Recenzja: Siltech Triple Crown RCA

Trzy korony w spoczynku

Siltech Triple Crown HiFi Philosophy 015

Zapętlona sprawa.

   Książęta, królowie, cesarzowe i cesarze – oto towarzystwo nazwowe samych koronowanych głów przydane kablom Siltecha przez twórców; jak więc zdążyłem zauważyć, przed trzema koronami były dwie, a jeszcze wcześniej jedna. Trzy korony to także piękny punkt widokowy w Pieninach i herb królestwa Szwecji, lecz ani tu, ani tam nie pojedziemy na wycieczkę, tylko siedząc wygodnie w fotelu najpierw obejrzymy a potem posłuchamy, co ma nam do zaoferowania najdroższy (chyba) interkonekt świata.

Komplet Siltechów Triple Crown przynoszą nam w wielkim pudle, opatrzonym oczywiście na wieku trzema koronami i dla wygody tego noszenia obleczonym pasowną torbą z grubego, czarnego weluru o odpowiednio pokaźnych uchwytach. Całość jest bowiem ciężka, jak również niestety kosmicznie droga. To jednak ponoć nieuchronne następstwo tak wysokiego technicznego zaawansowania i doboru najlepszych z możliwych surowców, tak więc na spadek cen nie ma za bardzo co liczyć.

We wnętrzu pokrytego efektownie się prezentującą imitacją skóry wielkiego pudła spoczywają w piankowych rynienkach dwa potężne interkonekty – każdy skręcony w ciasne U i sprytnie jeden drugiemu w to U się wcinający. Zwyczajem szeroko stosowanym w najdroższych interkonektach na każdym znajdują się puszki, w przypadku Tripple Crown na każdym po dwie. Nie dość na tym, to jeszcze z przełącznikami, którymi trzeba będzie się zająć. Puszki i wtyki są złote, pokryte galwanicznie prawdziwym złotem, a sam kabel błękitny; nie wiem czy w nawiązaniu do herbu Szwecji, ale najpewniej nie. Siltechy od zawsze były bowiem niebieskie, a trzy korony pojawiły się u nich w ofercie dopiero teraz.

O każdym z trzech węzłowych elementów – wtyku, puszce i samym kablu – jest w tym wypadku coś ciekawego do powiedzenia. Przede wszystkim okazuje się, że wszystkie te elementy w sensie przewodnictwa są wykonane z tego samego surowca, czyli krystalicznego srebra. Jak bowiem zauważa pan Edwin, nonsensem byłoby wysilać się z przewodnikiem, by potem sygnał przechodząc przez wtyk albo jakąś po drodze puszkę trafiał na inny substrat przewodzący i cała (prawie) robota szła na marne. Tak więc w sensie materiału przewodzącego jest Siltech Triple Crown jednym z nielicznych litych interkonektów – całym z jednego tylko surowca, oczywiście najwyższej klasy. W odróżnieniu od też jednolicie ale miedzianego Sulka dzieli się jednak wyraźnie na cztery sekcje.

xxx

Ale problemy wyjaśni książeczka.

Pierwsze na skrajach są osobliwe wtyki. Bardzo w rzeczy samej wymyślne i jedyne takie na świecie. Zaprojektowane przy współpracy i wykonane przez szwajcarską firmę zegarmistrzowską Lennarta Thissena, mają postać masywnych zacisków śrubowych o dodatkowej zdolności obrotu wraz z kablem pomiędzy nimi a puszką, po każdej stronie o 90°. Daje to sumaryczną możliwość skrętu o pełne 180° i stanowi wielkie ułatwienie, zarówno ze względu na to, że kable są grube i sztywne, jak i fakt że śruby zaciskowe wystają ponad szczękami, a zatem obie muszą „patrzyć” na zewnątrz, bo inaczej tradycyjnie niewielka odległość pomiędzy gniazdami RCA okazałaby się niewystarczająca. Za wtykiem – aż po puszkę – ten mogący obracać się kabel jest cieńszy i w lśniącej, jednolicie gładkiej, niebieskiej izolacji, a pomiędzy puszkami wielokrotnie grubszy i izolowany granatowym, mającym wyraźną strukturę powierzchniową metalowym oplotem. Oplata ta metalowa struktura coś, co producent nazywa „powietrzną kołyską”; a zatem możemy domniemywać, iż tak jak w Tarze Air izolację stanowi wewnątrz powietrze, znane z rewelacyjnej zdolności izolowania. W odróżnieniu od bardzo kiedyś cenionej Tary Air1 cesarski, trójkoroniasty Siltech jest jednak całkowicie odporny na niedogodności towarzyszące zginaniu, jeśli nie liczyć faktu, że cały jest dosyć sztywny. Zginać jednakże da się go nawet bardzo wydatnie, a co jeszcze ważniejsze, nie pociąga to za sobą żadnych skutków ubocznych, podczas gdy Tara zbyt mocno gięta milkła, gdy tylko przewodnik dotknął ekranu. W Triple Crown tego nie ma – większy o wiele dystans pomiędzy żyłą a zewnętrznym izolatorem (wewnętrznym jest powietrze) gwarantuje zbawienny brak takich komplikacji. I dodatkowa jeszcze sprawa, naprawdę bardzo istotna: na całej długości izolacja zewnętrzna stanowi klatkę Faradaya. Dlatego pod zewnętrznym teflonem na odcinkach między puszką a wtykiem także jest metalowa. Dzięki temu przewód jest perfekcyjnie izolowany od elektromagnetycznych zakłóceń zewnętrznych, co pozostaje równie istotne jak samo niezaburzone przewodnictwo sygnału w rdzeniu, za które odpowiada najlepszy z możliwych przewodników – monokrystaliczne srebro.

Po obu stronach grubego odcinka środkowego lokują się wzmiankowane puszki – duże, graniaste, pokryte złotem i strukturalnie sporządzone ze specjalnego aluminium. Skrywają skomplikowane obrotowe styki, umożliwiające jakże przydatną, a nawet całkowicie niezbędną, ruchomość wzdłużną wtyków. Miara precyzji stykania jest w nich ponoć niespotykana, dokładniejsza o wiele zer po przecinku niż w nawet najlepszych ze spotykanych styków. Puszki są opatrzone po jednej stronie strzałkami a po drugiej wspomnianymi przełącznikami. Strzałki wyznaczają tradycyjnie kierunek płynięcia sygnału, i to jest rzecz normalna, powszechnie spotykana; natomiast z przełącznikami sprawa jest osobliwsza.

xxx

I jest się czego uczyć.

Fizycznie biorąc to małe, chromowane pstryczki z wyborem pozycji pomiędzy »Ground« a »Float«, oznaczającym, tak przy okazji, jeszcze większe skomplikowanie struktury wewnątrz puszek. Pierwsza oznacza bowiem połączenie ekranu z przewodnikiem (co w odróżnieniu od Tary nie powoduje ciszy), a druga przepływ bezstykowy, całkowicie zawieszony w stanowiącym izolator wewnętrzny powietrzu. Co ciekawe, możliwa jest także sytuacja mieszana, to znaczy po jednej stronie możemy ustawić Ground a po drugiej Float, co daje łącznie na każdym przewodzie aż cztery kombinacje.

Producent wyjaśnia, że nie należy oczekiwać jakichś szczególnych związanych z tym przeobrażeń dźwięku, niemniej jest to „kolejny mały krok naprzód” w stronę doskonałości, umożliwiający optymalne dopasowanie interkonektu do toru. Optymalny teoretycznie powinien być bowiem Float, ale w razie gdyby dźwięk okazał się lepszy dzięki Ground, to nie ma oczywiście nad czym się zastanawiać. Od siebie jeszcze dorzucę, że krok może faktycznie jest mały, ale różnice w brzmieniu okazały się spore, by nie powiedzieć zasadnicze.

Do ceny nie będę już wracał, to oczywista w swej bolesności sprawa, natomiast z satysfakcją mogę poinformować, że kable Triple Crown dostałem do testu dwa, tak więc cały tor można było potrójnymi koronami pospinać, by móc nie tylko się raczyć słuchawkami podpinanymi do przedwzmacniacza, ale też dźwiękiem zasilanych końcówkami mocy kolumn To dało, ma się rozumieć, lepszy badawczy wgląd i teraz o tym wglądzie. 

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

10 komentarzy w “Recenzja: Siltech Triple Crown RCA

  1. Patryk pisze:

    Przykro mi ,ale taka cena nie jest dla normalnych ludzi. Za 20.000€ mozna kupic piekny sprzet i bardzo dobre glosniki na wiele, wiele lat, ktore sprawia, ze bedziemy w niebie. Sam kabel za ta kwote to szalenstwo. Oczywiscie to tylko moje zdanie. Kazdy moze robic, co chce, a jak ktos wierzy w taki wspanialy dzwiek kabla za 20.000€ to prosze i zycze milego sluchania. Patryk.

    1. PIotr Ryka pisze:

      Właśnie w telewizji słyszałem, że Melania Trump przyleciała do Polski z torebką za 300 tys. złotych. Ale dla mamy Muminka torebka też była najważniejsza :)

  2. Przemek pisze:

    Moim zdaniem za 20 tys. euro biorac ceny katalogowe w niebe nie będziemy i do nieba będzie jeszcze trochę.
    Oczywiście to też tylko moje zdanie :-)
    Jakiś czas temu nabyłem kabel Siltech Compass Lake i gra fenomenalnie , po tym comsłyszę i porównuje do kilku innych też nie słabych kabli to takiego Triple Crown aż strach słuchać.
    Byłem kiedyś bardzo sceptyczny w stosunku do kabli dziś czsami mi się wydaje ,że sa one najważniejsze ,wydaje mi się tak tylko przech chwilę :-) ale coś w tym jest.Moim zdaniem nie ma możliwości zbudowania naprawdę dobrego systemu bez kabli wysokiej jakości gdyż za bardzo odlokowuja one system aby to mogło się udać.
    Ok,zgodzę się ,system bez dobrych kabli może grać fajnie ale wepnijmy tam porzadne kable i buzia się otworzy z radości :-).

    1. PIotr Ryka pisze:

      Siltech Triple Crown to nie są kable żeby było dobrze, tylko żeby było najlepiej jak można. Jak się chce jeździć Ferrari albo Veyronem, to też trzeba dużych nakładów. Za to w trzy sekundy do setki.

  3. Przemek pisze:

    Dla mnie po tym co przez ostatnie miesiace słyszę z tych różnych kabli to jeśli kogoś stać to wydatek na taki przewód jest jak najbardziej racjonalny.

    1. Patryk pisze:

      Monza oczywiscie patrzec na to „tak” i „tak”. W tym wypadku przyznaje racje. Jezeli kogos stac na to to prosze: 20.000€ za kabel.
      Sluchalem juz wielu kabli, ale „wielkich” roznic nie usłyszałem. Duzo wiecej da perfekcyjne ustawienie glosnikow w pokoju i dobry, czysty prad.
      100x lepiej zainwestowac n.p w „Isotek Aquarius” (tani za 1300€, a efekt fenomenalny) lub akustyke pomieszczenia niz w kable.
      Patryk.

      1. PIotr Ryka pisze:

        W tle zawsze pozostaje pytanie, czy ci których stać faktycznie na to „stać” zasłużyli. Ale to odrębne, bardzo szerokie zagadnienie.

        Co do samych różnic między kablami, to jak zawsze wycena ma posmak względny, ale generalnie biorąc różnice mogą być w subiektywnym odbiorze ogromne.

        1. Tadeusz pisze:

          Z bólem niestety muszę zgodzić się z Piotrem .Miałem okazję parę razy posłuchać w swoim systemie średnio-wysokich modeli Siltecha oraz najwyższych modeli Kondo ,na które niestety nie było mnie stać …. no cóż poznałem możliwości swojego systemu a powrót do szarej codzienności był bardzo bolesny :-( .Więcej tego nie będę robił jak nie będzie na horyzoncie nadziei na jakąś kasę żebym mógł kupić sobie taki chociażby używany kabelek :-)

        2. Patryk pisze:

          To prawda. Wielu, ktorych na nie stac nie zasluzyli zapewne, ale maja pieniadze, ktore nie graja roli i dlaczego nie kabel za 20.000€, jezeli nie stanowi to zadnego problemu. Normalny, przecietny czlowiek kochajacy muzyke ma w najlepszym wypadku swoj pokoj muzyczny i sprzez za 5.000€-20.000€.

          Subiektywny odbior to inna sprawa, bo zawsze gra role i kazdy z nas slyszy troche inaczej. Jeden woli to ,a drugi tamto.
          Trzeba powiedziec takze, ze nawet za „nie-wielkie” pieniadze mozna dzisiaj posluchac muzyki pozadnie, jezeli akustyka pomieszczenia oraz dobre ustawienie glosnikow nam na to pozwala. Nie trzeba wydawac majatku,a tak w nawiasie to stwierdzam po tylu latach: „lepiej byc melomanem niz audiofilem”.

          Milego dnia.

          1. Patryk pisze:

            sprzez = sprzet.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy