Recenzja: Naim Headline

Odsłuch

Z Focal Spirit Classic

Naim_Headline_01 HiFiPhilosophy

Brytyjska rodzina w komplecie

   Wystartowałem od słuchawek Focal Spirit Classic, korzystając z tego, że jeszcze do siebie nie pojechały. Od razu zwróciła uwagę dobra przestrzeń i żywotność prezentacji. Głębia sceny wyrażała się dobitnie, a rozpostarcie na coraz dalej idące plany było wyraźne. Plan pierwszy był przy tym dość bliski, jednak z zaznaczonym dystansem. Samo brzmienie okazało się zaś ani jasne, ani ciemne i z dobrze wyrażoną, głęboką rzeźbą faktur. Dominowała jednak dynamika. Szybki dźwięk charakteryzował się całkiem prędkim narastaniem i średniej długości podtrzymaniem, a skala dynamiczna rozwierała się szeroko, przywołując wrażenie żywej muzyki. Głęboka była przy tym nie tylko scena i to tłoczenie faktur, ale też same dźwięki, chociaż nie miały głębokości, którą można by określić jako popisową. Barwy były bowiem lekko stonowane i trochę ujednolicone; nie powstawało zatem wrażenie głębokiego nasycenia.

Całe pasmo okazało się być rozrzucone szeroko pomiędzy wyeksponowanymi, wysoko strzelającymi sopranami, a mocnym, nisko schodzącym basem. Bas ten miał jednak pewną wadę, był mianowicie zbyt twardy i nazbyt dudniący. Nie dawał poczucia obejmującej słuchacza basowej fali o giętkich brzegach, tylko za bardzo się usztywniał i zbyt był kanciasty. Średni zakres utrzymany był w tonie naturalistycznym, bez żadnego ocieplania i dosładzania – i w sumie dobrze, że taki był – jednak zabrakło tu z kolei magii całościowego, personalizującego się  realizmu, czyli czegoś, co można określić mianem wartości humanistycznych. Trochę to wszystko za bardzo było sztywne i nazbyt sztuczne. I nie chodzi o to, że nie było w tym audiofilskich smaków i przypraw, bo były, ale zabrakło nawet czegoś tak oczywistego jak analogowość brzmienia. Bo niby było gładko, ale tak bez wzięcia pod rękę. Bez zaproszenia do tańca, bez wraz z tą muzyką wirowania. Zbyt obco, nazbyt dudniąco, za mało muzykalnie, nie dość osobiście. Nie pomagały też temu obfite, ale trochę mało przestrzenne soprany, których odbiór nie nastręczał wprawdzie żadnych trudności, ale od których elegancji chciałoby jednak móc wymagać więcej. W efekcie fortepian okazał się rozjechany na poszczególne pasma i bez kontroli basu; tak jak gdzie indziej dudniącego i wysoce nienaturalnego. Jednocześnie góra zbyt była ofensywna i nazbyt samoistna, pracująca głównie na własny użytek, a w rezultacie piękno brzmienia klasycznego instrumentu gdzieś przepadło i nie pozwoliło się odszukać.

Naim_Headline_12 HiFiPhilosophy

Headline nie zapewni nam impresji wizualnych, tak więc nie pozostaje nic innego, jak zająć się aspektami brzmieniowymi.

Wziąłem słuchawki i pomaszerowałem do wpiętego w komputer Bakoona. Nie, one się nie zepsuły. Grały tak samo jak wiele razy to od nich słyszałem, to znaczy treściwie i mocno, a zarazem  elegancko i melodyjnie. A że nie ma co udawać i już wcześniej tego Naima z innymi słuchawkami słuchałem, a wówczas bardzo mi się podobał, jasnym się stało, że zaszedł klasyczny przypadek braku synergii dwóch skądinąd bardzo dobrych urządzeń. Świetny Headline nie dopasował się do świetnych Focali, a w efekcie nic dobrego z tego nie wynikło. Bywa.

 

Z Sennheiser HD 600 (Kabel FAW Claire)

Po przełączeniu na dawne flagowe Sennheisery od razu odczułem ulgę. No, teraz jest zdecydowanie lepiej – przeleciało przez głowę. Nie tylko w manierze realistycznej, ale i muzykalnie, melodyjnie. Znów ani ciemno, ani jasno, ale z mimo wszystko trochę ciemniejszym oświetleniem i przede wszystkim głębszym brzmieniem; choć wciąż niestety z za małym nasyceniem barwą. Dominowało wszakże poczucie większego muzycznego bogactwa, tak bliskiego sercu każdego audiofila. Średni zakres, a wraz z nim wokaliza, okazał się lekko podkreślony; i tym razem nie byłem jednak z brzmienia ludzkiego głosu do końca zadowolony. Trochę brzmiało to bowiem tekturowo, z wyczuwalnym utwardzeniem i lekką obcością. Taki ogólnie niezły już poziom, ale jednocześnie trochę dostrzegalnych z miejsca niedociągnięć. Muzyka instrumentalna wypadła zdecydowanie lepiej, ale i tu wyczuwalna była lekka sztywność, nieznaczna szorstkość i brak pełnej kontroli basu. Prezentacja z pewnością była klimatyczna, przede wszystkim za sprawą wspomnianego ogólnego bogactwa, dynamiki i naturalnego, pozbawionego upiększeń stylu, a także dzięki lepszemu nasyceniu barwą i trochę ciemniejszemu oświetleniu, jednak całość pozostawiała nieco do życzenia. Od tak dobrych słuchawek, które choćby z takim Lebenem CS 300F potrafiły grać high-endem całkowicie pełnowymiarowym a nie tylko takim przedwstępnym, i od tak znamienitego wzmacniacza, tak wiele razy chwalonego, należałoby oczekiwać więcej.

Naim_Headline_10 HiFiPhilosophy

Pierwsza próba i już klops. Najwyraźniej opowieści o „przyjaźni” francusko-brytyjskiej nie są przesadzone.

Podobnie jak u Focali dominowała żywość, szybkość i dynamika, jednak sfera sopranowa znów była cokolwiek zbyt ofensywna i oderwana, choć i tu o żadnych z jej odbiorem kłopotach nie było mowy. Po prostu wyraźnie zaznaczała swoją obecność, może nieco nazbyt krzykliwa, ale bez żadnej nadmiernej ostrości.

Zdecydowanie lepiej niż poprzednio zaprezentował się fortepian – mocny, dynamiczny, głęboki. Także dźwięczniejszy i bardziej melodyjny, choć z tą melodyką tak do końca dobrze nie było. Z kolei scena wypadła nieco słabiej, bo chociaż też była duża, nie miała takiej głębi i tak podkreślonej wieloplanowości. Najlepiej w tym wszystkim wypadła muzyka rockowa, której nie do końca poprawnie wyrażona płynność wokalizy, średniej miary muzykalność, a także nie w pełni kontrolowany, trochę za sztywny bas, nie przeszkadzały. Zdecydowanie górę wzięła u niej żywiołowość i dynamika, a lekkie przyciemnienie i pewna szorstkość zupełnie nie przeszkadzały, wręcz przeciwnie, podkreślały charakter. To było mocne rockowe granie. Wyraziste i mocne – zapisałem w notesie.

Pokaż cały artykuł na 1 stronie

7 komentarzy w “Recenzja: Naim Headline

  1. Ludwik Igielski napisał(a):

    Oliwkowo-szary Headline (old) został oficjalnie przedstawiony przez firmę Naim wiosną 1998 – w swoim newsletterze. Pamiętam, jak kompletowałem grupę testową do testu grupowego wzmacniaczy słuchawkowych do „Hi-Fi i Muzyka” (publikacja w numerze 10/1998), był już brany pod uwagę. Niestety pan dystrybutor chyba się wystraszył rywalizacji z Melosem SHA-Gold więc odmówił na wszelki wypadek, ale to już zupełnie inna historia…
    Pozdrawiam
    Ludwik

    1. Piotr Ryka napisał(a):

      Bardzo dziękuję Ludwiku za cenne uzupełnienie. Wiem, że jesteś od Headline specjalistą, tak więc gdybyś zechciał podzielić się swoimi doświadczeniami, byłaby to dla nas wszystkich bardzo pouczająca dawka wiedzy.

  2. Ludwik Igielski napisał(a):

    Być może będzie to truizmem, ale Headline, tak jak inne urządzenia spod znaku Naim, jest pewnego rodzaju ewenementem. Podobnie cała filozofia tworzenia sprzętu i dźwięku, konsekwentnie realizowana przez lata. Dlatego z uwagą obserwuję dokonania tej firmy. Headline to z pozoru banalny układ, który można było znaleźć w każdym podręczniku do elektroniki. Było, bo dziś nikogo to już nie interesuje i tego już się nie uczy w szkołach ani na uczelniach. Z drugiej strony może i dobrze – urządzenia będą teraz tworzone przez zapalonych entuzjastów, którzy i tak tę wiedzę zdobędą… Ale przejdźmy do meritum. Naim zbudował miniturową końcówkę mocy, trochę odchudzoną i zasilaną z pojedynczego napięcia. Takie rozwiązanie wymaga stosowania kondensatorów sprzęgających na wejściu i wyjściu układu. I tutaj otwierają się olbrzymie możliwości „strojenia” brzmienia przez dobór elementów o określonych walorach. Nie są to jakieś specjalnie wyszukane, kosztowne komponenty, ale starannie przemyślane i dobrane. Kondensator tantalowy, gdy nie jest odpowiednio spolaryzowany napęciem stałym, po prostu zniekształca i nie nadaje się do audio. Naim zrobił jednak to co trzeba i słychać tego dobroczynny wpływ. Podobnie jest z kondensatorem wyjściowym. Nie jest to pierwszy lepszy element z pobliskiego sklepu dla serwisantów RTV. W starszej wersji znajdują się błękitne Elny Rubycon, zaś w nowszej coś innego, bodajże Nichicony – niestety nie pamiętam i mogę się tutaj mylić. Kolejne różnice między wersjami to zastosowane tranzystory. Początkowo były brytyjskie Zetexy, a teraz – mieszanka amerykańskich i japońskich, równie dobrych ale o innych manierach sonicznych. I na koniec potencjometr głośności. Był ze ścieżką węglową a obecnie montowany teraz jest Alps ze ścieżką z przewodzącego plastiku (beztrzaskowy, o bardziej łagodnym brzmieniu). Różnice w brzmieniu obu wersji są łatwe do usłyszenia. Pierwsza wersja nawiązuje do estetyki brzmieniowej pozostałych oliwkowo-szarych urządzeń. Kluczową rolę odgrywa tu gładka średnica i wyeksponowany aspekt rytmiczny. Uwaga słuchacza ma koncentrować się na pierwszym planie. Nowsza odmiana gra dźwiękiem bardziej „kontynentalnym”, choć pewne elementy „British Soundu” są nadal wyczuwalne. Dużo też zależy od zastosowanego zasilacza. Firmowy PSC jest fajny i wiele osób może spokojnie na nim poprzestać, bez poczucia straty. Natomiast, im wyżej pniemy się ofercie zasilaczy, tym większy potencjał brzmieniowy uwalniamy z Headline’a. Nie sprowadza się to bynajmniej do banalnej rezerwy prądowej, do możliwości oddania kolokwialnego „kopa”. Nic z tych rzeczy. Bardziej chodzi tutaj o pewną aurę, atmosferę, oddanie tła nagrań.

  3. Piotr Ryka napisał(a):

    I to się nazywa świąteczny prezent. Taki komentarz to naprawdę święto. Niech zgadnę: Dawne Headline grały lepiej?

    1. Ludwik Igielski napisał(a):

      Nie, grały na tym samym poziomie jakościowym tyle, że z inną estetyką brzmieniową. Gdybym miał wybierać między oryginalnymi egzemplarzami – nie klonami – to poprosiłbym o obydwa.

      1. Piotr Ryka napisał(a):

        To dobrze, bo przykro kiedy nowsze wersje okazują się słabsze, a to się niestety czasami zdarza.

  4. Piotr Ryka napisał(a):

    Przyjechały nareszcie Audez’e LCD-3. Szkoda, że Headline na nie nie poczekał, ale i bez niego kolekcja oczekujących jest imponująca.

Komentowanie zamknięte na czas aktualizacji serwisu. Za utrudnienia przepraszamy

© HiFi Philosophy