Recenzja: Sony MDR-Z1R

   Już się zdawało, że te słuchawki w sensie recenzyjnym przepadły, albowiem sam dyrektor marketingu Sony Polska osobiście oświadczył mi w telefonicznej rozmowie, że nie ma i nie będzie, bo u nas nie będą oferowane. Wygląda więc na to, że dla wielu producentów, w tym także bardzo znanych, wciąż pozostajemy zaściankiem i rzeczy przedkładane jako oferta Amerykanom czy Niemcom w naszych katalogach nie figurują. Nie mnie to oceniać. Każdy swój rozum ma i nim się powinien kierować, ale skromnie napomknę, że też japońska Audio-Technica całkiem jeszcze niedawno cały rynek europejski lekceważyła, oferując swoje słuchawki z wyższych półek jedynie w kraju macierzystym i USA, a teraz to się zmieniło i na ostatnim AVS ich najnowszy model flagowy, słono zaiste kosztujący, był zaraz po światowej premierze prezentowany i znalazł się w ofercie. Sony ma jednak najwyraźniej stare nawyki, o czym także ilość liter R w nazwie zaświadcza, i swego nowego flagowca polskiemu rynkowi nie fundnęło. Tym to dziwniejsze, że świadomość mieć musi, iż wiele takich słuchawek jest u nas dostępnych, i w ogóle półtora roku temu wejście tych Z1R wydawało się przesądzone, bo na AVS 2016 były. Właśnie tam ich słuchałem i podobały mi się, a tu niemiła niespodzianka i ostatecznie rejterada. Ale dziś nie te czasy i łaski nikt nikomu nie robi. Jak się oficjalny dystrybutor wycofał, to inni weszli na jego miejsce i słuchawki są do kupienia. Dowiedziałem się o tym przypadkowo, tak przy okazji innych, a zatem znów niespodzianka, tym razem jakże przyjemna. Tym przyjemniejsza, że w dwóch słowach uzgodniłem recenzję, a od słowa do czynu zeszło parę dni. Lecz nie same karesy, bo na drugiej stronie medalu mniej już przyjemna wiadomość, że przybyły na krótko. Żadne więc długie oswajanie i wchodzenie w zażyłość – od razu się trzeba brać do roboty, ale na szczęście przyjechały wygrzane. Tak w każdym razie mnie zapewniono i tego się trzymałem. Sporo ponoć sobie pograły, bo to egzemplarz pokazowy, czas już jakiś będący w obiegu. A skoro tak, to do dzieła, nie ma co czasu tracić.

Ale zanim na uszy, parę słów przypomnienia. Mówiłem to już mnóstwo razy, wszakże jeszcze raz nie zaszkodzi, bo i tak nie wszyscy pewnie wiedzą – więc dla spokoju ducha przypomnę, że w zamierzchłym 1988 roku – dokładnie trzydzieści lat temu! – potężny koncern Sony, niekwestionowany wtedy król rynku, niewykluczone że po trosze za sprawstwem samego Herberta von Karajana, zaoferował słuchawki, jakich wcześniej nie było. Reklamowane nie jako słuchawki, a instrument muzyczny, i stosownie do tego sprzedawane w skórzanych walizkach wykładanych pluszem w zgoła królewskiej purpurze. Wycenione na 2700 USD, a jako ciekawostkę rzucę, że na niedawnej aukcji internetowej w dobrym stanie egzemplarz był wystawiony za 11 tys. euro. Nie będę tej dygresji przeciągał dokładniejszym opisem, ale się czytelnikom należy jeszcze coś o tym von Karajanie. Otóż on i właściciel koncernu byli zaprzyjaźnieni i obaj mieli hopla na punkcie nowin technicznych. Od czasu do czasu robili więc dwuosobową sesyjkę, na której nowin tych kosztowali, toteż całkiem niewykluczone, że owych pamiętnych słuchawek istnienie tym właśnie sesjom zawdzięczamy. Nazywały się Sony MDR-R10 i były tak fantastyczne, że żadnych innych, włączając w to starego i nowego sennheiserowskiego Orpheusa, nie można uznać za lepsze. Sony produkowało je dość długo, bo do 2004 roku, ale potem wypuściło lepszego następcę, który mym skromnym zdaniem okazał się katastrofą. Zwał się ten następca Sony Qualia 010-MDR1, też były to słuchawki drogie i nowatorskie, ale grały do bani. To wprawdzie moja opinia, podczas gdy nie brakowało i nie brakuje osób, które mają całkiem odwrotną, niemniej nie popełni błędu ktoś mówiąc, że R10 grały jak prawdziwy fortepian, a Qalia jak elektryczny. Moją opinię o nich podzieliło też samo Sony, produkcję błyskawicznie zwijając i chcąc o sprawie jak najszybciej zapomnieć. Mało tego, tak się na nich sparzyło, że na długie lata odechciało im się słuchawek popisowych. Ale się w końcu przemogli, choć może nie do końca. Model Sony MDR-Z7 z 2015 roku na pewno nie był nawiązaniem do dawnych piekielnie drogich, niemniej był przynajmniej flagowy, w każdym razie wyróżniony w ofercie. Przy cenie 2500 PLN bardzo w obecnych realiach skromny, niemniej chwalącym się szeregiem innowacji i zapewnieniami o pięknym brzmieniu.

Wszystkie te trzy przykłady słuchawkowych dzieł Sony są tutaj zrecenzowane, wystarczy uruchomić wyszukiwarkę. Nadeszła pora na kolejny i znów po latach taki grubego kalibru. Może jeszcze nie najgrubszego, jak działa pancernika Yamato, dumy cesarskiej floty, ale już z dużą wypornością i dalekim zasięgiem. Model zawieszony w tytule – Sony MDR-Z1R – to już bowiem flagowiec można rzec całą gębą, za 11 tys. złotych. Też oczywiście posażny w innowacje i zaraz właśnie o nich. Wpierw tylko jedna uwaga – słuchawki były gotowe na etapie prototypu już w 2013 roku, jako efekt długich prac rozwojowych, prowadzonych od końca lat 90-tych (czyli jeszcze kiedy R10, a potem Qualia pływały po powierzchni). Trzy lata kolejne zajęło doprowadzenie ich do stanu oferty rynkowej – akurat aby zdążyć na wielki słuchawkowy boom.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

23 komentarzy w “Recenzja: Sony MDR-Z1R

  1. Piotr Ryka napisał(a):

    „Summary
    The MDR-Z1R is a spectacularly beautiful, comfortable, well built headphone, but the bass-heavy, veiled, and zingy character is just far too uneven for a headphone at this price.

    I’m very disappointed. Almost 30 years ago they built the legendary MDR-R10 that now sells for around $6000 used…and in my opinion they have fallen short ever since. To me it feels like they come up with seriously innovative ideas and designs, but fail to listen and tune, or throw out entirely, these concepts when they don’t sound up to snuff.

    Sadly, not recommended.”

    To napisał o tych słuchawkach Tyll Hertsens, który powinien się nazywać Tyll Nonsens.

  2. Michal Pastuszak napisał(a):

    Bardzo trafny opis tych sluchawek, mnie sie one wyjatkowo podobaly, najlepsze z zamknietych.

    A co do tekstow znanych recenzentow, ja sie do nich bardzo zrazilem, wliczajac samego Tylla, juz o opowiesciach niejakiego Vlada Savova nie wspomne (czytalem jego recenzje Pioneerow i ostatecznie nie wiem czy chcial sie na kims odegrac czy faktycznie pisal szczera recenzje…

    1. Michal Pastuszak napisał(a):

      Wtrace jeszcze swoje ‚3 grosze’ juz za dnia. Sluchalem takich Sony, ktore pograly w sumie niemal 2 tygodnie i moim zdaniem to wciaz za malo (potrzeba zapewne i miesiaca, ale to juz domniemuje) tyle, ze dluzej sie nie dalo bez zakupienia ich. Pod koniec tego okresu ich bogactwo harmonicznych skladowych wciaz wzrastalo na moje ucho, dzwieki robily sie bogatsze (wstepnie moze zbyt ujdenolicone, relatywnie), wiec na pewno ten proces ‚wygrzewania’ (zapewne w duzej mierze jest to rozchodzenie sie samego zawieszenia przetwornika, jak i ‚uwrazliwienie’ tego ostatniego) jeszcze by trwal, takie cos zaobserwowalem przynajmniej w Pioneerach, ktore maja bardzo zblizonej grubosci membrane przetwarzajaca (25 mikrometrow) i strasznie sztywne zawieszenie.

      ps. bardzo sie ciesze ze te sluchawki doczekaly sie recenzji i to pozytywnej. Widzialem je do niedawna dosc regularnie w UK w bardzo kuszacej cenie (6-7kPLN) jako nowe, otwarte egzemplarze, czyli zwroty od tych, co nabyli, posluchali 2-3 dni i wielce rozczarowani uznali, ze to nie gra.

      1. Marcin napisał(a):

        Potwierdzam, w UK często można kupić towar, który został zwrócony po kilku dniach. Ja w taki sposób kupiłem 3 tygodnie temu K812 za… 500 funtów 🙂

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Wy tam w tym UK za dobrze mata…

          1. Kosq83 napisał(a):

            Dobrze dobrze ale daleko do swoich..

  3. Sławomir S. napisał(a):

    W tym rynkowym bałaganie słuchawkowych wtyków, pojawia się kolejny standard – 4,4 mm zbalansowany.
    A gniazdo do niego nie tylko w przenośnym odtwarzaczu Sony. Takie gniazdo oferuje jeden z wymiennych modułów wzmocnienia odtwarzacza Ibasso DX200 i nowa flagowa integra Sennheisera HDV 820, gdzie czytamy : „Stowarzyszenie Japan Electronic and Information Technology Industries Association (JEITA) wyznaczyło Pentaconn Connector jako standard dla symetrycznych połączeń słuchawkowych, co przyczyni się do zminimalizowania różnorodności, jaka panuje wśród niestandardowych złącz. Dzięki niewielkiej średnicy tego złącza, która wynosi 4,4 mm, jest ono odpowiednie do zastosowania w aplikacjach stacjonarnych, jak również mobilnych.” Takze HD660S mają kabel z tym wtykiem. Czy obserwujemy powolny proces standaryzacji gniazd słuchawkowych symetrycznych czy tylko powiększenie aktualnej różnorodności?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Na pytanie nie umiem odpowiedzieć, ale dziękuję za cenne uzupełnienie.

  4. Kosq83 napisał(a):

    To się panu trafił rarytas panie Piotrze. Jak chłopaki wyżej pisali 6-7K za otwarte pudełko to jeszcze nie kosmos cenowy. Co do układania się słuchawek długimi godzinami to przecież prosta sprawa. Niedorzeczne jest ocenianie słuchawek wyciągniętych z pudełka.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Niedorzeczne, lecz jakże częste.

      1. Andrzej napisał(a):

        Niedorzeczne moze i tak.
        Ale jak w takim razie wybrac odpowiednie sluchawki,
        jesli nawet nie ma sensu wybrac sie na odsluch?

        1. Piotr Ryka napisał(a):

          Dobre pytanie. Osobiście robię co mogę, by unikać recenzowania surowizn. Jednocześnie leży chyba w interesie sprzedawców i producentów oferowanie do odsłuchu egzemplarzy wygrzanych. A że w praktyce często tak się nie dzieje, to efekty lenistwa, niewiedzy lub ograniczeń. Nie wszyscy wiedzą, że tak się postępować powinno, nie wszyscy w wygrzewanie wierzą i nie każdy sprzedawca ma możliwość rozpakowania jednej sztuki, by służyła do prezentacji.

        2. Michal Pastuszak napisał(a):

          Do Andrzeja,

          Mozna sie bronic do pewnego stopnia i wypozyczac/kupowac nauszniki z mozliwoscia zwrotu do 14dni, nie jest to rozwiazanie idealne, ale w przypadku drogich nausznikow chyba jedyne sensowne, choc tu by nalezalo kupic jednoczesnie ze 3 roznych pretendentow i ich pozniej oceniac. Absurd finansowy. Pozostaja tez spotkania wlascicieli.

          Osobiscie jestem zdania ze flagowe nauszniki, majace byc chluba firmy, powinny byc przed wypuszczeniem na rynek wygrzewane fabrycznie, byc moze nawet projektanci sygnalizuja taka potrzebe, ale dzial ‚handlowy’ macha reka, ze nie ma czasu na ‚drobnostki’. Pozniej dochodzi do nieporozumien, czasem 2 tygodnie to za malo, ba!, mozna sluchac muzyki wokalnej przez rok caly i nie wygrzac zupelnie sluchawek jesli nie bedzie nalezytego wychylu zawieszenia przetwornika.

          Nawet idac na odsluch wygrzanych w salonie sluchawek nie jestem przekonany czy w kilka godzin uda nam sie bezblednie wytypowac ‚nasz’ model (no chyba, ze trafimy na sluchawki absolutne, gdzie mozg nie musi w najmniejszym stopniu pomagac w realizacji), dochodzi tu bowiem wlasna predyspozycja psycho-fizyczna danego dnia, mozemy byc mniej lub bardziej wyczuleni na pewne czestotliwosci co bedzie naturalnie rzutowalo na odbior sluchawek i to, co nam sie wowczas wielce spodobalo, moze draznic w dniach kolejnych i vice versa.

          Wypada miec kupowane nauszniki w domu, we wlasnym systemie choc kilka dni, aby wyeliminowac takie czynniki.

  5. Piotr Ryka napisał(a):

    Istotna uwaga praktyczna. Kupujecie sprzęt audio. Coś wam się bardzo podoba. Decydujecie się, a sprzedawca powiada – dostarczymy panu nowiutką sztukę, prosto od producenta. Otóż nie! Nie kupujcie nowych sztuk! Bierzcie tą, która się wam podobała. Pamiętajcie – sztuka sztuce nierówna. Możecie oczywiście wziąć inną, ale też wcześniej odsłuchowo sprawdzoną, co najmniej równie dobrze grającą.

    1. Andrzej napisał(a):

      Dokladnie tak. U niektorych producentow to jest wrecz wymog (np. Audeze) 😉

      Dlatego ja sie wogole nie dziwie, ze sklepy maja sporo zwracanych topowych sluchawek, bo to najlepszy sposob na prownanie, i kupienie dokladnie tej sztuki, ktora nam sie podoba.

      Najlepiej byloby nawet zamowic ten sam model z 3 roznych zrodel, porownac i wybrac najlepszy.
      Zakladajac, ze juz sie zdecydowalismy na konkretny model.

  6. AAAFNRAA napisał(a):

    Witam. W stosunku do TH900 (v1) oraz Beyerdynamic t1 v2 to jest wyraźny progres, czy raczej ucieczka w bok? Kuszą mnie te Sony już od dawna.

  7. Piotr Ryka napisał(a):

    Mogę odpowiedzieć tylko w ten sposób – je bym wolał. Różnica nie jest natomiast zasadnicza. To nie są nowe R10. Ale mają siłę przyciągającą, niewątpliwie. Konieczny jest jednak wysokiej klasy wzmacniacz i dobre, muzykalne źródło.

  8. Jan Wojwodzki napisał(a):

    Dysponujac kwota powiedzmy ok 15 tys jaki słuchawki by Pan wybral?

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Z obecnie produkowanych Final D8000.

    2. Andrzej napisał(a):

      Jak na sluchawki za 15 tys. pytanie zadane byle jak.
      Nawet nie wiadomo, czy potrzeba izolacji czy nie.
      Jak mozna doradzic jakiekolwiek sluchawki znajac jedynie cene?

      1. Jakubas100 napisał(a):

        Pytanie było o to jakie słuchawki wybrałby Pan Piotr – pytanie i odpowiedź bardzo precyzyjne 🙂

  9. Jan Wojwodzki napisał(a):

    hmmm ciekawe

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Ciekawe w jakim sensie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy