Recenzja: Nottingham Horizon

Nottingham_Horizon_HiFiPhilosophy_014   Firma Nottingham jest szczególna, o czym zresztą pisałem. Zamknięta rozwojowo po śmierci swojego twórcy – Toma Fletchera – oferuje wyłącznie stworzone przez niego lata temu modele bez planowania jakichkolwiek nowości. Aby być jeszcze bardziej wyjątkowym, Nottingham Analogue Studio nie ma nawet własnej strony internetowej i ani trochę nie zabiega o sprzedaż. Wdowa po Tomie jedynie nadzoruje działalność produkcyjną, toczoną utartym od dawna szlakiem. Tak więc wyłącznie dzięki staraniom krajowych dystrybutorów o marce coś wiadomo, ale to nie przeszkadza osiągać świetnych wyników sprzedażowych, bo gramofony to inny świat, nie wymagający postępu, który cały lokuje się we wkładkach, a tych Nottingham nie oferuje. Robią od lat te same napędy i ramiona, a wkładkę każdy sam kupuje i dystrybutor mu ją będzie montował, chyba że to jakiś pasjonat, sam chcący w instalację się bawić. A jest to zabawa dla cierpliwych, bo porządnie ustawić i wyważyć ramię wraz z instalacją wkładki, to spore przedsięwzięcie i sporszy kawałek wiedzy, z lupą, szablonami i najlepiej elektroniczną wagą pod ręką.

Tyle tytułem wstępu i przypomnienia firmy Nottingham, a teraz o niespodziance. Bo wprawdzie nie oferuje ona modeli nowych i nimi nas nie zaskoczy, ale za to właśnie przywróciła jeden ze starych. Dawno temu już zarzucony i nie wiem doprawdy dlaczego, ale pewnie skutkiem taniości. Za dobry był i dlatego. A wcale to nie jest śmieszne, bo bardzo dużo świetnych urządzeń wypadło z rynku albo zostało zmodyfikowanych pogarszająco. Przykłady? Bardzo proszę: odtwarzacze Lector CDP-7 i Ayon CD3, słuchawki Sony MDR-R10 i Grado HP1000, monitory wstęgowe od Ancient Audio i cała plejada Sonus Faberów, niezliczone wzmacniacze lampowe, poczynając od oryginalnych Western Electric, a same lampy elektronowe, to już w ogóle.

Horizon już raz objawił się światu i odniósł tak spektakularny sukces, że... znikł. Taka to już firma ten Nottingham Analogue Studio.

Horizon już raz objawił się światu i odniósł tak spektakularny sukces, że… znikł na długie lata! Taka to już jest firma, ten angielski Nottingham Analogue Studio.

W ten sposób kiedyś wyleciał z produkcji najtańszy w ofercie gramofon Nottingham Horizon, który miał za dobry stosunek jakości do cen. Nieprzyzwoicie był dobry, co urągało rynkowi. A powiedzmy też zaraz, że gramofony tak w ogóle mają ku czemuś takiemu skłonność i te tańsze potrafią naprawdę niewiele ustępować najdroższym, chociaż niestety w mniejszym stopniu dotyczy to wkładek. Niezupełnie, bo i na ich polu zdarzają się stosunkowo niedrogie gwiazdy (jak choćby model 2M Black od Ortofona), ale tu już gradacja jakościowa przebiega bardziej stromo i między tanimi a drogimi powstaje różnica poziomów łatwa do wyłapania. Natomiast wszystkie te pneumatyczne czy resorowane zawieszenia, napędy wielopaskowe, ramiona długie na kilometry i talerze ważce tonę – to wszystko wprawdzie działa, ale nie daje rady zaprzeczyć groźnej prawdzie winylowego świata, że pewne gramofony za kilka czy kilkanaście tysięcy już grają rewelacyjnie. Sam Nottingham nam to udowodnił swoim Interspace Juniorem i nie wiem czy z jego powodu, czy może w obawie o wyższe modele, ten Horizon z produkcji zdjęty został, ponieważ był jeszcze tańszy.

Zacznijmy zatem od ceny. Solo kosztuje ten Horizon 4490, a z dziesięciocalowym ramieniem Interspace 6700 PLN; czyli o ponad tysiąc złotych taniej niż Junior, a zatem jest niewątpliwie najtańszy. Za chwilę dojdziemy jak gra, ale już teraz mogę napisać, że jest to z całą pewnością okazja. Rasowy gramofon za takie pieniądze przytrafia się naprawdę nieczęsto, choć oczywiście do ceny musimy dorzucić wkładkę, ale wspomniany Black Ortofona to tylko dwa tysiące z kawałkiem, tak więc komplet mamy za osiem. Do tego jeszcze dorzućmy, że płyty winylowe w najlepszych, 180-gramowych wydaniach, kosztują teraz w okolicach stu złotych, czyli niespecjalnie drożej, a często nawet taniej od lepszych wydań CD, a jak za chwilę napiszę w rozdziale o dźwięku, oferują zupełnie inne przeżycia. Jest to naprawdę inna muzyka od „normalnej”, czyli teraz cyfrowej – i to rzecz poza dyskusją. Wystarczy mieć odpowiednio gramofonowy gramofon, a ten Nottingham jest taki, by to jednoznacznie usłyszeć; tak więc wcale nie musi to być któryś z tych za kilkadziesiąt albo kilkaset tysięcy.

Wyrywam się jednak co chwila w stronę opisu brzmienia, a najpierw trzeba słów kilka poświęcić budowlance.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy