Recenzja: Sony MDR-1000X

Sony MDR-1000X HiFi Philosophy 010   Gdy piszę ciąg liter sonymdr, od razu wyskakuje mi w głowie cyfra dziesięć i pojawia się rozżalenie. Tak, bardzo żałuję, że nigdy nie stałem się posiadaczem albo chociaż długotrwałym użytkownikiem tych legendarnych słuchawek, którym żadne inne dynamiczne nie dorównały. Sony MDR-R10 to jedna z najdziwniejszych historii w całych kilkudziesięcioletnich dziejach branży hifi – pierwsze high-endowe słuchawki (1987) i równocześnie jakościowo po dziś dzień niezrównane. Paranoja, wariactwo, pięści same się zaciskają. Ale takie są fakty, na takim żyjemy świecie. Postępem okazały się walki uliczne z muzułmanami na ulicach francuskich i szwedzkich miast, a nie jakieś lepsze słuchawki czy loty załogowe na Marsa bądź chociaż Księżyc. Komu by to trzydzieści lat temu, w 1987, przyszło do głowy?

Jednakże postęp taki czy inny stale się dokonuje i chociaż nie dotyczy na razie brzmienia, to przynajmniej możemy nabyć teraz słuchawki inteligentne. Są już inteligentne domy, inteligentne oświetlenie, inteligentne nawigacje samochodowe, a także inteligentne słuchawki. Czy owa „inteligencja” przedmiotów użytkowych jest komuś potrzebna, czy raczej powstała jako erzac inteligencji rządzących i inteligentnego podejścia do świata, tego nie wiem, ale chyba przynajmniej nie szkodzi, jako że inteligencja zaczyna przeszkadzać w normalnym funkcjonowaniu dopiero przy IQ powyżej 150, co domom, samochodom, politykom ani słuchawkom raczej nie grozi. Isaac Newton albo Niels Bohr potrafili zachować się dziwacznie, ale inteligentne słuchawki – mam przynajmniej taką nadzieję – zachowywać się będą normalnie.

Co z tą inteligencją – spytacie, skąd ona? Pojawiła się już w pokaźnej dawce podczas zapoznawania się z konkurencyjnymi Sennheiser Wireless Momentum, a ta zaaplikowana bezprzewodowym Sony jest analogicznej klasy. Oznacza automatyczne nawiązywanie łączności bezprzewodowej (zasięg do 10 m) po pierwszym (to tylko na żądanie) logowaniu, rozbudowaną, możliwą do realizacji na różne sposoby, walkę z zewnętrznym hałasem, samą oczywiście łączność bezprzewodową, komunikację głosową (potrafią te Sony mówić!) oraz obsługę dotykową. Do tej ostatniej służą zarówno trzy przyciski u dołu lewej muszli, jak też panel dotykowy, którym okazuje się cała powierzchnia prawej. Stukając w nią lub przeciągając po niej palcami możemy zwiększać głośność lub ściszać (dół-góra), przewijać przód-tył (przed siebie lub za siebie), pauzować i ruszać (pukając raz lub dwa razy). Możemy także przyłożyć całą dłoń, a wówczas dźwięk w obu muszlach natychmiast ścichnie i nie pojawi się dopóki trzymać będziemy rękę przy muszli, co bardzo się przyda w sytuacji, gdy chcemy usłyszeć coś z zewnątrz a nie chce nam się ściągać słuchawek. Można to także załatwić inaczej, regulując sposób redukcji dźwięków zewnętrznych; zarówno poprzez dozowanie całkowitej siły redukującej, jak i ustawienie filtracji na nie eliminowanie samego ludzkiego głosu. Spryciarz zatem z tych Sony i niejedno potrafią, pytanie jeszcze, co potrafią w swej roli podstawowej źródła muzycznych doznań. Na tym się zaraz skupimy, ale wcześniej o wyglądzie, wygodzie i technologii.

Budowa

Legenda audio w obliczu nowoczesnych wymagań: Sony MDR-1000X.

Legenda audio w obliczu nowoczesnych wymagań: Sony MDR-1000X.

   Słuchawki, wzorem modeli bezprzewodowych, są nieduże i zamknięte; akurat takie by ucho w nie weszło. Są też oczywiście lekkie (275g) i wykończone w sposób usuwający wszelkie kanty. Można je składać przez łamanie pałąka i mają w komplecie bardzo porządne – sztywne i miłe w dotyku etui przenośne. Kabel rzecz jasna dano im odpinany (1,5 m z posrebrzanej miedzi beztlenowej), doprowadzany do lewej muszli, a w prawej miast wtyku kabla znajdziemy gniazdo ładowarki USB. Ładuje się cztery godziny, a potem grać można przez dwadzieścia i po rozładowaniu już tylko via kabel aż do ponownego załadowania. Muszle są ładnie uformowane, z eleganckiego, gładkiego a przy tym lekko porowatego tworzywa i ruchome we wszystkich płaszczyznach; a do wyboru ma przyszły użytkownik kolor beżowo-popielaty lub stonowaną czerń. Sam otrzymałem popielate i bardzo mi się podobały, bo co jak co, ale o wygląd swych wyrobów firma Sony potrafi zadbać. Muszle i pady zostały elegancko zebrane w całość kolorystyczną, plus na dokładkę tego samego koloru pałąk od strony wewnętrznej, a od zewnątrz, włącznie z chwytakami muszli, dołącza satynowo srebrny metalik na bazie nierdzewnej stali. Dla ozdoby po obu stronach wytłoczono w nim napis SONY, a regulacja zawieszenia odbywa się w oparciu o bardzo skuteczne, schowane w pałąku karby. Całość jest miła dla oka i miła w dotyku, a przede wszystkim wygodna, mimo niewielkiej przestrzeni w nausznych komorach. Ktoś najwyraźniej bardzo starannie popracował nad niewielkimi padami i w efekcie ucho wchodzi w nie jak w rękawiczkę.

W zestawie oprócz słuchawek, kabla, etui przenośnego i instrukcji obsługi jest jeszcze przejściówka na wypadek podróży lotniczej oraz parę dodatkowych papierków. Cały ten zestaw ląduje w czarnym pudełku z grubego kartonu wyłożonego pianką à la aksamit, obleczonego dodatkowo obwolutą ze zdjęciem słuchawek. Koszt kompletu to 1800 PLN, a w zamian wszystkie powyższe specjały plus opracowana przez Sony specjalna technika cyfrowego uprzestrzenniania dźwięku.

Oczywiście jak przystało na wyjściowe nauszniki, tak i 1000X posiadają składaną konstrukcję.

Oczywiście, jak przystało na wyjściowe nauszniki, 1000X posiadają składaną konstrukcję.

Słowo o technice. Dynamiczne przetworniki mają 40-milimetrowe membrany z ciekłokrystalicznej folii polimerowej i neodymowe magnesy, a przenieść mogą pasmo 4 Hz – 40 kHz przy skuteczności 98 lub 103 dB, w zależności od trybu pasywnego (niższa) lub aktywnego (wyższa). Zmienna jest też impedancja; i tu zależność zachodzi analogiczna – niższe 16 Ω dla pasywnego trybu przewodowego i wyższe 41 Ω dla aktywnego przewodowego.

 

 

 

Odsłuch: Po kablu

W pełnej okazałości.

W pełnej okazałości.

   Zacznijmy od kwestii najistotniejszej – słuchawki grać mogą nie tylko bezprzewodowo, ale także przewodowo w trybie wyłączonym lub włączonym. Możemy więc je, jak każde inne, połączyć ze wzmacniaczem kablem i słuchać w trybie pasywnym, albo nacisnąć przycisk na lewej muszli i po dwóch sekundach usłyszeć kobiecy głos: „Power on”, co potwierdzi zielone światełko u góry środkowego przycisku. Najlepiej to jednak potwierdzi zmiana brzmienia. W trybie pasywnym grają znacznie ciszej, dźwiękiem nieco stłumionym, mniej dźwięcznym, trochę nosowym. Kiedyś napisałbym, że takie granie to niech je licho porwie i na tym zakończył sprawę, ale nasłuchałem się w życiu tylu brzmień ekstatycznych, koniecznie chcących słuchacza bogactwem przytłoczyć, że teraz to spokojniejsze, wycofane przestało mnie irytować i odbieram je bardziej jako chęć uspokojenie na zasadzie muzyki obok albo odcinającej. Jednakże w sensie rzetelnej wyceny bez włączenia grają te Sony na poziomie słuchawek za sto parędziesiąt złotych i do takich Grado SR60 brakuje im jakościowego multum. Zaletą jest brak agresji, dość dobre wypełnienie, niezła szybkość i spokojna, melodyjna wokaliza, jednakże wyrażając się po audiofilsku to kocyk, obcięcie, zmulenie. Zmulenie takie dość znośne, dające się słuchać bez każącej natychmiast zrywać z głowy irytacji – i nawet można pokiwać się trochę do taktu, ale żadnych audiofilskich podniet nie należy oczekiwać. W sumie więc tak samo jak kiedy słucha się na przykład koncertu z telewizora. Mój system w samochodzie gra dwie klasy lepiej. Natomiast po włączeniu robi się całkiem inaczej i tu też postanowiłem porównać, ale już bezpośrednio do wspomnianych Grado SR60. I proszę się nie krzywić, że są za czterysta złotych, bo słuchawki za tysiąc pięćset wcale specjalnie lepsze nie są, a bywa nieraz, że gorsze.

Co w porównaniu wyszło na jaw? Sony okazały się pod pewnymi względami lepsze, choć szczerze przyznam, raczej tego nie oczekiwałem. Przede wszystkim grały wyraźniej i w sposób bardziej uporządkowany. Wokale ze sporo lepszą dykcją i zdarzenia na scenie lepiej uporządkowane, z precyzyjniejszą lokacją źródeł i lepiej zaznaczającym się podziałem na poszczególne brzmienia. Nie było już koca, choć oczywiście czystość i przenikliwość nie miary Fostex TH900 ani nawet TH610.

Niewielkie pady okazały się niezwykle pojemne i przyjemne w użytkowaniu.

Niewielkie pady okazały się niezwykle pojemne i przyjemne w użytkowaniu.

Niemniej na takich naprawdę dobrych plikach, przy których nawet te ostro reklamowane Masters z Tidala mogą się schować niestety, ukazała się przejrzystość całkowita i bardzo zaawansowany, aż nieco sztuczny porządek. Bas do wtóru grzmocił aż miło, a soprany świdrowały nieco zbyt ofensywnie, ale całkiem jeszcze do wytrzymania. Zwłaszcza, że szły z przetwornika Ayon Sigma na wzmacniacy Phasemation po szczytowym interkonekcie XLR Ortofona, a Sigma lubi sopranami chłostać i kabel Ortofona też ich nie żałuje. Nieznacznie były zbyt wrzecionowate i trochę za bardzo izolowane od reszty, ale kto by się chciał domyślać, że tonuję ostrość sopranów brakiem ostrości wypowiedzi, ten nie będzie miał racji. Nie były jazgotliwe, choć na tym samym materiale lekko cofnięte, zdecydowanie łagodniejsze od SR60 okazały się przyjemniejsze w odbiorze, mimo że trochę przygaszone i przysłaniane częściowo średnicą. Super jednak relaksujące, podczas gdy te od MDR-1000X bardziej jaskrawe, pikantne, szukające podniety, nie pozwalające na drzemkę. Tranzystorowym stylem atakujące, a nie lampowo łagodne i chowane za melodyką.

Zjawisko siłą rzeczy przenosiło się na wokale i te od SR60 też podobały mi się bardziej. Pełniejsze, bardziej trójwymiarowe, bliższe rzeczywistości, śpiewniejsze, wyzbyte całkowicie agresji. Sony mają za to co innego – lepiej ukazują przestrzeń, czyniąc ją większą i lepiej przeskanowaną. Mniej nasyconą melodyką i mniej tajemniczą, bo jasno, wyraźnie oświetloną, ale dużą, otwartą, na wskroś przejrzystą i misternie cyzelowaną. Co zaś się tyczy samej średnicy, to nie jest wprawdzie w graniu po kablu u bezprzewodowych nominalnie Sony wypchnięta, ale cechuje ją nie tylko dobra dykcja, lecz także dobre oddanie indywidualizmu głosów. Nie jest ocieplona, nie jest przymilna i nie ma przeciągłych, upojnych wybrzmień, ale jest dobrze przyprawiona czynnikiem indywidualnym i wyjątkowo czytelna.

Najistotniejszy element mobilnych Sony - cyfrowa technologia przesyłu i tłumienia otoczenia.

Najistotniejszy element mobilnych Sony – cyfrowa technologia przesyłu i tłumienia otoczenia.

Poniżej bas podobnie wyrazisty, dość twardy, rozdzielczy i przede wszystkim mocny. W charakterze podobny zatem do tego od dopiero co zrecenzowanych Fostex TH610, te jednak grają wyraźnie bardziej trójwymiarowym dźwiękiem, jeszcze lepszą przestrzenią i bardziej różnorodnie. – Tu bardziej twardo, tam bardziej miękko, a każdy dźwięk otoczony wzbogacającą aurą, której u Sony próżno szukać. Podobnie natomiast jasny i wyraźny, przy czym Sony są także bardziej pogłosowe a mniej naprężone.

Od systemu stacjonarnego z nie bardzo pasującym przetwornikiem Signa – mającym ten sam brzmieniowy charakter i duże dla sprzętu towarzyszącego wymagania, a więc lepiej pasującym do czegoś w rodzaju Sennheiser HD 800S albo MrSpeakers – przeszedłem do odtwarzacza przenośnego, któremu słuchawki są dedykowane. Jeszcze nie po łączu bezprzewodowym, ale już z graniem podróżnym, z kieszonki. Cowon Plenue okazał się dużo lepszym partnerem od Sigmy. Zaoferował brzmienie wyraźnie ciemniejsze, wyraźnie też bardziej melodyjne (sic!), płynniejsze, ogólnie lepiej dopasowane. Signa z Phasemation i Ortofonem to była jednak za wysoka liga, a przede wszystkim ewidentny brak synergii, odwrotnie niż Cowon. Z nim słuchało się bardzo przyjemnie i wcale nie za pikantnie, ani w ogóle pikantnie.Zmiękczona, bardziej wyeksponowana (o wiele) i cieplejsza średnica owocowała miłymi wokalami o wciąż dużej wyraźności ale zdecydowanie większym wdzięku. Nie był to jakiś szczególny popis, ale brzmienie bardziej przyjazne, takie już przyzwoite na skali absolutnej jakości.

Co prawda można się pokusić o granie za pośrednictwem dołączonego kabla, jest to jednak tylko przedsmak możliwości 1000X.

Co prawda można się pokusić o granie za pośrednictwem dołączonego kabla, jest to jednak tylko przedsmak możliwości 1000X.

Trochę jeszcze za mało plastyczne i zbyt uproszczone, ale już niezłe, niezłe. Jeszcze bym go nie kupił, ale już bym nie ganił. Niemniej to od SR60 wciąż pozostawało bardziej analogowe i bardziej mi się podobało. Nie tak wyraźne, ale bardziej muzyczne, plastyczne, wycieniowane, uwodzicielskie.

 

 

Odsłuch: Bezprzewodowo

Prawdziwa uczta zaczyna się w trybie bezprzewodowym.

Prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero w trybie bezprzewodowym.

   To wszystko jednak dopiero uwertura, ponieważ podstawową rolą Sony MDR-1000X jest grać via eter a nie via kabel. I tu muszę przypomnieć historię z też bezprzewodowymi Sennheiser Momentum, ponieważ to się okazuje regułą. Tak na zdrowy, poranny chłopski rozum, nieskażony jeszcze okowitą. należałoby oczekiwać, iż tego rodzaju słuchawki starają się grać jak najlepiej bezprzewodowo, ale jednak co kabel, to kabel i po kablu brzmią lepiej. Tymczasem nic z tych rzeczy. Najwyraźniej producenci postawili działom technicznym wymaganie, by słuchawki bezprzewodowe grały najlepiej bezprzewodowo, do czego można zmierzać z dwóch stron: optymalizując brzmienie bezprzewodowe i psując to po kablu. Śmiem twierdzić, że oba czynniki zarówno u Sennheiser jak i u Sony zostały wykorzystane, to znaczy naprawdę przyłożono się do transmisji bezprzewodowej i nie na żarty popsuto kabel.

Efekt jest zgodny z założeniami – słuchawki bez kabla grają lepiej. Ale co mówię – grają lepiej, jak to się mawia, o niebo. Nawiązawszy łączność bezprzewodową z Sony Xperia pokazały co potrafią naprawdę i to już było granie dużej klasy, chociaż wciąż w opisanym już stylu. A zatem dobrze oświetlone, przejrzyste i wyraziste, a także z powiększoną przestrzenią. Przez to ostatnie nie rozumiem rzecz jasna, że dawała się odczuć w tym brzmieniu jakaś normalna przestrzeń, którą Sony dźwiękowym spychaczem jeszcze poszerzały, niemniej mają wbudowane systemy obróbki cyfrowej pracujące na rzecz poprawy wyraźności i powiększania przestrzeni, dzięki którym jedno i drugie przyrasta. Nie identycznie jak u ifi, ale to jest ten sam kruczek, ta sama szkoła doprawiania dźwięku. Cyfrowe pliki są rozkładane są na części, cyfrowo obrabiane i potem składane na nowo – oczyszczająco już rozwarstwione i powiększone przestrzennie. To słychać także po kablu, ale ten musi być tak nędznej jakości że psuje – psuje ewidentnie.

Na tym polu bezprzewodowe Sony wydają się stanowić absolutną czołówkę!

Na tym polu bezprzewodowe Sony wydają się stanowić absolutną czołówkę!

Tak więc całościowy efekt cyfrowych retuszy estetycznych usłyszymy dopiero bez kabla i trzeba przyznać, że jest to granie niezgorzej działające na wyobraźnię. Szczególnie właśnie przestrzenne – z rozległym horyzontem i głębokim oddechem w krystalicznie czystym powietrzu. Dzięki temu także wyjątkowo czyste i wyraźne, od największych figur brzmieniowych po najdrobniejsze detale. Nie ma takiego parcia na plankton jak u Fostex TH900, ale czuje się tą czystość medium potęgowaną przez jasne oświetlenie, które jest wprawdzie jasne, ale nie jakieś drażniące. Dobrze dobrane dzienne światło bez zabawy w światłocień, bo przecież nie wszyscy muszą być Rembrandtami, można być także Canaletto.

Jednocześnie soprany ulegają humanizacji, tracąc w dużej mierze swój trochę zbyt techniczny charakter, a bas wciąż pozostaje mocny, rozdzielczy, eksponowany. Właściwie wszystko zostaje po staremu, tyle że dźwiga się mocno w górę, ponieważ to co było efektowne jest teraz dwakroć efektowniejsze i dochodzi do tego rzecz najważniejsza – to wszystko zmienia się teraz w muzykę. Jeszcze nie taką od MrSpeakers czy Sennheiser HD 800S, ale już w coś przejawiającego w niemałym stopniu naturę muzyczną, a nie jakiś rzut zaledwie muzyki na papier techniczny. Pojawia się śladowa wprawdzie ale już wyczuwalna aura dokoła dźwięków, pojawiają się linie melodyczne, staje się cieplej bardziej ludzko i bardziej przyrodniczo. Wciąż jest tak trochę aż za wyraźnie i nie jest to jeszcze muzyczna poezja, ale robi się z tego w miarę porządne muzykowanie o dobitnych walorach przestrzennych. Przejrzyste wyraziste, z mocno zaznaczonymi skrajami pasma i niezłą partią wokalną.

Jeśli ktoś tylko potrzebuje tak zadaniowych słuchawek, to Sony MDR-1000X można polecić z czystym sumieniem.

Jeśli ktoś tylko potrzebuje tak zadaniowych słuchawek, to Sony MDR-1000X można polecić z czystym sumieniem.

Dźwięk okazuje się wprawdzie ewidentnie „zrobiony” – podrasowany w taki sposób, żeby dzięki efektom specjalnym (czystość, przestrzeń) działał jak najmocniej na wyobraźnię, ale muzyka się w tym nie gubi tylko także pozwala odczuć, więc w sumie jest to faktycznie efektowne, chociaż nie całkiem naturalne. Przyjemnie jednak się słucha, zwłaszcza że wprost ze smartfona i nawet do tego bez kabla.

Podsumowanie

Sony MDR-1000X HiFi Philosophy 002   Słuchawki bezprzewodowe Sony są faktycznie bezprzewodowe, bo słuchanie ich za pośrednictwem dołączonego nitkowatego kabelka to zwykła strata czasu. Od razu się trzeba zalogować bezprzewodowo do czego kto tam ma i wtedy słucha się nie tylko przyjemnie ale nawet spektakularnie. Nie są to wprawdzie słuchawki dla kogoś preferującego styl brzmień gorących, gęstych, lubieżnych, ale powiedzmy sobie szczerze – to są przede wszystkim słuchawki dla ludzi młodych, a przynajmniej niestarych. Ci starzy wyjadacze, co zęby na audiofilizmie zjedli i brzmienia podrasowane, ekstatyczne zdążyły ich już zmęczyć, będę przeważnie (choć na pewno nie wszyscy) woleli granie dogłębnie analogowe i bez cyfrowych upiększeń, bazujące na drogich przetwornikach i drogim okablowaniu. Natomiast wiem z doświadczenia – z kontaktów międzyludzkich i tego że sam byłem młody – iż ludzie młodzi bardzo lubią efektowne, czasami aż efekciarskie popisy, dużą scenę i finezyjną, podkreśloną szczegółowość. To także wiedzieli konstruktorzy Sony i pod to zrobili słuchawki. Są efektowne, przejrzyste, szczegółowe i mają rozdmuchaną przestrzeń. Przebiegle też grają najlepiej wireless, by w ten sposób z nich właśnie korzystać i żeby nikomu nie było szkoda, że kupił bezprzewodowe, a one wolą po kablu. Nie ma o to zmartwienia, bez kabla zdecydowanie są lepsze. Na tyle, że aż dobre i całkiem ciekawie brzmiące. Budzące zainteresowanie, z brzmieniem wcale intrygującym, a choć da się rzecz jasna lepiej, to lepszych bezprzewodowych nie słyszałem. I wyjaśnijmy to sobie od razu, bo o tym jeszcze nie było mowy: Słuchałem dwakroć flagowych bezprzewodowych AKG, tych co kosztują bodajże sześć tysięcy – Sony MDR-1000X grają lepiej i Sennheiser Wireless Momentum też. Niewątpliwie.

 

W punktach:

Zalety

  • Najlepsze w łączności bezprzewodowej.
  • A wówczas:
  • Wielka, czytelna, ożywiająca się przestrzeń.
  • Mocne, wszystko omiatające światło.
  • Przejrzyste na wskroś medium.
  • Cyzelacja drobnych detali.
  • Eksponowane a równocześnie nie drażniące soprany.
  • W miarę melodyjna, zindywidualizowana brzmieniowo średnica.
  • Mocny, twardy, rozdielczy bas.
  • Niezłe wypełnienie.
  • Minimalna ale bardzo poprawiająca muzykalność aura wokół dźwięków.
  • Niezłe operowanie pogłosem.
  • A z tego efektowna, odcinająca od nudy całość.
  • Można grać naprawdę głośno bez zniekształceń.
  • Polimerowa membrana w technologii ciekłych kryształów.
  • Magnesy neodymowe.
  • Nieduże.
  • Zgrabne.
  • Lekkie.
  • Wygodne.
  • Bardzo ładne.
  • Porządne surowce.
  • Dopracowana stylistyka.
  • Elektroniczne oczyszczanie i uprzestrzennianie dźwięku.
  • Bezproblemowo działająca łączność bezprzewodowa o zasięgu 10 m.
  • Komunikacja głosowa (jako ciekawostka).
  • Regulowane co do mocy aktywne zwalczanie zewnętrznego hałasu.
  • Można ustawić na nie odfiltrowywanie ludzkich głosów.
  • Wyciszanie przez przyłożenie ręki do prawej muszli.
  • Na tej samej muszli dotykowy panel sterujący.
  • Wbudowany mikrofon do łączności telefonicznej.
  • Wytrzymują bez ładowania 20 godzin.
  • Rozsądna cena.
  • Sława marki.
  • Polski dystrybutor.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Po kablu jest gorzej, a w trybie pasywnym jeszcze gorzej.
  • Najlepsze słuchawki przewodowe za te same pieniądze są jednak brzmieniowo lepsze.

Sprzęt do testu dostarczyła firma: SONY POLSKA

Dane techniczne Sony MDR-1000X:

  • Słuchawki zamknięte, wokółuszne, bezprzewodowe, ze składanym pałąkiem.
  • Dynamiczny przetwornik o membranie z ciekłokrystalicznego polimeru i średnicy 40 milimetrów.
  • Pasmo przenoszenia:  4 Hz – 40 kHz.
  • Impedancja: 16 Ω w trybie pasywnym i 41 Ω w aktywnym.
  • Czułość: 98 dB w trybie pasywnym i 103 dB w aktywnym.
  • Aktywny system redukcji hałasów ANC.
  • Komunikacja bezprzewodowa: Bluetooth, zasięg pracy do 10 metrów.
  • NFC
  • Możliwość prowadzenia rozmów telefonicznych.
  • Dotykowy panel sterujący.
  • Nominalny czas pracy na akumulatorze: 20 godzin z ANC i 22 godziny bez ANC
  • Waga: 275 g.
  • Cena: 1799 PLN.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

25 komentarzy w “Recenzja: Sony MDR-1000X

  1. gość44 napisał(a):

    Czy telefon jest jedynym „niebieskim” źródłem dla tych słuchawek?

    1. A.B napisał(a):

      Będzie łączyć z wszystkim co ma Bluetooth. Jak dla mnie idealne słuchawki do sypialni, kiedy druga połowa chce ewidentnie już przenieść się w fazę REM można komfortowo zaserwować sobie TV 🙂

  2. miki napisał(a):

    A gdyby trzeba było wybrać pomiędzy Sennheiser Momentum AEBT i Sony MDR-1000X, np. wyruszając na bezludną wyspę z niewielkim bagażem, to które Pan Redaktor by wziął ze sobą?

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Nie wiem, nie miałem okazji porównać bezpośrednio, a odstęp czasowy był spory i przede wszystkim wypełniony słuchaniem mnóstwa innych słuchawek. Mógłbym zgadywać, ale to nie ma sensu.

      1. miki napisał(a):

        Jakiś czas temu nabyłem drogą kupna Momentum AEBT (jako po prostu Momentum wokółuszne z bonusem w postaci systemu redukcji szumów i bezprzewodowością) i w dużej mierze nastąpiło to pod wpływem recenzji Pana Redaktora. Ze wspomnianej recenzji wynikało, że po kablu grają trochę lepiej niż bezprzewodowo, i tak to również oceniam moim niewprawnym uchem, natomiast z recenzji powyższej wynika, że Sony należy traktować jako stricte bezprzewodowe z opcją słuchania przewodowego w sytuacji awaryjnej, typu wyczerpanie baterii. Panie Redaktorze, a czy w przyszłości przewiduje Pan recenzję produktów Bower & Wilkins i Bose, szczególnie zainteresowane jesteśmy B&W P5/P7 wireless oraz QC35? Szczególnie B&W please, no bo Bose to chyba opinię ma takiego trochę czary-mary.

  3. wraith napisał(a):

    Jak zwykle bardzo dobry test :),i jak wszystkie świetnie się czyta:).
    Właśnie się nad nimi zastanawiałem dla córki i jak mi się wydaje bedzie to dla niej trafny wybór.
    Dla siebie poluje na mdr-r10 (niestety bardzo trudno dostępne:().
    Mam też pytanie…
    Czy jest szansa na test tego zestawu: MDR-Z1R,NW-WM1Z,TA-ZH1ES. Szczególnie interesuje mnie MDR-Z1R niestety nie ma gdzie ich posłuchać przed kupnem.

  4. Jacek napisał(a):

    Witam
    Panie Piotrze czy miał Pan okazje słuchać słuchawek B&W P7 Wireless?
    Jeśli tak to jakby Pan je porównał do Sony czy Sennheisera.
    A jeśli nie ty czy przewiduje Pan recenzje B&W.
    Pozdrawiam

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Niestety, B&W nie słyszałem.

    2. miki napisał(a):

      Używam P5 wireless (co prawda nauszne, a nie wokółuszne, natomiast takie same przetworniki jak P7), z drugiej strony, mam też Momentum OEBT, i jak na mój gust, lepiej brzmią dla mnie B&W. Nie mają takich technicznych wodowytrysków jak Momentum (ANC, NFC, funkcji słuchawek USB, programu do aktualizacji softu na PC i nie wiem, czego jeszcze), natomiast grają pięknie i po 15 minutach braku transmisji wyłączają się, żeby oszczędzać baterię. Są fajne i z czystym sumieniem mogę polecić P5w, natomiast P7w brzmią prawdopodobnie jeszcze lepiej. Aha, i muzykę słucham głównie gitarową (rock/metal) i symfoniczne soundtracki. PZDR.

      1. miki napisał(a):

        Przepraszam, Momentum AEBT, te wokółuszne.

        1. Jacek napisał(a):

          Dziękuje za informacje.

  5. Miltoniusz napisał(a):

    Czy ma Pan jakąś opinię, na ile skutecznie działa system redukcji hałasu, zwłaszcza ulicznego, w szczególności w porównaniu do słuchawek Bose? Czy mając je na głowie i idąc słyszymy uderzenia stóp przenoszone przez kościec?

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Wyznam ze skruchą, że systemu redukcji hałasu poza sprawdzeniem efektywności tego przykładania ręki do muszli nie sprawdzałem. Wydał mi się jednak przy tej okazji skuteczny.

  6. Arek napisał(a):

    Witam. Poszukuję dobrych słuchawek z przeznaczeniem portable. Jak by Pan porównał sony mdr-1000x z Audio-Technica ATH-MSR7 lub Philips Fidelio L2? W zaciszu domowym mam bayerdynamic dt 990Pro i bardzo podoba mi się ich „granie”.
    Pozdrawiam

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Koss Porta Pro zaoszczędzi pieniędzy i poszukiwań. Chyba, że muszą być zamknięte.

      1. Piotr napisał(a):

        Mam Koss Porta Pro. Dzisiaj miałem okazję słuchać mdr-1000x i wydawało mi się, że grają o niebo lepiej (a słuchałem na kablu). Wydają się mieć dużo wyższą rozdzielczość, być bardziej przejrzystymi – po prostu prezentować dźwięk o wiele klarowniej, nie tracąc przy tym na muzykalności. Są dużo bardziej szczegółowe i podają dźwięk w bardziej wyrafinowany i dopieszczony sposób. Kossy wydają się być przy nich zbyt przydymionymi, jakby grały co najmniej spod poduszki :). Oczywiście nieco hiperbolizuję, ale takie pozostawiły te dwie pary słuchawek we mnie wrażenia. Spodobało mi się jeszcze granie Sony mdr a1 oraz Sennheiser Momentum. Posłuchałem też Harman Kardon Soho i byłem trochę zawiedziony dolnym pasmem oraz ogólną, powiedzmy, użytkową ergonomią. A szkoda, bo wcześniej były u mnie na pierwszym miejscu w liście zakupowej. Teraz składniam się bardziej ku Sony. Model mdr 1000x urzeka aktywną redukcją szumu, która dorównuje tej z Bose. Jednak cena trochę wysoka i pewnie można kupić coś lepiej brzmiącego w kwocie 1800 zł. Mdr a1 kosztują koło 700 zł (ale znów to zwykle przewodówki bez redukcji szumów – ot problemy białego człowieka XXI wieku). Brałem jeszcze pod uwagę Marshalle Major II BT, ale po odsłuchu na kablu cieszę się, że nie zdecydowałem się ich kupić, kierując się opiniami z internetu (a chodził mi taki pomysł po głowie). Ostatnio w moim odtwarzaczu króluje Schubert – a z nim nie mogło być Marshallom po drodze.

        1. PIotr Ryka napisał(a):

          A z jakim to wszystko źródłem i wzmacniaczem?

          1. Piotr napisał(a):

            Wszystkie słuchawki napędzał iPhone 5s (ma w sobie DAC Cirrus Logic). Słuchawki kupuję z przeznaczeniem mobilnym, to też na takim sprzęcie przyszło mi je testować. Jeżeli mdr 1000x będą grać jeszcze lepiej wireless, to chyba brak im konkurencji. Chyba że coś tańszego, „kablowego” zagra podobnie i jest warte uwagi? Grado SR60? 🙂 Tej sztuki nie słuchałem.

          2. PIotr Ryka napisał(a):

            Granie wprost z telefonu to nie jest moja specjalność – sam nie praktykuję. Karol ma najnowszego iPhone to sobie sprawdzę, ale według niego Sony Xperia (też ma) gra lepiej. Przy napędzaniu z telefonu liczy się na pewno skuteczność słuchawek Koss były robione pod Walkmana, a to trochę inne czasy.

  7. Jorge napisał(a):

    Hej. Jak one się plasują odnośnie głównego konkurenta – BoseQC35?

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Nie wiem.

  8. gizmi napisał(a):

    Wkurza mnie, że gdy przychodzę po recenzję słuchawek, nad którymi się zastanawiam, już na początku dostaję internetowe bzdurki nie na temat pokroju „Postępem okazały się walki uliczne z muzułmanami na ulicach francuskich i szwedzkich miast”. Co do właściwej części recenzji, brakuje mi porównania do głównego konkurenta – Bose QC35 albo chociaż innych słuchawek Sonego. Podobnie charakterystykę brzmieniową trzeba czytać między wierszami, nie ma nawet informacji, czy grają bardziej V-kształtnie czy średnicą – z recenzji wynika raczej to pierwsze, a moje doświadczenie z innymi słuchawkami Sonego z tej serii podpowiada mi, by patrzeć raczej na ładną średnicę. Mam wrażenie, że wszystkie niemal wszystkie polskie portale recenzenckie (w tym ten) cierpią na „reklamowe wodolejstwo” – zagraniczni recenzenci są zwykle bardziej konkretni i potrafią między czarowaniem wskazać na konkretne właściwości produktów.

    1. PIotr Ryka napisał(a):

      Skoro zagraniczni recenzenci są lepsi, to po co tracić czas na krajowych? A jeśli ktoś ogranicza swoją wiedzę na temat brzmienia słuchawek do określeń V i średnicy, to tutaj faktycznie nie ma czego szukać. Tym bardziej, jeżeli nie odpowiadają mu „bzdurne” dygresje polityczne. Żegnam. Powodzenia za granicą.

  9. AudioFan napisał(a):

    Czy telefon, na którym testował Pan słuchawki miał kodek LDAC? Zastanawiam się jaka jest rzeczywista różnica w jakości brzmienia słuchawek przy współpracy z telefonem z i bez tego kodeka.

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Telefon nie miał LDAC, miał tylko aptX. Karol słuchał jednak z LDAC i daje on większą analogowość, aczkolwiek nie jest to jakaś zasadnicza różnica. Same zrecenzowane tutaj słuchawki mają już tak nawiasem nowszą wersję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy