Recenzja: Naim Headline

Odsłuch cd.

Z AKG K812 (Kabel FAW Noire)

Naim_Headline_04 HiFiPhilosophy

Przy okazji przekonaliśmy się, jak dalece idący progres zaliczyły nowe flagowce od AKG.

   Po takiej dawce świetnego dźwięku ciekaw byłem co pokażą słuchawki z innej ligi. Towarzyszył też temu lekki niepokój, tym razem o to, czy dadzą radę udowodnić swoją wyższość; choć w sumie specjalnie mi na tym nie zależało, aczkolwiek dobrze jest gdy wzmacniacz potrafi ukazać wyższość wybitnych słuchawek nad takimi tylko bardzo dobrymi. Niepokój nie był wprawdzie duży, bo już wcześniej tego Headline z K812 słuchałem i wiedziałem co ta para potrafi, ale jakaś nić niepewności jednak się w głowie motała, jako że te DT 880 rzeczywiście dały popis.

O ile DT 880 w zakresie analogowości brzmienia przynosiły już naprawdę sporą względem poprzedników poprawę i w efekcie satysfakcję, o tyle K812 były pod tym względem całkowicie poza dyskusją. Były analogowe po prostu, bez najmniejszego ale. Jednocześnie od startu uderzały charakterystyczną dla siebie przejrzystością, która w połączeniu z nieco ciemniejszym niż u DT 880 oświetleniem, a zarazem większą gęstością i dociążeniem dźwięku, dawała spektakularny popis.

Muszę się w tym miejscu nieco pożalić. Pisząc recenzję K812 naopowiadałem w mnogich zdaniach, jaki też eteryczny, niezwykle przejrzysty, elektrostatyczny wręcz dźwięk posiadają. Jak się okazują podobne do Staxa SR-009 i jak są podobnie jak on zwiewne. Tymczasem teraz, po kilkuset godzinach grania i zaopatrzeniu w kabel FAW Noire, są bardziej podobne do Sennheisera Orpheusa, choć trzeba natychmiast zaznaczyć, że równie piękną sceną nie dysponują. Mają jednak lekko przyciemnioną tonację, wspaniałą przejrzystość i kawał basu, a przy tym bardzo spójny przekaz i fantastyczną szybkość. Od Orpheusa mają też nieco wyższą tonację – i to, podobnie jak mniejsza scena, nie jest u nich zachwycające. Reszta jest jednak w dużej mierze analogiczna, a to już zachwycające jest. Porównuję oczywiście z pamięci, ale wątpię abym się mylił. Na pewno są też liczne pomniejsze różnice, lecz tych bez bezpośredniego porównania wyłapać nie zdołam, bo Orfeusza słuchałem zbyt dawno. Tak czy owak zmieniły się te K812 w sporym stopniu i brzmią teraz w niemałej mierze inaczej niż pierwej, moim zdaniem zdecydowanie na korzyść, a już zwłaszcza pod względem substancjalności i basu.

Uczyniwszy te gorzkie żale wracajmy do Headlinea, który niewątpliwie z dużą starannością zobrazował powyższy stan rzeczy, w szczególnym stopniu akcentując nie tylko przewagę AKG nad resztą słuchawek obecnych w teście pod względem analogowości, ale również spójności pasma. Kontrola i jakość sopranów oraz basu była tutaj wyraźnie lepsza, a całe pasmo spajało się i tworzyło jednolitą całość. Nie sądziłem, że to kiedykolwiek napiszę, ale właśnie w tej chwili piszę, że miały też te flagowe AKG więcej od pozostałych dźwiękowej masywności i nasycenia.

Naim_Headline_03 HiFiPhilosophy

Pozostaje sobie tylko życzyć więcej tak sycących spektakli muzycznych.

Tak kiedyś ezoteryczne i wiotkie, operujące w główniej mierze krystaliczną czystością medium i przejrzystością samych dźwięków, z kablem FAW i bagażem setek godzin muzycznego nalotu, okazały się bardziej od reszty substancjalne i konkretne. Esy floresy wyplatające ich analogowe linie melodyczne otaczały bardziej gęste u nich niż u pozostałych formy dźwiękowe, pozwalające mocniej odczuwać muzykę. Formy te były bardziej nasycone, głębokie i barwne. Szczególnie względem Sennheiserów i Focali różnica była szokująca; obejmująca miękkość, swobodne płynięcie, brzmieniowe pogłębienie i bogatszy koloryt. Śladu nie było w tym wszystkim sztywności i ograniczeń swobody. Żadnego szarpania się z muzyką, problemów z jej przepływem. Naimowe lampy o tranzystorowej konstrukcji dawały wraz z AKG popis muzykalności, co w najmniejszym stopniu nie znaczy, że muzyka rockowa, mająca z natury twardszą i postrzępioną postać, wypadała tutaj jakoś niewłaściwie czy gorzej. Przeciwnie, wypadała wyśmienicie, i to nie tylko za sprawą wspomnianej substancjalności, ale także tego, że samo odwzorowanie każdego aspektu, w tym także brutalności, było tutaj najlepsze. A że najlepsza była także oczywiście sama muzykalność, która w wydaniu rockowym też znajduje przecież swoje odzwierciedlenie, zarówno w całych utworach, zwanych rockowymi balladami, jak i we fragmentach tych, które pozornie operują samą jedynie ekspresją i agresją, rock z AKG był poza konkurencją. Wszak nawet w tych najbardziej agresywnych rockowych produkcjach muzyka pozostaje muzyką a instrumenty instrumentami. Akordy gitarowe i brzmienia perkusyjne były na AKG zdecydowanie najlepsze, a słowo perfekcja samo cisnęło się na usta i wpełzało pod pióro.

Sumarycznie rzecz ujmując, cały przekaz o wiele w ich wypadku był gładszy i lepiej kontrolowany niż u poprzedników. Głęboka obłość stopy perkusyjnej mieszała się z twardością pałeczek werbla, a soprany były tak dobrze wpisane w całość, że już chyba lepiej się nie da. Jakaś strasznie droga aparatura dałaby najpewniej przekaz jeszcze bogatszy, ale nie lepiej kontrolowany i nie spójniejszy. Nie sądzę. Test fortepianu wypadł znakomicie, ze świetną złożonością faktury instrumentu, dynamiką i dźwiękowym kolorytem. Żywy instrument – zapisałem w notesie.

Naim_Headline_02 HiFiPhilosophy

Firma Naim ponownie udowodniła, że jej legendarna renoma nie stała się jedynie sloganem reklamowym.

Postawiłem na koniec wieloskładnikowy tor słuchawkowy Naima obok własnego Cairna i wzmacniacza słuchawkowego Brystone, by powziąć porównawczą miarę. Oba systemy okazały się grać bardzo podobnie, a jedyna większa różnica, to fakt, że ten Naima grał nieco jaśniej w zakresie tonów średnich i nieco słabej ukazywał dalekie plany. Ta jego jaśniejsza średnica była przy tym bardziej naturalna i skąpana realistycznym dziennym światłem, a ta Brystona mroczniejsza, bardziej tajemnicza i zmysłowa. W dużej mierze za tą inną prezentacją kanadyjskiego wzmacniacza stały tutaj kondensatory Black Gate ulokowane w odtwarzaczu, których brzmieniowy charakter był natychmiast dla zaznajomionego z nim ucha rozpoznawalny. Na tej kanwie mogę napisać, że naturalistyczny sposób gry Headlinea doskonale współdziałał z muzyką rockową, zwłaszcza w jej mocnych a nie romantycznych partiach. Poza tym ta jego jaśniejsza średnica lepiej wyłaniała się z całości i na tle głośnej rockowej instrumentacji była lepiej słyszalna. Generalnie oba systemy reprezentowały jednak bardzo zbliżony poziom, toteż bez długodystansowych porównań i prób zżycia nie umiem powiedzieć, który bym wolał. A na takie zabawy nie było już niestety czasu.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: Naim Headline

  1. Ludwik Igielski pisze:

    Oliwkowo-szary Headline (old) został oficjalnie przedstawiony przez firmę Naim wiosną 1998 – w swoim newsletterze. Pamiętam, jak kompletowałem grupę testową do testu grupowego wzmacniaczy słuchawkowych do „Hi-Fi i Muzyka” (publikacja w numerze 10/1998), był już brany pod uwagę. Niestety pan dystrybutor chyba się wystraszył rywalizacji z Melosem SHA-Gold więc odmówił na wszelki wypadek, ale to już zupełnie inna historia…
    Pozdrawiam
    Ludwik

    1. Piotr Ryka pisze:

      Bardzo dziękuję Ludwiku za cenne uzupełnienie. Wiem, że jesteś od Headline specjalistą, tak więc gdybyś zechciał podzielić się swoimi doświadczeniami, byłaby to dla nas wszystkich bardzo pouczająca dawka wiedzy.

  2. Ludwik Igielski pisze:

    Być może będzie to truizmem, ale Headline, tak jak inne urządzenia spod znaku Naim, jest pewnego rodzaju ewenementem. Podobnie cała filozofia tworzenia sprzętu i dźwięku, konsekwentnie realizowana przez lata. Dlatego z uwagą obserwuję dokonania tej firmy. Headline to z pozoru banalny układ, który można było znaleźć w każdym podręczniku do elektroniki. Było, bo dziś nikogo to już nie interesuje i tego już się nie uczy w szkołach ani na uczelniach. Z drugiej strony może i dobrze – urządzenia będą teraz tworzone przez zapalonych entuzjastów, którzy i tak tę wiedzę zdobędą… Ale przejdźmy do meritum. Naim zbudował miniturową końcówkę mocy, trochę odchudzoną i zasilaną z pojedynczego napięcia. Takie rozwiązanie wymaga stosowania kondensatorów sprzęgających na wejściu i wyjściu układu. I tutaj otwierają się olbrzymie możliwości „strojenia” brzmienia przez dobór elementów o określonych walorach. Nie są to jakieś specjalnie wyszukane, kosztowne komponenty, ale starannie przemyślane i dobrane. Kondensator tantalowy, gdy nie jest odpowiednio spolaryzowany napęciem stałym, po prostu zniekształca i nie nadaje się do audio. Naim zrobił jednak to co trzeba i słychać tego dobroczynny wpływ. Podobnie jest z kondensatorem wyjściowym. Nie jest to pierwszy lepszy element z pobliskiego sklepu dla serwisantów RTV. W starszej wersji znajdują się błękitne Elny Rubycon, zaś w nowszej coś innego, bodajże Nichicony – niestety nie pamiętam i mogę się tutaj mylić. Kolejne różnice między wersjami to zastosowane tranzystory. Początkowo były brytyjskie Zetexy, a teraz – mieszanka amerykańskich i japońskich, równie dobrych ale o innych manierach sonicznych. I na koniec potencjometr głośności. Był ze ścieżką węglową a obecnie montowany teraz jest Alps ze ścieżką z przewodzącego plastiku (beztrzaskowy, o bardziej łagodnym brzmieniu). Różnice w brzmieniu obu wersji są łatwe do usłyszenia. Pierwsza wersja nawiązuje do estetyki brzmieniowej pozostałych oliwkowo-szarych urządzeń. Kluczową rolę odgrywa tu gładka średnica i wyeksponowany aspekt rytmiczny. Uwaga słuchacza ma koncentrować się na pierwszym planie. Nowsza odmiana gra dźwiękiem bardziej „kontynentalnym”, choć pewne elementy „British Soundu” są nadal wyczuwalne. Dużo też zależy od zastosowanego zasilacza. Firmowy PSC jest fajny i wiele osób może spokojnie na nim poprzestać, bez poczucia straty. Natomiast, im wyżej pniemy się ofercie zasilaczy, tym większy potencjał brzmieniowy uwalniamy z Headline’a. Nie sprowadza się to bynajmniej do banalnej rezerwy prądowej, do możliwości oddania kolokwialnego „kopa”. Nic z tych rzeczy. Bardziej chodzi tutaj o pewną aurę, atmosferę, oddanie tła nagrań.

  3. Piotr Ryka pisze:

    I to się nazywa świąteczny prezent. Taki komentarz to naprawdę święto. Niech zgadnę: Dawne Headline grały lepiej?

    1. Ludwik Igielski pisze:

      Nie, grały na tym samym poziomie jakościowym tyle, że z inną estetyką brzmieniową. Gdybym miał wybierać między oryginalnymi egzemplarzami – nie klonami – to poprosiłbym o obydwa.

      1. Piotr Ryka pisze:

        To dobrze, bo przykro kiedy nowsze wersje okazują się słabsze, a to się niestety czasami zdarza.

  4. Piotr Ryka pisze:

    Przyjechały nareszcie Audez’e LCD-3. Szkoda, że Headline na nie nie poczekał, ale i bez niego kolekcja oczekujących jest imponująca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy