Recenzja: Nottingham Horizon

Nottingham_Horizon_HiFiPhilosophy_014   Firma Nottingham jest szczególna, o czym zresztą pisałem. Zamknięta rozwojowo po śmierci swojego twórcy – Toma Fletchera – oferuje wyłącznie stworzone przez niego lata temu modele bez planowania jakichkolwiek nowości. Aby być jeszcze bardziej wyjątkowym, Nottingham Analogue Studio nie ma nawet własnej strony internetowej i ani trochę nie zabiega o sprzedaż. Wdowa po Tomie jedynie nadzoruje działalność produkcyjną, toczoną utartym od dawna szlakiem. Tak więc wyłącznie dzięki staraniom krajowych dystrybutorów o marce coś wiadomo, ale to nie przeszkadza osiągać świetnych wyników sprzedażowych, bo gramofony to inny świat, nie wymagający postępu, który cały lokuje się we wkładkach, a tych Nottingham nie oferuje. Robią od lat te same napędy i ramiona, a wkładkę każdy sam kupuje i dystrybutor mu ją będzie montował, chyba że to jakiś pasjonat, sam chcący w instalację się bawić. A jest to zabawa dla cierpliwych, bo porządnie ustawić i wyważyć ramię wraz z instalacją wkładki, to spore przedsięwzięcie i sporszy kawałek wiedzy, z lupą, szablonami i najlepiej elektroniczną wagą pod ręką.

Tyle tytułem wstępu i przypomnienia firmy Nottingham, a teraz o niespodziance. Bo wprawdzie nie oferuje ona modeli nowych i nimi nas nie zaskoczy, ale za to właśnie przywróciła jeden ze starych. Dawno temu już zarzucony i nie wiem doprawdy dlaczego, ale pewnie skutkiem taniości. Za dobry był i dlatego. A wcale to nie jest śmieszne, bo bardzo dużo świetnych urządzeń wypadło z rynku albo zostało zmodyfikowanych pogarszająco. Przykłady? Bardzo proszę: odtwarzacze Lector CDP-7 i Ayon CD3, słuchawki Sony MDR-R10 i Grado HP1000, monitory wstęgowe od Ancient Audio i cała plejada Sonus Faberów, niezliczone wzmacniacze lampowe, poczynając od oryginalnych Western Electric, a same lampy elektronowe, to już w ogóle.

Horizon już raz objawił się światu i odniósł tak spektakularny sukces, że... znikł. Taka to już firma ten Nottingham Analogue Studio.

Horizon już raz objawił się światu i odniósł tak spektakularny sukces, że… znikł na długie lata! Taka to już jest firma, ten angielski Nottingham Analogue Studio.

W ten sposób kiedyś wyleciał z produkcji najtańszy w ofercie gramofon Nottingham Horizon, który miał za dobry stosunek jakości do cen. Nieprzyzwoicie był dobry, co urągało rynkowi. A powiedzmy też zaraz, że gramofony tak w ogóle mają ku czemuś takiemu skłonność i te tańsze potrafią naprawdę niewiele ustępować najdroższym, chociaż niestety w mniejszym stopniu dotyczy to wkładek. Niezupełnie, bo i na ich polu zdarzają się stosunkowo niedrogie gwiazdy (jak choćby model 2M Black od Ortofona), ale tu już gradacja jakościowa przebiega bardziej stromo i między tanimi a drogimi powstaje różnica poziomów łatwa do wyłapania. Natomiast wszystkie te pneumatyczne czy resorowane zawieszenia, napędy wielopaskowe, ramiona długie na kilometry i talerze ważce tonę – to wszystko wprawdzie działa, ale nie daje rady zaprzeczyć groźnej prawdzie winylowego świata, że pewne gramofony za kilka czy kilkanaście tysięcy już grają rewelacyjnie. Sam Nottingham nam to udowodnił swoim Interspace Juniorem i nie wiem czy z jego powodu, czy może w obawie o wyższe modele, ten Horizon z produkcji zdjęty został, ponieważ był jeszcze tańszy.

Zacznijmy zatem od ceny. Solo kosztuje ten Horizon 4490, a z dziesięciocalowym ramieniem Interspace 6700 PLN; czyli o ponad tysiąc złotych taniej niż Junior, a zatem jest niewątpliwie najtańszy. Za chwilę dojdziemy jak gra, ale już teraz mogę napisać, że jest to z całą pewnością okazja. Rasowy gramofon za takie pieniądze przytrafia się naprawdę nieczęsto, choć oczywiście do ceny musimy dorzucić wkładkę, ale wspomniany Black Ortofona to tylko dwa tysiące z kawałkiem, tak więc komplet mamy za osiem. Do tego jeszcze dorzućmy, że płyty winylowe w najlepszych, 180-gramowych wydaniach, kosztują teraz w okolicach stu złotych, czyli niespecjalnie drożej, a często nawet taniej od lepszych wydań CD, a jak za chwilę napiszę w rozdziale o dźwięku, oferują zupełnie inne przeżycia. Jest to naprawdę inna muzyka od „normalnej”, czyli teraz cyfrowej – i to rzecz poza dyskusją. Wystarczy mieć odpowiednio gramofonowy gramofon, a ten Nottingham jest taki, by to jednoznacznie usłyszeć; tak więc wcale nie musi to być któryś z tych za kilkadziesiąt albo kilkaset tysięcy.

Wyrywam się jednak co chwila w stronę opisu brzmienia, a najpierw trzeba słów kilka poświęcić budowlance.

Budowa

Wielki powrót po latach - Nottingham Horizon w całej okazałości.

Wielki powrót po latach – Nottingham Horizon w całej okazałości.

   Wizualnie urządzenie jest nietypowe, ale powiedzmy sobie uczciwie – nie ma teraz czegoś takiego jak typowo wyglądający gramofon. Kiedyś taki typ występował i było nim pudło z nie rzucającym się w oczy ramieniem i talerzem, a teraz może to być na wiele sposobów fantazyjnie ukształtowany sam talerz z jakąś ekstrawagancką podstawą i orbitalami silnika oraz ramienia; może też być jak dawniej klasyczne pudełko z  ramieniem i talerzem jako nie wyeksponowanymi dodatkami; a może nawet cały las chromowanych, złoconych bądź akrylowych walców o różnych średnicach, z dodatkami w postaci pneumatyki lub resorowanego zawieszenia i trzema nawet wokół ogromnego na wysokość talerza długimi ramionami. Im wyżej się wespniemy na finansową górę, tym większe, dziwniejsze i cięższe ujrzymy gramofony; aż po kilkusetkilogramowe monstra nie do ruszenia w pojedynkę i trudne do ogarnięcia użytkowo.

Znajdujący się u samej podstawy tej piramidy technicznego popisu Nottingham Horizon nie waży wprawdzie tak dużo i niczym nie połyskuje, ale też nie jest pudełkiem. To coś w rodzaju poprzecznego, dosyć wąskiego stelaża, z talerzem pośrodku i silnikiem po lewej a ramieniem po prawej, zaopatrzonego w cztery walcowate, spiczasto zakończone podstawki, które stawiamy luźno na dołączonej platformie nośnej. Stelaż jest masywny z wyglądu i może być różnej barwy – na przykład błękitny lub szary – a sam otrzymałem wersję w jednolitej czerni i bardzo to sobie chwaliłem. Interkonekty i kabel zasilający są integralną częścią zestawu, a talerz jest odlewany – i tu natrafiamy na kontrowersję. Bo wiele firm głośno się chwali, że ich talerze zostały wytoczone z pojedynczego zgrubnego odlewu, natomiast Nottingham stanowczo pozostaje przy zdaniu, że talerz powinien być wyłącznie odlany i ani trochę przy nim po odlaniu więcej nie wolno majstrować, by nie zaburzyć wewnętrznej struktury. Nie będę technicznie w to wchodził, bo nie mam ku temu merytorycznych podstaw poza samym słuchaniem, a ono wnosi od siebie stwierdzenie, że gramofony Nottinghama wydają się faktycznie grać płynniej, bardziej miękko i bardziej koherentnie. Ale tu znowu się do przodu wyrywam, a trzeba najpierw powiedzieć, że ramię dostajemy w zestawie węglowo-magnezowe długości 10 cali i bez odpinanego head-schella, a także z przeciwwagą suwaną i pozbawioną skali, tak więc nie będzie można kręcącym ruchem przeciwwagowego pierścienia regulować nacisku igły, tylko trzeba mieć wagę, ale ta kosztuje parędziesiąt najwyżej złotych i nie ma się co przejmować. W czyścik do płyt też trzeba będzie się zaopatrzyć i to też nie jest duży wydatek, a dobra polska myjka kosztuje raptem trzysta pięćdziesiąt złotych.

Jak to u Nottingham konstrukcja jest minimalistyczna i do bólu spokojna. I chwała jej za to.

Jak to u Nottinghama, konstrukcja jest minimalistyczna i do bólu spokojna. .

Talerz nie tylko u specjalistów jest pieczołowicie odlany, ale jeszcze zaopatrzony w przeciwdrganiową opaskę, a rusza się go i stopuje jak zawsze u Nottinghama, czyli własną jedynie ręką, gdyż silnik nie posiada startera ani hamulca. To, jak już kiedyś pisałem, nie żadna chęć oszczędzenia, tylko pragnienie unikania zakłóceń i przekierowania całej motoryki na sam wyłącznie obrót, tak aby część elektryczna stanowiła jak najprostszy i tylko na rzeczy najważniejsze ukierunkowany układ. Cały ten najtańszy gramofon od Nottinghama waży 12 kilogramów i wygląd ma natychmiast rozpoznawalny; przy czym ani specjalnie ekstrawagancki, ani też jakiś banalny, a za to stanowiący ciekawe uzupełnienie owego super grania za niewielkie pieniądze.

Do przedłożenia została jeszcze użyta w teście wkładka, a będzie nią bardzo przeze mnie ceniona i polecana Ortofon Cadenza Bronze, oferująca za sześć tysięcy jakość jak wkładki za nawet kilkadziesiąt. Nic nie przesadzam. Naprawdę.

Odsłuch

Całość wspiera się na trzech odnóżach, które pewnie spoczywają na dołączonej do zestawu platformie antywibracyjnej. I to się ceni.

Całość wspiera się na trzech odnóżach, które spoczywają na dołączonej do zestawu platformie antywibracyjnej.

   Powinienem zacząć od narzekania, jak to już ostatnio zrobiłem, jęcząc że wszystkie gramofony są do siebie podobne i nie ma co opisywać. Ale nie zacznę. Bo wprawdzie faktycznie pod pewnymi względami podobnie grają – i to je z jednej strony komasuje w zespół analogowego brzmienia „made in gramofon”, ale z drugiej odróżnia od wszystkich „cyfrowiczów”, którzy tak grać nie potrafią. Niemniej i gramofony między sobą się różnią, a akurat dobrą miałem ku tej wiedzy okazję, bo opisanego już Transrotora i teraz opisywanego Nottinghama słuchać mogłem na przemian. Oba jak jeden oferowały gęstość, wir, poryw i muzykalność na nieosiągalnym cyfrom poziomie, ale się przy tym różniły. Bo ta sponiewierana przeze mnie na kanwie Transrotora najnowsza płyta Adele – nagrana na cyfrowym magnetofonie i tylko udająca analog – tę swoją cyfrową naturę za sprawą kręcenia Transrotorem i odszyfrowywania wkładką ZYX ujawniała boleśnie, a za sprawą wirowania na Nottinghamie i odczytywania wkładką Bronze już nie. Akurat wziąłem ją jako pierwszą, tak właśnie do porównania, i wierzcie albo nie, ale nic nie przesadzam. W tym teraz słuchanym graniu, na dokładnie tym samym prócz wkładki i gramofonu torze, okazała się brzmieć tak analogowo, że o cyfrowe wstecznictwo wcale bym jej nie posądził. Oczywiście cyfrowa jest przyszłość – dobrze o tym chociaż bez entuzjazmu pamiętam – ale w sensie brzmienia jest ona wstecznictwem, ponieważ uwstecznia jakość do czasów kiedy jeszcze porządnych gramofonów nie było. Co najmniej do epoki przed sławnym Linnem Sondekiem, a chyba jeszcze wstecz dalej, chociaż nie jestem badaczem brzmienia najlepszych gramofonów z lat 60-tych i tylko zgaduję.

Ten stan oferowany przez Nottinghama i wkładkę Bronze można przyjmować za lepszość, ponieważ niewątpliwie tej nowo wydanej Adele z nimi słuchało się lepiej. To było poza sporem, przynajmniej jak chodzi o me gusta. Ale z drugiej strony było to niewątpliwie upiększające maskowanie, chytrze utrudniające rozpoznawanie stanu rzeczywistego, tak z Transrotorem jasnego. I teraz co kto woli: żeby przekaz gramofonowy bardziej był wyrazisty i dokładnie jakość nagrań przedkładający, czy żeby wszystko wygładzał, ostrości cyfrowych krawędzi łagodził i napełniał ich wnętrza własną muzykalnością – tak żeby wszystko melodyjnie i gładko w czystym płynięciu do uszu wędrowało. A to jest wybór niełatwy i cały po stronie słuchacza, który sam musi zadecydować, czy woli własną płytotekę w tej czy w tej formie.

Wiele lat temu napęd Horizona poddano bardzo wnikliwemu badaniu, po którym stwierdzono, iż jest on najlepszy w swojej klasie cenowej. I to słychać!

Wiele lat temu napęd Horizona poddano bardzo wnikliwemu badaniu, po którym stwierdzono, iż jest on najdokładniejszy ze wszystkich w swojej klasie cenowej. To słychać!

I wybór to z wolnej ręki jedynie w odniesieniu do kogoś, kto zadbał zawczasu o to, by jego kolekcja winyli składała się z samych prawdziwych analogów, a nie jak ta nieszczęsna Adele, analogowych jedynie podróbek cyfrowego praźródła. (Oczywiście sama Adele cyfrowa na szczęście nie jest, ale myślę o źródle zapisu.) Rozstrzyganie tej kwestii wcale nie jest błahostką, bo płyty wcale nie krzyczą z okładek czy są analogowe do głębi, czy tylko podstępnie analog udają. Tu się znać trzeba na rzeczy albo skonsultować ze znawcą, tak więc skonsultowałem. Zadzwoniłem do studia nagrań i zadałem pytanie, jak to jest teraz z tą cyfrą i z tym analogiem. I okazały się rzeczy ciekawe, lecz niezbyt budujące. Otóż analogowy na wielościeżkowym magnetofonie studyjnym pierwotny zapis nagrania to teraz wielka rzadkość, z uwagi na ogromne koszty. Bo nikt już analogowych taśm matek produkować nie raczy, a te z dawnych zapasów osiągają zawrotne ceny. Tak więc stać na nie wyłącznie najbogatszych i tylko oni mają wybór, gdy nie chcą skąpić łażeniem poprzez cyfrowe skróty. A tu jeszcze przez lata utrwaliła się moda na cyfrowy pierwotny zapis i wielu chętnych nie ma. Jakaś niemiecka firma oferuje wprawdzie swe taśmy dla 24-ścieżkowców, ale są one słabszej jakości od tych oferowanych kiedyś i w rezultacie kto chce mieć absolutnie najwyższą jakość, musi się wykosztować na stare taśmy vintage, tak samo jak miłośnicy technologii lampowej po lampy z lat 50-tych drogo płacąc zmuszeni są sięgać. Do mniej więcej roku 80-tego wszystkie nagrania były, poczynając od taśmy matki, wyłącznie na analogu, a teraz zapis źródłowy jest niemal zawsze cyfrowy, a tylko miksowanie i mastering w najlepszym razie analogowe, co też względem obróbki cyfrowej kosztuje o wiele więcej.

Tak to się porobiło i może dopiero niebawem nastąpi nawrót do analogu w procesie produkcji nagrań, lecz na razie opornie to idzie. Niemniej powrót analogowych taśm matek może faktycznie nastąpi, bo jeden z dwóch dawnych super dostawców się podobno przymierza, a wówczas może będzie nam dane usłyszenie analogowej do spodu Adele i może ją nawet polubię, zwłaszcza gdyby i studio się dobrze przyłożyło. A różnice jakości brzmienia są podobno ogromne i rozpoznawalne na pierwsze strzygnięcie uchem na każdym z trzech etapów; czyli jest o co zabiegać i do czego powracać.

Ramię montowane w tym gramofonie to znany model Interspace, który osobno kosztuje aż 3.700 PLN.

Ramię montowane w tym gramofonie, to model Interspace,

Ale już ten nasz niedrogi a całkiem analogowy Notinngham i ta jego zabójcza wkładka Ortofon Bronze poprawić ową cyfrową Adele dali radę niemało i nawet już ją polubiłem. Głos posiada ciekawy i wcale nie taki szorstki, tylko całkiem przyjemnie odmienny od zwykłych głosów – może nie aż na miarę krakania dziadka Armstronga czy wrzasków Janis Joplin, ale osobliwie przyjemny. W efekcie wysiedziałem po obu stronach płyty, kontemplując muzykę i jej sprzętowe przejawy. Zupełnie inaczej to grało i aż ciekawość brała, co będzie na dalszych płytach.

Odsłuch cd.

Na jego końcu znalazła się miedzy innymi wkładka Ortofon Cadenza Bronze, nasz redakcyjny faworyt.

Na jego końcu tym razem znalazła się wkładka Ortofon Cadenza Bronze, nasz redakcyjny faworyt.

   I tu się pokazało, że Nottingham ujednolica, to znaczy zawsze upiększa, ani trochę nie zdradzając inklinacji do analitycznych, obrzydzających przejawów. Płyty poróżnicował stosunkowo nieznacznie, bardzo daleko od tego co oferował Transrotor, a przede wszystkim zawsze nasycał je czymś, co możemy nazwać liryką. Lirycznie i poetycko grało, długo i pięknie podtrzymując frazę za frazą; a więc dając coś ponad standardową muzyczność, niezależnie od oferowania walorów mieszkających w każdym dobrym gramofonie, a więc wiru, gęstości energii, siły ataku, wysokiego ciśnienia dźwięku, płynności, koherencji i trójwymiarowości bryły. Sądzę, że cały ten liryzm brał się głównie z pięknego kształtowania brzmień poszczególnych oraz wokali, łączącego wyraźność z płynnością i lekkim także zaśpiewem – a wszystko wycieniowane, lekko przyciemnione, z doskonale podanym światłem. W efekcie nostalgia, liryczność, specyfika każdego nastroju, a jednocześnie rytm, taneczność, wdzięk i obfite operowanie u spodu samego basem. Duże, masywne dźwięki na scenie z perspektywą i wcale nie cała scena z tyłu za głośnikami, tylko wyraźny marsz dźwięku na słuchacza i wypełnianie sobą dużej części pokoju. Ciśnieniem siadające na piersi i wtrącające podłogę w wibrację, a przy tym jak gramofon nie różnicował płyt nazbyt jakościowo, to różnicował scenę. Raz była ona niewielka na głębię i raczej cała tak bardziej na szerokość, a kiedy indziej bardzo głęboka i w głębi tej tajemnicza.

Basu we wszystkim dużo, o ile tylko coś z basem, natomiast soprany rozdzielane z umiarem i dobrze dawkowane. Tak żeby nie wszystko nimi podbarwiać, ale gdy już zachodzi coś ewidentnie sopranowego, to wówczas jedziemy na całość, że w żadnym razie gadanie o sopranowych ubytkach.

I co tu dużo mówić, zagrał ten duet wyśmienicie. Żadna "cyfra" nie posiada takiej dozy muzykalności.

I co tu dużo mówić, zagrał ten duet z klasą. Żadna „cyfra” nie posiada aż takiej muzykalności.

Tak podawanej muzyki słucha się bardzo miło, bo nadmiar sopranów nie rani, a jednocześnie nie dokucza niedosyt. Ma to wszakże makroskopowe następstwo, mianowicie tak podawane głosy mniej narzucają obecność i w rezultacie większy nacisk idzie na samą muzykę niż stricte realistyczne zapędy. Są oczywiście systemy potrafiące rzecz łączyć, to znaczy poetykę muzyczności z przemożną obecnością, ale to granie za inne pieniądze i już same tylko monitory Reference 3A stanowiły pewną barierę, bo naprawdę niełatwo je skłonić do aż takiego mistrzostwa. Niemniej słuchałem  w pełnym zadowoleniu, a przede wszystkim wówczas, gdy w ruch poszła płyta Thick As A Brick Jethro Tull. Dużo jej razy w życiu słuchałem, zwłaszcza jeszcze w młodości, ale tamto analogowe granie na słabszym znacznie sprzęcie odeszło w zapomnienie i przykryte zostało cyfrowymi wykonaniami. A teraz puściłem analog ze zremasterowanego wydania, którego praźródło zostało uwiecznione na super analogu w postaci taśmy AMPEX AG-440; czyli jednej z tych właśnie, które teraz trzeba kupować za krocie od przebiegłych chomików, którzy je zbunkrowali i żyją sobie wygodnie z tej swojej rentownej sprzedaży. I nie przesadzę ni trochę, gdy powiem, że była to całkiem inna muzyka niż z płyty CD odtwarzanej nawet przez najwyborniejszy odtwarzacz. Taka komasacja inności, że całkiem odmienne wrażenia i całkiem inne słuchanie z innymi akcentami, innym złożeniem składników i do pewnego stopnia nawet innym muzycznym stylem. Może przesadzam z tym stylem, bo Jethro Tull styl miał, co by nie mówić, wyjątkowo zawsze wyraźny, ale że się inaczej słuchało i momentami aż kręcić musiałem z niedowierzania głową, to nie ulega kwestii. Nie zawaham się też przytoczyć towarzyszących temu refleksji, podsuwających stwierdzenie, że całe to cyfrowe granie, to jedno wielkie błądzenie. Wygoda! – tak, wygoda. Ale dźwięk? – słabszy pod każdym względem. Nie ta spójność, inna energia, nie taki ani trochę poziom muzykalności. I – rzecz ciekawa – inny zarazem sposób opisywania przestrzeni. Głównie za sprawą energii, co wiąże się z ożywianiem.

I raczej nic tego nie zmieni, do puki diamentowe szlify mkną po winylowych dolinach. I do puki są firmy takie jak Nottingham. Pełna rekomendacja!

I raczej nic tego nie zmieni, dopóki diamentowe szlify mkną po winylowych wybojach. I dopóki są firmy takie jak ten Nottingham. Pełna rekomendacja!

Bo w graniu ze źródeł cyfrowych też przestrzeń się ożywia i nieraz nawet wspaniale, ale na innej zasadzie – przez migotanie planktonu. Tak to się dzieje na przykład w znanych z takiej umiejętności odtwarzaczach dCS, ale ładunek energii na jednostkę przestrzeni okazuje się zdecydowanie mniejszy, no chyba że w ruch idą jakieś Raidho czy Vox Olympian. Ale w tym samym torze gramofon pod względem energetycznym potrafi zdziałać więcej i to jest miara lepszości. Tu nie tylko migają atomki, tu wieje muzyczna trąba, co na kształt muzycznego tornada porywa w siebie słuchacza. To inne jest i lepsze. Prawdziwsze, fascynujące. Nie muskające uszu, tylko zabierające z sobą.

Podsumowanie

Nottingham_Horizon_HiFiPhilosophy_001   Czym różni się takie granie, jakie oferować potrafi Nottingham Horizon z wkładką Ortofon Bronze od takiego z gramofonu ekstremalnego? Dwiema głównie rzeczami. Mniejszą wyrazistością i związanym z tym słabszym teatrem duchów, a także mniejszą mimo wszystko energią na centymetr sześcienny obszaru. Super gramofon lepiej potrafi łączyć bieguny płynności i realizmu, a energii jeszcze ma więcej. Ale najlepszy nawet odtwarzacz CD mniej jej miał będzie od tego opisywanego teraz taniego Nottinghama z tą średnio drogą wkładką, więc mniej będzie muzykalny.

Czy to dostateczny jest powód, by zarzucić wygodę plików i małych, srebrnych krążków na rzecz dużych, elektryzujących się i wściekle w następstwie kurzących płyt z czarnego winylu? To zależy jak leży, szanowny panie kolego. Bo kiedy nie porównujesz, to ci nie będzie szkoda. A kiedy lubisz wygodę, to za nic nie porównuj. Natomiast jeżeli cenisz muzykę bliską życia, zwłaszcza w mierze energii i naturalnego przepływu, to musisz się zrzec wygody i zaraz nabyć gramofon, by chociaż czasem, tak przynajmniej od święta, uraczyć się wiernym brzmieniem. Taki gramofon ze wszystkim wyjdzie ci kilkanaście tysięcy, a wkładka do niego Bronze to moja rekomendacja. Na pewno są inne świetne, ale ta mi szczególnie leży, zwłaszcza gdy idzie o muzykalność w wymiarze zdolnym łagodzić cyfrową skazę współczesnego, fałszywego źródłowo winylu. A przecież muzyki teraz powstającej także pragniemy słuchać.

 

W punktach:

Zalety

  • Tani.
  • Super muzykalny.
  • Ma moc.
  • Spójnie grający.
  • Ładujący energią przestrzeń.
  • Poprawi kiepskie nagrania.
  • Upiększy nawet te świetne.
  • Romantyzm i nastrojowość.
  • Wspaniałe ludzkie głosy.
  • Znakomita kontrola sopranów.
  • Bas w makroskopowych dawkach.
  • Prosty w użyciu.
  • Niebanalnie wyglądający.
  • Powrót legendy.
  • Sławny producent.
  • Angielska robota.
  • Polski dystrybutor.
  • Moja rekomendacja.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Ortofon Black jako minimum, a Cadenza Bronze jako gwarancja powyższych zalet.
  • Nie dla miłośników błyskotek.
  • Trzeba naprawdę kochać muzykę, żeby się za to porządnie zabrać.

Sprzęt do testu dostarczyła firma:

logo_mediam_185c

 

 

 

 

Nieoficjalna strona firmy Nottingham:

logo_nottingham

 

 

 

 

Dane techniczne:

  • Typ gramofonu: analogowy o napędzie paskowym.
  • Dostępne zakresy obrotów: 33 i 1/3 lub 45 rpm.
  • Sposób przełączenia zakresu obrotów: manualny.
  • Wymiary (W/D/H): 496mm/329mm/180mm.
  • Waga: 10,5 kg (bez podestu).
  • Odległość montażowa  ramienia INTERSPACE: 222 mm.
  • Efektywna masa ramienia: 11,25 g.
  • Cena detal brutto bez ramienia: 4492 PLN.
  • Z ramieniem Interspace: 6492 PLN.

 

System:

  • Źródło: Nottingham Horizon z ramieniem Interspace i wkładką Ortofon Cadenza Bronze.
  • Przedwzmacniacz gramofonowy: SPEC REQ-S1EX
  • Przedwzmacniacz: ASL Twin-Head Mark III.
  • Końcówka mocy: Croft Polestar1.
  • Głośniki: Reference 3A.
  • Interkonekty: Sulek Audio.
  • Kabel głośnikowy: Sulek Audio.
  • Zwory: Acoustic Revive.
  • Listwa: Power Hi End.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

1 komentarz w “Recenzja: Nottingham Horizon

  1. Krz napisał(a):

    Dzięki za bardzo ciekawą i potrzebną recenzję! Mam ten gramofon od jakiegoś. Czasu, ale chwilowo z wkładką Nagaoka 101.
    I już się cieszę na myśl przyszłe instalacji opisanego tu Ortofona. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy