Recenzja: Siltech Triple Crown Power

Odsłuch

xxx

Kabel po byku.

   Postanowiłem być dowcipny, złośliwy i poszukujący. Że mi się jeszcze chciało, to sam się sobie dziwię. Naszła mnie w każdym razie chętka zacząć od takiej siurpryzy, że testowanego super drogiego Triple Crown i porównawczo doń przymierzanych nietanich wpiąłem do listwy za dwa tysiące, podpiętej w ścianę też markowym ale też stosunkowo tanim kablem. Bo skoro krążą słuchy, że odpowiednia sieciówka powinna działać na pełną skalę wpinana wprost do ściany, to w takiej sytuacji i z listwy wszelkie różnice powinny dać się usłyszeć. Skupiłem się szczególnie na porównaniu do Acoustic Zen Gargantuy II, wpinanej naprzemiennie z Triple Crown do przedwzmacniacza ASL Twin-Head, by poprzez końcówkę mocy Croft Polestar1 zasilać albo głośniki Diapason Adamantes, albo słuchawki AKG K1000.

Dlaczego Gargantua a nie Sulek, Harmonix albo Illuminati? Ano z tego powodu, że jest to kabel najżywszy, najbardziej eksponujący detal. Zajadle wszystko wyciągający, a mniej skupiony na eleganckich kreacjach. I to właśnie powinno przynieść odpowiedź na pytanie, czy Triple Crown rzeczywiście dzięki brakowi zaburzeń umie przekazać więcej.

Nie ma co owijać w bawełnę, ten etap skończył się katastrofą. Tak – oczywiście – emocje mnie oracyjnie ponoszą, lecz w każdym razie nie dało się usłyszeć, za co w tym Triple Crown się płaci. No chyba, że przyjmiemy za takie coś uznawać większą nieco spoistość oraz łagodność brzmienia. Lecz względem Gargantuy może to także Sulek za sześć jedynie tysięcy, albo Harmonix za siedem. Może po części nawet za pięć Illuminati. A tutaj cena wprost z kosmosu, że się jej nie chce przytaczać; dziesięć razy aż tyle i to jest czyste szaleństwo, konsumpcja zgoła sarmacka, krańcowo rozpasana. Gdyby więc na tym poprzestać, te Trzy Korony do bani. Ale poprzestać nie można, bo przecież ci co te kable mają nie słuchają z listewek za parę tysięcy złotych. Takie listewki bardzo dobrej jakości robiła wprawdzie francuska firma Fadel, ale Fadel już nie istnieje; właściciel zmarł, nie ma kontynuacji. Innych listw za to bez liku, a co jedna to droższa. Wypiąłem się na listwy, poszedłem w kondycjoner.

xxx

Złoto-niebiesko-srebrny.

Jak w swoim teście pokazał Unicorn Audio Vertico, nawet wybitne listwy nie mają przy nim co szukać. To jest inny kaliber – armata przy pukawkach. Już w ścianę wjeżdża na dzień dobry najdroższym Furutechem (albo na zamówienie dowolnym innym kablem z dowolnym innym wtykiem), a  potem super transformator i kriogenicznie uszlachetnione pręty z wysokogatunkowej miedzi w grubej miedzianej klatce zewnętrznej obudowy. Prąd przez nie na gniazdka płynie, że chce się naprawdę słuchać, i tylko szkoda niemała, że ten Vertico nie mój. Ale do testu chętnie przygnał, by wspomóc Trzy Korony i się ich blaskiem ogrzać. Więc jeszcze raz to samo, ale już nie z tą listwą za nędzne dwa tysiące, tylko z kondycjonerem za bardziej pasujące circa dwadzieścia sześć.

Noo, teraz to się podziało, od razu było tak gadać. Różnica wyszła jak niedźwiedź, z tym że w sensie samej wielkości. Bo jakość z innej bajki, takiej o brzydkim kaczątku co to się staje łabędziem. Nie chcę przez to powiedzieć, że z taniej listwy źle grało. Przeciwnie, bardzo dobrze z jednym i drugim kablem. Z Acoustic Zen bardziej żywo, z naciskiem na dobitność, a na Triple Crown spokojniej i bardziej muzykalnie. Jedno granie drugiego warte, po żadnej stronie przewaga. Natomiast teraz wyższość Triple Crown została dobitnie ukazana – i pierwszy raz się zdarzyło, że Gargantua przegrał. A przecież to olbrzym-sybaryta i tak go zawsze chwaliłem. A jednak przegrał wyraźnie, w nadspodziewanej skali. Bronił się przeciw Shunyatom ZITRON i innemu kablowi Siltecha, temu do całkiem niedawna najdoskonalszemu z tej firmy, znaczonego dwiema koronami (Siltech Royal Signature Ruby Double Crown). Bardziej był wprawdzie ten Siltech uniwersalny i miał pewne istotne atuty, ale żebym się do niego wyrywał i Gargantuę chciał rzucać, to tak na pewno nie było. A teraz było niewątpliwie i należy wyjaśnić czemu.

Różnica nie dość że wyraźna, to na dokładkę ciekawa; jaszcze z taką nie miałem okazji się zetknąć. Łatwa w sumie do opisania i w świetle wynurzeń holenderskiego producenta łatwa także do zrozumienia, natomiast niełatwa do akceptacji. To znaczy bardzo łatwa dla posiadaczy Triple Crown, ale okrutna dla nie posiadaczy. O co dokładnie w tym szło?

xxx

Z wtykami Furutecha.

Dwa razy opisywałem już Gargantuę i po raz trzeci powtórzę: to kabel niezwykle żywy, iskrzący, znakomicie trafiający gdy chodzi o wokalistów w temperaturę ludzkiego ciała, wspaniale dynamiczny, szczegółowy, namiętny. Obrazujący tak wyraźnie (a ściśle biorąc umożliwiający taką wyraźność), iż zdaje się niepodobieństwem, by cokolwiek jeszcze w tej mierze zostało do zrobienia. Więc gdyby się ktoś chciał założyć, twierdząc że tak naprawdę jest dużo, to bym się zaraz założył. I przegrał. I z kretesem. Ale nie poprzez to, że ten lepszy okazałby się żywszy, lepiej utrafiający w temperaturę, bardziej przejrzysty, sypiący szczegółami. Dobitna wyższość Triple Crown polegała na jednej rzeczy – na bogactwie i czytelności obrazu. Ale nie w sensie detaliczności, także nie separacji, tylko na jakby wielokrotnie większej szybkości odświeżania. W porównaniu do Triple Crown obraz z Gargantui był jako pojedyncza klatka podobnie szczegółowy, ale pomiędzy jedną a drugą klatką miał wiele klatek przerwy. I to się nie ograniczało do parametru spójności (w sensie dopasowania przestrzennego i stylistyki elementów), bo spójność swoją drogą, ale dużo ważniejszy był sposób płynięcie muzyki – bogactwo kolorystycznych półtonów, cała generalnie harmonia. Dźwięk z Gargantui się szatkował, ale bez porównania nie było tego słychać. Przykrywał rwanie obrazu natłokiem informacyjnym, ciepłem, żywością, dynamiką. Wszystko zdawało się w porządku, że o poprawie mowy nie ma; a potem Triple Crown robił coś, jakbyś akordeon rozciągnął albo rozłożył wachlarz i obraz ukryty w zakładkach stanął ci przed oczami. Dosłownie tak się działo, bez najmniejszej przesady. Przeskoki stawały się płynięciem, pomiędzy barwy wchodziły półtony, każdy kształt zyskiwał plastyczną głębię, szczegóły traciły oderwanie, stając się częścią akcji. Ich samodzielne istnienie zupełnie się rozpływało – każdy się stawał kontekstem, fragmentem całokształtu. A ten całokształt tak zyskiwał, że powrót to była kompensacja. Jakby się z pliku FLAC wracało do MP3, albo z analogowej płyty do kiepsko zrealizowanej cyfrowej. Redukcja bardzo gwałtowna, a fakt, że dostrzegana dopiero po przejściu na kondycjoner, zupełnie nie umniejszał jej stopnia i stanu bolesności. Obraz z kondycjonera był ogólnie lepszy o klasę, a po przejściu na Triple Crown o dwie albo trzy.

Nie lubię tego podziału na klasy, pozbawionego dokładnej definicji, ale wiadomo o co w nim chodzi i to najprostszy, adekwatny w opisywanym wypadku sposób określenia relacji. Muzyka bez Triple Crown traciła pół lub więcej informacji zaszytych między obrazami, drastycznie gubiąc płynność, redukując paletę barw i naturalną głębię kształtów. W efekcie to wszystko co nazywamy plastyką obrazu, a nawet dużo więcej – całościową czytelność. Jak już wcześniej wspomniałem, pierwszy raz tak się zdarzyło, ponieważ wszystko to działo się na absolutnym odtwórczym topie, a nie między różnej gęstości plikami czy słabą cyfrą a analogiem.

xxx

Na obu końcach.

Kompletnie zostałem zaskoczony i prawdę mówiąc głupio się czułem. W najmniejszym stopniu tego nie przewidziałem, oczekiwałem innych różnic. Może jakiegoś pogłębiania, może lekkiego wzrostu dynamiki, ewentualnie lepszej, ale nieznacznie plastyczności. I ta lepsza plastyczność się pojawiła, tyle że w przeraźliwie wielkim stężeniu. Tak jakby z Gargantuą obraz w ogóle nie był plastyczny, a tyko wyrazisty, połyskliwy i ciepły. A z Triple Crown poprzez te łagodniejsze przejścia po rozprostowanym dywanie muzyka zyskała nowy wymiar, inny sposób jej postrzegania. W sumie nie chcę tego opisu ciągnąć, ponieważ do mnie nie należy. Kabel sobie pojedzie, dywan ściśnie się w harmonijkę… Tym mocniej, że kondycjoner też zniknie – i dajcie mi święty spokój.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

2 komentarzy w “Recenzja: Siltech Triple Crown Power

  1. Tomasz pisze:

    Jak zwykle interesująca i wartościowa recenzja. Ponieważ posiadam w swoich zbiorach kable Acoustic Zen Gargantua II, więc tym bardziej byłem ciekawy, co wyjdzie z tego niezwykłego starcia. Czy ogromna (niemal dziesięciokrotna) różnica w cenie przełożyła się na równie wielki skok jakościowy? I tak i nie. Tak, bo w high-endzie osiągnięcie każdej umownej jednostki przyrostu jakości wymaga ogromnych nakładów finansowych i tu jednak poprawa nastąpiła. Siltech zdobył koronę dla najlepszego kabla sieciowego na świecie (a na pewnego jednego z kilku najlepszych), ale niestety także zapewne najdroższego. Nie lub nie do końca, bo efekt zmian po przełączeniu na Siltecha nie musi być oczywisty i jednoznaczny dla każdego i w każdym systemie. Mnie cieszy, że Acoustic Zen Gargantua II potwierdził po raz n-ty, że jest kablem znakomitym i ponadczasowym, skoro zestawia się go i to wcale nie roli chłopca do bicia z najlepszymi i najdroższymi kablami zasilającymi na świecie. Chylę zatem czoła przed twórcami obu kabli, bo osiągnęli efekty imponujące, ale bardziej podziwiam pana Roberta Lee za niezwykle udaną próbę stworzenia wspaniałego kabla zasilającego za wciąż (jak na high-end) niekosmiczną cenę.

    1. PIotr Ryka pisze:

      Pozostaje jedynie się zgodzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy