Recenzja: Stax SRM-T8000

Odsłuch

xxx

A także przepuszczać sygnał.

   To się już tyle razy zdarzyło, że aż nie chce mi się o tym pisać. W rewirze odsłuchów pojawiła się sytuacja typowa, tyle że nietypowo drastyczna. Zdążyłem już napisać, że wzmacniacz przyjechał dość porządnie wygrzany, po dwóch pokazach i wcześniejszej bytności u dystrybutora, który go czas jakiś też zapoznawczo wygrzewał. To akurat nie była sytuacja typowa, bo urządzenia przeważnie przyjeżdżają surowe i trzeba je tygodniami formować, typowe natomiast to, że z tym wygrzewaniem pojawiły się perypetie. Nie wiem czy stricte wygrzewawcze, czy tylko polegające na zestrajaniu się toru i przywykaniu do niego słuchacza, ale sądzę, że jedno i drugie.

Historia miała przebieg następujący: wzmacniacz przyjechał we wtorek rano i od razu go podłączyłem, by wziąć się za słuchanie po paru godzinach a nie z marszu, bo lampy muszą wszak nabrać temperatury, a tranzystory też potrzebują dobrej przynajmniej godziny. System był całościowo jak marzenie – kabel zasilający Triple Crown, interkonekt XLR-owy Tellurium Q Black Diamond i źródło w postaci szczytowego Accuphase, stającego na dodatek od wielu dni pod prądem. Do tego dedykowane słuchawki i jeszcze podkładki Acoustic Revive. Mimo takiego zaplecza do słuchania podchodziłem z rezerwą, ponieważ Spritzer był uprzejmy napisać, że sopranom brakuje klasy, średnica jest co prawda w porządku, ale bas z kolei za płytki, i w związku z tym całość poniżej oczekiwań.

To się niestety sprawdziło, a nawet jeszcze bardziej. Soprany wprawdzie nie były złe ani stłamszone, także bas niespecjalnie płytki, ale całość bez wyrazu, na jedno kopyto, bez życia – i co tu dużo mówić – nudna. Ani właściwej definicji, ani charakteru czy choćby charakterku, ani tej super transparencji, charakterystycznej dla staksowskich dziewiątek. Także bez podkręcającego atmosferę drajwu, czy mogącej odurzać sceny, którą dawny T2 miał zaiste bajeczną. Bliski dźwięk lecz nijaki – za mdły, bez ikry, bez barwy. Żadnego wrażenia „Ach!”, niesamowitości, scenicznych podniet. To wszystko oczywiście w odniesieniu do najwyższych kryteriów, ale jakie inne przykładać? Do słuchania wróciłem wieczorem i zaszła pewna poprawa, lecz wciąż wszystkie krytyki pozostawały aktualne. To samo dnia następnego i kolejnego rano. Coś tam się poprawiało, dźwięk się doprecyzowywał i zwiększał różnorodność, ale żebym miał go pokochać, albo chociaż polubić, to nic z takich rzeczy

xxx

Z tyłu nie do końca wszystko się wyjaśniło.

Natomiast w czwartek wieczorem… Pisząc to czuję się jak oszust, oszołom albo dziwak. Bo przecież na zdrowy rozum tak dziać się nie powinno. Nie wiem doprawdy dlaczego takie rzeczy się dzieją; czy to mózg coś musi załapać, czy coś się podziać w sprzęcie. Przywykłem wprawdzie do tego, do nagłych przeobrażeń, ale racjonalnego wątku w tych przeobrażeniach nie widzę. Być może jest w tym coś z psychologii poznawczej, coś z analogii do ukrytych obrazów, które nagle się pojawiają, lecz całościowy wymiar zmiany był w tym wypadku inny, obejmujący więcej parametrów. Także nie tak błyskawiczny, w tym konkretnym przypadku rozciągnięty na jakąś godzinę. Na jej  początku grało tak sobie, a pod koniec już fantastycznie. Nie cały czas słuchałem, co chwilę coś mnie odrywało, ale przez większość czasu.

Przejdźmy do stadium końcowego, bo tylko ono się liczy. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że konstruktorzy skupili się na współpracy SRM-T8000 z SR-009. To wzmacniacz dla tych słuchawek, uwzględniający ich potrzeby. Ale nie w taki sposób, by podkreślać co w nich specyficzne, tylko żeby ich specyfikę wykorzystać dla realizmu. Bo zwykle tak się dzieje, że są aż nadrealne. Ezoteryczne, nadmiernie transparentne (w sensie braku twardego budulca), jak nos ogara czułe na szczegół a mniej na muzykę i za ostro krawędziujące. Za zimne także, z posmakiem obcości, coś w stylu Focal Grande Utopia. (Kolumn a nie słuchawek.) W efekcie szarpanina straszna, żeby to urealnić i jakoś zhumanizować. Żeby syntetyzator zmienić w fortepian, a skalną grotę w ogrzane pomieszczenie. Na to nie starczy sam Accuphase, nawet wspierany bardzo humanistycznym i uplastyczniającym przekaz kablem Tellurium Q Black Diamond. Bo inne elektrostatyczne wzmacniacze, a z niejednym miałem do czynienia, ciągną przeważnie w tę samą stronę transparencji i wyraźności, na nich oraz dynamice się głównie skupiając, co daje inny obraz. A że słuchawki same z siebie są pod tym względem niesamowite, nie trzeba się wysilać. Natomiast inżynierowie Staksa skupili się na czymś innym; na przydaniu cech o wiele trudniejszych do wyłonienia: ciepła, wielobarwności, nasycania konkretem, ludzkiego wymiaru brzmienia, odpowiedniej ekspansji i ekspresji dźwięku, a także jego różnorodności. Przy okazji też opanowania pogłosu, by stał się realistyczny. A o to wszystko nie jest łatwo – wierzcie mi, bardzo nie jest. Starsi panowie z Japonii tak bardzo się na uzyskaniu takiego efektu skoncentrowali (ekipa Staksa to w większości ludzie w firmie od bardzo dawna), że zanim dźwięk się ułoży, może się wydać nudny. Nie mam zamiaru rozstrzygać, ile z tego leży po stronie słuchacza, a ile po sprzętowej, lecz faktem pozostaje, że początkowa nuda szybko na koniec się zmienia w coś bardzo interesującego.

xxx

Ale generalnie wszystko też jasne.

Skąd bycie interesującym? Właśnie ze zrealizowanych założeń. Z wykorzystania słuchawek Stax SR-009 jako animatora realizmu i jednocześnie niezwykłości. Z upodobnienia ich do takich, które realizm łatwo chwytają, przy jednoczesnym wykorzystaniu cech u innych, nawet tych bardzo drogich, w tym stopniu nieobecnych. Tej niesamowitej transparencji, dźwięczności, szczegółowości, dynamiki, zegarmistrzowskiego cyzelowania detali i błyskawicznego czasu reakcji. To wszystko zostaje uzupełnione o uderzenia konkretu, a nade wszystko o piękną różnorodność dźwięków i ich wspaniałą propagację.

To niewątpliwie największa zaleta – tej miary indywidualizm i ta forma rozchodzenia. Tak jak początkowo system grał na jedno kopyto i wszystko ujednolicał, tak z czasem przeszedł na drugi biegun i wszystko zróżnicował. To się w przypadku oceny ekranów nazywa pokryciem palety barw i szeroką gamą szarości, czyli zdolnością oddania półtonów i odpowiedniego dozowania światła. Znawcy obrazu – graficy, operatorzy kamer – byli wysoce niezadowoleni, gdy zaniechano produkcji telewizorów plazmowych, bo LCD, a nawet OLED, są za bardzo wrzaskliwe i pozbawione miękkości przejścia. Mają kiepską gamę szarości i brak im odpowiedniej plastyki. Starają się to nadrabiać jasnością i mocnym kontrastem, ale z tego się robi pawi ogon i niedostatek kultury. Można to do pewnego stopnia ratować krokiem w stronę czarno białego obrazu, łagodzącego jaskrawość, ale nic więcej nie da się wskórać. To zatem tylko półśrodek a nie radykalna poprawa. I można śmiało to odnieść do naszej sytuacji, mówiąc że większość elektrostatycznych wzmacniaczy w odniesieniu do SR-009 to takie podrasowane LCD a nie prawdziwy obraz. To granie kontrastowe, błyszczące, iskrzące sopranami i sczerniające basem. Ale cała paleta półtonów i stopniowanie szarości zostają zredukowane, podobnie jak masywność i wspierające ją wypełnienie, że nie ma się o co oprzeć, a przedobrzone pogłosy sprawiają na dodatek, że robi się jeszcze dziwnie.

Jest wielką zaletą wzmacniacza T8000, że tę sytuację odwraca. Nie gra na miarę sennheiserowskiego Orpheusa ani protoplasty T2, niemniej jest wysoce realistyczny i w tym realizmie wyważony. Niekrzykliwy, nie pstry, nie zubażający na przejściach i bez przedobrzonego basu. Także opanowany pogłosowo, tak żeby pogłos wspierał urodę a nie poczucie dziwności. Sytuację pięknie ilustrowali wokaliści, częstując wspaniałym zindywidualizowaniem i realizmem głosów, ale także fortepian, spod każdego klawisza dobywający inne dźwięki. Nie tylko w sensie wysokości, ale też różności barwy, związanej z nią dźwięczności i propagacji przestrzennej. Nie żadne pik-brzdęk-plum, tylko jakby każdy z dźwięków miał duszę. To mi się strasznie podobało i tym się głównie syciłem. A już myślałem, że będzie pogrom i wzmacniacz uznam za bezwartościowy. Już mi żal było dystrybutora, nabywców i samego siebie. A tu się naraz odrodził i kłopoty zniknęły.

xxx

Różne wymiary japońskiego luksusu. Ten z lewej nie do końca japoński.

Prezentuje brzmienie skromniejsze od Orpheusa i Stax SRM-T2, nie dające takiej niesamowitości. Nie tak głębokie, giętkie, olśniewające, ze zjawiskowym światłem. I też nie z taką sceną. Nie ma oszałamiających perspektyw i gigantycznych obszarów. Pierwszy plan leży blisko, oddalony średnio biorąc o jakieś półtora metra (z wahaniami w zależności od nagrań), więc dźwięk przy tych bardziej ofensywnych aż niemalże naciera, natomiast holografia nie nawiązuje nawet do dawnej Omegi II, a co dopiero SR-Ω. Tak szczerze mówiąc, po prostu jej nie ma. Sceniczność wydaje się co najwyżej przeciętna, niczym nie wyróżniona. Ale to wszystko ustępuje pod wpływem realistycznej plastyczności obrazu, a na dodatek podczas porównań okazuje się, że ta blisko rozpostarta scena ma walor wysokiego sufitu. Nie należy tego mylić z uciekaniem dźwięku do góry; tego nie znoszę i by mi się na pewno nie podobało, natomiast podobało to, że nie była ta scena niczym widziana przez szczelinę. Przyznam, że dotąd tego aspektu nie doceniałem; wydawał mi się nieistotny, wręcz nawet nieistniejący. Co komu po tym, że sufit wysoki, ważniejsze to co pod sufitem. A jednak… Bardzo mnie zaskoczyło, o ile ta szersza w pionie scena okazała się od węższych lepsza, jak bardzo to wpływało na odbiór.

Tu muszę jeszcze wrócić do tego przywykania. Podczas kolejnych odsłuchów zwracałem na to uwagę i doszedłem na koniec do wniosku, że SRM-T8000 wymaga zawsze chwili przywyknięcia, o wiele mocniej zaczynając oddziaływać po parunastu minutach. To nie jest typ prezentacji w stylu natychmiastowy angaż. W tę muzykę stopniowo się wchodzi, coś jak w narrację nowej książki. Ale kiedy już wejdzie, oddziałuje głęboko; poza samą plastyką i stonowaną elegancją także dużym formatem oraz szczególnie intensywnym rozchodzeniem się dźwięków.

Napędzane nowym dedykowanym wzmacniaczem SR-009 pięknie promieniowały. Dźwiękiem nasyconym powietrzem i nie trzymającym się miejsca powstania. Nie zatem sama struna czy gardło, tylko muzyczna chmura. Ani trochę nie zaburzająca oglądu źródeł, a zarazem całościowy obraz rozszerzająca, potęgująca obszar. Uderzenia talerzy, dźwięk kotłów, wybuchy orkiestrowego forte czy sopranowe arie – to wszystko pokrywało sobą o wiele większy niż to ma miejsce zazwyczaj teren. Nie w sensie głębi sceny, bo tej ten wzmacniacz nie ma. To nie jest holografia – jeden ekran, a nie wiele jeden za drugim.

xxx

Dedykowane słuchawki.

Ale za to ten ekran jest wyjątkowo panoramiczny i wyciągnięty w górę, a dźwięk po nim całym szaleje. O wiele w każdym razie bardziej niż to się dzieje na przeciętnych słuchawkach. I to, wraz ze wspomnianą plastycznością, dawką tlenu i klasą samych SR-009 powoduje niezwykłą urodę, która zawładnie zwłaszcza tymi, którzy nie koncentrują się na gęstości i zwartej postaci dźwięku. Dla nich prędzej Focal Utopia albo zamknięte Beyerdynamic by McIntosh, a nawet te same SR-009, ale z innym wzmacniaczem. Wzmacniaczem który opiszę za jakieś parę tygodni. Natomiast z T8000 to jest subtelna dawka z jednej strony ciepła, delikatności i realizmu, z drugiej wybuchającego, promienistego brzmienia. Przy takiej specyfice, że słuchacz musi moment przywykać, a potem, wierzcie mi, robi się bardzo niezwykle. Ale jak ktoś chce holografii, to nie – to nie dla niego. Może na SR-007, bo tych nie próbowałem. Testowałem za to każdą muzykę i każda mi się podobała. Brzmienie subtelne i kolorystyczne niuanse nie przeszkadza ani trochę temu, że bas jest konkretny i mocny. Przeciwnie, zostaje wzbogacony o szerszą gamę brzmieniową i większy niż zwykle obszar. Dominuje co prawda subtelność, ale w razie potrzeby jest punch i jest zejście. Z tym nie ma najmniejszego problemu, audiofilska gwarancja. Bas może także stanowić mocne tło, jak pokazała niezawodna do takich prób Ten New Songs Leonarda Cohena. Jedyny przypadek odnotowania problematyczności, zupełnie nie związany z basem, to dawne nagrania Marii Callas, w przypadku których rozdmuchiwany, niezwykle ekspresyjny sopran był trochę zbyt dojmujący. Lecz inne stare nagrania, nawet przedwojenni tenorzy, a także inne sopranistki nagrane w latach 60-tych, nie nastręczyły problemu, to zatem był wyjątek. (Konkretnie aria Casta diva.)

O dźwięku teamu SR-009 plus SRM-T8000 trzeba jeszcze dorzucić, że jest po stronie ciepła, ale nie dodaje słodyczy i się ani trochę nie lepi. Jest naturalnie ciepły i świetnie obrazuje tekstury, natomiast ma inną konsystencję aniżeli lepkie słodkości. Pozostając w klimacie takich porównań można powiedzieć, że nie jest jak baton Mars, tylko jak Prince Polo. Nie raczy gęstą słodyczą, tylko lekkością i kruchością. Nie skupia się też na jednym smaku a bardziej niuansuje i bardziej rozpromienia. To może się podobać, a można woleć gęstość. I dla jej zwolenników miał będę inną recenzję.

Na koniec porównałem SRM-T8000 do recenzowanego niedawno iESL wpiętego w mój głośnikowy system. A zatem układ napędowy dla SR-009 o wiele jeszcze droższy, wraz z kablem głośnikowym przeszło nawet dwa razy. Też pan recenzent się zabawił, porównując głośnikówki Sulek 9×9 (35 kzł) z Siltech Emperor Crown (55 kzł), ale nie będę tego rozwijał, może przy innej okazji.

xxx

Panorama kompletu

  • – I stanie się świt. Będziemy wróżyć z lotu ptaków, będziemy śpiewać pieśni – i przyjdzie nam żyć…

Tymi słowy Piotr Skrzynecki zapowiadał koncerty Ewy Demarczyk. Dodać mogę, że przyjdzie nam żyć w sytuacji, kiedy kosztujący sześć tysięcy z kawałkiem iESL podpięty odpowiednio dobrym głośnikowym kablem do wysokiej klasy lampowego toru (w tym wypadku opartego o triody 45ʼ) zagra lepiej niż nowy wzmacniacz flagowy Staksa. Podle bym skłamał twierdząc inaczej. Świadomość miałem, że tak się stanie, ale człowiek zawsze się łudzi. To samo dotyczy modułu LST, w zeszłym roku opisanego. Te adaptery, obsługując najwyższej klasy tory głośnikowe, pozwalają najlepszym słuchawkom elektrostatycznym nowego chowu, czyli w praktyce modelowi Stax SR-009 (nowy Orpheus jest ze swojego systemu nie do wyjęcia) nawiązać równorzędną walkę z dawnymi liderami HE90 Orpheus i Stax SR-Ω napędzanymi przez dedykowane im HEV90 i T2. Odstępstwo dotyczyć będzie wyłącznie efektów przestrzennych, natomiast bogactwo samego dźwięku okaże się analogiczne. W przypadku nowego SRM-T8000 tak niestety nie będzie.

Na finał przeto uwaga o dziwności w aspekcie upływu czasu. Lata 1993-94 to krótki okres obecności na rynku dwóch wspomnianych zestawów flagowych. W przypadku Staksa słuchawek powstałych w liczbie zaledwie pięciuset i wzmacniaczy żałośnie pięćdziesięciu (był do wyboru szczuplejszy jakościowo model T1). Ale nie o ilości tu chodzi, ani o długość życia. Dziwność polega na tym, że dziś, w dobie zblazowanego bogactwem audio, przy cenach sięgających kosmosu, nowy zestaw flagowy Staksa – fakt, że relatywnie zdecydowanie tańszy – nie dorównuje jakością dawnemu. Przy całej sympatii i szacunku dla udanego produktu, nie ma mowy o nawiązaniu. Ani pod względem sceny, ani bogactwa dźwięku. Dawna SR-Ω, którą wraz z Sennheiserem HE90 Orpheus, Sony MDR-R10 i AKG K1000 uważam za najlepsze słuchawki w dziejach, nie tylko była królem łagodnej subtelności, ale też królem obszaru i światła. Niebiańskie, złociste podświetlenie plus bajeczna subtelność i do tego zew nieskończonego ogromu na holografię rozpisanego. Do kompletu za napęd wzmacniacz potrafiący dawać porażający realizm, całkowicie nasycać brzmienie i skraje pasma rozciągać po słuchawkowe maksimum. Swoiste arcydzieło techniki, łeb w łeb z Orpheusem.

xxx

Drugi profil.

Nowy Orpheus Sennheisera, w poprawionej, finalnej już wersji rynkowej (a jest tam trochę poprawek, między innymi lampy), nie ustępuje dawnemu, nie będąc jego kopią. A nowy flagowy zestaw Staksa jest co prawda wybitny i bardzo go polubiłem, ale to inna liga. Także na szczęście cenowa. Od Orpheusa w nowym wydaniu dzieli go aż pięciokrotność. To niby wszystko tłumaczy, ale jest dziwność inna. Słuchawki SR-009 to niemal kopia SR-Ω (inne surowce, ten sam wzór). Mimo to nowy wzmacniacz flagowy, potrafiący niejedno zdziałać i same dobre rzeczy, tego jednego nie dokonał – nie przywołał dawnej przestrzeni. Przywołał duży obraz, lecz nie przywołał głębi. Szkoda, to byłby wielki plus, bo wszystkie wymienione z najlepszych tą głębią olśniewały. I przyjdzie nam z tym żyć.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

11 komentarzy w “Recenzja: Stax SRM-T8000

  1. Maciek pisze:

    Słuchałem dokładnie tego samego duetu. Spodziewałem się jednak większego ładunku emocjonalnego. W zamian było bardzo sprawne technicznie granie, duża transparentność, dobra dynamika. Jednak nie na tyle oszałamiająca była ta strona techniczna, by przykryć niedostatki braku emocji w przekazie. Zestaw faktycznie wydajny mocowo i elegancki, choć jak pisałeś nie luksusowy w wyglądzie, i mający w tej cenie sporą konkurencję w warstwie muzykalności przekazu. Powiem więcej, niższych nowych modeli Staxa na tym wzmacniaczu lepiej mi się słuchało niż 009.

    1. Piotr Ryka pisze:

      A jakie było źródło i okablowanie?

      1. Maciek pisze:

        Niby tylko Chord 2Qute, ale on ułomny przecież nie jest. Okablowania nie pamiętam.

        1. Maciek pisze:

          Wydając tak grube pieniądze, myślę że lepiej zapolować na starego Orfeusza. Większy rozmach w brzmieniu i nasycenie realizmem. Zapewne też więcej koloryzowanie, ale to nie grzech.

          1. Piotr Ryka pisze:

            Stary Orfeusz to brzmienie zdecydowanie lepsze pod każdym względem, tyle że za 100 tys. a nie pięćdziesiąt i bez możliwości serwisu. Także wyjątkowy a nie przeciętny wygląd. Co do koloryzacji, to żywa muzyka jest barwna, a tylko niektórym redaktorom wydaje się, że bociany przynoszą ją na zszarzałych taśmach magnetofonowych :)

  2. Stefan pisze:

    Ciekawe, szkoda że im nie wyszło, z opisu wygląda na rozwinięcie 727 mkII.
    Trzeba w takim razie sprawdzić tą przystawkę iESL, mocno się różni od LST?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Mocno się nie różni. LST jest szlachetniejszy brzmieniowo, co przy jego prostocie konstrukcyjnej i klasie transformatorów wydaje się nieuchronne.

      Stax musiał być świadomy, że to nie będzie nowy, ani tym bardziej poprawiony, T2. Przy tych założeniach konstrukcyjnych nie było innej możliwości.

  3. Patryk pisze:

    A ja marze o: Audiovalve Luminare 2016. + Final Audio X.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Powodów do marzeń nie brak. Na szczęście :)

  4. Michal Pastuszak pisze:

    Zdecydowanie wolalbym Trilogy H1, zwlaszcza, ze cenowo prawie to samo, a brzmienie znacznie bardziej wciagajace i co istotne (dla mnie), dostajemy wiecej dociazenia/ciala ze szczytowymi Staxami.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Porównywałem, porównywałem. Recenzja niebawem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy