie jak nie mają wzmacniacze. Prawdziwa panuje tam kakofonia, że co chcesz, to wynajdziesz. Dziwactwa pogłosowe, skracanie lub przeciąganie dźwięków, upały oraz chłody, detale lub ich brak. W kontrze do tych rozbieżności dźwięk dobrych gramofonów ma jednolitą formę podstawową, a tylko posturę różnej wielkości i nieco inne akcenty. To właśnie czyni ich opis nudziarstwem, nie ma pierwiastka przygody. Pochwały stają się sztampowe, krytykować za bardzo nie ma co. Bębnienie samych afirmacji to nie jest żadne frajda, ale frajdą rzecz inna – frajdą są same odsłuchy.

Ramię od SME.

Kilkanaście lat temu, gdy gramofony umierały a CD były w rozkwicie, byłem zasadniczego zdania, że słusznie, bo z winylami cyrk. Czyszczenie nieustające, przekładki po dwudziestu minutach, świadomość mechanicznego zużycia, niemożność obsługi z pilota. Kupa do tego zajmowanego miejsca, a w pamięci dźwięk wprawdzie lepszy od magnetofonowego (mówię o zwykłych magnetofonach), ale poprzez głośniki Altusa i słuchawki Unitry dalece gorszy niż z CD via Stax. Słuszna więc ceremonia pogrzebowa, niech sobie ten winyl zdycha. Nie miałem zupełnie racji, wstydzę się teraz tego, bo wstydem jest niewiedza.

Jaki by nie był odtwarzacz, z ilu części i jakich zegarów złożony, iloma kośćmi D/A zasobny w nie wiedzieć ilu kanałach, porządny gramofon go złoi i nie ma od tego odstępstwa. Trochę się jedynie trzeba przyłożyć, o resztę toru zadbać. Akurat trafił się przy tym słuchaniu przykład mogącego pojawić się błędu. Spinając tor do odsłuchu podpiąłem przedwzmacniacz Octave kablem zasilającym Illuminati, a gramofonowy zasilacz Hormoniksem. Bo mi przez myśl przeleciało, że będzie to bez różnicy, bo w końcu cóż –  to analog. Rozsiadłem się i słucham, i mi się nie podoba. To znaczy owszem i nawet dużo, ale żeby tak całkiem, to nie. Z pół godziny tak posiedziałem i myśl mi zaświtała, że jak coś się nie do końca podoba, to pewnie nic z tego nie będzie. Że jak od startu nie, to na finiszu też nie. Konkretnie chodziło o to, że sopran się nieładnie forsował, nie dość był finezyjny. Obfity ilościowo lecz zbyt krzykliwy, niegramofonowej wręcz postury. Zmierzyłem wzrokiem pre Octave i pomyślałem: „Ech, wy ruskie lampy, jak ja was nienawidzę”. Ale po chwili mi zaświtało, że może gdyby Harmonix… Wetknąłem więc pyton Harmoniksa w zasilacz od Octave (ten ich przedwzmacniacz ma zewnętrzny), a Illuminati w zasilacz gramofonu. Nie znalazło się to w recenzji kabla Illuminati, ale teraz, po długim użytkowaniu, jego główna zaleta to trójwymiarowość dźwięku – że wpinasz w źródło i trójwymiar. Od razu tak powinienem postąpić, taki wybór to była oczywistość, ale właśnie z uwagi na podobieństwa między gramofonami rzecz zaniedbałem. I sam siebie zdumiałem, jak bardzo się poprawiło, jak pozytywnie to wpłynęło na ułomności rosyjskich ECC83 i ECC81. I chyba także na gramofon, który teraz częstował bardziej trójwymiarowym dźwiękiem. Z czego płynęła nauka, że wato mieć wybór kabli i móc nimi żonglować. Nie jest to tanie zaplecze, ale przecież i tak jakieś mieć trzeba.

A wkładka od ZYX. (Ale tylko w teście, bo standardowa od Goldring.)

Wejdźmy w muzyczne światy i naturę samego La Roccia. Już zdążyłem napisać, że powinien mieć twarde muzyczne jądro – i niewątpliwie miał. Ogromnie lubię ten moment, gdy po tygodniach przerwy na wygodę odtwarzaczowych odsłuchów wracam do gramofonu i wszystko wybucha dźwiękiem. Wybuch to dobre słowo, gdyż dźwięk dosłownie wybucha. Ciśnienie akustyczne tak wzrasta, że to prawdziwa eksplozja. Stale do tego nawiązuję, do energii skumulowanej w gramofonowym brzmieniu, której wyjątkowo dobitnym przykładem jest utwór Immigrant Song z albumu Led Zeppelin III. La Roccia niewątpliwie skumulowała największą z dotąd testowanych; buchnęła z taką siłą, że wpadłem w niekłamany podziw. Przestrzeń wraz z całym pokojem się zatrzęsła, a atmosfera tak zgęściła, jakby wawelski smok zionął. Wziąłem ten dźwięk na klatę i fantastyczne to było przeżycie. Tak duża dawka przyjemności, że większej nie pamiętam. Bardzo lubię słuchawki, ale to inny wymiar. Fakt, też potrafią być energetyczne, ale w dalece mniejszym stopniu. Czucie muzyki całym ciałem i klatka piersiowa komorą rezonansową, to inny wymiar dźwięku.

A propos tych wymiarów, to kabel Illuminati (nawet nie wiem, czy jeszcze dostępny) niewątpliwie poprawił trójwymiarowość, co już zdążyłem zauważyć. Przy przedwzmacniaczu z rosyjskimi triodami dawał za ostre soprany, natomiast przy samym gramofonie trójwymiarowość brzmienia, którą z niemałą satysfakcją u niego obserwuję. Nie jest ta gęsty i muzyczny jak żółto-czarny Harmonix, ale za to otwarty i trójwymiarowy. Także z tlenem, którego nie pożałował, że wszystko wypiękniało. Ale piękno przy gramofonie La Roccia nie miało charakteru czegoś tylko do podziwiania. Czegoś na zewnątrz – tam – co tylko się widzi i słyszy jako z natury zewnętrzne. Muzyczne piękno ogarniało, stałem się jego częścią. W ogóle to nie było piękno w najczęstszym rozumieniu, niczym eksponat w muzeum albo coś na obrazku. To było piękno bezpośrednie, coś jak miłość zmysłowa, swoisty muzyczny sex. Wrzucony zostałem w nurt, ogarnięty dotykiem; pięknem gęstym, przylegającym, odczutym całym ciałem. Być może inni mogą przeżywać takie stany dzięki przekazom  cyfrowym, sam miewam takie przeżycia wyłącznie z analogiem. I nic to nie przeszkadza, że winylowe płyty trzeszczą, niczym niektóre łóżka…

Docisk to kawał krążka.

Jest niewątpliwą zaletą La Rocci w zakresie tego rodzaju przeżyć, że dźwiękową scenę lokuje tuż za linią głośników i dźwiękiem prze na słuchacza. Nie buduje odległych krajobrazów, nie toczy akcji gdzieś hen, tylko stajesz tuż przed orkiestrą jazzową, grupą rockową, albo siadasz przy scenie w filharmonii. Źródła są duże, wielkie nawet, ogarniające cię sobą. Muzyka atakuje, całkowicie przejmuje władzę, nie zostawia milimetra wolności. Nie czas na rozmyślania, nie ma nawet go na słuchanie – stajesz się częścią muzyki. I to jest najgenialniejsze, nic lepszego nie może cię spotkać. To audiofilskie non plus ultra, stan ostatecznego spełnienia. W zależności od kolumn, wzmacniacza i okablowania może wprawdzie przybierać różny obraz; być lepsze albo gorsze, bardziej dosadne lub mniej, ale nurt zasadniczy, owa muzyczna wszechwładza, przy każdej dobrej aparaturze towarzyszącej się zjawi. Więc warto mieć dużą miotłę (grube pędzle kosmetyczne się dobrze do tego nadają) i myjkę do winyli. Warto mieć tych winyli kolekcję i taki jak ta La Roccia gramofon. Bo różnica między muzyką cyfrową a analogową jest taka, jak między jeżdżeniem płozami po pisaku a po śniegu. I co do konsystencji ślizgu, i co do jego prędkości, i co do wiatru w uszach.

By tę całość bardziej analitycznie rozebrać, trzeba jeszcze powiedzieć, że źródła nie tylko są duże i na wskroś muzykalne, ale także czytelne. Dobre wkładki dają taką czytelność zawsze, ale dobrze z tym nie przesadzać. Bowiem niektóre, szczególnie te najdroższe, w pogoni za czytelnością potrafią muzykę przesadnie wyostrzać, co nie jest wcale potrzebne, a nawet nieraz szkodliwe. Niepotrzebnie odciąga od melodyki, niewiele dając w zamian. W tej mierze testowana wkładka spisała się bardzo dobrze, równo rozkładając akcenty spójności i wyraźności.

Nie przesadzając z analizą w mierze rozbicia na separujące się szczegóły dwie inne rzeczy zrobiła fantastycznie. Po pierwsze samą szczegółowość nie jako zalew odrębnych szczegółów, tylko dla przykładu odczyt całych fraz w tle przy muzyce sesyjnej. Specjalnie porównałem te same płyty na CD i winylu i odczyt analogowy bez problemu z dalszych planów wydobywał rozmowy w zapisie CD w ogóle nieistniejące, co przeistaczało całą atmosferę, nadając jej nowych znaczeń – innych startów i innych finałów – dodatkowych odniesień studyjnych.

Ramię ma resor hydrodynamiczny, dbający o siłę docisku.

Ale jeszcze ważniejsza była rzecz druga – różnicowanie barwy głosów. Jednoczesna spójność i siła ich wyrazu przy zróżnicowaniu palety brzmienia. To właśnie, zaraz po niesamowitej energii, było największym atutem. Zdolność wydobywania każdego półtonu i wpisywania ich bogactwa w każdy głos. Nie poprzez zafałszowanie, dodawanie czegoś od siebie, lecz spójne czytanie złożoności. Względem źródeł cyfrowych inna jakość, zdecydowanie wyższa. Także ogólne nasycenie dźwięków i całej przestrzeni muzyką. Pomimo iż gramofon nie był za sto tysięcy, dawał najwyższej klasy odczucia. Można wprawdzie scenę uczynić jeszcze lepszą, a kontury formować jeszcze bardziej trójwymiarowo, ale muzyczny wiatr saksofonu, klawiszowo-strunowa natura fortepianu oraz złożoność wokalna stały na poziomie bezpośrednio nawiązującym do obrazu żywej muzyki.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

4 komentarzy w “Recenzja: Transrotor La Roccia Reference

  1. Sławek napisał(a):

    Panie Piotrze, sądząc po zdjęciach (także, a może przede wszystkim z innych artykułów ) pozbył się Pan Nottinghama Horizona i zaczął używać Transrotora (niekoniecznie recenzowanego). To chyba spora różnica stylu, choć pisze Pan, że analogowe jądro jest to samo?
    Transrotor lepszy od Nottinghama?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Ani Nottingham nie był mój, ani Tranrotor nie jest. Nie będę się wypowiadał, który lepszy, bo każdy grał z inną wkładką i przedwzmacniaczem. Stylistyka jednak podobna, może tylko wkładka Ortofon Anna bardziej kładła nacisk na wyraźność niż muzyczną gęstość.

  2. Dżordż napisał(a):

    Szanowny Panie, a jak porównał by Pan takie źródło cyfrowe, które się Panu tak podobało jak np Ayon CD-35HF z tym gramofonem? Co przemawia na korzyść CD a co będzie lepsze w gramofonie?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Powiedzmy sobie szczerze – przy dobrych wkładkach nic nie przemawia na korzyść odtwarzacza cyfrowego poza wygodą obsługi i ogólną funkcjonalnością, które u niego są rzeczywiście dużo lepsze. Gramofon to zaś przede wszystkim większa płynność, bogatsze, bardziej wieloaspektowe i bardziej prawdziwe brzmienie – i przede wszystkim, jak już wiele razy pisałem – większa energia dźwięku. Ciśnienie akustyczne przy tym samym poziomie głośności o wiele większe, bo dźwięk ma więcej ciała, a nie tylko wyją soprany. Ewentualnie można wskazywać, że ten CD-35 HF wyjątkowo dobrze realizuje trójwymiarowość, która się przez to bardziej wybija, bo gramofon ma wiele zalet a nie jedną szczególną. Ale nie ma zmiłuj, na pewno wolałbym dobry gramofon, pomimo całego tego obsługowego cyrku. A już płyty na 45 obrotów, to jest kolejny skok do góry. Pokazują się teraz takie i bardzo mnie to cieszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy