Recenzja: Stax SRM-T8000

Budowa, estetyka, cena

xxx

Dwie przeszło dekady czekania…

   Tradycyjnie przed rozpoczęciem pisania przejrzałem Internet w poszukiwaniu czegoś ciekawego i ku niemałemu zaskoczeniu odkryłem, że fachowych recenzji brak. Być może tkwią gdzieś głębiej, na przykład na japońskich stronach, ale takich na wierzchu leżących wszechmocny Google nie wyszukał. Za wyjątkiem jednej, zamieszczonej na zamkniętym forum słuchawkowym Head Case, utworzonym przez dawne gwiazdy otwartego Head-Fi. Piszący tam pod nickiem Spritzer konstruktor z islandzkiego Mjölnir-Audio, oferującego wzmacniacze elektrostatyczne DIY, dał wyraz dezaprobaty dla budowy i dźwięku. I to, obok wielce z kolei entuzjastycznej recenzji filmowej właściciela Head-Fi, jedyne dotąd opinie wyrażone publicznie. Czuję się więc wyróżniony możnością bycia awangardą, ale też obarczony nieuchronnością wejścia w ten powitalny antagonizm.

Chciałbym móc teraz napisać „zacznijmy w takim razie od bezpieczniejszych kwestii technicznych”, lecz i one, pod wpływem krytyki Spritzera, przestały być bezpieczne. Zacznijmy więc od wielkości, która też jest niestety cokolwiek problematyczna. Stax SRM-T8000 to wzmacniacz wprawdzie wyraźnie większy od dotychczas flagowego SRM-007tII, ale równie wyraźnie mniejszy od legendarnego SRM-T2, którego miał być następcą. Nie waży 4,7 jak pierwszy, ani 18 jak łącznie składniki drugiego, tylko 7,3 kg. Nie ma też czterech lamp ani ośmiu, a dwie jedynie, jako następstwo bycia hybrydą. Litera T w nazwie ma podkreślać lampowość i stanowić nawiązanie do dawnego flagowca, cokolwiek jednak względem oczekiwań niedoszacowane, mogące rozczarować. Nawiązanie niebyłe przez lat dwadzieścia z górą i w tym czasie urosłe do mitu, któremu ciężko będzie sprostać. Może stąd owo wyczekiwanie recenzentów i brak u nich zapału? A może tylko skutkiem braku przedmiotowego surowca? Cieszmy się w każdym razie okazją, bo przecież to w końcu Stax.

xxx

I marzeń.

Pojedyncze pudełko jest spore i srebrne. Trzydzieści dwa centymetry na trzydzieści dziewięć na dziesięć. Srebrne w następstwie bycia aluminiowym, co – jak podkreśla producent – daje technologiczną korzyść w postaci diamagnetyzmu, czyli nie potęgowania własnym namagnesowaniem wewnętrznych pól magnetycznych. Tu znów wkrada się antagonizm, bo jedni na to aluminium z tego powodu stawiają, a inni, jak szef Siltecha, krytykują je za brak właściwości ochronnych przed magnetyzmem zewnętrznym. A zatem z jednej strony brak własnego udziału, z drugiej brak izolacji. Darujmy sobie te rozważania, nie rozstrzygniemy w tym miejscu, które z obudów są lepsze. Tak czy siak Stax się o ochronę postarał, umieszczając spore toroidalne trafo w stalowym pancerzu ochronnym i sekcję zasilania w solidnej, stalowej klatce. Trafo i zasilanie nie są tak duże jak w T2, ani tym bardziej zewnętrzne, ale przynajmniej mocniejsze i lepiej odizolowane niż przez długie lata bywało.

Wracając na powierzchnię. Poza dość typową aluminiowością reszta jest też typowa – obudowa na bazie prostokąta i spłaszczonego frontonu. Króluje na nim pokrętło potencjometru, pełniące typową u Staksa podwójną rolę stroiciela siły głosu i regulacji balansu. Jest mniejsze niż we wcześniejszych konstrukcjach i ma obwód w postaci dodatkowego pierścienia tej drugiej regulacji[1], co daje złożoną budowę i w dotykowym kontakcie nie jest specjalnie wygodne. Zwłaszcza że brak pilota, więc musimy się tym podwojonym pokrętłem posługiwać i siadać blisko niego.

Od strony wewnętrznej potencjometr został obudowany, ale Spritzer wybadał, że jest to Alps RK-27, pomstując przy okazji, że przy tej miary pieniądzach coś lepszego byłoby bardziej stosowne. Można się z tym zgadzać, a można też nie zgadzać, bo sprawa jest złożona. Z jednej strony faktycznie są dostępne lepsze potencjometry, z drugiej znajomy konstruktor mówił mi, że lepiej kupić dziesięć tanich i najlepszy wyselekcjonować, niż zdawać na jeden droższy. Tą samą technikę stosuje Accuphase przy doborze kondensatorów, tak więc szkoły są różne i to nie musi oznaczać mankamentu.

xxx

Wreszcie jest!

Po lewej mamy włącznik z niebieską diodą aktywności, a obok niego dwa gniazda, obydwa w wersji PRO. To ogranicza użyteczność do nowszej konstrukcji słuchawek; tych sprzed 1996 się już nie użyje. I znów to nie stanowi problemu dla przeciętnego użytkownika, ale taki iFi iESL jest pod tym względem lepszy. Na prawo od potencjometru także mamy dwa węzły obsługowe. Pierwszy nazwano LEVEL CONTROL i ma trzy pozycje: Internal-Mute-Bypass. Sens jasny plus uwaga, że Mute pozwala na zewnętrzną regulację prosto z mającego własne wysterowanie poziomu sygnału źródła[2], pomijające potencjometr, a wzmacniacz może także stanowić przelotkę do zewnętrznego systemu ulokowanego za nim. Stosownie do tej roli jest wyposażony w parę wyjść RCA, nie ma natomiast wyjścia XLR; co jest umniejszeniem, jako że dostajemy symetryczne wejście i całość wewnątrz jest symetryczna, czym producent się szczyci, a symetrycznego wyjścia nie dał. Całkiem po prawej lokuje się selektor wejść, mający cztery nastawy. Pierwszy i drugi dla gniazd RCA, trzeci dla pojedynczego XLR, a nad czwartym konstruktorzy dumają, bo jeszcze nie zdecydowali, czy opcjonalnie będzie to wbudowany przedwzmacniacz, czy może stopień gramofonowy. Z tyłu poza trzema wejściami i jednym wyjściem jest zaślepka podpisana Line 4, czyli ta świątynia dumania, a także przyłącze uziemienia (bo może ten gramofon, albo jakieś sprzężenia zwrotne z zewnętrznym systemem). Oczywiście też trójbolcowe gniazdo prądowe, bez którego ani dudu.

Korpus w przedniej części po wierzchu i bokami opatrzono pokaźnym szczelinowaniem, bo w środku para lamp i tranzystory w klasie A. Grzeje się to więc znacznie, ale nie jakoś szczególnie. Lampy, jak to w hybrydach, są tylko w stopniu wejścia, co dla niektórych będzie rozczarowaniem. Miał być bowiem nowy T2, a on był cały lampowy. Przykład wzmacniaczy od Wells Audio pokazuje jednakże, że dobrze implementowane tranzystory w klasie A, to może być coś wspaniałego. Poza tym tranzystorowy analogon samego Staksa, model SRM-717, także uchodził za udany i mogę to potwierdzić. Z najdawniejszą wersją Omegi II (złoto-brązową) grał naprawdę rewelacyjnie, więc nie ma się co dziwić tym odnoszonym doń recenzenckim zachwytom.

xxx

I można się wpinać.

Lampy na stopniu wejścia to para 6922/ECC88, czyli klasycznych sterowników. W T2 były to nieco mocniejsze i uchodzące za szczyt szczytów ECC188 SQ Philipsa, a tutaj miały być TAD, ale skończyło się jak poprzednio na Electro-Harmonix. To lampy z nutką pikanterii i o średniej kulturze, ale może uznano, że szczypta pikanterii elektrostatom posłuży? Na pewno posłużyła portfelom, bo lampy są tanie. Na osłodę zamocowano je na płytce o izolacji antywstrząsowej zapożyczonej od dysków twardych i opatrzono osłonami przed mikrofonowaniem.

Właściwy stopień wzmocnienia to tranzystory w klasie A, mogące dać przyrost głośności o maksymalnie 60 dB przy zniekształceniach harmonicznych poniżej jednej setnej procenta. Pasmo przenoszenia jest gigantyczne – 1 Hz-115 kHz – a całość bardzo dokładnie przez producenta dostrojona i czuła na wszelkie zmiany, skutkiem czego ewentualna wymiana lamp będzie poważnie utrudniona, bo trzeba mieć dobrze sparowane i już w momencie podmiany wygrzane, by nie zmieniły parametrów, a także umieć i mieć czym ustawić idealny bias. Nie jest to więc zadanie dla amatorów i coś ad hoc do zaaranżowania, a szkoda, bo dawny T2 był pod tym względem znacznie bardziej tolerancyjny i lampami można było żonglować bez ograniczeń, mimo iż de facto nie było takiej potrzeby.

Całość stoi na nóżkach tłumiących wibracje, ale nie na tyle skutecznych, by użycie podkładek kwarcowych Acoustc Revive nie dało pewnej poprawy, to znaczy cieplejszego i bardziej analogowego brzmienia. Kosztować będzie to stanie właściciela równiutkie 30 tys. złotych, co w przypadku słuchawek dedykowanych powoduje komplet 50 tysięcy plus. Można więc dostać zadyszki, ale muzyka nie jest tania i na przykład porządny komplet perkusyjny też tyle będzie kosztował. Poza tym to nie wyrób na polski rynek, do nas trafiający tak przy okazji, a dla Japończyka czy Amerykanina to nie będzie aż powód duszności. W każdym razie dla sporej grupy.

xxx

Można przełączać i kręcić.

A przede wszystkim z założenia to najlepszy słuchawkowy system świata, konkurent nowego Orpheusa, HiFiMAN Shangri La i zestawu od MSB też dla flagowych Staksów, a te są droższe o cały rząd wielkości. Pięćdziesiąt tysięcy euro, pięćdziesiąt tysięcy dolarów, a MSB wraz z dedykowanym przetwornikiem nawet tych dolarów aż sto pięćdziesiąt tysięcy. Z jednej strony więc drogo, ale z drugiej bardzo daleko do największych cenowych szałów.
———————————————-
(1) Balans regulujemy przytrzymując pierścień i kręcąc gałką w lewo lub przytrzymując gałkę i kręcąc pierścieniem w prawo.
(2) Przed użyciem regulacji sygnału w źródle należy obniżyć wydatnie jego poziom, by uniknąć uderzenia dźwiękiem.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

11 komentarzy w “Recenzja: Stax SRM-T8000

  1. Maciek pisze:

    Słuchałem dokładnie tego samego duetu. Spodziewałem się jednak większego ładunku emocjonalnego. W zamian było bardzo sprawne technicznie granie, duża transparentność, dobra dynamika. Jednak nie na tyle oszałamiająca była ta strona techniczna, by przykryć niedostatki braku emocji w przekazie. Zestaw faktycznie wydajny mocowo i elegancki, choć jak pisałeś nie luksusowy w wyglądzie, i mający w tej cenie sporą konkurencję w warstwie muzykalności przekazu. Powiem więcej, niższych nowych modeli Staxa na tym wzmacniaczu lepiej mi się słuchało niż 009.

    1. Piotr Ryka pisze:

      A jakie było źródło i okablowanie?

      1. Maciek pisze:

        Niby tylko Chord 2Qute, ale on ułomny przecież nie jest. Okablowania nie pamiętam.

        1. Maciek pisze:

          Wydając tak grube pieniądze, myślę że lepiej zapolować na starego Orfeusza. Większy rozmach w brzmieniu i nasycenie realizmem. Zapewne też więcej koloryzowanie, ale to nie grzech.

          1. Piotr Ryka pisze:

            Stary Orfeusz to brzmienie zdecydowanie lepsze pod każdym względem, tyle że za 100 tys. a nie pięćdziesiąt i bez możliwości serwisu. Także wyjątkowy a nie przeciętny wygląd. Co do koloryzacji, to żywa muzyka jest barwna, a tylko niektórym redaktorom wydaje się, że bociany przynoszą ją na zszarzałych taśmach magnetofonowych :)

  2. Stefan pisze:

    Ciekawe, szkoda że im nie wyszło, z opisu wygląda na rozwinięcie 727 mkII.
    Trzeba w takim razie sprawdzić tą przystawkę iESL, mocno się różni od LST?

    1. Piotr Ryka pisze:

      Mocno się nie różni. LST jest szlachetniejszy brzmieniowo, co przy jego prostocie konstrukcyjnej i klasie transformatorów wydaje się nieuchronne.

      Stax musiał być świadomy, że to nie będzie nowy, ani tym bardziej poprawiony, T2. Przy tych założeniach konstrukcyjnych nie było innej możliwości.

  3. Patryk pisze:

    A ja marze o: Audiovalve Luminare 2016. + Final Audio X.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Powodów do marzeń nie brak. Na szczęście :)

  4. Michal Pastuszak pisze:

    Zdecydowanie wolalbym Trilogy H1, zwlaszcza, ze cenowo prawie to samo, a brzmienie znacznie bardziej wciagajace i co istotne (dla mnie), dostajemy wiecej dociazenia/ciala ze szczytowymi Staxami.

    1. Piotr Ryka pisze:

      Porównywałem, porównywałem. Recenzja niebawem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy