Recenzja: Music Hall HA11.1

Musi Hall HA11.1 HiFi Philosophy 006   Music Hall Audio to firma amerykańska, założona w 1985 przez Roya Halla, mająca zarząd i biura projektowe w USA, a zakłady produkcyjne w Czechach i Chinach. W Czechach powstają same gramofony a cała reszta w Shenzhen w Państwie Środka, czego firma nie myśli skrywać, udając że z Chinami nic jej nie łączy. Byłoby to w dzisiejszych czasach całkiem bez sensu, na przykład na tle tego, że sławne AKG całe się do Chin niedawno przeprowadziło.

Marka Music Hall nie jest tak sławna jak AKG, ale na rynku znana, a do tego szczyci się bliską współpracą z konstruktorem Mikeʼm Creekʼiem z Creek Audio Ltd., co znalazło wyraz między innymi w produkcie recenzowanym. Prócz Creeka współpracuje też z Epos Acoustic, EAT i Goldring, tworząc rodzaj holdingu, w którego zawiłości wewnętrzne nie będę wnikał.

Budowa

Pora na nie co przystępniejszy cenowo produkt, oto - Musi Hall HA11.1.

Pora na naprawdę przystępny cenowo produkt – oto Music Hall HA11.1.

   Music Hall  HA11,1 (w oryginale pisany cały z małych liter) to jak te litery niewielki, tani wzmacniacz słuchawkowy doby super popularności słuchawek. Wszakże nie taki na każdą okazję, to znaczy nieprzenośny. Mimo że stosunkowo niewielki, nie zmieści się do kieszeni i pracy bateryjnej nie oferuje. Prąd czerpać musi z gniazdka poprzez własny nagniazdkowy zasilacz 24V/150mA, zaopatrzony w komplet nakładek dopasowujących do różnych w zależności od kraju gniazdek. Sam wzmacniacz ma formę pudełka o wymiarach z grubsza 10 x 6 x 13 centymetrów i wadze 90 deko; przy czym rzuca się w oczy, że wykonano go pierwszorzędnie. Może nie aż jak chińską porcelanę, ale naprawdę porządnie. Cały jest z czarno anodyzowanego aluminium o karbowanych radiatorach, pełniących jedynie rolę ozdobną i usztywniającą, bo urządzenie się nie grzeje. Na prostokącie frontonu panuje minimalizm, a w jego ramach tylko pokrętło potencjometru, niebieska dioda aktywności i gniazdo 6,3 mm. Może obsłużyć słuchawki o impedancji 30 – 300 Ohm, a w takim razie wyjątkowo mało i wyjątkowo wysoko oporne nominalnie nie będą pasować. Potencjometr okazuje się być krokowy, wystaje daleko i chodzi lekko, zatem obsługa bez zastrzeżeń. Z tyłu po jednym komplecie wejść i jeden wyjść RCA, a zatem także funkcja przedwzmacniacza. Prócz tego jest tam oczywiście wejście zasilania i mały przycisk aktywacji, współpracujący ze światełkiem na przodzie. Całość stoi na czterech całkiem solidnych nóżkach z elastomeru i budzi sympatię wyglądem. Mała rzecz ale smaczna i do tego niedroga – raptem 900 złotych.

Musi Hall HA11.1 ma bardzo prosty, staromodny mygląd.

Music Hall HA11.1 ma prosty, klasyczny wygląd.

Ze spraw technicznych: stosunek sygnał/szum to przyzwoite ponad 70 dB, a zniekształcenia harmoniczne to mniej niż jedna setna procenta (0,01%). Moc wyjściowa natomiast nie mniejsza niż 10 mW dla oporności 30 Ω i odpowiednio narastająca dla wyższych, co nie jest wprawdzie wartością imponującą, ale moc na papierze często mija się z rzeczywistymi możliwościami. (W obie zresztą strony.)

Zauważmy jeszcze, iż wygląd, dopuszczalna oporność słuchawek i ścisła współpraca z Mikeʼm Creekʼiem nasuwają natychmiast skojarzenie z popularnym wzmacniaczem słuchawkowym Creek OBH-11, deklarującym bardzo zbliżone parametry i mającym niemal tą samą powierzchowność.

Odsłuch

Trzeba jednak przyznać, że jakość wykonania jest bardzo dobra.

Trzeba jednak przyznać, że jakość wykonania jest pierwszorzędna.

   Wzmacniacz osłuchany został na dwóch stanowiskach: przy komputerze z przetwornikiem Ayon Sigma, standardowo obsługującym ten rejon, i z odtwarzaczem Sony X222ES, tak by w nawiązaniu do niskiej ceny oszacować jakość dźwięku za naprawdę małe pieniądze.

Zacznijmy jednak od komputera, przy którym badanie miało zgoła odmienny charakter, nastawiony na ocenę kooperacji z drogim, markowym towarzystwem. Już sam przetwornik stanowił dziesięciokrotność ceny, a interkonekt szesnastokrotność; tak więc można powiedzieć: heca i coś jakby recenzent z konia spadł? Ale tak naprawdę nie żadne kpiny, a tylko klasyczny pokaz lenistwa, jako że każdy pretekst jest dobry, by nie musieć nic robić. A łatwiej wszak podpiąć wzmacniacz tym samym interkonektem w miejsce innego, niż zmieniać jeszcze przetwornik z całym bagażem okablowania i instalować dla niego driver. Ale od czego wymówki? Mogę przecież napisać, że takie zestawienie stanowiło rodzaj sprawdzenia, czy ktoś kupiwszy drogi przetwornik, drogie słuchawki i drogi interkonekt może zanim nabędzie drogi wzmacniacz posługiwać się tanim Hall?

Dobra, starczy już krętactw. Tak naprawdę wzmacniacz się dwa tygodnie przy odtwarzaczu Sony wygrzewał, ale poza sprawdzeniem na wstępie, czy w ogóle dobywa dźwięki, wcale go nie słuchałem. Aczkolwiek mignęło przy tym sprawdzeniu, że coś jakby gra za dobrze… A kiedy przyszła pora sprokurować recenzję (w końcu za to mi płacą) przeniosłem go do siebie i podpiąłem w wielgachną Sigmę, by wstępnie się zorientować. Podpiąłem, wetknąłem flagowe Fosteksy (akurat były pod ręką) i myśląc, że to stanowisko zupełnie nie pasuje, zacząłem się wsłuchiwać. No a kiedy zacząłem, przeszła ochota na zmiany. Możecie sobie wierzyć, a możecie nie wierzyć, ale zagrało wyjątkowo przyjemnie. Czasami tak się zdarza – coś niespecjalnie drogiego zagra właśnie w ten sposób.

Trzeba jednak przyznać, że jakość wykonania jest bardzo dobra.

Trzeba jednak przyznać, że jakość wykonania jest bardzo dobra.

Zawsze mi wtedy się przypomina, jak grały słuchawki Denon D600 prosto z karty dźwiękowej ślącej sygnał do Twin-Head. Tamten zestaw też był mieszanką drożyzny z taniością, ale zupełnie przeciwną, bo drogiego wzmacniacza z tanią pozostałością. A tu całkiem na odwrót – tani właśnie sam wzmacniacz w kosztownym otoczeniu, a rezultaty zbliżone. Nawet dla przypomnienia puściłem kilka wówczas słuchanych utworów, a chociaż zabrzmiały nieco inaczej, to podobnie przyjemnie.

Lecz „przyjemnie” to nie jest dobre do opisania tego słowo. Przyjemny to może być ciepły wietrzyk albo spacer po lesie, a grało o wiele bardziej podniecająco, ekscytująco, w porywie. Tak żeby tupać, skakać, klaskać, udawać grę na gitarze… Co ja wam zresztą będę tłumaczył, drzewo do lasu woził. Sami wiecie najlepiej, jaki to rodzaj grania. Jednakże takie grania są różne a nie jedno wzorcowe, chociaż wszystkie z pewnymi istotnymi, powtarzającymi się u każdego inwariantnymi.

Primo – soprany muszą mieć postać szczególną: to znaczy nie mogą być realistyczne, bo realistyczne soprany, potrafiące porywać, to są w AKG K1000 z kablem Entreq Atlantis albo w Sennheiser Orpheus. W Sony MDR-R10 ewentualnie, a cała reszta słuchawkowego grania ma soprany lepsze czy gorsze, ale szał radości słuchaniu im nie towarzyszy. Tak więc soprany trzeba nienaturalnie, ale tak żeby cieszyły. Mało, by radowały. A tego rodzaju sopran – porywający, mimo że daleki od realnego – robi się w taki sposób, że trzeba go pogrubić, w miarę możności przestrzennie rozszerzyć i na tyle jednocześnie w górę pociągać, by mimo braku autentycznej przenikliwości nie dał wrażenia obcięcia. Taki właśnie masywny, przestrzenny i dostatecznie podciągany sopran Music Hall ze słuchawkami Fosteksa, akurat wziętymi do posłuchania, dał radę sprokurować. W efekcie sopranu nie brakowało, a chociaż gdy się na nim skupić, jasnym było, że nie jest wystarczająco dźwięczny i przenikliwy, to w całościowym odbiorze okazywał się jak najbardziej zaletą, jako że nie był cienki, wrzecionowaty, kłujący, tylko dostatecznie wysoki i jednocześnie masywny. Coś jak trzmiel a nie komar.

Secundo – i to jest najważniejsze – na drugim skraju pasma bas musi potężnie grzmocić. I to tak grzmocić naprawdę, a nie jedynie trochę. W tym akurat słuchawki Fosteksa są wyjątkowo dobre, bo nie dość że z basem potężnym, to jeszcze rozdzielczym i akustycznym. Ale to wcale nie znaczy, że taki bas mają z każdym wzmacniaczem. A gdzie tam.

Chociaż dołączony zasilacz nie wzbudzi w dzisiejszych czasach szczególnego entuzjazmu.

A dołączony zasilacz przynajmniej częściowo poprawi niedoróbki energetyki.

Nieraz ich bas okazuje się przedobrzony, dudniący i sparowany z kłującymi, cienkimi sopranami; kiedy indziej zaś zbity w jakąś bezkształtną masę, lub jeszcze kiedy odchudzony, tekturowy i pusty. Tymczasem tutaj to znakomicie wypadło. Grube, masywne, ale potrafiące sięgać wcale wysoko soprany, z grubym, potężnym, akustycznym, rozdzielczym basem. Basem takim, że uhhhh…  ależ to potrafiło przywalić!

Tertio zaś (tak trzeba jeszcze tertio) – wokale muszą być wolne od sopranowych wtrętów. Tak żeby to się wszystko złożyło w pasującą całość; żeby gładko, smakowicie i potężnie wlewało jedną strugą do ucha, bez żadnego piskania, poświstów ani kwików. Krótko mówiąc – bez dysonansu, by zyskać jednolitą formę. Aby wszystkie dźwięki, także wysokie, były masywne i rozłożyste a nigdy drażniące. Fakt – nieprawdziwe – ale mające z prawdziwości wziętą przynajmniej ekstensję przestrzenną i ograniczoną wprawdzie, ale wystarczająco interesującą wysokość.

Kiedy te trzy cechy się zbiegną, a granie jest do tego szybkie, szczegółowe, rytmiczne i dynamiczne, to rwą się nogi do tańca a serce z radości skacze. I wcale nie przeszkadza, że wzmacniacz jest malutki, taniutki, nie wyglądający na takie granie… A ten był na dokładkę ładniutki.

Aby go lepiej ocenić dokonałem regresu, to znaczy sięgnąłem po wielokrotnie tańsze Sennheiser HD 600. Sięgnąłem parę godzin później, bo mi się za dobrze z Fosteksami słuchało. I znów buchnęło to samo masywne, gęste, ciemne, wyjątkowo dobrze spreparowane brzmienie. Ja wiem – flagowy Sulek, potężna Sigma, a HD 600 to też przecież klasyk, niemniej tak samo jak z ifi iDSD LE nano grało to daleko poza granicami oczekiwań. Inaczej, bo nie tak przenikliwie, nie z takim naciskiem na szczegół, ale też popisowo.

Musi Hall HA11.1 HiFi Philosophy 008Taki mikrus żeby tak młócił? Takim nasyconym, potężnym dźwiękiem o tak długim podtrzymaniu? Do tego stopnia trójwymiarowym i tak dostojnym nawet przy zwykłych plikach z YouTube?

 

 

Odsłuch cd.

Znowu wracamy do kwestii prostoty.

Znowu wracamy do kwestii prostoty.

   Biorąc pod uwagę, jak grało nano i teraz ten Music Hall, złe granie powinno jako zjawisko w ogóle nie występować, a przecież to z nim mamy najczęściej do czynienia i ileż to się człowiek nieraz naszarpie, a bywa, że wszystko na nic. A tutaj pierwszy strzał od razu w „10” i jakiego byś się gatunku muzyki nie chwycił, wszystko zadowalało. Fakt, nieco większa delikatność i indywidualizacja w wokalach by nie zaszkodziły, a sopranowe pienia nie miały całkowitej ekstensji i pełnej pienistości, ale mroczna potęga wspierana detalicznością i basem i tak przezwyciężała grymasy i przykuwała do słuchania. Tego się super słuchało, i tyle. Super łatwo, a z pełnym zaangażowaniem i bez prędkiego zmęczenia. W mrokach wieczoru Janis Joplin obdarzała kawałkami swego serca, a Jacek Kaczmarski opowiadał o swojej klasie. I nawet potwornie technicznie zrypana Beethoven Fantasy for piano, chorus & orchestra spod palców Światosława Richtera, grana w Moskwie w latach 50-tych, dawała się słuchać.  

Wiedziony ciekawością wypróbowałem też teoretycznie niepasujące, 600-ohmowe Beyerdynamic T1 i nic niepasującego się nie pojawiło. Zagrały nieco jaśniej od tamtych, ale także w nastroju zmierzchu. Też z super basem i całkowitą przejrzystością. Niezwykle szybkim i naprężonym dźwiękiem bez śladu problemów z wypełnieniem. Bezproblemowo starczyło też mocy dla MrSpeakers i Crosszone, aczkolwiek te ostatnie nie grały z tej jakości sygnałem rewelacyjnie. Ale i tak mnie to wszystko, szczerze mówiąc, zaczęło irytować, bo ileż to razy się człowiek naszarpał z drogim wzmacniaczem czy odtwarzaczem, jaka bywała kołomyja, a ta amerykańsko-chińska pchła pruła bez najmniejszych kłopotów od startu niczym lokomotywa. Żeby jej zrobić na złość napiszę, że rozkrok ma na tym krokowym potencjometrze trochę za szeroki i czasem to się dawało we znaki. Ale z drugiej strony z Senheiser HD 600 grała nie gorzej niż z drożyzną, tak więc niełatwo jej dopiec.

Pora sprawdzić, co potrafi miniaturowy Music Hall.

Pora sprawdzić, co potrafi miniaturowy Music Hall.

Dobra, koniec z tym drogim towarzystwem i jego popisami. Pora wracać na łono taniości, gdzie nie tak łatwo się puszyć. Odtwarzacz z czasów króla Ćwieczka i kable bez wielkich pretensji, chociaż jedno i drugie w porządku.

A propos kabli. Nic taniego nie miałem pod ręką, bo wszystko akurat rozpożyczone, ale jeden interkonekt DIY sprawdził się bardzo dobrze i muszę go pochwalić. Nie znam ceny, ale prawdopodobnie jest niewysoka. Reszta natomiast jak w Wielkim Poście: linia zasilająca w ścianie zwyczajna, bardzo nawiasem stara, listwa z hipermarketu za grosze i ten zabytkowy odtwarzacz. Efekty?

Zagrało całkiem, całkiem, ale trochę inaczej i nieco bardziej grymaśnie. Styl ukazany poprzednio, ten z dobrym nasyceniem i mocnym basem, został podtrzymany, ale tonacja w górę i wypełnienie nieznacznie spadło.

Zacząłem od najtańszych z posiadanych słuchawek Grado SR60 i ich nie mogę polecić. Przede wszystkim dlatego, że bas za bardzo dominował, a przy tym nie był dobrej jakości. Zbyt zbity i dudniący bardziej irytował niż cieszył. Poza tym całościowo grało trochę jak z rury i w porównaniu do tego co potrafił wyczarowywać z tych słuchawek iDSD LE nano zupełnie mi to nie odpowiadało.

Co innego Sennheiser HD 600. Te znów zagrały pierwszorzędnie – nieznacznie jaśniej i z większą ekspozycją sopranów, ale wciąż dźwiękiem masywnym i opartym na mocnym basie. Nie aż tak przyjemnie jak z Sigmią, z nie tak przestrzenną i efektownie zrobioną górą, ale jak najbardziej do dającego satysfakcję słuchania. Raczej ciemno, mięsiście, z efektownymi pogłosami i dobrą szczegółowością.

Co prawda w tym przypadku wykorzystaliśmy zdecydowanie przystępniejszy cenowo system...

Co prawda w użyciu był także tani i po części archaiczny system…

Tym razem już lepiej od Sennheiserów wypadł Fostex TH900, oferując bardziej wyrafinowane wokale i lepszy całościowo spektakl. O lepszym wypełnieniu, efektowniejszym podświetleniu i potężniejszym basie. Można było się zastanawiać, o ile jest to tak w ogóle lepsze, ale na pewno było lepsze w sposób dosyć wyraźny.

Jeszcze lepiej, co mnie trochę zdziwiło, wypadły Beyerdynamic T1. Nie dlatego, że tak zwyczajnie lepiej, bo one niejeden raz udowodniły, że potrafią być lepsze, tylko z uwagi na inność muzycznego obrazu. Formalnie nie pasujące, bo z impedancją sześćset Ohm przy górnej granicy wyznaczonej dla wzmacniacza na trzysta, okazały się grać najlepiej pospołu ze znacznie droższymi MrSpeakers. Przy tym na sposób jedyny w swoim rodzaju, bo oferując największą spośród porównywanych przestrzeń, mocne i najjaśniejsze światło, zdecydowanie najlepsze też natlenienie oraz zestaw walorów dla siebie charakterystycznych; a więc szybkość, dynamikę, holografię, szczegóły. Do tego charakterystyczny z kolei dla wzmacniacza mocny bas i w rezultacie najbardziej efektowny kontrast bas-sopran przy zaangażowanych emocjonalnie i odpowiednio śpiewnych wokalach.  Z całą odpowiedzialnością mogę napisać, że szokowo były wręcz różne, a równie efektowne wypadły jedynie dwa razy droższe MrSpeakers.

Te efektowność czerpały z własnego repertuaru. Grały najcieplej, optymistycznie, szczególnie na tle pozostałych gładko i muzykalnie – łącząc dużej miary spektakularność z wyjątkową łatwością słuchania. Bez tak dużej sceny i tak nasyconego powietrzem przekazu, ale w oparciu o konkret wypełnienia, melodyjność w złocistej poświacie, z porządnie zrobionym basem i sympatyczną górą.

...to z pomocą Musi Hall HA11.1 nie mogło być mowy o przeciętnym graniu. Duże, pozytywne zaskoczenie!

…ale i w jego przypadku Music Hall HA11.1 całkiem dobrze się spisał. Duże, pozytywne zaskoczenie!

Na koniec spróbowałem kompletnie już nie pasujących cenowo Crosszone, jednak znów mimo możliwości naprawdę głośnego grania nie wypadły do końca dobrze, ponieważ one wprawdzie zwalczać brak muzykalności u wzmacniaczy i źródeł potrafią jak żadne inne, to na to by ich bogactwo i muzykalność zachwycały, potrzebują raczej brzmienia innego rodzaju niż oferuje Music Hall. Nie masywnego i ze sprytnie pogrubionymi sopranami, tylko przenikliwego, super szczegółowego i ogólnie jak najbardziej wyrafinowanego; tak żeby w sześciu przetwornikach żaden detal się nie zatracił ani nie uległ osłabieniu. A to jest domeną sprzętu z innych rejonów cenowych.

Podsumowanie

Trzeba jednak przyznać, że jakość wykonania jest bardzo dobra.

   Jakoś mam ostatnimi czasy dobrą rękę do tanich urządzeń. Co któreś wezmę, gra lepiej niż można by się spodziewać. A może po prostu jakość ogólna pnie się w górę? Nie wiem. Całego rynku nie przepatrzę, ani nawet połowy. W przypadku Music Hall HA11.1 sprawa o tyle jest prosta, że bardzo blisko spokrewniony Creek OBH-11 to znany od dawna i szanowany produkt, uchodzący za jeden z lepszych tanich słuchawkowych wzmacniaczy. I tu, można rzec, wszystko się zgadza. Music Hall także pokazał klasę w budżetowych realiach i w sumie nie mam uwag, właściwie same pochwały. Może poza tą jedną, że mimo przyjaznego stylu jest na synergię łasy i raczej pasują doń po obu stronach sprzęty grające szczegółowym, chętnie też pogłosowym stylem. Spokojnie go mogę polecić z Sennheiser HD600 i pewnie z Beyerdynamic DT 990 i 990 PRO zagrałyby bardzo dobrze, może także z wyższymi niż SR60 Grado. Zapewne pod te słuchawki był robiony i z nimi przez twórcę osłuchany, w czasach gdy jeszcze popularnych słuchawek mniej było a nie multum. Jednakże jest to produkt nowy, prawdopodobnie jakość zmodyfikowany, tak żeby jak najwięcej nauszników móc poprawnie obsłużyć. I to mu się dobrze udaje, a już zwłaszcza przy komputerze, jako że komputerowy sygnał przeważnie bywa pikantny, a jemu to odpowiada.

 

W punktach:

Zalety

  • Dobry poziom ogólny.
  • Nie jest to ścisły realizm, ale brzmienie zrobione z głową.
  • W efekcie bardzo ciekawe w razie dopasowania toru.
  • Masywne, gęste granie.
  • Znakomita podstawa basowa.
  • Przekonujące, zaangażowane wokale.
  • Bardzo ciekawie przyrządzony, poszerzony objętościowo sopran.
  • Styl generalnie ciemny, ale niekiedy z mocnym światłem.
  • Dobre przeważnie operowanie pogłosem.
  • Wysoka szczegółowość.
  • Dobra także przejrzystość.
  • I dobra muzykalność.
  • Potrafi dać dużą, poukładaną scenę.
  • Pasuje do każdej muzyki.
  • Grać ciekawie a zupełnie nie męczyć to sztuka.obudowa cała z aluminium.
  • Bardzo staranne wykonanie.
  • Aluminiowa obudowa.
  • Stojąca na antywibracyjnych podstawkach.
  • Funkcja przedwzmacniacza.
  • Spora moc.
  • Krokowy potencjometr.
  • Niskonapięciowy zasilacz chroni przynajmniej częściowo przed zakłóceniami z sieci.
  • Dobry stosunek jakości do ceny.
  • Znana marka.
  • Polski dystrybutor.

 

Wady i zastrzeżenia

  • Oczywiście to nie jest rzetelny realizm.
  • Dobranie reszty toru oraz słuchawek nie przyjdzie całkiem samo.
  • Za mocno świecący indykator aktywności.
  • Za duże kroki krokowego potencjometru.

Sprzęt do testu dostarczyła firma: Nautilus

Dane techniczne Musi Hall HA11.1:

  • Moc wyjściowa: >10 mW into 30 ohm / 300 ohm loads
  • Impedancja słuchawek: 30 Ohm to 300 Ohm
  • THD: < 0.01% at 1 kHz
  • S/N: > 70 dB
  • Zużycie energii: < 4 VA
  • Zasilacz: 24V DC 150 mA.
  • Wzmocnione żebrowaniem chassis aluminiowe.
  • Wymiary: 100 x 66 x 130 mm.
  • Waga: 900 g.
  • Cena: 1090 PLN.

 

System:

  • Źródła: PC, Sony X222ES.
  • Przetwornik: Ayon Sigma.
  • Kabel USB: ifi Gemini z iUSB3.0.
  • Wzmacniacz słuchawkowy: Musi Hall HA11.1
  • Słuchawki: Beyerdynamic T1 V1 (kabel Tonalium), Crosszone CZ-1, Fostex TH900 Mk2, Grado SR60, MrSpeakers Ether Flow C (kabel Tonalium), Sennheiser HD600.
  • Interkonekty: DIY, Sulek Audio 6×9.
Pokaż artykuł z podziałem na strony

2 komentarzy w “Recenzja: Music Hall HA11.1

  1. Sławek pisze:

    Ciekawe jak się ma ten maluch do Vincenta KHV-111.
    To bardzo zacna słuchawkowa hybryda, lampkę można wymienić (12AX7), a dzięki 5 watom nawet ortodynamiki napędza.

    1. PIotr Ryka pisze:

      Vincenta znam i jak dla mnie jest cokolwiek za ostry. Dopiero wymiana lampy na Mullarda czy Ampereksa go normalizuje. Generalnie gra inaczej, bo z mocną ekspozycją strzelistych sopranów, które Music Hall poszerza u podstawy i całościowo łagodzi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

© HiFi Philosophy